Handel licencjami, zmiany nazw czy nawet lokalizacji klubów kojarzą nam się jednoznacznie źle, ale są miejsca na świecie, w których nie budzą od razu złych skojarzeń. Tak jak ktoś może wam sprzedać jabłko czy gumę do żucia, tak też ktoś inny może sprzedać prawo do gry w najwyższej lidze w Meksyku i przyczynić się do narodzin jakiejś naprawdę wyjątkowej historii. Choć w tym wypadku będzie ona bardzo krótka, w dodatku faktycznie usłana długami, kłamstwami i innymi najgorszymi z najgorszych chorób futbolu.
Oto mundialowy cykl „Kilka minut w…”, w ramach którego na parę chwil zabieramy was do krajów-uczestników tegorocznych mistrzostw świata. Opowieści, ciekawostki, wspomnienia – jedna historia na jedną reprezentację marzącą o podbiciu największej futbolowej sceny.
***
Gdybyśmy się uparli, to moglibyśmy wam pewnie streścić tydzień po tygodniu cały okres istnienia Kolibrów z Morelos – meksykańskiej drużyny, która na początku wieku zawitała od razu na najwyższy poziom rozgrywkowy i po sześciu miesiącach, tak po prostu, zniknęła. – Dziś można to opowiadać jako zwykłą anegdotę, ale rzeczywistość jest taka, że w tamtych czasach były to dla niektórych rozpaczliwe, smutne historie – wspomina po latach Alexandro „Mostro” Alvarez w rozmowie z „El Universal”. Bramkarz Los Colibries de Morelos wszystko pamięta bardzo dobrze, ale trudno mu się dziwić.
Wszak niewiele było do zapamiętania, skoro cały projekt umarł tak szybko, jak się narodził.
Los Colibries de Morelos. Lot krótki, ale efektowny
Morelos to jeden z najmniejszych stanów w środkowym Meksyku, ale mają tam swoje powody do dumy. Słyną z ciepłego, przyjaznego klimatu, stolicy Cuernavaca – zwanej też „miastem wiecznej wiosny” – oraz tancerzy chinelos, czyli takich gości w podłużnych szatach z wielkimi sztucznymi głowami o szpiczastych brodach, które przystraja się kolorowymi ozdobami. Jacyś meksykaniści pewnie by się teraz obruszyli, ale proszę o wybaczenie. Nie o chinelos jest ten tekst, a że wyglądają jak wyglądają, to inaczej nie sposób ich opisać.

Chinelos z założenia… wyszydzają Europejczyków i kulturę Starego Kontynentu. Widzicie w nich nasze odbicie? (Fot. Wikipedia)
Stan Morelos mógł też jednak słynąć z piłki nożnej, gdyby tylko inwestycja w licencję Atlético Celaya nie została potraktowana ściśle instrumentalnie. W 2002 roku stał za nią Jorge Rodríguez Marié, właściciel firmy obsługującej krajowe połączenia lotnicze, Aerolíneas Internacionales, Wydawało się, że plany ma i ambitne, i przemyślane. Mówił mądrze, opowiadał o poczynionych inwestycjach, na początku nawet miał być gotów do pozostania w Celayi. Ta opcja szybko została porzucona, bo jakoś trzeba było wyeksponować stanowiącego logo jego firmy charakterystycznego kolibra.
No i przy okazji tylko wygrać wybory na burmistrza Cuernavaca. – Z dnia na dzień kapitan Rodriguez zabrał zespół do Morelos w ramach obietnic wyborczych. Chciał być zastępcą albo jakim gubernatorem, sam nie wiem… – opowiada Alvarez.
Wielu twierdzi, że Rodriguez Marié traktował futbol jako narzędzie, którym można włamać się do ludzkich serc – samemu wierząc w polityczny sukces chciał wykorzystać typowe „igrzyska” do zaskarbienia sobie sympatii wyborców. Przyniósł im przecież do regionu wielką, ekstraklasową piłkę. Opowiadał też banialuki o tym, jakiego to wielkiego klubu nie zbuduje i ile już w niego nie zainwestował.
Użył też klasycznej karty pułapki trafiającej w samo serce lokalnego patriotyzmu: – Możemy być jak America albo Cruz Azul. Chciałbym, żeby w przyszłości grali u nas głównie Meksykanie, a przede wszystkim chłopcy stąd, z Morelos – zapowiadał właściciel cytowany w grudniu 2002 przez „La Jornada”. Z zapowiedzi wyszły jednak nici.

