Na start walki o mistrzostwo PlusLigi… demolka. Warta ograła Bogdankę

Sebastian Warzecha

25 kwietnia 2026, 16:58 • 5 min czytania 0

Reklama
Na start walki o mistrzostwo PlusLigi… demolka. Warta ograła Bogdankę

Michał Winiarski kontra Stephane Antiga – tak reklamowano tegoroczny finał PlusLigi. Kiedyś koledzy z parkietu, potem zawodnik i trener, którzy wspólnie zdobywali mistrzostwo świata dla Polski w 2014 roku. A dziś? Dziś przede wszystkim rywale. W rywalizacji o tytuł spotkały się bowiem Aluron CMC Warta Zawiercie, ekipa od czterech lat prowadzona przez Winiarskiego, oraz Bogdanka LUK Lublin, obrońcy tytułu, których w tym sezonie trenuje Antiga. W pierwszym meczu nie było jednak wątpliwości – lepsi byli zawodnicy z Jury.

Reklama

PlusLiga. Zaczęła się walka o mistrzostwo

Rok temu o mistrzostwo też walczyły te dwie ekipy. Faworytami byli Zawiercianie, ale Bogdanka zaskoczyła wtedy wszystkich w kraju i nie tylko doszła do finału, ale też go wygrała. Tym samym gracze z Jury obeszli się smakiem, a Winiarski wciąż czekał na wielki sukces z tą ekipą. Dla niego i Warty był to bowiem drugi z rzędu przegrany finał PlusLigi. Zresztą tamten sezon to w ogóle było pasmo rozczarowań – Warta grała bowiem równo, momentami znakomicie, ale nie zdobyła Pucharu Polski (to udało się rok wcześniej), a w lidze i Lidze Mistrzów przegrywała na ostatniej prostej.

Bogdanka za to świętowała – bo dla niej to mistrzostwo (a wcześniej i Puchar Challenge) było czymś wyjątkowym, czego raczej się po ekipie z Lublina nie spodziewano. W tym sezonie Lublinianie poprawili to zresztą już zdobywając i Superpuchar, i Puchar Polski.

Ale to nie oni byli – i tym bardziej nie są po dzisiejszym meczu – faworytem do mistrzostwa kraju.

Reklama

Bo Zawiercianie im dalej w sezon, tym byli lepsi. W półfinale PlusLigi Jurajscy Rycerze przejechali się po Asseco Resovii – wygrali oba mecze, nie stracili nawet seta, genialnie grał przy tym Aaron Russell, do tego standardowo skutecznie atakował Bartosz Kwolek. Zdaje się, że Winiarski wyciągnął wnioski z poprzednich sezonów i tym razem rozplanował wszystko tak, by jego zawodnicy tę najlepszą formę złapali na koniec rozgrywek – zresztą to o tyle istotne, że po walce o mistrzostwo, Zawiercianie będą znów rywalizować w Final Four Ligi Mistrzów.

Lublinianie mieli z kolei swoje problemy. Ba, przed półfinałem mówiło się, że na lepszej pozycji stoi PGE Projekt Warszawa, bo w ekipie z lubelskiego wielu zawodników walczyło z mniejszymi lub większymi urazami, w tym na przykład Kewin Sasak – jeden z niekwestionowanych liderów zespołu. Stephane Antiga był jednak w stanie przygotować swoją ekipę do trudnych bojów i Bogdanka dwa razy ograła Projekt – w obu przypadkach 3:1, a genialnie grał ten, od którego najwięcej na parkiecie zależy – Wilfredo Leon. Łącznie w dwumeczu zdobył 43 punkty i poprowadził swoich kolegów do finału.

Po tamtych spotkaniach mówił, że chciałby utrzymać taki poziom. I właściwie od tego, czy mu się to uda, miał najpewniej zależeć poziom rywalizacji w meczach o tytuł. Świetny Wilfredo miał gwarantować emocje. Słabszy – sprawić, że będzie ich mało.

Dziś Leon dał 14 punktów. Nic genialnego, ale też nie było z nim piekielnie słabo. Jego koledzy jednak nie byli w stanie ani trochę mu pomóc.

Reklama

Demolka. Warta rozbiła Bogdankę

To był wyrównany mecz… gdzieś do połowy pierwszego seta. Potem na zagrywkę wszedł Bartłomiej Bołądź, solidnie kilka razy pocelował. Nie pomogła Lublinianom przerwa wzięta przez Stephane’a Antigę, bo po niej zablokowany został Jackson Young. Dopiero po dłuższej chwili goście się odblokowali, ale wtedy było już za późno – Zawiercianie odskoczyli i nie dało się ich dogonić. Zresztą dołożyli nawet w końcówce, a seta zamknął świetnym blokiem Jurij Gładyr, który zatrzymał Kewina Sasaka.

W drugiej partii cztery pierwsze punkty zdobyli gracze Bogdanki, w tym dwa po asach serwisowych Hilira Henno. Tyle że Zawiercianie już chwilę później straty właściwie w całości odrobili, a gdy na zagrywkę wszedł Aaron Russell i dorzucił trzy punkty z rzędu, to wyszli na prowadzenie 10:8. I znów – kiedy zaczęli uciekać, goście nie byli w stanie ich dogonić. Fakt, że tym razem też nie stracili tyle, co w pierwszej partii, wciąż mając mniej więcej dwa-trzy oczka dystansu do podgonienia.

I w sumie mieli okazję, pod koniec, ten dystans skrócić. Było 23:21 dla Zawiercia, ale piłkę w górze miał Wilfredo Leon. Reprezentanta Polski zablokował jednak Miguel Tavares i to Portugalczyk okazał się bohaterem drugiego seta – po chwili bowiem go zamknął, asem serwisowym.

Reklama

A trzecia partia? To już kompletne rozbicie gości. Świetna gra Aarona Russella, który popisywał się w polu serwisowym, do tego Bartosz Kwolek, który dokładał swoje i Jurij Gładyr oraz Mateusz Bieniek wspomagający kolegów czy to zagrywką, czy blokiem. Taki zestaw sprawił, że gracze z Zawiercia szybko odskoczyli najpierw na siedem, a potem nawet na jedenaście punktów. I do końca seta dojechali właśnie z tą drugą przewagą. Wyglądali przy tym jak ekipa, która złapała absolutny luz. Wychodziło im wszystko, nie przejmowali się niczym, po prostu robili swoje. Gracze Bogdanki z kolei ewidentnie mieli dość.

Szybki koniec mógł więc ich nawet ucieszyć. Bo teraz wrócą do Lublina i będą mogli przyszykować się na drugi mecz, który w środę.

Jeśli jednak nic w swojej grze nie zmienią, to wielkich szans na sukces tam nie mają. Dziś Warta była bowiem drużyną o kilka klas lepszą, po prostu. I w rywalizacji do trzech zwycięstw wyszła na prowadzenie.

Reklama

Aluron CMC Warta Zawiercie – Bogdanka LUK Lublin 3:0 (25:19, 25:21, 25:14). 1:0 w całej rywalizacji

Fot. Newspix

Czytaj więcej o siatkówce:

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Barca odczarowała Coliseum, a Lewandowski w końcu z konkretem

Jan Broda
0
Barca odczarowała Coliseum, a Lewandowski w końcu z konkretem

Inne sporty

Reklama