Powrócili Anglicy z bardzo, ale to bardzo dalekiej podróży. Gdyby nie dwa przebłyski geniuszu Harry’ego Kane’a, to naprawdę trudno by tu było im ograć Demokratyczną Republikę Konga – zespół skazywany przed pierwszym gwizdkiem na pożarcie, ale żegnający się ostatecznie z mundialem w naprawdę nielichym stylu. Dziś Afrykanie mieli swojego bohatera w postaci broniącego bramki jak własnego życia Lionela Mpasiego. Ten może nie będzie miał swojego pomnika w każdym mieście w ojczyźnie, ale swoim występem zapisał się na kartach historii rodzimej piłki.
Konie z rzędem temu, kto przed meczem był gotów postawić na Kongijczyków. Im jednak dalej było w las, tym łatwiej było uwierzyć, że Anglicy nie znajdą na nich sposobu. Wszystko dlatego, że od samego początku podopieczni trenera Tuchela byli wyjątkowo rozedrgani i grali zwyczajnie słabo.
A DR Konga miała w bramce prawdziwego kozaka!
Anglia – DR Konga 2:1. Ciężka przeprawa Anglików
Jak zachwiać pewnością siebie Anglików? Cóż, najlepiej strzelić im gola kompletnie znikąd. Piłka posłana przez Mbembę na pozór wydawała się mało groźna. Bił stoper afrykańskiej kadry przez pół boiska, dawało to kupę czasu na reakcję. Tylko co komu po czasie, jeśli ustawienie jest złe i Spence schodzi do środka, mija się z piłką, a przy okazji zostawia Cipengę bez krycia… Potem próbował jeszcze naprawić błędy, ale było za późno – swoje dorzucił mający problem z upilnowaniem bliższego słupka Pickford i szybko zrobiło się co najmniej ciekawie.
Demokratyczna Republika Konga otwiera wynik meczu z Anglią! ⚽️#WorldCup #MistrzostwaŚwiata pic.twitter.com/bqwXlwJIsK
— TVP SPORT (@sport_tvppl) July 1, 2026
A tak po prawdzie należało tego gola rozpatrywać w kategoriach sensacji. Anglicy świadomi ryzyka i pomni doświadczeń meczu grupowego z Ghaną byli przekonani, że przyjdzie im prowadzić grę i przy okazji długimi fragmentami bić głową w mur. Ale czy spodziewali się, że to wszystko obarczone będzie dodatkowo presją odrabiania straty? No nie, raczej nie. Widać było zresztą, że nie są gotowi na scenariusz, który zgotowali im Kongijczycy. Sporo było nerwowości, niepotrzebnych fauli, prostych błędów technicznych. Dali się podopieczni Tuchela wyprowadzić z równowagi.
Po pierwszej przerwie na wodę trochę odżyli. Swoją szansę, świetną, miał po wrzutce Rice’a Bellingham. Chwilę potem Kane’a zatrzymywał Tuanzebe. A za kilkanaście sekund strzał Rashforda zatrzymywał na linii bramkowej Wan-Bissaka. Było groźnie, gorąco, a jeszcze przed przerwą bardzo kontrowersyjnie.
Wielkie pretensje do sędziego
Zaczęło się od akcji, która powinna dać drugą bramkę Kongijczykom. Dośrodkowania z prawej strony nie wykorzystał Wissa, strzelający z naprawdę najbliższej odległości. Od linii bramkowej dzieliły go może ze trzy metry, ale i tak nie znalazł drogi do siatki – obił słupek od zewnętrznej strony i mógł tylko pluć sobie w brodę. Humor miałby po tej akcji o wiele gorszy, gdyby sędzia jednak przyznał Anglikom karnego chwilkę później. Z Kanem starł się wychodzący z bramki Mpasi, który bez dwóch zdań zetknął się z nogami napastnika drużyny przeciwnej.
Wydawało się, że to tak zwany „ewident”. Sędzia uznał jednak, że kapitan Anglików dorzucił dużo od siebie, nurkował w poszukiwaniu faulu i w efekcie jedenastki nie było. Kontrowersja? Tak, ogromna. Zostawmy ją jednak nieco z boku. Ekipie z Europy może nawet należał się ten rzut karny, ale i bez niego powinni zrobić robotę. Ciągle bowiem strzelali na bramkę Mpasiego, testowali go z najróżniejszych pozycji. Znowu Bellingham, znowu bez sukcesu. Na koniec pierwszej połowy Kane, w kolejnej doskonałej okazji.
Mpasi grał kapitalnie. Był, gdzie być powinien. Sięgał do wszystkich piłek. Niezwykle trudno takiemu coś strzelić, a po kilku próbach Anglicy już dobrze widzieli, z kim mają do czynienia – z facetem, który ma swój dzień.
Genialny kongijski bramkarz i przełamana niemoc
Po zmianie stron dalej grał swój koncert. W świetnym stylu odbił strzał Bellinghama, choć ten zmierzał do bramki po drobnym rykoszecie. A potem odbił piłkę raz jeszcze, poprawiając po sobie robotę i wykazując się kapitalnym refleksem. Wszystko mu wychodziło, a Anglicy bili głową w mur. Coraz bardziej zestresowani i coraz mniej pewni swego.
Aż w końcu wpadło, choć Mpasi miał oczywiście piłkę na ręce. Z gola ucieszył się Kane, jego koledzy i miliony śledzących ten mecz Anglików – z ich perspektywy to przykre, że dziś za tak wielki i okupiony tak wielkim wysiłkiem sukces należy uznać wyeliminowanie z turnieju Demokratycznej Republiki Konga.
Harry Kane wraca nadzieje w serca Anglików! #WorldCup #MistrzostwaŚwiata pic.twitter.com/KKm4h5LTQ7
— TVP SPORT (@sport_tvppl) July 1, 2026
Tak, ostatecznie wyeliminowanie, bo niedługo później Kane dołożył drugiego gola, a rywale nie mieli już argumentów, by doprowadzić do wyrównania.
Kapitan reprezentacji Anglii wziął sprawy w swoje ręce i do spółki z asystującym mu dwukrotnie Gordonem wygrał swojemu zespołowi mecz. W takim postawieniu sprawy nie ma wielkiej przesady – gdyby nie jakość Kane’a, podopieczni Thomasa Tuchela dalej mogliby obijać Mpasiego, zaliczając ostatecznie gigantyczny blamaż. Tak jakoś ten mecz przepchnęli, ale to nie była wielka gra. Wręcz przeciwnie.