Reklama

Gdzie tłumy, a gdzie pustki? Frekwencja na europejskich stadionach [ANALIZA]

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

14 marca 2023, 11:55 • 12 min czytania 60 komentarzy

Tłumy na niemieckich i angielskich obiektach, nawet gdy kluby liżą rany po kolejnym nieudanym sezonie albo próbują podźwignąć się z kolan po degradacji. Stagnacja w Hiszpanii, infrastrukturalne problemy Włochów, liga dwóch prędkości w Portugalii. Stary Kontynent niemal całkowicie otrząsnął się już z pandemicznej zawieruchy, a więc nadszedł dobry moment, by przyjrzeć się frekwencji na meczach ligowych w Europie. Gdzie na stadiony fatygują się tłumy, a gdzie zawodnicy ganiają za futbolówką przy opustoszałych trybunach? I jak na tle europejskiej konkurencji wypada pod względem frekwencji Ekstraklasa?

Gdzie tłumy, a gdzie pustki? Frekwencja na europejskich stadionach [ANALIZA]

Zapraszamy do lektury.

Imponują Niemcy i Anglicy

Zaskoczenia nie ma – wszelkie zestawienia dotyczące frekwencji na stadionach zdominowane są od wielu lat przez kluby z Niemiec i Anglii. Ogromne widownie i bardzo wysoki poziom wypełnienia obiektów to znak firmowy zarówno Bundesligi, jak i Premier League. Aczkolwiek w ścisłej czołówce rozgrywek najchętniej oglądanych przez fanów z perspektywy trybun figurują również 2. Bundesliga oraz Championship. Ba, nawet jeśli zejdziemy na trzeci poziom piłkarskiej piramidy, łatwo odnajdziemy w omawianych krajach frekwencyjne fenomeny. Za naszą zachodnią granicą jest to na przykład trzecioligowe Dynamo Drezno, na którego domowe spotkania w sezonie 2022/23 uczęszcza średnio prawie 23 tysiące widzów. W angielskiej League One mamy kilka takich przypadków. Choćby Derby County (średnia frekwencja na poziomie prawie 27 tysięcy), Ipswich Town (blisko 26 tysięcy) czy Sheffield Wednesday (24,5 tysiąca).

Przy Starej Leśniczówce. Romantyczny klub, który awansował do Bundesligi

Godne odnotowania jest także Bradford City z League Two, przyciągające na stadion w każdy weekend około 17 tysięcy widzów. Naprawdę niezły wynik, biorąc pod uwagę, że „Bantamki” w erze Premier League spędziły w elicie tylko dwa sezony i nie zanosi się, by miały do niej w najbliższych latach powrócić.

Reklama

Należy zaznaczyć, że Anglicy tradycyjnie starają się pompować frekwencję poprzez tak zwany „sobotni blackout”. Mecze rozpoczynające się tego dnia o 15:00 czasu angielskiego są w większości niedostępne w przekazie telewizyjnym, co oczywiście może zaskakiwać zagranicznych miłośników Premier League, których takie ograniczenia nie dotyczą. Aczkolwiek Niemcy od dawna doskonale sobie radzą bez podobnych zabiegów. Jednym z fundamentów ich frekwencyjnych sukcesów jest bez wątpienia ścisłe powiązanie środowisk kibicowskich z poszczególnymi klubami, a także dbałość o zachowanie tożsamości klubów, choćby poprzez słynną „regułę 50+1”, która uniemożliwia zewnętrznym inwestorom przejmowanie całkowitej kontroli nad drużynami. To bardzo interesujące zestawienie – z jednej strony mamy bowiem Anglików, którzy przez dekady stawiali mocno na globalizację swoich rozgrywek, a z drugiej Bundesligę, która pielęgnuje swoją „niemieckość”.

Jak widać, oba modele mogą zagwarantować frekwencyjny sukces.

Dla wielu angielskich i niemieckich klubów jedyną przeszkodą w przyciąganiu na trybuny jeszcze większej liczby fanów jest po prostu pojemność stadionów. Za przykład niech tutaj posłuży londyńska Chelsea – obiekt Stamford Bridge może pomieścić tylko 40 tysięcy widzów, stąd od lat planowana jest jego gruntowna przebudowa. Nie można jednak w tych wszystkich porównaniach zapomnieć również o cenach biletów. Najtańsze karnety na Bundesligę w sezonie 2022/23 kosztowały około 150 euro (np. na mecze Wolfsburga, Hoffenheim czy… Bayernu), a na Premier League około 350-400 euro (West Ham, Manchester City). Mówimy o porównywalnie zamożnych krajach, nawet z lekką przewagą Niemców nad Brytyjczykami, a więc ta różnica w cenach jest naprawdę pokaźna.

Według danych zgromadzonych przez analityków Deloitte, kluby Premier League w sezonie 2018/19 wygenerowały 776 milionów euro przychodu z dnia meczowego, a kluby Bundesligi – 520 milionów. Trzeba mieć te kwoty z tyłu głowy, bo suche porównanie widowni nie mówi nam wszystkiego. Zresztą wielu angielskich działaczy planuje kolejne podwyżki cen. Fani wspomnianej Chelsea już zagrozili protestem, jeśli podrożeją karnety.

Za plecami dominatorów

No dobrze, kogo mamy dalej? Naturalnie kolejne z największych europejskich rozgrywek. Na trzecim miejscu w zestawieniu uplasowała się La Liga ze średnią frekwencją oscylującą w okolicach 30 tysięcy osób. Czy to dobry rezultat? Wynik wyraźnie ciągnie FC Barcelona, nieco w tyle pozostają zaś ekipy ze stolicy – Real Madryt (Estadio Santiago Bernabeu znajduje się wciąż w przebudowie, pojemność obiektu pozostaje ograniczona o około 20 tysięcy miejsc) oraz Atletico Madryt. Pokaźną liczbę kibiców na Estadio Benito Villamarin przyciąga regularnie Real Betis, tradycyjnie solidną frekwencją mogą się także pochwalić kluby z Kraju Basków, Valencia oraz lokalni rywale Betisu – Sevilla. Ale im dalej w las, tym więcej widać klubów o mocno ograniczonym kibicowskim potencjale.

Reklama

Co zwraca w Hiszpanii uwagę, to w zasadzie brak progresu.

Na mecze Primera Division przychodzi mniej więcej tyle samo widzów, co dwadzieścia lat temu. Równolegle Anglicy zanotowali skok o kilka, a Niemcy wręcz o kilkanaście (!) tysięcy widzów. Wynika to naturalnie z rozwoju infrastruktury stadionowej w tych krajach. W Hiszpanii nie mówimy wprawdzie o całkowitym zastoju w tym względzie – nowy obiekt ma choćby Atletico, modernizowane są stadiony Realu czy Celty – ale generalnie postępy nie są zbyt imponujące. Wstydliwym przypadkiem jest zwłaszcza projekt Nou Mestalla w Walencji, którego realizację rozpoczęto w 2007 roku i końca dalej nie widać.

Kręcidło: Zdesperowany trener w zdesperowanym klubie. Valencia weszła w tryb paniki

Przestarzała infrastruktura stanowi również bolączkę klubów włoskich. Choć akurat w tym sezonie frekwencja na stadionach Serie A i tak jest zaskakująco wysoka. Inter i Milan od dawien dawna nie przyciągały na San Siro aż tak wielu widzów (ponad 70 tysięcy na mecz), Jose Mourinho rozgrzał kibicowsko Romę (ponad 60 tysięcy). Chciałoby się obserwować jeszcze lepsze wyniki na Stadio Diego Armando Maradona, ale Napoli to jednak bardzo specyficzny przypadek – neapolitańscy kibice nie należą do najzamożniejszych w Italii, a sam obiekt nie popadł może jeszcze w całkowitą ruinę, lecz bez wątpienia jest tego coraz bliższy. Zresztą z osiąganiem kompletu na meczach ma też wiele innych zespołów, posiadających trącące myszką areny, choćby Bologna, Hellas Werona czy Fiorentina.

Na piątym miejscu w zestawieniu znajduje się Ligue 1 – wyraźnie za plecami czołówki, z niewielką przewagą nad 2. Bundesligą. Nie jest to dla Francuzów powód do dumy. Jasne, sympatycy Olympique’u Marsylia nie zawodzą i dość szczelnie wypełniają Stade Velodrome. Z kolei Paris Saint-Germain wyciska jak cytrynę ograniczony potencjał Parku Książąt (zaledwie 48 tysięcy pojemności obiektu) dzięki znakomitemu marketingowi – przychody paryżan z dnia meczowego są imponujące. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Katarscy właściciele PSG od dawna zabiegają o wykupienie stadionu i zmodernizowanie go zgodnie z potrzebami klubu. Władze miasta nie chcą się zgodzić, więc Katarczycy wpadli na nowy pomysł – teraz planują przejąć monumentalne Stade de France (82 tysiące krzesełek).

Przeciętnie lub słabo wygląda frekwencja między innymi na meczach Stade Reims, Montpellier czy AC Ajaccio. Korsykanie są na ogół dalecy od wypełnienia Stade Francois Coty, mimo że obiekt może pomieścić tylko nieco ponad 10 tysięcy fanów. Niewielki Stade Louis-II w Monako też prawie zawsze świeci pustkami. A do tego trzeba wspomnieć o awanturach i aktach chuligaństwa, które stały się ostatnio w Ligue 1 ponurą codziennością.

Piwo, frytki z kiełbasą i wicelider Ligue 1. Tak to się robi na północy

No nie jest najlepiej.

Ligi dwóch prędkości

Jakie rozgrywki warto również wyróżnić? Z całą pewnością na kilka ciepłych słów zasługuje ekstraklasa holenderska. Oczywiście przede wszystkim z uwagi na Ajax Amsterdam, którego mecze ligowe przyciągają na Johan Cruijff Arena średnio ponad 53 tysiące fanów, mimo że zespół spisuje się dużo poniżej oczekiwań. No ale Eredivisie to rzecz jasna nie tylko Ajax. Świetną średnią frekwencją legitymuje się też celujący w odzyskanie mistrzostwa kraju Feyenoord Rotterdam (ponad 47 tysięcy), niezłe wyniki notują PSV Eindhoven i Twente. Zwłaszcza tę ostatnią ekipę można pochwalić, bo atmosfera na De Grolsch Veste bywa naprawdę gorąca.

Kogoś może dziwić obecność w czołówce ligi szkockiej, aczkolwiek to akurat dość łatwo wyjaśnić. Mamy bowiem do czynienia z niewielką, złożoną z zaledwie dwunastu zespołów ligą, która posiada aż dwa kibicowskie fenomeny – Celtic (średnio 58 tysięcy widzów na meczach ligowych) oraz Rangersów (średnio 49 tysięcy). Bez ekip z Glasgow na pokładzie Premiership runęłaby w rankingu o dobrych kilkanaście pozycji. Przykład ligi dwóch kibicowskich prędkości może zresztą również stanowić ekstraklasa portugalska. Znajdziemy w niej kluby szalenie popularne (Benfica, FC Porto), bardzo popularne (Sporting Lizbona) i umiarkowanie popularne (Sporting Braga, Vitoria Guimaraes), a obok nich całą masę zespołów występujących dla dwu-trzytysięcznej publiczności.

Na domowe mecze FC Arouca (aktualnie szóste miejsce w lidze) przychodzi średnio 1,8 tysiąca fanów. Jakże wielki musi być to przeskok dla przykładowej Benfiki – w ciągu tygodnia europejskie boje z PSG czy Juventusem, a w weekend wizyty na prowincjonalnych, często w dodatku opustoszałych stadionikach. Szefostwo portugalskiej ekstraklasy jest krytykowane między innymi za planowanie zbyt wielu meczów na godziny wieczorne, a nie popołudniowe.

 

Do tego samego worka można wrzucić rozgrywki tureckie.

Są tam posiadające naprawdę pokaźną bazę kibiców kluby ze Stambułu (Galatasaray, Besiktas, Fenerbahce), jest tradycyjnie cieszący się sporą popularnością Trabzonspor, jest też paru solidnych średniaków (choćby Adana Demirspor czy Konyaspor). Ale nie brakuje ekip, które mogą jedynie pomarzyć o średniej frekwencji przekraczającej 10 tysięcy widzów. A trzeba pamiętać, że potencjał demograficzny Turcji jest olbrzymi – mówimy wszak o kraju posiadającym przeszło 80 milionów mieszkańców. Inna sprawa, że państwo jest pogrążone w problemach ekonomicznych, tylko pogłębionych niedawnym trzęsieniem ziemi. No i nie trzeba chyba dodawać, że szefowie tureckich drużyn nie słyną ze skutecznego realizowania długofalowych wizji rozwoju. Dodajmy do tego konflikty na linii ultrasi – Recep Tayyip Erdogan i mamy już pełen obraz chaosu. Istanbul Basaksehir – klub-maskotka Erdogana – niekiedy nie przyciąga na trybuny nawet tysiąca widzów.

Pan życia i śmierci tureckiego futbolu

Zespołów o zaskakująco skromnej frekwencji (przynajmniej na polu ligowym) można w Europie wskazać kilka. Na przykład Red Bull Salzburg, który – choć dominuje na krajowym podwórku i wypracował sobie mocną pozycję na arenie międzynarodowej – przyciąga na stadion średnio nieco ponad 11 tysięcy fanów. To dopiero trzeci wynik w austriackiej Bundeslidze, daleko za liderującym Rapidem Wiedeń. Szału nie ma również w Zagrzebiu. Ligowe mecze Dinama z perspektywy trybun obserwuje średnio niespełna 6 tysięcy widzów. Prawie dwa razy wyższym wynikiem od hegemona może się poszczycić Hajduk Split.

Bułgarski Łudogorec Razgrad – podobna historia. Klub zaistniał w europejskich pucharach, lecz na trybunach – pustki. Na początku października prestiżowe starcie z CSKA Sofia zmobilizowało wprawdzie kilka tysięcy fanów do wizyty na Huvepharma Arenie, ale na zwykłe mecze ligowe rzadko fatyguje się 2 tysiące osób.

Co z Ekstraklasą?

A jak na tle reszty Starego Kontynentu wypada Ekstraklasa? W chwili, gdy gromadziliśmy statystyki do tego artykułu, średnia frekwencja na meczach ligowych polskiej Bundesligi minimalnie przekraczała 9 tysięcy widzów, co pozwoliło naszym rozgrywkom zmieścić się w europejskim TOP20. A wynik byłby jeszcze okazalszy, gdyby z rankingu usunąć niższe klasy rozgrywkowe Anglii, Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Kibicowsko stoimy zatem w tej chwili o wiele lepiej, niż piłkarsko, bo do wskoczenia do czołowej dwudziestki europejskich lig w rankingu UEFA trochę nam jeszcze brakuje. A na niekorzyść Ekstraklasy dodatkowo działa fakt, że kilka popularnych ekip (przede wszystkim Wisła Kraków, ale również Ruch Chorzów i ŁKS Łódź) znajduje się poza elitą. Choć to akurat nie jest tylko nasz problem. Wiele europejskich klubów o dużym kibicowskim potencjale popadło w tarapaty z powodów organizacyjno-finansowych. Takie życie.

Niektóre ekstraklasowe zespoły pewnego poziomu frekwencyjnego nie przeskoczą albo nigdy, albo do czasu, aż nie rozwiną się infrastrukturalnie. Choć łatwo wskazać też palcem kilka klubów, które trwonią posiadany potencjał. Najbardziej jaskrawym przykładem takiego zjawiska jest w tej chwili rozklekotana sportowo i organizacyjnie Lechia Gdańsk, ze średnią frekwencją w sezonie 2022/23, która nie przekracza 7 tysięcy osób. Niemal tradycyjnie rozczarowuje Śląsk Wrocław (średnio 10,5 tysiąca widzów), szału nie ma na meczach Piasta Gliwice (średnio 3,6 tysiąca). Aczkolwiek przy ocenianiu widowni na stadionach wybudowanych z okazji Euro 2012 (Wrocław, Gdańsk, Poznań) trzeba być ostrożnym. Umówmy się – wysokie wypełnienie takich obiektów w Polsce będzie rzadkością.

Ile jeszcze będziemy znosić piłkę błotną w Gliwicach?

Poza najbogatszymi i najsilniejszymi piłkarsko krajami Europy Zachodniej, właściwie nie ma na Starym Kontynencie klubów, które regularnie notowałyby w lidze frekwencję przekraczającą, lub chociaż zbliżoną do 25 tysięcy kibiców. Patrząc poza TOP10 krajowego rankingu UEFA, można wspomnieć FC Kopenhagę (26 tysięcy), Club Brugge (23 tysiące), AEK Ateny (25 tysięcy), Young Boys (28 tysięcy) oraz tureckie potęgi. I tyle.

Zresztą – czy naprawdę można oczekiwać na przykład od wywołanych do tablicy wrocławian tłumnego pojawiania się na meczach Śląska, skoro zespół prezentuje się marnie, a oferta sportowa (i w ogóle rozrywkowa) w mieście jest szeroka? Na widownię obracającą się podczas meczów ligowych w okolicach 10 tysięcy osób mogą liczyć kluby z Bukaresztu (Steaua – średnio 12,7 tysiąca, Rapid – 12 tysięcy), węgierski Ferencvaros (9,7 tysiąca), Panathinaikos Ateny (11,7 tysiąca), Austria Wiedeń (10,7 tysiąca) czy Sparta i Slavia Praga (odpowiednio 12,6 i 13,8 tysiąca). Nie ma przepaści, Śląsk na tym tle wcale nie wypada blado.

Przy wszystkich swoich boiskowych i marketingowych mankamentach.

Ekstraklasa przebyła bardzo długą drogę. Od plagi chuligaństwa, afery korupcyjnej i dziadowskiej infrastruktury na przełomie wieków, gdy na trybuny przychodziło średnio około 5 tysięcy widzów, po sytuacją obecną, kiedy możemy już marzyć o równo dwa razy wyższej widowni. Jakkolwiek spojrzeć, progres jest gigantyczny. Rzućmy choćby okiem na Kielce. W bieżącej kampanii ligowej domowe mecze Korony – drużyny dość słabej, walczącej o utrzymanie w lidze – z trybun Suzuki Areny ogląda średnio 9,5 tysiąca widzów. To wyższa frekwencja, niż w przypadku mistrzowskiej Wisły Kraków w sezonie 2000/01.

Mamy więc zupełnie nowe realia.

Czy sufit został osiągnięty? Jasne, że nie, a na pewno nie wszędzie. Działacze Widzewa Łódź doskonale wykorzystują mobilizację kibicowskiego środowiska i łączą ją z czysto sportowym rozwojem zespołu. Zupełnie inaczej wygląda to w Zabrzu – frekwencja jest zacna, ale klub pogrążą się coraz głębiej w kryzysie. Tymczasem Michał Kadłuczka i Filip Pitera z Uniwersytetu Jagiellońskiego dowiedli, że do najważniejszych czynników kształtujących frekwencję w Ekstraklasie – obok historycznej rangi danego zespołu, dnia rozegrania meczu i warunków pogodowych – należy forma drużyny w trzech ostatnich meczach. Krótko mówiąc – kibice chcą oglądać w akcji ekipy, którym aktualnie żre. Które są w uderzeniu, które generują pozytywne emocje. Świetnie to widać na przykładzie Legii Warszawa. W poprzednim sezonie ligowym spotkania „Wojskowych” gromadziły przy Łazienkowskiej niespełna 15 tysięcy fanów, aktualnie frekwencja przekracza 20 tysięcy.

Marcin Animucki: – Ekstraklasa SA pomaga pucharowiczom na trzy sposoby

– Każdy osobno musi się mocno starać, żeby dbać o kibica – mówił nam ostatnio Marcin Animucki, prezes Ekstraklasa SA. – Przypominam sobie nasze wewnętrzne badania mówiące, że kibice chętnie przychodzący na mecze w europejskich pucharach, często niechętnie przychodzą na mecze ligowe. Jeśli jednak udało się takie osoby sprowadzić na Ekstraklasę, frekwencja wzrastała o kilka procent. Estymujemy, że w tym roku przekroczymy 2,6 miliona kibiców na stadionach, co będzie drugim czy trzecim wynikiem w całej historii ligi. To mniej więcej tyle, ile wszystkie ligi z innych dyscyplin w Polsce gromadzą łącznie. Mamy jeszcze potencjał wzrostu i z tego trzeba się cieszyć.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Arsenal pokazał, na czym polega futbol, a Chelsea udowodniła, czemu jest poza pucharami

Bartek Wylęgała
3
Arsenal pokazał, na czym polega futbol, a Chelsea udowodniła, czemu jest poza pucharami
1 liga

Jeśli oglądaliście mecz tylko w ostatnich minutach, to nic nie straciliście

Piotr Rzepecki
5
Jeśli oglądaliście mecz tylko w ostatnich minutach, to nic nie straciliście

Piłka nożna

Anglia

Arsenal pokazał, na czym polega futbol, a Chelsea udowodniła, czemu jest poza pucharami

Bartek Wylęgała
3
Arsenal pokazał, na czym polega futbol, a Chelsea udowodniła, czemu jest poza pucharami
1 liga

Jeśli oglądaliście mecz tylko w ostatnich minutach, to nic nie straciliście

Piotr Rzepecki
5
Jeśli oglądaliście mecz tylko w ostatnich minutach, to nic nie straciliście

Komentarze

60 komentarzy

Loading...