Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Czy Mamed Chalidow kolejny raz zadziwi świat MMA?

Szymon Szczepanik

Autor:Szymon Szczepanik

18 grudnia 2021, 13:42 • 12 min czytania 13 komentarzy

To będzie jedna z najmocniej obsadzonych gal w historii KSW. W Arenie Gliwice zobaczymy między innymi rewanżowy pojedynek Daniela Torresa z Salahdinem Parnassem, wystąpią też Damian Stasiak czy Roman Szymański. Ale największą gwiazdą wieczoru będzie on. Żywa legenda i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego MMA. Przez lata, jeżeli mówiłeś KSW, myślałeś – Mamed Chalidow. I choć Czeczen z polskim paszportem nie będzie faworytem w pojedynku z Roberto Soldiciem, to w trakcie swojej kariery nie raz udowadniał, że jest zawodnikiem nieprzewidywalnym. Czy tak będzie i tym razem, a weteran ponownie zaskoczy świat MMA?

Czy Mamed Chalidow kolejny raz zadziwi świat MMA?

Pierwszy międzynarodowy mistrz KSW

Epoka – to słowo najlepiej oddaje zmiany, jakie zaszły w KSW od 2009 roku. Bo istotnie, gdyby Maciej Kawulski i Martin Lewandowski spojrzeli na to, w jakich realiach tworzone były gale dwanaście lat temu, pewnie na ich twarzach rysowałby się uśmiech nostalgii oraz politowania, że tak kiedyś wyglądała jedna z obecnie największych federacji MMA w Europie.

Mamed również znajdował się wtedy w zupełnie innym miejscu kariery. W KSW walczył od dwóch lat, jednak wciąż był zawodnikiem na dorobku. Do miana twarzy federacji dopiero aspirował, ale sam zastanawiał się nad tym, czy związać się wyłącznie z KSW. Na galę oznaczoną numerem 11 wracał po występie w Stanach Zjednoczonych. Ale to właśnie na warszawskim Torwarze miała rozbłysnąć jego gwiazda. Rywalem Czeczena – Mamed jeszcze nie posiadał polskiego obywatelstwa – był Daniel Acacio. Brazylijczyk być może najlepszy czas miał już za sobą, lecz bynajmniej nie był zawodnikiem z pierwszej łapanki. Wcześniej walczył w federacji Pride. Z tego względu zapowiadała się ciekawa walka. I na zapowiedziach się skończyło.

Acacio nie miał podjazdu do Chalidowa, który zaskoczył go wszechstronnością w stójce. Doświadczony Brazylijczyk, niczym Goro z Mortal Kombat, musiałby chyba posiadać cztery ręce, żeby skutecznie obronić się przed czeczeńskimi bombami, nadlatującymi z każdej płaszczyzny. Dość powiedzieć, że Chalidow zakończył walkę akcją prawy sierp – kolano na głowę – prawy podbródkowy. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, jakiej klasy zawodnik zagościł na polskim ringu. A zdobycie mistrzowskiego tytułu dodawało pewności federacji, że wówczas dwudziestoośmioletni fighter zostanie w Polsce na dłużej.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Ale chociaż rok później Mamed otrzymał polskie obywatelstwo, to jednak zdecydował się na próbę podboju kolejnego dużego, zagranicznego rynku. Jeszcze w listopadzie wyruszył do Japonii, gdzie na gali Sengoku Raiden Championship pokonał Jorge Santiago.

I wtedy nadszedł dla KSW złoty grudzień oraz gala KSW XII, po której w polskim MMA nic nie było już takie samo.

Przed naprawdę dużą widownią zaskoczył… negatywnie

Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby pochodzący z Czeczenii wojownik, decyzję o tym by związać się z KSW podjął właśnie w grudniu 2009 roku. Owszem, miesiąc wcześniej pokonał wspomnianego Santiago po wyrównanej, trwającej pięć rund walce. W marcu następnego roku miał ponownie zmierzyć się z Brazylijczykiem.

Ale właśnie w grudniu 2009 roku polska scena MMA przeżyła trzęsienie ziemi. Przedostała się do mainstreamu. A wszystko za sprawą najbardziej znanego freak fightu mieszanych sztuk walki w Polsce.

