Maja Chwalińska sprawiła największą tegoroczną niespodziankę – i trudno uwierzyć, by ktoś miał ją przebić – w tourze. Będąc 114. zawodniczką świata i przechodząc przez kwalifikacje, dotarła do wielkoszlemowego finału. Postanowiliśmy więc sprawdzić, kto w przeszłości sprawiał równie wielkie sensacje. Oto najbardziej niespodziewani finaliści turniejów wielkoszlemowych w dziejach. Kto był jak Maja?
Maja Chwalińska sprawiła sensację. A kto to robił w przeszłości?
Kilka słów wyjaśnienia? Proszę bardzo. Co chyba oczywiste – patrzyliśmy na karierę danego zawodnika czy zawodniczki tylko do finału. Jeśli potem taki tenisista wyrósł na wielokrotnego mistrza wielkoszlemowego – nie ma to znaczenia. Liczy się to, co było w momencie, w którym docierał do swojego pierwszego finału. A, bo to też istotne – pod uwagę bierzemy tylko pierwszy finał. Takie historie jak ta Gorana Ivanisecia na Wimbledonie 2001 są piękne, ale mimo wszystko Chorwat do tych finałów wcześniej docierał. Choć więc niespodzianka, to nie tak duża.
Co jeszcze się liczyło? Wcześniejsze sukcesy w tourze, to wiadomo. Okoliczności zdobycia finału – wyleciało na przykład właściwie wszystko, co od początku ery open (1968) aż do mniej więcej połowy lat 80. działo się w Australian Open, bo był to wtedy turniej niezwykle wybrakowany – i droga do tegoż, znaczy – drabinka. A, jeśli finał składał się z dwóch sensacyjnie znajdujących się w nim zawodniczek lub zawodników, wybieraliśmy jedną osobę z tego duetu, tę bardziej niespodziewaną.
Ważne jest też to, że… nie umieszczaliśmy w tym TOP 10 samej Mai Chwalińskiej. A dlaczego? Bo jesteśmy ciekawi, gdzie wy byście ją widzieli. Niczego więc nie sugerujemy (robimy to dopiero na końcu, pod grafiką), choć mamy swój typ na odpowiednie miejsce. Bez przeciągania jednak – oto nasza dyszka (z dodatkiem). Ruszajmy.
Poza dziesiątką, ale wypada wspomnieć
Gdy przeglądaliśmy listy zwycięzców Szlemów, niespodzianek było tam dużo więcej. Wypisane wszystkie te, które – naszym zdaniem – mogłyby się w takiej dyszce znaleźć, zajęły niemal 30 pozycji. Po naprawdę sporym cięciu, zostało 15 nazwisk. Tak więc, bez dłuższych opisów, piątka, która ostatecznie nie weszła do dyszki, wygląda tak (chronologicznie):
- Nikola Pilić na Roland Garros 1973
Pilić miał już wtedy niemal 34 lata, a grał od początku lat 60. Długo śmigał jako amator, ale bez wielkich sukcesów (jeden półfinał wielkoszlemowy), nikt nie spodziewał się po nim cudów. Finał RG był wielkim zaskoczeniem. - Mark Edmondson na Australian Open 1976
To sztandarowy przykład tego „wybrakowania” w Australii. Edmondson był wtedy 212. na świecie, a nie musiał przechodzić kwalifikacji! Owszem, zagrał wielki turniej, bo ograł rozstawionych z „1” i „2” Kena Rosewalla i Johna Newcombe’a, zdobywając ostatecznie tytuł. Tyle że była tam drabinka na sześć rund i właściwie trzy czwarte stanowili gracze miejscowi. - Gaston Gaudio na Roland Garros 2004
Gaudio się nie zmieścił, bo jednak pokazywał od czasu do czasu, że jakiś tam potencjał ma. W Szlemach co prawda nigdy wcześniej nie doszedł nawet do ćwierćfinału, ale był specjalistą od mączki, świetnie się na niej czuł. W 2004 roku trafił w moment, wykorzystał go i chwała mu za to. - Jelena Ostapenko na Roland Garros 2017
Przez moment była nawet u nas w dyszce, ale ostatecznie z niej wypadła. W Szlemie nigdy wcześniej nie wyszła poza trzecią rundę. Zagrała trzy finały WTA przed tym French Open, ale wszystkie przegrała. We Francji – przy dość trudnej drabince – doszła jednak do finału i w dodatku go wygrała. Zadecydował fakt, że była młoda, miała talent i mogła w każdej chwili odpalić. Tym bardziej, że jej styl gry po prostu umożliwia takie „wyskoki”. - Iga Świątek na Roland Garros 2020
Tak, Iga też się nie zmieściła, choć początkowo miejsce w TOP 10 miała. Wypadła jednak, bo… no cóż, rok wcześniej była w IV rundzie, do tego było to dziwne RG, w covidowej rzeczywistości i innym terminie. No i – po wyeliminowaniu Simony Halep – grała w 1/4 i 1/2 finału z kwalifikantkami. Sensacja była, ale też – jakby nie patrzyć – potwierdzenie ogromnego talentu. Stąd miejsce poza dychą.
