Jedni wrócili na mundial po 20 latach. Inni grają tam niezmiennie od 1986 roku. Jedni do samego końca drżeli o awans, weszli po rzutach karnych w finale baraży. Drudzy awansowali na mistrzostwa bez najmniejszego trudu, wygrywając z wielką przewagą swoją grupę eliminacyjną. Dziś to wszystko nie miało jednak już znaczenia. Czesi i Koreańczycy z Południa wychodzili bowiem razem na murawę stadionu w Guadalajarze, by rozegrać swój pierwszy mecz tegorocznych mistrzostw świata. Ci drudzy byli dobrze zorganizowani. Pierwsi – liczyli na momenty. Tych mieli jednak zdecydowanie za mało.
Przy tej okazji gratulujemy wszystkim tym, którzy na ten mecz się podnieśli (albo nie poszli spać) oraz tym, którzy nie zrezygnowali z jego oglądania po pierwszej połowie. A pewnie kusiło. Wszystko, co dobre, wydarzyło się jednak po zmianie stron. I ostatecznie warto było przy tym spotkaniu wytrwać.
Koreańczycy z kompletem punktów. Czesi niemal bezzębni
Jako się rzekło: sytuacja obu ekip, historycznie, była zupełnie inna. Koreańczycy to już stały bywalec mundiali, to ta ekipa, która z azjatyckich eliminacji wchodzi na mistrzostwa najczęściej. Grają w nich po raz 12., przy czym 11. z rzędu – od 1986 roku niezmiennie biorą w tym turnieju udział. Sukcesy? Na razie 4. miejsce z 2002 roku to ich najlepszy rezultat, ale wszyscy pamiętają, jak bardzo pomagali im wtedy sędziowie. Czesi z kolei stracili wiele piłkarsko po rozpadzie Czechosłowacji i z mistrzostwami świata od tamtego czasu specjalnie się nie lubią (za to uwielbiają z Euro). W XXI wieku grali na nich tylko 20 lat temu. Odpadli wtedy w grupie.
Dziś te dwie ekipy – o zupełnie różnych doświadczeniach ostatnich dekad – spotkały się w Guadalajarze.
Inne były też przygotowania. Koreańczycy szykowali się na wysokości, chcieli odpowiednio przystosować się do meksykańskich warunków. Czesi przylecieli właściwie tuż przed meczem z USA, postawili na świeżość i brak aklimatyzacji. Swoją drogą gdy rozpoczął się mecz, to nasi sąsiedzi ustanowili rekord. A właściwie zrobił to ich trener, bo 74-letni Miroslav Koubek został najstarszym szkoleniowcem w historii mundiali. Ale nie nacieszy się tym długo, bo jeszcze na tym turnieju przebije go Dick Advocaat.
Dobra, ale dość już o otoczce – swoją drogą na trybunach królowali raczej Koreańczycy – jak wyglądał sam mecz? Cóż, z pierwszej połowy zapamiętać dało się głównie to, jak łatwo rozdarła się koszulka Pavela Sulca. Poza tym kilka niecelnych strzałów Koreańczyków i ze dwa wypady Czechów, ale bez wielkiego efektu. Obie ekipy wyglądały w zasadzie tak, jak musieli wyglądać kibice w Polsce, którzy postanowili obejrzeć ten mecz, wstając o 4 rano. Były ospałe, długimi momentami niezbyt ruchawe i nie miały pomysłu, jak dobrać się rywalowi do skóry.
Na boisku 𝐖𝐀𝐋𝐊𝐀 ❗️
I tylko goli brak… Do przerwy bezbramkowy remis.
🔴 📲 OGLĄDAJ #KORCZE ▶️ https://t.co/OIuBjx5AO8 pic.twitter.com/6Sk94Ufu8Y
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 12, 2026
Jeśli jednak ktoś atakował, to głównie Azjaci. Szukał partnerów dobrze Kang In-lee, swoje próbował zrobić wciąż główny gwiazdor tej ekipy, czyli Heung-Min Son. Ich próby okazywały się jednak na ogół niecelne, a jeśli już któraś trafiło w światło bramki, to dobrze radził sobie Matej Kovar. Czesi mieli za to głównie jeden pomysł – piłkę do boku, wrzutkę i próbę przyłożenia z główki. Znakomicie radzili sobie jednak z tym wszystkim środkowi obrońcy Korei, szczególnie znany z Bayernu Monachium Kim Ming-jae.
I tak – bez wielkiego show, a przede wszystkim bez bramek – dotarliśmy do przerwy.
Druga połowa wynagrodziła. Koreańczycy potrzebowali impulsu
Po przerwie szybko przestaliśmy być niby ten Bolec, co twierdzi, że „spokojnie, zaraz się rozkręci”, bo… no co, rozkręciło się faktycznie. Koreańczycy weszli w drugą część gry znacznie odważniej, podeszli wyżej, zaczęli mocniej naciskać na Czechów i odzyskiwać piłki. O ile wcześniej jednak opcjonalne przejęcia w środku pola wiele nie dawały, tak tutaj zaczęły wynikać z nich sytuacje bramkowe. Pierwsza poważna – w 49. minucie, gdy Matej Kovar został zmuszony do podwójnej interwencji.