Bo czy się to komuś podoba, czy też nie, prawda jest taka, że pod względem komercyjnym KSW dzieli się na dwa okresy. Przed i po walce Mariusz Pudzianowski – Marcin Najman, zorganizowanej na KSW XII. Mniejsza o poziom sportowy tego widowiska. Ważne, że słupki oglądalności wystrzeliły w górę. O mieszanych sztukach walki było głośno w całym kraju. I choć głównym tematem rozmów był oczywiście występ Pudziana, to siłą rzeczy mówiono też o innych bohaterach gali. Między innymi o – że tak to nazwiemy – walce wieczoru po walce wieczoru. W niej Asłambek Saidow przegrał po wyrównanym pojedynku z Vitorem Norbegą. To był drogowskaz dla włodarzy KSW, że jedna walka ludzi o głośnych nazwiskach – nawet o lichym poziomie sportowym – może przyczynić się do wykreowania innych gwiazd.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Taki model biznesowy mógł wypalić. Potrzeba było tylko zawodnika, który naprawdę zelektryzuje publiczność. Sprawi, że przeciętny widz nie wykupi PPV wyłącznie dla Pudziana, który przecież i tak nie mógłby walczyć na każdej gali. Federacja potrzebowała kogoś takiego jak Mamed. I z tego względu nie mogło ją spotkać nic lepszego, niż porażka zawodnika w rewanżu z Santiago, która tylko przysporzyła mu wątpliwości co do sensu szukania pieniędzy i chwały poza granicami Polski.

Nie zrozumcie nas źle – nie chodzi o to, że Chalidow nie prezentował odpowiedniego poziomu sportowego. Prześmiewcze nazywanie go królem własnego podwórka jest po prostu krzywdzące. Porażki są nieodłącznym elementem MMA. Ale w Japonii Mamed dopiero pracował na swoje nazwisko. Perspektywa zostania gwiazdą jednej z tamtejszych federacji była kusząca, jednak w Polsce zarobki zawodników oraz zainteresowanie tym sportem zmieniły się diametralnie. W dodatku w KSW od razu miał zagwarantowany status gwiazdy i po prostu czuł się dobrze w naszym kraju. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że na jego miejscu zaryzykowałby rozwój kariery za granicą. Ale nie uwierzymy nikomu, kto nawet nie rozważyłby bardziej dochodowej opcji występowania w praktycznie swoim kraju.

W ten sposób Mamed Chalidow mógł przedstawić się szerszej publiczności w maju 2010 roku – równo dwa miesiące po swojej walce w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy czym KSW postanowiła kontynuować japoński wątek zawodnika i wyznaczyła mu za przeciwnika Ryutę Sakuraia. Federacja przed walką stosowała prosty przekaz – poza Pudzianem, mamy u siebie gościa, dla którego tobie, drogi widzu, będzie się opłacało wykupić naszą galę.

Tymczasem Chalidow, choć pokazał spore umiejętności, to ogólnie rozczarował swoim występem. Walka bardzo źle rozpoczęła się dla faworyta, który już w pierwszej minucie kopnął swojego rywala w krocze. Za wszelką cenę próbował skończyć swojego przeciwnika w parterze, ale ten skutecznie się bronił, przez co Czeczen z polskim paszportem tylko stracił mnóstwo sił. Jakby tego było mało, w rundzie dodatkowej, wyraźnie zmęczony faworyt kolejny raz uderzył rywala w czułe miejsce. Za dwa takie ciosy w walce mógł zostać nawet zdyskwalifikowany, ale ostatecznie pojedynek dokończono. Padł w nim remis, zatem Mamed zachował pas mistrza federacji, ale wynik potraktowano jako ukłon sędziów w stronę miejscowej gwiazdy. Sam zawodnik był mocno niezadowolony ze swojego występu.

– Wiem, że nie wygrałem tej walki. Czy była ona remisowa? Możliwe. Po tych wszystkich duszeniach ręce tak mi spuchły, że nie mogłem nic zrobić w stójce, tylko balansowałem. Tak myślałem, że kiedy będę próbował różnych dźwigni, on nie odklepie – powiedział wyraźnie rozczarowany po pojedynku.

