Meksyk po raz drugi i geniusz Maradony. Mundial 1986

Sebastian Warzecha

11 czerwca 2026, 17:28 • 20 min czytania 1

Reklama
Meksyk po raz drugi i geniusz Maradony. Mundial 1986

Mundial trafił do Meksyku niespodziewanie, trzy lata przed jego terminem. I znów okazało się, że – choć nie wszystko było idealnie – tamtejsze boiska służą wielkim turniejom. W Meksyku fani oglądali porywające spotkania i wielką koronację najlepszego piłkarza świata. W 1970 roku był to Pele, w 1986 niepodzielnie panował Diego Armando Maradona. I tylko szkoda, że nie był to finał argentyńsko-brazylijski…

Reklama

Meksyk 1986. Wielki mundial niewielkiego Argentyńczyka

Wszystko zawsze zmierza do Maradony. Można opowiadać o drugim meksykańskim Mundialu na tysiąc różnych sposobów. Chwytać się historii o klęsce Polaków, duńskim dynamicie, czterech golach Emilio Butraugeno. Można o polityce, o Kolumbii, o Socratesie i trzęsieniach ziemi. Nieważne. Każda ta historii ma taki sam finał.

Diego. Armando. Maradona.

Jego ręka z Anglią i późniejszy rajd. Jego genialne podania. Jego opieranie się rywalom. Fantastyczna asysta w finale. Jego koronacja. I ta scena, gdy niesiony na rękach podnosi w górę trofeum za zdobycie Pucharu Świata. On, który w kadrze debiutował jeszcze przed mundialem z 1978 roku, ale jako młody chłopak, dzieciak właściwie, jednak na mistrzostwa wtedy nie pojechał i mówił, że to była najgorsza chwila w jego życiu.

To on teraz triumfował. Na Estadio Azteca, tam gdzie 16 lat wcześniej – po raz trzeci – najlepszy był Pele. Tym razem królem był Maradona. Drugi najlepszy, a dla wielu – zwłaszcza pokolenia lat 70. – pierwszy. Genialny. Niezwykły. Zjawiskowy. Człowiek, który może i przegrał ostatnie lata swojej kariery, może nawet zawalił wiele w życiu. Ale co z tego? – zdają się pytać fani. Co z tego, skoro nikt tak jak on nie trzymał piłki przy nodze?

Reklama

I nikt nie był tak wielki jak Maradona w Meksyku w 1986 roku.

Meksykanie znów mieli szczęście. Mogli podziwiać najlepszego piłkarza świata na własnych boiskach. Dostąpili tego zaszczytu po raz drugi, zmieniły się jedynie personalia i kolory koszulek.

CZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ OPOWIEŚCI O MEKSYKAŃSKICH MUNDIALACH. ROK 1970 I WIELKI PELE

Reklama

Kolumbia dostaje, Kolumbia rezygnuje

Gospodarza mistrzostw wybrano w 1974 roku. Prędko, w efekcie organizator dostawał całe 12 lat na przygotowanie imprezy. Powinno wystarczyć i to z nawiązką. Mundial dostał się Kolumbii, miał więc podbić nowe terytoria. Tyle że rzeczona Kolumbia przez kolejnych kilka lat nic w kierunku jego organizacji nie robiła, choć ówczesny prezydent, Misael Pastrana Borrero, planował wykorzystać turniej jako bodziec do rozwoju kraju i jego infrastruktury.

Kolumbijczycy mieli już gwarancję koncernów naftowych z USA i wielu banków. Ale wszystko utknęło w parlamencie. W międzyczasie kilkukrotnie zmieniali się ludzie na szczycie władzy, FIFA wymagała kolejnych gwarancji, nic się nie ruszało, a Joao Havelange coraz bardziej się niecierpliwił.

Od pewnego momentu tak naprawdę i światowa federacja, i sama Kolumbia szukały wyjścia – co zrobić, by tego mundialu w tym konkretnym miejscu uniknąć. Bo u wybranego gospodarza szalała wojskowa partyzantka, swoje robiły kartele narkotykowe, kraj był na swego rodzaju wojnie, do tego gwałtowni rosła inflacja. Właściwie jasnym stało się, że ten mundial się w Kolumbii nie odbędzie.

W końcu do władzy doszedł prezydent Belisario Betancur, który już w swojej kampanii mówił, że nie będzie spełniać kaprysów FIFA. Spełnił za to obietnicę. Z mundialu się wycofał, właśnie pod takim hasłem. Dodawał też, że Kolumbia „nie będzie mogła pokazać się światu mistrzostwami świata, ale ma Nagrodę Nobla dla Gabriela Garcii Marqueza”. Bo i faktycznie, decyzję o wycofaniu z organizacji ogłoszono kilka dni po tym, jak Marquez został doceniony przez Komitet Noblowski.