Kolibry z Morelos w pełnej okazałości. Zwróćcie uwagę na maskotkę zespołu – poprzednia noc musiała być dla niej wyjątkowo trudna…
Pasmo ciągłych problemów. To nie mogło wypalić
Problemy zaczęły się jeszcze przed pierwszym meczem, kiedy władze Atlético Zacatepec uznały, że taki sztuczny twór jak Kolibry z Morelos zwyczajnie nie ma racji bytu i zgłosiły swoje zastrzeżenia do krajowej federacji. Powód tych niesnasek był właściwie tylko jeden – Colibries i Zacatepec nagle znalazły się w tym samym mieście, miały nawet dzielić stadion, a nowo powstały klub wyrósł wcześniej istniejącemu jako naprawdę poważna konkurencja. I to na najwyższym poziomie ligowym, gdzie Zacatapec nie zapuszczał na razie żurawia.
– Niezgoda jest reakcją naturalną dla ludzkiego egoizmu – kwitował krótko sprawę Rodríguez Marié, podkreślając zarazem, że meksykańska federacja nie miała wcześniej żadnego problemu z przeniesieniem siedziby klubu do Morelos, więc nie widzi powodu, dla którego teraz miałaby zmienić swoje zdanie. Pod tym względem miał rację – na nic zdały się protesty, Kolibry miały stać się nowym symbolem Cuernavaca i całego regionu.
Nie stały się z kilku powodów. Po pierwsze – niezadowoleni piłkarze. Rodriguez Marié zabrał ze sobą do Morelos cały skład Atlético Celaya, ale nie znaczy to, że naprawdę miał wobec niego ambitne plany, o których opowiadał na lewo i prawo. Serwis oferowany piłkarzom spod znaku kolibra był właściwie żaden. Wypłaty dostawali w kratkę, ale taką bardziej dziurawą niż pełną. Alvarez wyliczał na łamach „El Universal”, że pensje dostali w styczniu, by potem nie móc na nie nawet liczyć w lutym i marcu. Właściciel, mając problem z finansową płynnością, braki uzupełniał innymi świadczeniami, o których były bramkarz Colibries pamięta bardzo dobrze.
– Mogliśmy na przykład latać jego samolotami całkiem za darmo. Ale tylko wówczas, gdy przebyły już one wszystkie zaplanowane na dany dzień trasy i w ich bakach pozostawało nadal trochę paliwa – opowiada „Mostro”. Nie zdradza jednak, czy ktokolwiek kiedykolwiek z tej opcji skorzystał…

W pewnym momencie zawodnicy naprawdę mieli dość. 20 kwietnia 2003 roku na koszulkach napisali wyraźnie „basta de mentiras” – „dość kłamstw” (fot. David Leah)
Sporym kłopotem mogły też być ciągłe zmiany na stanowisku trenera. Bo jak myślicie, ilu szkoleniowców można przerobić w pół roku? Jednego, góra dwóch, nie? A co powiecie na pięciu? W Morelos powiedzieli „a sprawdźmy” i w ciągu kilku miesięcy zatrudnili u siebie nawet Chorwata. Ale po kolei.
Zespół początkowo prowadził Carlos Trucco, pod którego wodzą zawodnicy trenowali przed rozpoczęciem sezonu. U progu rozgrywek trener jednak postanowił, tak ni z gruchy ni z pietruchy, zrezygnować i na jego miejsce wskoczył Sergio Rubio. Rzucony na głęboką wodę spisywał się całkiem przyzwoicie, ale z każdą zaległą pensją jego zawodnicy mieli coraz mniej ochoty do gry. W końcu i Rubio został pożegnany, a na jego miejsce zaproszono Zlatko Petričevicia, który zgodził się zarządzić bałaganem, pod warunkiem, że wszystkie należności zostaną wkrótce uregulowane. Nie zostały, więc i Chorwat nie zabawił w Morelos zbyt długo. Właściwie to przyjechał i od razu wyjechał.
A jego następcą został… jego poprzednik, Sergio Rubio. W federacji coś tam marudzili, że zwolniony w jednym sezonie trener nie może objąć zespołu w tym samym sezonie po raz drugi, ale Rodríguez Marié jakoś ich przekonał, że przecież nikogo nie zwalniał i Rubio cały czas miał aktywną umowę z klubem. Tym samym szkoleniowiec dostał drugą, choć krótką szansę. Ostatni raz poprowadził drużynę z Club America (0:2). W tym spotkaniu, przy okazji którego zespół zaprotestował przeciwko właścicielowi. Do finiszu sezonu drużyna przystąpiła więc pod wodzą duetu trenerskiego złożonego z Felipe Ocampo i Rodolfo Sotelo. Sytuacji klubu to jednak nie zmieniło, bo źródło największych kłopotów ciągle było to samo.