No, a skoro to za nami – jazda z TOP 10.
10. Barbora Krejcikova. Roland Garros 2021
Ktoś może spojrzeć na to inaczej i napisać, że to Iga była bardziej od Krejcikovej zaskakująca. Z jednej strony tak, z drugiej – nie mogę się z tym zgodzić. Iga była wielkim talentem, oczekiwano od niej, że w końcu dojdzie daleko. Barbora z kolei na etapie 2021 roku wydawała się straconym dla singla przypadkiem i raczej nastawiano się na to, że będzie królować wyłącznie w deblu. Od 2014 roku Czeszka grała w kwalifikacjach i turnieju głównym Szlemów 19 razy.
15 z tych występów kończyła na kwalifikacjach. Jedynie cztery razy przechodziła do drabinki głównej.
Owszem, sezon wcześniej była w IV rundzie w Paryżu. Do tego niedługo przed tym Szlemem wygrała turniej w Strasbourgu, pierwszy w karierze, a wcześniej była w finale w Dubaju. Były oznaki, że coś się z Krejcikovą zaczyna dziać. Ale nikt nie oczekiwał po niej Szlema. Do tego Barbora pokonała po drodze pięć rozstawionych zawodniczek – w tym Elinę Switolinę, Marię Sakkari i Coco Gauff, która ledwie rok później była już w Paryżu w finale – samej tego rozstawienia, mimo wspomnianych sukcesów, jeszcze nie mając.
W trwającej dekadzie była to prawdopodobnie – do teraz – druga największa niespodzianka w finale. A do pierwszej jeszcze przejdziemy.
9. Marcos Baghdatis. Australian Open 2006
Z perspektywy lat nie jest to aż taka sensacja – choć Cypryjczyk nigdy później nie zagrał już w wielkoszlemowym finale – bo Marcos miał talent ogromny. Miał też jednak charakter, który nigdy nie pozwolił mu go wykorzystać w odpowiednim stylu. W 2006 roku jednak obie te rzeczy były jeszcze nie do końca poznane przez szeroką publikę. Baghdatis był 21-letnim zawodnikiem, który tylko raz wcześniej – w październiku 2005 roku – doszedł do finału turnieju ATP. I przegrał, z Fernando Gonzalezem.
W Australii – gdzie świetnie mu się grało, bo dopingowała go grecka i cypryjska diaspora – był w sezonie 2005 w IV rundzie. W 2006 roku jednak nikt nie oczekiwał po nim takich rezultatów. Drabinka bowiem mu nie sprzyjała.
Już w II rundzie trafiał na rozstawionego z „17” Radka Stepanka. Wiadomo, może nie ten rozmiar kapelusza, co niektóre wspominane już nazwiska, ale z Czechem zagrali pięć setów, a Marcos omal nie przegrał z prowadzenia 2:0. W IV rundzie był z kolei Andy Roddick, turniejowa „2”. Cypryjczyk ograł go w czterech partiach. Potem turniej nie zwalniał dla niego tempa. Ivan Ljubicić („7”) to kolejne pięć setów, podobnie półfinał z Davidem Nalbandianem, gdzie wrócił od stanu 0:2.
Generalnie grał Marcos turniej życia. Nawet w finale urwał pierwszego seta Rogerowi Federerowi, a drugi był bardzo bliski. Dopiero dwa ostatnie Szwajcar wygrał gładko.
8. Robin Soderling. Roland Garros 2009
Szwed musiał się tu znaleźć. Był co prawda w tamtym paryskim Szlemie rozstawiony (z „23”), zdołał też pokazać się w tourze – wygrał wcześniej trzy turnieje, a w sześciu innych był w finale. Miał też dobry rok 2008, poprzedzający sezon, o którym mowa. Nigdy wcześniej jednak nie grał o tytuł na mączce, bo jego styl gry, oparty na mocnym serwisie, w teorii znacznie bardziej odpowiadał innym kortom.
Ale rok 2009 wszystko zmienił.
Na Roland Garros Soderling zszokował bowiem świat. Robin nigdy wcześniej nie wyszedł bowiem za trzecią rundę Szlema. Wtedy mu się to udało… i już to było wielką niespodzianką, bo ograł w trzecim meczu Davida Ferrera. Mógł się więc cieszyć i śmiało uznać, że to już fajrant. Runda czwarta była bowiem dla niego meczem z Rafą Nadalem, który na tamten moment był w Paryżu niepokonany, zdobywając cztery tytuły z rzędu.
Jasne, potem wyszło, że Rafa był wtedy nie w pełni sprawny. Ale na tamten moment była to (i chyba mimo wszystko nadal jest) największa sensacja w dziejach. Soderling w czterech setach pokonał Nadala, grając doskonałe zawody. A sensacja była tym większa, że ledwie kilka tygodni wcześniej Rafa ograł go w Rzymie… 6:1, 6:0. W Paryżu nastąpił wielki rewanż.
Szwed awansował więc do ćwierćfinału, gdzie rozniósł (serio, było 6:1, 6:3, 6:1) Nikołaja Dawydienkę, potem ograł Fernando Gonzaleza, a uległ dopiero Rogerowi Federerowi.
W finale Szweda jednak za nic nie miało być. A wszedł tam, zapisując się na zawsze w historii tenisa.
7. Mikael Pernfors. Roland Garros 1986
Nie wyjeżdżamy na razie z Paryża, bo przyniosło nam Roland Garros w historii nieco sporych niespodzianek. Jedną z nich był Mikael Pernfors w 1986 roku.
Kojarzycie w ogóle gościa? Jeśli nie, to nie wstydźcie się – tak naprawdę nie dziwi. Już po RG osiągnął bowiem swój najlepszy w życiu ranking i we wrześniu 1986 roku wszedł na równe 10. miejsce w rankingu ATP. W całej zawodowej karierze zagrał w pięciu finałach ATP. Wygrał trzy. Tego na Roland Garros akurat nie.
Co jednak ważne – był to jego pierwszy mecz o tytuł w ogóle… i trzeci występ wielkoszlemowy!
Wcześniej grał tylko w US Open i dwa razy nie przeszedł pierwszej rundy. Dlaczego występował akurat w Nowym Jorku? Bo lata 1984-1985 spędził na uniwerku w Georgii. Był tam liderem swojej drużyny i dwa razy z rzędu zdobył tytuł mistrza NCAA. Mimo wszystko więc pokazywał potencjał i faktycznie dało się zauważyć coś w jego grze. Do touru na stałe wszedł właśnie w 1986 roku, wtedy przeszedł na profesjonalizm, i nie był nieopierzonym juniorem, tylko 22-latkiem, co zebrał nieco tenisowych doświadczeń.
Dlatego te jego statystyki, na pierwszy rzut oka tak sensacyjne, są nieco przekłamane. Choć, jasne, nadal to sensacja – stąd jego siódme miejsce. Niespodzianka była to zresztą tym większa, że ogrywał w 1986 roku swojego rodaka w osobie Stefana Edberga (turniejowa „5”), Borisa Becker („3”, ale Becker nie lubił się z Roland Garros) i Henriego Leconte’a („8”).
Przegrał dopiero w meczu o tytuł z Ivanem Lendlem. Ale to żadne zaskoczenie.
6. Martin Verkerk. Roland Garros 2003
Jak Paryż, to Paryż. I Martin Verkerk, czyli człowiek – zdaje się – absolutnie zapomniany. W całej swojej karierze, przerwanej przez urazy i mononukleozę, grał w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego ledwie dziewięć razy. Roland Garros 2003 było jego trzecim występem (dwa razy próbował też przedrzeć się, nieskutecznie, przez kwalifikacje). We wcześniejszych dwóch… nie przeszedł nawet pierwszej rundy.
W dodatku miał już na karku 24 lata. Nie był Holender zawodnikiem, co świeżo wyszedł z wieku juniora i po prostu zaskoczył, gdy odpalił jego talent. Wcześniej po prostu długo błąkał się po drugiej, trzeciej, a nawet niższych setkach rankingu ATP.
Są tu różnice, ale równocześnie – wiele podobieństw do kariery Mai Chwalińskiej.
Na niekorzyść jego „sensacyjności” świadczy jedynie fakt, że w lutym 2003 roku doszedł do pierwszego (niewielkiego, ale jednak) finału turnieju ATP w Mediolanie. I wygrał zresztą, pokonując Jewgienija Kafielnikowa i dając sygnał, że może być mocny. Ale tak mocny, by dojść do finału wielkoszlemowego? Nie no, gdzie!
Radził sobie jednak po drodze świetnie, a szczególnie zaimponował w ćwierćfinale, gdzie w długich pięciu setach ograł jednego z faworytów, Carlosa Moyę (mistrza z 1998 roku), żeby potem odpalić Guillermo Corię po trzysetowym, ale zaciętym spotkaniu (a Coria rok później też dojdzie do finału). W meczu o tytuł zabrakło mu już jednak pary i skorzystał z tego Juan Carlos Ferrero. Niemniej: to nie tak znowu częsty przypadek, w którym i z perspektywy ówczesnej, i z perspektywy lat, finał wielkoszlemowy jawi się jako całkowita sensacja.
5. Jo-Wilfired Tsonga. Australian Open 2008
Jest Francuz – już po latach i zakończeniu przez niego kariery – powszechnie uznawany za jednego z tych tenisistów, co to Szlema mieć powinni, gdyby tylko grali w innych czasach. Znaczy: nie wtedy, kiedy Wielka Trójka. Czy aby na pewno – to już temat do dyskusji, ale argumenty są całkiem mocne, bo regularnie kręcił się Jo-Wilfired blisko meczów o tytuły w Szlemie.
Choć ten z Australii 2008 pozostaje, paradoksalnie, jego jedynym.
Paradoksalnie, bo Tsonga znalazł się w nim sensacyjnie. Owszem, był wielkim talentem francuskiego tenisa, za juniora całkiem sporo osiągnął. Potem jednak zaczęła się passa różnych urazów, które go zatrzymywały. Przepuklina, kontuzja pleców, uraz brzucha. Generalnie – mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Dopiero rok 2007 był jego „przebitką” do najlepszej setki rankingu. Kończył go jako 43. gracz świata, ale miał już na karku 22 lata.
A to były nieco inne czasy – 22-latek był już gościem, po którym spodziewano się wielkich rzeczy.
W Australii w 2008 roku miał do tego odpaść w pierwszej rundzie, bo trafił tam na Andy’ego Murraya. Jasne, to jeszcze nie był TEN Andy Murray, ale mimo wszystko – był rozstawiony z „9”. A tu niespodzianka, Tsonga wygrał. W IV rundzie pokonał turniejową „8”, czyli Richarda Gasqueta, swojego rodaka i dobrego kolegę. Potem, w trzech setach, odpalił Michaiła Jużnego, a wreszcie w genialnym stylu to samo zrobił z Rafą Nadalem. Hiszpana ograł 6:2, 6:3, 6:2.
Grał przy tym niezwykle efektowny, wybuchowy wręcz tenis. Zachwycał. Dopiero w finale okazał się gorszy od Novaka Djokovicia (który wygrał wtedy swojego pierwszego Szlema), ale to i tak był dla Tsongi turniej przełomowy. Tym bardziej, że dopiero po raz piąty startował w głównej drabince Wielkiego Szlema i w teorii nie miał prawa zajść tak daleko.
4. Gustavo Kuerten. Roland Garros 1997
Co, ale jak to? Trzykrotny mistrz tego turnieju tutaj? Wielki Brazylijczyk, genialny specjalista od cegły? Przecież to żadna sensacja!
Tak mógłby napisać ktoś, kto sytuacji nie prześledził. A my prześledziliśmy i wiecie co? To była ogromna, gigantyczna wręcz niespodzianka. Kuerten faktycznie bowiem trzy razy Roland Garros wygrywał, ale ten triumf z roku 1997 był jego pierwszym. A tak w ogóle to grał wtedy w turnieju tej rangi po raz trzeci. Rok wcześniej odpadł w Paryżu w pierwszym meczu, już w sezonie 1997 w Australii doszedł do drugiej rundy.
Innymi słowy: miał taki bilans wielkoszlemowy, jaki Maja Chwalińska przed tegorocznym French Open. Tyle tylko, że Guga nie grał w żadnych kwalifikacjach. No i był młodszy, miał niecałe 21 lat.
Czy były jakiekolwiek powody, by wierzyć, że Brazylijczyk może stać się królem paryskiej mączki? Otóż nie. Chyba że uznamy za takowy jego wygraną w imprezie rangi Challenger, ale wtedy trzeba by przed każdym Szlemem rozpisywać z 30 kandydatów do triumfu. A to raczej głupie, bo Kuerten jest do dziś jedynym gościem w dziejach, co wygrał Szlema tuż po Challengerze właśnie.
Wygrał, w dodatku, w wielkim stylu. Po drodze pokonał bowiem mistrzów czterech poprzednich edycji. Thomasa Mustera (mistrz z 1995 roku) w III rundzie odprawił w pięciu setach. Jewgienija Kafielnikowa (ówczesny obrońca tytułu) w ćwierćfinale, też w pięciu setach. Sergiego Bruguerę (mistrz 1993 i 1994) w finale w szybkich trzech partiach. A po drodze był jeszcze nierozstawiony Patrick Rafter, też całkiem znane nazwisko.
Kuerten jest też do dziś trzecim najniżej notowanym mistrzem wielkoszlemowym (biorąc pod uwagę tylko męskie turnieje) – przebili go tylko wspominany Mark Edmondson i też wspominany Goran Ivanisević, gdy z dziką kartą podbijał Wimbledon. Oni byli odpowiednio 212. i 125., Guga zaczynał Roland Garros od 66. miejsca. A kończył jako mistrz.
3. Pam Shriver. US Open 1978
Nowy Jork, rok 1978. Do turnieju głównego US Open przystępuje – uwaga, uwaga – 16-letnia Pam Shriver. W przyszłości okaże się świetną zawodniczką, szczególnie fantastyczną deblistką (w parze z Martiną Navratilovą wygrają wszystko, co było do wygrania i to po wielokroć), ale regularnie będzie tez dochodzić daleko w singlowych Szlemach, wygra też nieco tytułów WTA.
Finał z 1978 roku, ten nastoletni, sensacyjny, pozostanie jednak jej jedynym w karierze.
Shriver nie miała w tamtym momencie nawet statusu zawodowego i to… jedyny taki przypadek w erze open. To był przy okazji jej drugi występ w Szlemie, debiutowała chwilę wcześniej, na Wimbledonie, doszła tam do III rundy. Wiadomo było, że ma talent, a i czasy były takie, że nastolatkom się częściej powodziło. Ale na tamten moment – nie biorąc pod uwagę kwalifikacji, bo zwykle nie wlicza się ich do takich statystyk – Pam miała rozegranych w głównym tourze około 30 spotkań.
Jasne, wygrała w styczniu 1978 roku turniej w Columbus, ale była to niewielka impreza, stosunkowo słabo osadzona. Idealna dla nastolatki na przebicie. Szlem był czymś zupełnie innym. Tymczasem Pam szła przez US Open jak burza. W pierwszych pięciu meczach nie straciła nawet seta. W szóstym miała jednak dostać baty, bo na jej drodze stanęła Martina Navratilova, która dopiero co wygrała Wimbledon, zdobywając pierwszy tytuł wielkoszlemowy.
I co? I Pam ją też odprawiła, po dwóch tie-breakach. W Nowym Jorku dosłownie zawrzało, wszyscy czekali na finał 16-latki z wielką Chris Evert, siedmiokrotną już wtedy mistrzynią wielkoszlemową. Oczekiwali świetnego widowiska i w sumie się nie rozczarowali. Owszem, Evert wygrała w dwóch setach, ale Shriver się jej naprawdę solidnie postawiła. US Open 1978 było wybuchem wielkiego talentu… który potem jednak nigdy Szlema w singlu nie wygrał.
Bywa i tak.
2. Emma Raducanu. US Open 2021
Zawodniczka, która przebiła wyczyn Kuertena, bo wygrała Szlema, będąc w drugiej setce rankingu. To przy okazji historia, która do czwartku była unikalna – jedyna kwalifikantka w dziejach (u mężczyzn nikomu się nie udało), która doszła do finału Szlema. A teraz jedna z dwóch, bo dogoniła ją Maja Chwalińska.
Emma Raducanu swój finał ostatecznie wygrała, przekonamy się, jak to będzie z Polką. W każdym razie: Brytyjka była w 2021 roku absolutną sensacją. Tym większą, że w 10 rozegranych w Nowym Jorku meczach… nawet nie straciła seta!
I jeszcze większą dlatego, że gdyby nie dzika karta do Wimbledonu, to mogłaby nawet w tych kwalifikacjach nie zagrać. Niespełna 19-letnia wówczas Raducanu w Londynie doszła niespodziewanie do IV rundy i w swoim wielkoszlemowym debiucie porządnie zapunktowała. Na tyle, że z 338. miejsca wspięła się do drugiej setki. To pozwoliło jej zagrać w wielkoszlemowych kwalifikacjach i awansować do turnieju głównego.
A potem? To już dobrze znana historia. I to historia wciąż budząca wielkie uznanie… choć na niekorzyść Emmy działa nieco fakt, że zrobiła jej się do tego tytułu naprawdę zacna ścieżka. Nie zagrała bowiem przez cały turniej z nikim z TOP 10 rankingu (choć wygrane nad Belindą Bencić i Marią Sakkari wypada docenić), a w finale trafiła jej się inna sensacyjna uczestniczka meczu o tytuł – Leylah Fernandez, która tę drogę miała znacznie trudniejszą.
Niemniej: wygrać 10 meczów z rzędu, nie stracić seta i zgarnąć tytuł z kwalifikacji? Emma musiała być tu w trójce, ostatecznie wylądowała na drugim miejscu, a była nawet kandydatką do pierwszego. Ale zwycięzca jest jednak inny.
1. Mats Wilander. Roland Garros 1982
Dziś ceniony ekspert, kiedyś wielki mistrz, ale też – sprawca największej sensacji w wielkoszlemowych finałach. Nikt, absolutnie nikt na starcie Roland Garros 1982 nie mógł przewidzieć, że w finale tej imprezy znajdzie się Szwed. A jeśli ktoś to sugerował, to należałoby go spalić na stosie za stosowanie czarnej magii.
Wilander miał wtedy niecałe 18 lat. Jego dorobek wielkoszlemowy ograniczał się do I rundy kwalifikacji (Wimbledon 1980), I rundy właściwej drabinki (Australian Open 1981) i III rundy turnieju głównego (Wimbledon 1981). W Paryżu przed 1981 rokiem nawet nie grał! Ba, na mączce rozegrał wcześniej ledwie 11 turniejów. I dopiero tuż przed Roland Garros cokolwiek w nich osiągnął, dochodząc do ćwierćfinału w Hamburgu i półfinału w Rzymie.
A więc owszem: był w formie, jednak równocześnie miał sporo szczęścia – unikał bowiem wielu spośród najlepszych zawodników, właściwie mierzył się w tych dwóch imprezach wyłącznie z niżej notowanymi rywalami. Z przeciwnikami z TOP 20 rankingu grał w całej swojej karierze z rzadka i na ogół przegrywał. Przed Paryżem miał trzy takie triumfy na koncie, ale Stana Smitha (wtedy 19. na świecie) pokonał u siebie, w Sztokholmie, ranking Briana Teachera (13.) był nieco „napompowany”, a Andres Gomez (20.) uległ mu na dywanie (Mats lubił tę nawierzchnię) w Mediolanie, a Ekwadorczyk, choć wygrał raz Roland Garros lata później, był tenisistą solidnym, ale bez przesady.
Dawał więc, owszem, Mats oznaki talentu. Ale ten talent miał rozkwitnąć znacznie później.
Tymczasem jeszcze niepełnoletni Szwed na Roland Garros 1982 ograł czterech tenisistów z TOP 10 rankingu! Wcześniej przegrał osiem meczów z ludźmi notowanymi w czołowej dyszce, nie miał na koncie takiej wygranej. A w stolicy Francji odprawił w pięciu setach (jeszcze nie tak wielkiego, ale rozstawionego z „2”) Ivana Lendla, zaraz po nim w czterech partiach pokonał Vitasa Gerulaitisa, żeby potem poradzić sobie z dwoma Argentyńczykami – Jose Luisem Clerkiem (nieco zapomnianym specjalistą od mączki) i Guillermo Vilasem.
To byli wszystko ludzie rozstawieni od 2. do 5. miejsca. Niesamowita seria, niesamowity turniej, niesamowity wyczyn.
Po prostu.

***
To teraz pytanie na koniec, wracając do… niemal początku tekstu. Gdzie tu widzicie Maję Chwalińską? Biorąc pod uwagę drabinkę i rywalki, jakie musiała pokonać po drodze, oraz jej sytuację i historię… zdaje się, że TOP 5 powinno być gwarantowane. Czy jednak dalibyście ją na podium? A może uważacie, że mimo wszystko powinna być niżej? I kogo, waszym zdaniem, w rankingu jednak zabrakło, a kto zajął zbyt wysokie lub zbyt niskie miejsce?
Dajcie znać w komentarzach!
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix