Reklama

Dynastia Piastów: Piotr Odrodzony

redakcja

Autor:redakcja

03 czerwca 2019, 16:29 • 14 min czytania 0 komentarzy

Miniony rok był dla niego najtrudniejszy w życiu. Coraz bardziej dusił się w Holandii, a od trenera PEC Zwolle nie dostał wsparcia w najgorszych momentach. Początki w Piaście, mającym być zupełnie nowym rozdziałem, również były frustrujące. To już przeszłość, choć pewnie nadal boli.

Dynastia Piastów: Piotr Odrodzony

Na początku marca 2018 po długiej walce z nowotworem odeszła mama Piotra Parzyszka.

Mama, której zawdzięczał najwięcej, która o jego życie i przyszłość musiała walczyć od samego początku. Ojciec dziecka postawił ją przed skrajnie egoistycznym wyborem: albo dokona aborcji, albo on odchodzi. Wybrała właściwie, a to była tylko jedna z kilku odważnych decyzji. Mając już 34 lata postanowiła wyjechać z 6-letnim synem do Holandii. Sama, bez znajomości języków. Poradziła sobie. Znalazła kochającego męża, była powszechnie szanowana. Na jej pogrzeb przyszło trzy razy więcej osób niż zakładała pogrążona w żałobie rodzina.

Parzyszek miał czas, żeby pożegnać mamę. Jej problemy zdrowotne zaczęły się ponad dekadę temu. Początki niepozorne – trwające od kilku miesięcy uporczywe bóle głowy. Lekarze sądzili, że to migrena. Mimo nacisków, nie chcieli wykonywać dokładnych prześwietleń. Zamiast tego zalecali różne masaże. Pielęgniarka, która zawsze stawiała się w pracy, nie była przyzwyczajona do tego, że w pewnym momencie przestała wytrzymywać. W końcu któregoś dnia wylądowała w szpitalu. Nie potrafiła wstać z łóżka, mogła jedynie ruszać nogami. Oprócz tego żadnych reakcji. 14-letni Parzyszek nie był przygotowany na takie sceny. Wreszcie przeprowadzono badania i okazało się, że doszło do obrzęku mózgu, w którym zbierał się płyn. Pół godziny zwłoki i już wtedy mogło być po wszystkim. Dodatkowo wykryto początki raka mózgu.

Zaczęto niekończącą się walkę z oprawcą. – Raka mózgu zniszczyć nie można, można go tylko uśpić na jakiś czas, spowolnić. Lekarze mówili mamie, że maksymalnie pożyje 25-30 lat, nikt z tą chorobą nie przeżył więcej. Rokowania były dobre. Mieliśmy 5-6 lat spokoju, a potem się zaczęło. Nawrót, operacja, spokojny rok i znowu. Ten ostatni rok to już wyraźne przyspieszenie choroby. Gołym okiem widać było, że mama nie wygląda jak wcześniej, że to gwałtownie postępuje. Gdy teraz pomyślę, że… Na każde Boże Narodzenie jechałem z mamą do Polski. Tym razem po raz pierwszy nie mogłem, jeszcze 21 grudnia graliśmy mecz. Mama powiedziała, że w takim razie też nie jedzie, bo to jest święto i chce być ze mną. No i okazało się, że to były nasze ostatnie wspólne święta. 27 grudnia mama miała atak epileptyczny, znów musiała leżeć w szpitalu. Lekarze po badaniach powiedzieli jej, że pojawiły się przerzuty i ma jeszcze 3-4 miesiące życia. Mogliby operować, ale istniało duże ryzyko, że po niej już by oczu nie otworzyła. Znajoma neurolog nie ukrywała, że będzie dobrze, jeśli doczeka swoich urodzin, które wypadają 21 lutego. Gdy sprawa stała się jasna, mama natychmiast pojechała do Polski, żeby być z rodziną. Ja musiałem być na obozie w Hiszpanii. Gdy do niej dołączyłem, na parterze miała już specjalne łóżko, bo było wiadomo, że szybko będzie się cofać, przestanie chodzić i tak dalej. Nie chciałem tego widzieć, ale z drugiej strony mogłem jej pomagać, być przy niej. Zawsze mi pomagała, w ostatnich chwilach mogłem się jej odwdzięczyć – opowiadał nam piłkarz po paru kolejkach zakończonego właśnie sezonu.

Reklama

Pretensji do opatrzności nie ma, choć oczywiście polało się wiele łez. – Na początku dużo płakałem. Ale byłem też wdzięczny za czas, który dostaliśmy „ekstra”, za te 10 lat. Poznała moją narzeczoną, widziała, jak zaczyna rosnąć jej wnuczka. To bonus, którego nie musiało być. Jak mówiłem, przebadaliby ją wtedy pół godziny później i straciłbym mamę mając 14 lat. Nie wiem, jak bym na to zareagował. Może zbuntowałbym się przeciwko całemu światu i poszedł zupełnie inną drogą? To był trudny czas, tęsknię za nią i codziennie o niej myślę, ale wiem, że tam na górze ma teraz spokój i nie cierpi. Mi było ciężko, a co dopiero jej? Ciągłe operacje, walka z bólem. Ile człowiek może coś takiego wytrzymać? Przyszedł jej czas na odpoczynek – tłumaczył.

Piast Gliwice - Lech Poznan

Po tych przejściach udało mu się odzyskać wewnętrzny spokój, ale stało się to dopiero w Polsce. Ostatnia runda w Holandii była dla niego koszmarnym okresem. Transfer do PEC Zwolle okazał się nieporozumieniem.

Parzyszek po powrocie do De Graafschap znów błyszczał w drugiej lidze holenderskiej. Zdobył 26 bramek, mógł przebierać w ofertach. Zawsze powtarzał, że chce trafiać do klubów, które mają na niego pomysł i będą potrafiły wykorzystać jego atuty. Od początku był świadomy, co umie, a czego nie. Już w 2012 roku powtarzał, że jest typową „dziewiątką”, uzależnioną od kolegów. – Jestem snajperem. Jeśli dobrze mi dośrodkujesz, w dziewięciu przypadkach na dziesięć strzelam gola. Ale jeśli podasz mi piłkę 50 metrów przed bramką rywala, wtedy wiele nie pokażę. W takim układzie równie dobrze mogę siedzieć na ławce – mówił na 2×45.info.

Decydując się na Zwolle miał przekonanie, że dokonuje właściwego wyboru i wierzył, że drugie podejście do Eredivisie będzie udane. Trener John van’t Ship obiecywał mu, że ze skrzydeł będzie dostawał dużo dośrodkowań. W praktyce okazało się, że boczni obrońcy lub pomocnicy przeważnie schodzili do środka i tam szukali strzału lub wymiany podań. Rola wysuniętego napastnika została zmarginalizowana tak bardzo, jak tylko się dało. Jego zadania polegały na zgrywaniu piłek, robieniu miejsca pomocnikom i rozpoczynaniu pressingu. Strzelanie goli znajdowało się gdzieś na końcu. W ataku co chwila grał ktoś inny. Łącznie 7-8 zawodników, w tym prawy obrońca. Nic dziwnego, że Parzyszek nie mógł się odnaleźć w takich okolicznościach.

Reklama

Czarę goryczy przelała jednak postawa trenera w momencie odchodzenia mamy piłkarza. Pod koniec lutego, po długim okresie niebytu, Polak wreszcie przebił się do składu. Trafił do siatki Hercalesa Almelo, w następnej kolejce bardzo dobrze wypadł przeciwko Venlo. Dzień później, 5 marca, jego mama zmarła. Mimo to nie opuścił żadnego treningu i przed spotkaniem z Groningen był napakowany jak nigdy. Czuł, że na boisku odda hołd matce wspaniałym występem.

 – Nigdy nie zapomnę tamtego czwartku. Na zajęciach mieliśmy małe gry, czułem niesamowitą formę, to chyba był mój najlepszy trening w sezonie. Miałem pewność, że w niedzielę zagram świetnie. (…) W piątek zawsze odbywały się jakieś taktyczne rzeczy, trener woła mnie do siebie. Myślałem, że chodzi o jakąś drobnostkę, a on zakomunikował: – „Zdecydowaliśmy, że nie będziesz grał w niedzielę. Chcemy na ten mecz inny typ zawodnika w ataku”. Nie chodziło o śmierć mamy, o to, że źle trenowałem. Nie miał znaczenia fakt, że nie zawiodłem w dwóch ostatnich meczach. Po prostu widzą teraz kogoś innego w składzie… W tym momencie coś we mnie pękło. Wróciłem do domu i powiedziałem narzeczonej: koniec! Tyle przeżyłem, walczyłem cały sezon, nic nie mówiłem, ale mam dość. Wtedy zdecydowałem, że latem na pewno odchodzę, bez względu na to, co się potem wydarzy. Nie zamierzałem dłużej pracować z tym trenerem. Agent też od razu się dowiedział.

Parzyszek później zaczął grać więcej, strzelił nawet dwa gole Feyenoordowi i jednego Sparcie Rotterdam, ale nie miało to już dla niego znaczenia. Koniecznie chciał odejść i to zagranicę. Nie ukrywał, że życie w Holandii coraz bardziej zaczynało go męczyć, również przez wszechobecną polityczną poprawność w przestrzeni publicznej. Mimo że jego żona jest Holenderką i ma tam rodzinę, coraz bardziej oswajają się z myślą, że po zakończeniu kariery przez Piotra już tam nie wrócą.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Piast Gliwice - Lech Poznan. 19.05.2019

Piłkarz nie był jednak z góry nastawiony, że przychodzi do Polski. Najpierw otrzymywał sygnały z Danii, później z drugiej ligi tureckiej. Wtedy do gry wkroczył Piast, który chciał Parzyszka już dwa lata wcześniej. Waldemar Fornalik jasno dał mu do zrozumienia, że jest typem napastnika, którego potrzebuje i zamierza na niego stawiać. To go przekonało, choć oczywiście nie tylko. Sam zainteresowany przyznał, że w Gliwicach zarabia dużo więcej niż w Zwolle. Piast się szarpnął, bo pozyskiwał go bez kwoty odstępnego, mimo że miał jeszcze dwa lata do końca kontraktu. Zwolle puściło go za darmo, ale zapewniło sobie kilka bonusów i jeden z nich (50 tys. euro za mistrzostwo) niedawno otrzymało.

Wracając do korzeni urodzony w Toruniu napastnik mimo wszystko sporo ryzykował. W kraju był postacią niemalże anonimową, znaną głównie z tego, że regularnie na 90minut.pl pojawiały się newsy typu „gol Piotr Parzyszka”. Prawie nikt jednak nie widział go na boisku. Jeśli ktoś nie był fanatykiem Eredivisie, wcześniej mógł go zobaczyć w akcji tylko przy okazji meczu reprezentacji młodzieżowej z Litwą (marzec 2014). Była transmisja w Polsacie Sport, Parzyszek rozegrał godzinę. Zmarnował dwie świetne sytuacje. Za niego wszedł Kacper Przybyłko i dwukrotnie trafił do siatki. Biało-czerwoni wygrali 5:0.

Kluby Ekstraklasy od dawna chciały go sprowadzić, podejść wykonano wiele. Gdy zaczynał być gwiazdą drugiej ligi holenderskiej, temat jego pozyskania sondowały Legia Warszawa i Lech Poznań. W kolejnych latach dostawał oferty z Wisły Kraków, Podbeskidzia Bielsko-Biała, Zagłębia Lubin i właśnie Piasta. Dwa ostatnie kluby chciały go latem 2016 roku. Najbliżej było Zagłębie, ale mama piłkarza już wtedy miała problemy zdrowotne, co stanowiło jeden z głównych powodów, dla których odmówił. Później łączono go jeszcze z Wisłą Płock, ale akurat wtedy nie było tematu.

Parzyszek od początku był zachwycony tym, jak dobrze przyjęto go w klubie i w szatni. Wydawało się, że to oczywiste w przypadku nowego piłkarza. Z jego zachodnich doświadczeń wynika jednak co innego. – W piłkarskim świecie często jest inaczej. W duńskim Randers krajowi zawodnicy czuli się zaatakowani obecnością kilku obcokrajowców. Po paru miesiącach zacząłem rozumieć język i nieraz słyszałem, jak na nas nadawali. Nie czułem się tam chciany i akceptowany – wspominał.

Tak naprawdę w pełni sprawdzał się tylko w drugoligowym De Graafschap. Tam w swoim debiutanckim sezonie 2012/13 zdobył 10 bramek. W następnej rundzie był już szał totalny (16 goli) i młodym napastnikiem zaczęło się interesować wiele klubów. Mocno grzany był temat Benfiki. Zawodnik na początku ekscytował się perspektywą pójścia w tym kierunku. Rozmowy jednak nieustannie się przedłużały, a on najpierw miałby trafić do drugiej drużyny. Czuł, że tak naprawdę Portugalczykom jakoś szczególnie na nim nie zależy. Bardziej przekonane do jego osoby wydawało się FC Nantes. Tam rozbiło się o finanse. Francuzi chcieli zapłacić w trzech ratach, Holendrzy żądali całości od razu. Ostatecznie Parzyszek przeszedł do Charltonu, wówczas klubu Championship. Spełnił swoje marzenia o transferze do Anglii. Mógł w niej być już jako 16-latek. Chciała go Aston Villa, lecz De Graafschap zażądało zbyt wiele.

Szybko zadebiutował, wchodząc na trzy minuty z Birmingham. Na tym się jednak skończyło. Nie podołał wyzwaniu, nie był przygotowany fizycznie. Potem wspominał, że na samej masie mięśniowej przybrał w Anglii siedem kilogramów!

Po pół roku odszedł na wypożyczenie do belgijskiego drugoligowca St. Truiden. Poszło mu nieźle, strzelił 11 goli, dołożył sporą cegiełkę do awansu. Obie strony chciały kontynuować współpracę, ale cudować zaczął właściciel Charltonu, miliarder Roman Duchatelet. – Stwierdził, że St. Truiden nie będzie stać na pokrycie mojego wynagrodzenia. A przecież oba kluby były jego! Absurd. Kontrakt z Charltonem miałem do połowy tego roku, jednak bardzo szybko przeszła mi ochota na zostawanie tam. Umowę zresztą rozwiązałem wtedy ostatniego dnia okna transferowego tylko dzięki temu, że szef akurat był na wakacjach i zajął się tym ktoś inny. Uwolniłem się wtedy ja i kilku innych zawodników. Wszędzie znajdą się ludzie, którzy trochę ściemniają, ale są jakieś granice – opowiadał nam Parzyszek.

Między innymi przez tę historię bardzo zraził się do kulis funkcjonowania zawodowego futbolu. – Najchętniej grałbym w piłkę i nie miał nic wspólnego ze światem piłkarskim poza boiskiem. Przekonałem się, że liczą się głównie pieniądze, że każdą obietnicę można złamać, że możesz być tylko pachołkiem, który nie będzie szanowany – stwierdził wprost.

W duńskim Randers wchodził jedynie na końcówki. Gdy jeden jedyny raz zagrał od początku, strzelił zwycięskiego gola i… wrócił na ławkę. O kwasach w szatni wspominaliśmy, więc nic dziwnego, że po jednej rundzie Parzyszek spakował walizki.

Odżył w De Graafschap, dla którego przed spadkiem zdążył strzelić swoje pierwsze dwa gole w Eredivisie. Pod koniec pobytu w Zwolle ocierał się jednak o piłkarską depresję. W Gliwicach znów poczuł radość z piłki, z wyjścia na trening, znów zaczęto do niego dośrodkowywać i w końcu uwolnił się od sztucznych muraw, które ma wiele holenderskich drużyn. Dopiero teraz jest plan, by powoli od nich odchodzić.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Piast Gliwice - Lech Poznan. 19.05.2019

Kiedy jednak pierwszy entuzjazm po zmianie barw minął, zaczęły się problemy. Parzyszek z założenia przychodził jako kluczowy zawodnik, tymczasem tygodnie mijały, a on zaliczał końcówki z ławki, bo nadspodziewanie dobrą formę uzyskał Michal Papadopulos.

 – Mieliśmy świadomość, że nie od razu pokaże nam pełnię możliwości po problemach w ostatnich miesiącach w Holandii, ale zakładaliśmy, że aklimatyzacja zakończy się szybciej, że mniej więcej na przełomie września i października dojdzie do optymalnej formy – przyznawał niedawno dyrektor sportowy Bogdan Wilk.

A tymczasem nowy napastnik właśnie wtedy miał najgorszy okres. Przestał już nawet wchodzić jako zmiennik, chyba zaszkodził mu mecz Pucharu Polski w Jastrzębiu. Tam zagrał do końca i zmarnował stuprocentową sytuację, biegnąc sam na sam przez pół boiska. Parzyszek czuł wtedy, że źle prezentuje się na treningach, co przenosiło się na mecze. Frustracja zaczęła powracać, a wraz z nią różne negatywne myśli.

Trzeba było wykazać się dojrzałością i cierpliwością. – Nie pierwszy raz znajdowałem się w sytuacji, gdy przychodziłem z dużymi nadziejami i nie grałem. Tak było w Charltonie, tak było w duńskim Randers, w Zwolle w połowie sezonu również. Wiedziałem już, jak trzeba się zachować w takich momentach. Będąc młodszym powiedziałbym „pieprzę to, zmieniam klub”, obraziłbym się na cały świat. Teraz zmieniłem podejście. Nie grałem i też się we mnie gotowało, ale winy w pierwszej kolejności szukałem w sobie, że może ja coś robię źle, daję za mało. Wcześniej uciekałem od takiej konfrontacji, tutaj nie miałem zamiaru – mówił.

Rozmowy z Fornalikiem nie potrzebował. – Wiedziałem, co robię źle i że nie daję wszystkiego co powinienem, nikt nie musiał mi tego komunikować. Trenerowi Fornalikowi bardzo zależało na moim sprowadzeniu do Piasta, wtedy rozmawialiśmy. Wiedziałem, że ma do mnie przekonanie i jeśli będę grał na swoim optymalnym poziomie, to na pewno będzie na mnie stawiał – tłumaczył.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Piast Gliwice - Jagiellonia Bialystok. 12.05.2019

No i w końcu zza chmur zaczęło wychodzić słońce. Parzyszek w 13. kolejce po raz pierwszy w Ekstraklasie zagrał w wyjściowej jedenastce i to po jego trafieniu pokonano Wisłę Płock. Jesienią drogę do siatki znalazł jeszcze w Lubinie. Zimą ciężko pracował, ale na inaugurację wiosny usiadł na ławce. Ostateczny przełom – dla niego, kilku innych piłkarzy i chyba całej drużyny – nastąpił tydzień później. Piast zmasakrował Lecha, wygrał 4:0, a bohater tekstu zdobył ładną bramkę i zaliczył asystę. Przed własną publicznością strzelał w czterech meczach z rzędu, trzy razy z rzędu dokładał do tego asystę. Gorzej wyglądało to na wyjazdach, a nie zawsze wytłumaczeniem był brak okazji. W Gdańsku zmarnował kilka świetnych sytuacji, gliwiczanie mimo lepszej gry przegrali 0:2. Parzyszek odczarował sobie stadion Lechii w grupie mistrzowskiej. Wtedy pokazał klasę, nie dając szans Dusanowi Kuciakowi bardzo precyzyjnym strzałem w zamieszaniu w polu karnym.

Przed sezonem, jak zawsze, celem napastnika Piasta była dwucyfrówka. Nie udało się. Mimo to może dziś triumfować. Strzelił dziewięć goli – z czego aż siedem było na 1:0 – i zaliczył cztery asysty. Jego ostatnia bramka przypieczętowała historyczne mistrzostwo dla Piasta. Wiosną był chwilami najlepszą polską „dziewiątką” w Ekstraklasie. Potwierdził i swoje atuty, i swoje wady. Nie jest jednak typowym gościem do dokładania nogi, bo pokazał, że bardzo dobrze spisuje się też tyłem do bramki, odgrywając na jeden kontakt i przyspieszając akcję. W tym względzie przewyższał Papadopulosa.

Sukces wykuwał się w wielkich bólach, ale efekt końcowy przeszedł wszelkie oczekiwania. Parzyszek w Gliwicach znalazł swoje miejsce na ziemi. To bardzo istotne w kontekście ewentualnych letnich ofert. Mówimy bowiem o zawodniku, który musi czuć pełne zaufanie i pełen komfort w klubie, w którym się znajduje. A to oznacza, że niekoniecznie będzie się palił do szybkiego zmieniania czegoś, co dobrze funkcjonuje. Z drugiej strony, w założeniu jego transfer miał być dla Piasta sporą inwestycją na przyszłość. Do końca kontraktu zostały dwa lata, jeśli sprzedawać po optymalnej cenie, to właśnie teraz. Ale coś nam mówi, że to jeszcze poczeka.

Piotr zawsze był wdzięczny matce za jej odwagę w trosce o jego dobro. Dziś wszystko robi nie tylko dla żony i córki, ale również dla mamy. Chce, żeby była z niego dumna. I patrząc na jego ostatnie miesiące na polskiej ziemi, jest na pewno, uśmiechając się z wysoka na widok złotego medalu na szyi syna. Ona przecież już wcześniej wiedziała, że tak to się skończy.

Fot. Michał Chwieduk/400mm.pl/newspix.pl

***

DYNASTIA PIASTÓW

dynastia parzyszek

Waldemar I Mistrzowski – CZYTAJ

Frantisek Objawiony – CZYTAJ

Jakub Cierpliwy – CZYTAJ

Jakub Niezniszczalny – CZYTAJ

Bogdan Wilk (Dynastia Piastów Extra) – CZYTAJ

Aleksandar Niewzruszony – CZYTAJ

Mikkel Odmieniony – CZYTAJ

Martin Asystujący – CZYTAJ

Marcin Solidny – CZYTAJ 

Joel Przesunięty – CZYTAJ 

Gerard I Zakochany. Z wzajemnością – CZYTAJ

Tom II Lepszy – CZYTAJ

Patryk Odsodowany – CZYTAJ

Tomasz Pracowity – CZYTAJ

Jorge Finansista – CZYTAJ

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...