Koniec końców wszystko rozbijało się o pieniądze, którymi Rodriguez Marié chwalił się na prawo i lewo, opowiadając, jak to zainwestował w klub dziesięć milionów dolarów. Z perspektywy szatni nigdzie nie było tego widać.
– Trenowaliśmy na stadionie, ale czasem zwyczajnie nie mogliśmy na niego wejść. Wielokrotnie zdarzało się, że goście dbający tam o murawę nie chcieli nam otworzyć, ponieważ im też nie płacono. Nie było innego wyjścia, zajęcia musieliśmy organizować sobie na parkingu albo w ogóle gdzieś na ulicy – wspomina Alvarez. – Czasami też ćwiczyliśmy w domu Claudinho (jeden z piłkarzy – przyp. red.), gdzie musieliśmy biegać między kwiatkami jego żony a winoroślą. Trzeba było bardzo uważać, żeby niczego tam nie złamać – przypomina sobie były bramkarz.

Stadion na którym swoje mecze rozgrywały Kolibry z Morelos wygląda naprawdę zjawiskowo (Fot. Estadios FC)
Estadio Mariano Matamoros. Arena jedyna w swoim rodzaju
Żeby chociaż jeszcze ten stadion się do czegokolwiek nadawał, ale nie, gdzie tam. Estadio Mariano Matamoros przypominał raczej ruinę, nawet jak na realia szalonych lat dwutysięcznych. O łazienkach można tam było tylko pomarzyć. Stadion miał też tylko trzy trybuny, bo z jednej strony boisko ograniczała rzeka. Trudno pewnie policzyć, ile piłek zdążyło w niej przepaść nawet na przestrzeni tego krótkiego półrocza między grudniem 2002 a czerwcem 2003 roku. Obiekt ten i tak zdążył się zapisać w tym okresie złotymi zgłoskami w historii meksykańskiej ligi. To na nim bowiem 3000. bramkę w historii Chivas Guadalajara zdobył w meczu z Colibries Jair Garcia. To tu miała też miejsce najsmutniejsza feta, jaką możecie sobie wyobrazić.
Sam finał rozgrywek, Kolibry z Morelos rozpaczliwie walczą o utrzymanie i własnym stadionie podejmują Cruz Azul. Potrzebują zwycięstwa. Albo chociaż remisu, ale wtedy muszą jeszcze zerkać na wynik starcia Jaguares z Tecos i wierzyć, że ci pierwsi nie wygrają. Mecz na Mariano Matamoros kończy się bezbramkowym remisem, wszyscy są w skowronkach, na trybunach zaczyna się feta, bo ktoś rzucił, że w tym drugim meczu padł remis. Kibice wbiegają więc na boisko i świętują razem z piłkarzami.
Sceny wielkiej radości przerywa jednak informacja prawdziwa i potwierdzona. Jaguares jednak wygrali, gola zdobyli w końcówce, pogrążając tym samym Colibries. 17 maja 2003 roku był najbardziej bolesnym i zarazem ostatnim godnym zapamiętania momentem w krótkiej historii klubu, który do końca miesiąca zniknął z piłkarskiej mapy Meksyku.
Wierzcie albo nie, ale ktoś nawet posklejał ten szalony dzień w doskonale oddające chaotyczność tamtych wydarzeń wideo
Skończył zresztą wyjątkowo marnie. Po spadku Rodriguez Marié został ukarany za krytykę meksykańskiej federacji, a na domiar złego odmówił spłacenia swoich długów wobec swoich zawodników i klub stracił licencję. Los bywa przewrotny, więc wszelkie aktywa pozostałe po jego istnieniu powędrowały ostatecznie do innego miasta, gdzie nawet nie do końca wiadomo, co się z nimi stało. Tylko że co mogły zaoferować Kolibry z Morelos jako swoje dziedzictwo? Worek piłek? Kilka par przepoconych skarpet?
Nie za wiele. Może jeszcze fajną historyjkę, taką w sam raz do kawki i ciastka. Taką, którą właśnie przeczytaliście w odcinku numer 2 „Kilka minut w…”.