Reklama

FIFA miała jednak problem. Trzeba było wybrać nowego gospodarza. A ten zamiast dwunastu, miał otrzymać trzy lata na przygotowanie imprezy.

Futbolowa polityka wygrywa ze wszystkimi

W szranki na kongresie FIFA w 1983 roku stanęły ze sobą Stany Zjednoczone i Meksyk. Ci drudzy mieli już doświadczenie z wygrywania takich pojedynków, a kluczowe znów były te same postaci co w 1970 roku (i w linkowanym wyżej tekście o tamtych mistrzostwach można o nich przeczytać), czyli Guillermo Canedo de la Barcena oraz Emilio Azcarraga Milmo. Zwłaszcza ten pierwszy, powiązany wieloma sieciami zależności z Joao Havelange’em, prezydentem FIFA.

Potem mówiono zresztą, że to Brazylijczyk właściwie w pojedynkę postawił na Meksyk.

Tamten kongres był historyczny. Zdenerwował nawet Henry’ego Kissingera, prawdopodobnie najsłynniejszego doradcę prezydentów USA. – Futbolowa polityka sprawia, że tęsknię za polityką na Bliskim Wschodzie – powiedział potem Kissinger, a słowa stały się jednymi z najsłynniejszych w okołopiłkarskich dziejach.

Reklama

Bo i faktycznie, Amerykanie mieli niemalże pewność, że wygrają.

Przygotowali znakomitą, kompleksową prezentację swojej kandydatury, mieli za sobą wielkich ambasadorów, szczególnie Pelego, który w przeszłości grał u nich w kraju, w nowojorskim Cosmosie. Brazylijczyk mówił potem, że też był przekonany, że kandydatura Stanów wypali. USA było wielkim rynkiem, wielu sponsorów mistrzostw pochodziło stamtąd. Właściwie nie było argumentów, by nie podarować tego mundialu USA.

Henry Kissinger

Henry Kissinger przez lata kreował kształt polityki i Stanów Zjednoczonych, i globalnej. Pokonała go dopiero ta piłkarska. Fot. Newspix

Reklama

FIFA jednak wybrała Meksyk. Do końca nie wiadomo dlaczego, choć podejrzewa się – znowu – że wielkie znaczenie odegrała meksykańska telewizja i że Havelange czuł jej naciski. Możliwe, że sukces mundialu z 1970 i pamięć o nim też była istotna, ale biorąc pod uwagę pragmatyzm FIFA – mogło to tylko ostatecznie utwierdzić działaczy i prezydenta w podjętej wcześniej decyzji, nic więcej. Do tego, wiadomo, Canedo nadal był wiceprezydentem całej organizacji, tak jak przed 1970 rokiem, i wiele tam znaczył.

Niemniej: w USA byli wściekli. Kissinger mówił potem, że nie było uczciwej rywalizacji. Oburzeni byli też Kanadyjczycy (również starali się o MŚ), którzy wyśmiewali dokument, jaki przedłożyli federacji Meksykanie. Miał liczyć sobie 10 stron. Ten Kanady – a i tak podobno zwięzły! – miał ich 90. Nie było jednak jak się federacji przeciwstawić. Meksyk wygrał jednogłośnie (podkreślmy to: Kanada oraz USA nie otrzymały choćby jednego głosu!) i to tam postanowiono przenieść mistrzostwa.

Dla piłki nożnej w USA oznaczało to, że ta… właściwie zatrzymała się w rozwoju na dziesięć lat. Ocknęła się dopiero, gdy do Stanów trafił mundial w 1994 roku, po nim stworzono ligę. W Meksyku za to szykowano się na drugie wielkie święto piłki nożnej.

Trzęsienie ziemi i opaska Socratesa

Tym razem mistrzostwa miał wspierać meksykański rząd. Miał, bo ostatecznie się z tego wycofał, ale o tym za moment. Natomiast wszelkie zyski zgarniała FIFA i dopiero federacja rozdzielała je potem odpowiednio. Historia zatoczyła koło, bo wielka komercjalizacja imprezy zaczęła się w 1970 roku w Meksyku właśnie, a teraz FIFA wypracowywała tam rekordowe zyski, na czym mogli nieco ucierpieć organizatorzy, którym odpalano ich wcale nie tak dużo.

Reklama

Niemniej: Meksykanie i tak się na mistrzostwa cieszyli. Ale w 1985 roku, dokładnie 19 września, na niespełna rok przed mundialem, przez kraj przeszło trzęsienie ziemi, najmocniej dotykając jego stolicę.