Udało mu się, a złośliwi mogliby powiedzieć, że tej drugiej właściwie nie powinno być, ale nie będziemy tu rozliczać czeskiego golkipera z – ostatecznie – dobrej obrony. Zresztą nie ostatniej, bo kilka minut później po świetnym podaniu Lee do Sona ten drugi miał sytuację sam na sam. Owszem, z ostrego kąta, który świetnie skrócił Kovar, ale akurat po byłej gwieździe Tottenhamu oczekiwalibyśmy, że taką okazję wykorzysta. I tym razem górą był jednak czeski golkiper.
I gdy tak wydawało się, że koreańska ofensywa już za moment, już za chwileczkę bramkę zdobyć musi, to nastąpiło trzęsienie ziemi.
Czesi właściwie niczego w tamtym okresie gry nie kreowali. Ale wywalczyli aut blisko pola karnego rywali, piłkę wrzucił z niego Vladimir Coufal i zrobił to niczym gracze Puszczy Niepołomice za swoich najlepszych czasów – idealnie na głowę kolegi. Tym kolegą okazał się być Ladislav Krejci, kapitan czeskiej kadry. Wyskoczył i przyłożył w futbolówkę z taką mocą, że golkiper Koreańczyków był bez szans. To był pierwszy celny strzał Czechów w tym spotkaniu, a trzeci w ogóle. Ich rywale mieli w tym momencie na liczniku 12 uderzeń, 4 celne.
NIE MA TO JAK WYRZUT PIŁKI Z AUTU 🫡
Tak Czesi wyszli na prowadzenie… Nie cieszyli się jednak długo. Osiem minut później Korea Południowa wyrównała.
Robi nam się meczycho 😍
🔴 📲 OGLĄDAJ #KORCZE ▶️ https://t.co/OIuBjx5AO8 pic.twitter.com/cIFGVaNSf7
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 12, 2026
Jednak ostatecznie wyszło, że ten gol pogrążył… samych Czechów.
Bo Koreańczycy chyba potrzebowali takiego plaskacza w twarz. Osiem minut zajęło im odrobienie strat. Znów doskonale zagrał Lee Kang-in, piłka trafiła do Hwanga In-Beoma, a ten zwiódł równocześnie i obrońcę, i Kovara (który chyba niepotrzebnie wychodził na przedpole), po czym lekkim, ale bardzo dobrze mierzonym strzał trafił przy słupku czeskiej bramki. Zrobiło się 1:1, a niedługo potem zaskoczył selekcjoner ekipy z Azji – zdjął bowiem dwóch graczy, w tym Sona, lidera zespołu.
W trzy minuty od 1:2 do 2:1
Mało brakowało, a mogłoby się okazać, że ta zmiana nic nie da. Czesi bowiem ruszyli nieco odważniej do przodu i wywalczyli rzut wolny blisko pola karnego. Z niego posłali dobrą wrzutkę, ta wylądowała idealnie na głowie Tomasa Soucka, a ten nie omieszkał wpakować jej do siatki. Na swoje i czeskiej piłki nieszczęście – był na spalonym. Sędziowie słusznie go odgwizdali, a już kilka minut później byliśmy pod bramką Czechów właśnie. Koreańczycy przedostali się tam szybkim atakiem.
Piłka została posłana na prawą stronę pola karnego. Tam znalazł się strzelec pierwszego gola, Hwang In-Beom, zagrał do środka, kilka metrów od bramki, idealnie tam, gdzie nogę dostawiał Oh Hyeon-Gyu. Ten sam, który zmienił wcześniej Sona.
Trener miał nosa, Oh miał gola.
Gyu Hyeon Oh goal for South Korea to make it 2-1 vs Czech! pic.twitter.com/WN5dWnoODv
— Buchi Laba (@Buchi_Laba) June 12, 2026
Czesi mieli za to coraz bardziej dziurawą obronę i coraz więcej problemów w tyłach. Znów jednak – to był mecz paradoksów. Bo gdy Koreańczycy wyszli na prowadzenie i zdawali się mieć rywali na talerzu, to stracili kontrolę. Ratować musiał ich dwukrotnie bramkarz, obrońcy za to – świetni przez większość meczu – nagle byli trochę jak te dzieci we mgle. Z tej mgły wyłoniło się jednak ostatecznie zwycięstwo Koreańczyków.
Pierwsze na inaugurację mundialu od 2010 roku i takie, które – przy trzech ekipach wychodzących z grupy – właściwie niemal daje im awans. Czesi z kolei będą musieli jeszcze się na niego mocno napracować. I poprawić. Dziś bowiem w obronie byli dziurawi, a z przodu robili niewiele.
Korea Południowa – Czechy 2:1 (0:0)
- 0:1 – Krejci 59′
- 1:1 – Hwang 67′
- 2:1 – Oh 80′
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix