Maja Chwalińska odniosła sukces. Czemu uderzamy w Igę Świątek?

Sebastian Warzecha

05 czerwca 2026, 17:30 • 5 min czytania 23

Reklama
Maja Chwalińska odniosła sukces. Czemu uderzamy w Igę Świątek?

Nikt nie spodziewał się Mai Chwalińskiej w finale Roland Garros. Nawet ona sama. Wielkie to zaskoczenie, wielka radość i wielki sukces. Czy wygra, czy nie – napisała historię. Wielu fanów świętuje razem z Mają, wielu się tym cieszy. Są jednak i tacy, co wykorzystują ten moment, by uderzać w Igę Świątek. Pytań jest wiele. Najprostsze brzmi: po co? A to bardziej skomplikowane: czy nie umiemy się z czegoś cieszyć ot tak, po prostu?

Reklama

Maja Chwalińska i jej sukces? Dla niektórych szansa by przyłożyć Idze

Za moment pewnie ktoś uzna, że wymyślam sobie problem. Ale nie, nie wymyślam. Możliwe, że – nieco przesadnie – przenoszę problemy social mediowe na dużą część populacji. A może nie. W każdym razie: jest to coś, co zauważyłem już kilka dni temu. Myślałem jednak, że im dalej w las – i im większy sukces Mai – tym mniej będzie takich komentarzy, a więcej po prostu radości. Tymczasem okazało się, że ich liczba się nie zmienia, może nawet rośnie.

Jakie to uwagi?

Najprościej rzecz ujmując: wszystko, co wykorzystuje sukces Mai Chwalińskiej, żeby przyłożyć Idze Świątek. I ja rozumiem, że można Igi nie lubić – wasze prawo (choć argumenty, jakich zwykle się używa, by to uargumentować uważam za śmieszne). Wypadałoby jednak – ot, taki pomysł – doceniać to wszystko, co już na korcie osiągnęła. Jest przecież Świątek tenisistką historycznie wielką.

Reklama

Co przez to rozumiem? Ano to, że gdyby dziś skończyła karierę, machnęła na to wszystko rakietą i odwiesiła buty na kołku, to… w sumie byłaby kandydatką do TOP 10 zawodniczek w historii ery open. A ta trwa już przecież niemal 60 lat. Czekaliśmy na taką postać w tenisie w sumie od zawsze. I gdy się w końcu doczekaliśmy, to nie potrafimy jej absolutnie docenić. Może się to jeszcze zmieni – mam wrażenie, że tak jest na przykład z Robertem Lewandowskim w ostatnich latach – ale na ten moment duża część Polaków Idze odmawia uznania.

I znów: okej, wasze prawo. Możecie Świątek nie cenić. Pewnie znaleźli się lata temu szaleńcy, co nie cenili Adama Małysza, a potem na przykład Justyny Kowalczyk czy Kamila Stocha. Zawsze znajdą się, lepsze lub gorsze, argumenty na poparcie takiej tezy i próbę obronienia czegoś właściwie nie do obrony.

To wszystko w porządku. Niechaj tak będzie, dyskutujmy, kłóćmy się nawet. Sport prowokuje do emocji, do wymiany poglądów – byle nie zbyt agresywnej! – więc okej, róbmy to.

Ale może nie nawalajmy w Igę wykorzystując do tego – jakby nie było – jej dobrą koleżankę, przyjaciółkę wręcz?

Reklama

Maja zapewnia radość. I na tym powinniśmy poprzestać

Pisałem już o tym, że uwielbiam – od dobrej dekady – tenis Mai Chwalińskiej. Oglądałem jej mecze w juniorach, oglądałem i seniorskie, kiedy się dało i miałem na to czas. Cieszy mnie niezwykle – wręcz uroniłem po półfinale łezkę – że wreszcie osiągnęła sukces. Tym bardziej, że cieszyłaby mnie (i ją też, na pewno) wygrana w turnieju 250. Co dopiero finał Wielkiego Szlema.

Serio, to piękna chwila. Dziewczyna z wielkim talentem. Po przejściach. Taka, co się nie poddała. Ze wspierającą rodziną, pracowita, miła, walcząca zawsze do samego końca. Do tego grająca wspaniały tenis. Wszystko tutaj prowokuje wręcz do radości.