Zadziwił kibiców, bo… został w domu

Ale on sam udowodnił w kolejnych walkach, że starcie z Sakuraiem było tylko wypadkiem przy pracy, a federacja istotnie nie myliła się w kwestii oceny jego potencjału. Na ringu – a później w klatce – Mamed wyglądał niczym postać z gry komputerowej. Sami powiedzcie ilu zawodników z aż taką częstotliwością stosowało w swoich występach latające kolano? A jego skrętówki? Przecież jeżeli w parterze rywal zostawiał mu choć odrobinę miejsca, równie dobrze mógł od razu myśleć o tym, żeby odklepać. Ba, w niektórych przypadkach do poddania przeciwnika Chalidow nawet nie potrzebował parteru. Przypomnijcie sobie walkę z Mattem Lindlandem, którego udusił na stojąco. W podobnym stylu załatwił Melvina Manhoefa.

Na liście jego ofiar znajdują się tacy zawodnicy, jak Kendall Grove, Rodney Wallace, James Irvin czy Luke Barnatt. Co łączy ich wszystkich, poza oklepem zafundowanym przez Mameda? Ano to, że przed przyjazdem do Polski każdy z wyżej wymienionych walczył w największej organizacji MMA na świecie. Czyli w UFC. I bynajmniej nie byli to zawodnicy, którzy w UFC występowali w zamierzchłych czasach. Grove przyjechał do Polski półtora roku po tym, jak stoczył ostatnią walkę dla amerykańskiej organizacji. Po występie w KSW przez długi czas był związany z Bellatorem. Wallace walczył w federacji Dany White’a trzykrotnie. I choć każdą walkę przegrał, to wszystkie kończyły się decyzjami sędziów. Tymczasem w KSW prawy sierpowy Mameda zmiótł go z ringu po niecałych dwóch minutach walki. Irvin wytrzymał z polskim Czeczenem nieco ponad trzydzieści sekund.

Powtarzamy to jeszcze raz, bo chcemy, aby wybrzmiało to bardzo wyraźnie. Wbrew temu, co twierdzą krytycy, Mamed Chalidow nie walczył z samymi leszczami i/lub wybitnie przebrzmiałymi gwiazdami. On bił się i wygrywał z niezłymi zawodnikami, którzy znajdowali się w dobrych momentach swoich karier. Zatem całkiem zasadne stawało się pytanie, dlaczego sam nie spróbuje swoich sił w UFC? Nie ulegało wątpliwości, że gwiazda KSW dysponowała umiejętnościami oraz potencjałem, by zawojować tamtejszy rynek. Tym bardziej, że amerykańska federacja oczywiście miała go na radarze i była zainteresowana skorzystaniem z jego usług.

Wydawało się, że Chalidow posiada wszystko, by przetrzeć szlak chociażby Janowi Błachowiczowi, po którego amerykański gigant zgłosił się nieco później. Ale scenariusz, w którym Mamed walczy o mistrzowski pas UFC, nigdy nie doszedł do skutku. Ba, legenda polskiego MMA nigdy nawet nie zadebiutowała w Ultimate Fighting Championship. Wszystko rozbiło się oczywiście o pieniądze.

Mamed w swoim najlepszym czasie znajdował się w światowej czołówce MMA. To nie tylko nasza opinia – wystarczy spojrzeć na rankingi. Fight Matrix w 2010 roku umieścił go na szóstej pozycji w wadze średniej. Z kolei w 2013 roku znajdował się w tym zestawieniu na dziewiątym miejscu. Portal Sherdog również umieszczał Czeczena z polskim paszportem w TOP 10 kategorii średniej.

Jednak na amerykańskim rynku Chalidow był zawodnikiem nieznanym. Stanowiącym zaledwie ciekawostkę, że gdzieś tam w odległej Polsce bije się zawodnik z potencjałem. I to w zasadzie wszystko, co kibice w USA o nim wiedzieli. Jego nazwisko niewiele mówiło, stąd UFC w ramach pierwszego kontraktu zaproponowało Mamedowi stosunkowo niewielkie wynagrodzenie. Wynosiło ono dwadzieścia tysięcy dolarów za samo wejście do klatki, plus drugie tyle w przypadku ewentualnego zwycięstwa. Dana White nie chciał inwestować wielkiej kasy w zawodnika, który nie był sprawdzony w jego federacji. Stąd Chalidow odrzucił propozycję Amerykanów, pozostając w KSW. Czy można się dziwić takiej decyzji?

Oczywiście, możemy tu przytaczać argumenty o sportowej ambicji. O tym, że zawodnik był krótkowzroczny, gdyż następne występy w Stanach Zjednoczonych – zakładając, że dobrze by sobie tam radził – gwarantowałyby mu znacznie wyższe zarobki, jakich w KSW nigdy by nie otrzymał. Ale całkiem zasadne wydaje się pytanie, po co miał ryzykować? W Polsce miał zagwarantowane wszystko – szacunek, rozpoznawalność i pieniądze. Za jedną walkę kasował kilkaset tysięcy złotych. W dodatku był u siebie w domu, wraz z rodziną, co jest dla niego równie istotne. Serio, łatwo powiedzieć, że nie pojechał za Ocean, bo bał się dostać po głowie. Ale postawcie się na chwilę na jego miejscu. My tę decyzję całkowicie rozumiemy – tym bardziej, że i w KSW jego zarobki były znakomite.

Mówi się, że za hitowy pojedynek z Michałem Materlą gaże obu zawodników wyniosły ponad milion złotych. Czy taką walkę, która miała miejsce w 2015 roku, dałoby się zorganizować, gdyby Mamed kilka lat wcześniej opuścił federację? Oczywiście, że nie. A nawet jeżeli powróciłby do KSW w przypadku niepowodzenia w Stanach Zjednoczonych, z pewnością nie mógłby liczyć na aż taki zarobek za jedną walkę. Bo tę sprzedawano jako hitowy pojedynek dwóch największych gwiazd federacji. A prywatnie wielkich przyjaciół. Starcie, które zapowiadało się na niezwykle wyrównane. Tymczasem Chalidow kolejny raz udowodnił, że jest wojownikiem wybitnym. Zawodnicy mieli chwilę stójki, po czym Mamed wyprowadził obszerny prawy sierp, który naruszył rywala. Następne poszło latające kolano, które posłało Materlę na deski, gdzie Czeczen z polskim paszportem dobił przeciwnika serią ciosów. To było błyskawiczne zwycięstwo.

Z perspektywy czasu możemy tylko gdybać jak Chalidow sprawdziłby się na tle najlepszych zawodników z UFC. Amerykanie kusili go jeszcze kilkukrotnie – ostatni raz w 2017 roku. Ale on sam konsekwentnie odmawiał, domagając się większej kasy. Chociaż jako fani MMA żałujemy, że nie zobaczyliśmy Mameda na przykład w walce z Chrisem Weidmanem, to sam zawodnik nie ma czego żałować. Również pod względem finansowym. Wszak to status legendy KSW doprowadził do tego, że federacja na wynagrodzenie Chalidowa i Soldicia przeznaczyła kilka milionów złotych. Zatem ostatecznie ścieżka kariery jaką obrał zawodnik, okazała się dla niego słuszna.

Argument w walce z Soldiciem? Taki, że to jest Mamed

Chociaż federacja chwali się, że walka Chalidowa z Soldiciem będzie najdroższym starciem w historii polskiego MMA – a Martin Lewandowski mówi nawet, że dotychczas w Europie nie zorganizowano lepiej płatnego pojedynku – to legenda KSW bynajmniej nie będzie w nim faworytem. Roberto jest zawodnikiem młodszym, znajdującym się na fali wznoszącej, kroczącym od zwycięstwa do zwycięstwa – wygrał sześć ostatnich pojedynków. W dodatku posiada w rękach prawdziwe kowadła. I choć Chalidow zaledwie raz przegrał przez nokaut – i to dawno temu, w swoim zawodowym debiucie – to jego przegrana przed czasem właśnie w taki sposób wcale nie wydaje się nierealna.

Sam Mamed znajduje się już u schyłku kariery. Ma czterdzieści jeden lat i przegrał trzy z ostatnich czterech walk. Dwukrotnie musiał uznać wyższość Tomasza Narkuna, a podczas gali KSW 52 sposób na weterana znalazł Scott Askham. Ale, co warto podkreślać, chociaż Chalidow przegrał, to po samym pojedynku był zadowolony. Do klatki wracał po roku przerwy i widać było, że pasja do MMA jeszcze w nim nie wygasła.

– Cały czas próbuję się mierzyć z najlepszymi, ale mi się nie udaje. Jednak nie odchodzę. Cały czas jestem. Przeżywam drugą młodość. Jeszcze pokażę, na co mnie stać – mówił na gorąco po walce.

Jednak w dzisiejszej walce mimo wszystko jest underdogiem. Zatem dlaczego zupełnie byśmy nie skreślali Chalidowa? Argument jest prosty – bo mówimy o Mamedzie. Zawodniku nietuzinkowym, wyłamującym się z wszelkich schematów. Gościu, który potrafi zaskoczyć przeciwnika w najmniej spodziewanym momencie. Po trzech porażkach z rzędu nikt nie odmawiał mu możliwości wejścia do klatki. Jednak wydawało się, że Czeczen z polskim paszportem raczej będzie stanowił łakomy kąsek dla innych zawodników. Ot, można wyjść do walki za dobre pieniądze i przy okazji zapisać sobie głośne na polskim rynku nazwisko po stronie zwycięstw.

Zapewne taki scenariusz miał w głowie Scott Askham, kiedy na gali KSW 55 wychodził z nim do rewanżowego pojedynku. I wtedy Mamed udowodnił, że jest cholernym Mamedem. Może mieć czterdziestkę na karku, może być już dawno po swoim prime timie, ale lekceważenie go w klatce to skrajna głupota. Pojedynek z Anglikiem zakończył już w trzydziestej szóstej sekundzie, jednym z najbardziej efektownych nokautów w historii KSW.

Dzisiejszy pojedynek z Roberto Soldiciem ma być swoistym przekazaniem pałeczki miana największej gwiazdy polskiej federacji. W idealnym scenariuszu duetu Kawulski-Lewandowski, Chorwat pokona doświadczonego mistrza i to on będzie motorem napędowym KSW na kolejne lata. Soldić, który w klatce prezentuje równie porywający styl co Chalidow, ma spore szanse na zwycięstwo.

Chyba, że straci czujność choć na sekundę, a stary wyga bez skrupułów wykorzysta jego moment nieuwagi. A nam pozostaje wtedy zapytać – Mamed, który to już raz zadziwiłeś świat MMA?

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix

Przeczytaj też:

Pierwszy raz na stadionie żużlowym pojawił się w 1994 roku, wskutek czego do dziś jest uzależniony od słuchania ryku silnika i wdychania spalin. Jako dzieciak wstawał na walki Andrzeja Gołoty, stąd w boksie uwielbia wagę ciężką, choć sam należy do lekkopółśmiesznej. W zimie niezmiennie od czasów małyszomanii śledzi zmagania skoczków, a kiedy patrzy na dzisiejsze mamuty, tęskni za Harrachovem. Od Sydney 2000 oglądał każde igrzyska – letnie i zimowe. Bo najbardziej lubi obserwować rywalizację samą w sobie, niezależnie od dyscypliny. Dlatego, pomimo że Ekstraklasa i Premier League mają stałe miejsce w jego sercu, na Weszło pracuje w dziale Innych Sportów. Na komputerze ma zainstalowaną tylko jedną grę. I jest to Heroes III.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Xavi: Czujemy niesprawiedliwość, bo często publikuje się rzeczy, które nie są prawdziwe

Arkadiusz Prosowski
2
Xavi: Czujemy niesprawiedliwość, bo często publikuje się rzeczy, które nie są prawdziwe

Inne sporty

MMA

KSW – trampolina do UFC czy wylęgarnia lokalnych gwiazd?

Szymon Szczepanik
8
KSW – trampolina do UFC czy wylęgarnia lokalnych gwiazd?

Komentarze

13 komentarzy

Loading...