Nie trzeba nawet sugerować, że powinniśmy się cieszyć. Ta radość, oglądając Maję, przychodzi naturalnie.

Reklama

Nie dziwi, że stała się Chwalińska szybko ulubienicą fanów nie tylko w Polsce, ale i wśród dużej części zagranicznych kibiców. To historia z bajki, a i Maja swoimi charakterem i tenisem przyciąga. Zgadza się tu każda część, tworzy całość, której nie sposób nie zostawić „okejki” czy serduszka w social mediach i nie sposób nie trzymać kciuków, by wszystko skończyło się jeszcze większym happy endem.

I na tym to wszystko powinno się skończyć. Lajki, komentarze, oklaski jeśli jesteście na miejscu. Oglądanie meczów, słowa wsparcia, cieszenie się. Pozytywne emocje, które wywołuje niezwykle pozytywna tenisistka. Gdybyśmy żyli w świecie idealnym, to chyba tak by to właśnie działało. Do ideału nam jednak daleko.

Więc jest zupełnie inaczej.

Maja? Wspaniała. Iga? Też wspaniała

Faktycznie jest Maja Chwalińska swego rodzaju przeciwieństwem Igi Świątek. Na pewno tenisowym. Jej tenis jest dużo bardziej techniczny, mniej siłowy, skomplikowany. Warunkami fizycznymi, oczywiście, też się różnią. Równocześnie jednak przyjaźnią się do dawna, razem zdobywały juniorskie tytuły, lubią swoje towarzystwo. Znaczy, że muszą mieć jakieś punkty wspólne – i raczej nie tylko tenis – więc możliwe, że charakterologicznie istnieje tu zgodność.

Reklama

Choć fakt, że wypadają nieco inaczej w wywiadach. Maja zdaje się bardziej otwarta, naturalna. Sęk w tym, że widzę od kilku dni na przykład wpisy o tym, że… to jest to, czego szukamy w tenisie, a nie zachowania takie jak Igi Świątek.

I teraz musi paść pytanie: czy my naprawdę chcemy zakłamywać rzeczywistość w ten sposób?

Iga Świątek była postrzegana – poza samą grą – dokładnie w ten sposób, gdy wygrywała pierwsze turnieje! Młoda, uśmiechnięta dziewczyna, pełna radości i pewnej nieporadności, jakby nie rozumiała, gdzie się znalazła. Może nieco wycofana, introwertyczna, ale nic w tym złego przecież. Igę chwalono za to, że nie mówi jak komputer, że nie jest PR-ową maszyną, że odbiega od standardowego wizerunku tenisistek.

To jest dokładnie to, co teraz pisze się o Mai! Owszem, od tego czasu Iga się zmieniła, ale zmienia się każdy, kto wejdzie na czołowe pozycje na świecie i bezustannie jest na świeczniku. Zmienia, bo musi, bo każdy jego krok jest analizowany. Dlatego ja nie kupuję tej narracji uderzania w Igę tym, jaka jest Maja. Podobnie uważam za wręcz okropne deprecjonowanie wyników Świątek – sześciokrotnej mistrzyni wielkoszlemowej! – z powodu jednego turnieju Chwalińskiej.

Reklama

Wyniki Igi były (a kto wie, może do tego wrócimy) cudowne. Wynik Mai również jest cudowny. To jest wszystko, co powinno się o tym mówić i pisać.

Można krytykować Świątek za niektóre jej wybory czy aktualną dyspozycję, spoko. Ale nie używajmy do tego jej przyjaciółki. Tym bardziej, że wiemy, że Iga z wyników Mai się cieszy. W przeszłości gratulowała jej wygranych w turniejach niższych szczebli (np. WTA 125), a Chwalińska mówiła po ćwierćfinale, że i na Roland Garros te gratulacje od Igi płynęły po każdym meczu. Jest więc tu radość z dokonań koleżanki czy też przyjaciółki.

A wielu cieszy się nie z powodu zwycięstw Mai samych w sobie, tylko dlatego, że można ich użyć przeciw Idze.

To chyba jednak nie tak powinno być.

Reklama

Fot. Newspix

23 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Inne sporty

Łzy i ulga po sukcesie Chwalińskiej. Menedżer szczerze o trudnych latach

Wojciech Piela
32
Łzy i ulga po sukcesie Chwalińskiej. Menedżer szczerze o trudnych latach