Zginęło ponad 25 tysięcy osób. 150 tysięcy zostało bez dachu nad głową. Szkody sięgnęły czterech miliardów dolarów. I to wszystko w niespełna trzy minuty.

To właśnie dlatego rząd wycofał się z finansowania mistrzostw, wiedząc, że środki będzie musiał przekierować na pracę nad skutkami katastrofy. Nie robił tego jednak najlepiej, wielu obywateli było rozczarowanych postawą władz, potem analizy socjologiczne wykazały, że Meksykanie mniej więcej teraz zaczęli zmieniać się w społeczeństwo obywatelskie, że wykształciła się realna opozycja wobec władzy – bo pomagali sobie nawzajem, poczuli wspólnotę.

A potem dostali jeszcze wielką okazję jej demonstrowania. Stadiony bowiem ocalały, trzęsienie je oszczędziło. Mistrzostwa mogły się odbyć. Szkody nadal jednak były widoczne i wstrząsały niektórymi tak bardzo, że legendarny Socrates, gwiazda Brazylii, na jednej ze swoich ikonicznych opasek, które zakładał na mecze, miał napisane: „Meksyku, stój dumnie”, właśnie w reakcji na obrazy po trzęsieniu, jakie widział.

Reklama

Niemniej: mistrzostwa trwały, gospodarze grali. I to grali dobrze. Na inaugurację turnieju wygrali 2:1 z Belgią i tłumy wyszły świętować ten mecz na ulice stolicy. Potem był remis z Paragwajem (1:1) i wygrana z Irakiem (1:0). Prawdziwe święto nastało jednak po triumfie nad Bułgarią (2:0) w 1/8 finału. To było jak karnawał, moment wielkiej radości, nawet tam, gdzie Mexico City wciąż przypominało ruiny. Przepięknego gola nożycami strzelił wtedy Manuel Negrete, zachwycił stadion i właściwie cały piłkarski świat (i nikogo nie obchodziło w tamtej chwili, że zawodził z kolei Hugo Sanchez, grający bardzo zły turniej).

Meksyk czuł dumę.

W następnym meczu wszystko to się skończyło… ale o tym później. Na razie zostańmy przy tej Bułgarii, niech Meksykanie mogą jeszcze chwilę świętować. Zresztą robili to dobrze, bo przecież to wtedy świat podbiła meksykańska (choć najpewniej wymyślona w USA!) fala, do dziś znana pod tą nazwą.

Reklama

A poza tym na własnej ziemi doszli dalej niż wiele uznanych reprezentacji. Na przykład Polacy.

Jeden gol Polaków. A potem wielka Brazylia

Awans udało się wywalczyć po wygranej 1:0 z Albanią w Tiranie, gdzie Zbigniew Boniek przyleciał niespełna dobę po (wygranym) finale Ligi Mistrzów z Juventusem, a przede wszystkim – za sprawą remisu z Belgią, u siebie w Chorzowie. Remis bowiem nam wystarczał, więc Polacy nastawili się defensywnie, Antoniemu Piechniczkowi, trenerowi, zależało przede wszystkim na tym, by bramki nie stracić. Było ciężko, rywale nacierali, Biało-Czerwoni mieli mnóstwo szczęścia, ale udało się.

Wywalczyliśmy 0:0, kontynuując piękną tradycję zwycięskich remisów. Inna sprawa, że Belgowie też się finalnie dostali – w barażu pokonali Holendrów.

Na mistrzostwach wiele jednak tym razem nie zdziałaliśmy. Co prawda Piechniczek zapisał się w historii jako jedyny trener, który dwukrotnie nas tam wprowadził, ale… no w zasadzie to tyle. Polacy zagrali cztery mecze. Na inaugurację zremisowali z Marokiem 0:0 (ci później zostali pierwszym afrykańskim zespołem, który wyszedł z grupy, za sprawą wygranej 3:1 z Portugalią), potem pokonaliśmy 1:0 Portugalczyków, którym bramkę wpakował Włodzimierz Smolarek, po drodze dostaliśmy baty od Anglii (0:3, wszystkie bramki Gary’ego Linekera), a na końcu do domu wysłała nas wspaniała Brazylia.

Reklama

Z perspektywy czasu łatwo ocenić, że Polacy nie mieli szans. Reprezentacja była podzielona na grupy – warszawską, śląską i kilka innych – Piechniczek ponoć nie panował do końca nad szatnią. Do tego zawodnicy, zgodnie z tym, co sami mówili, zostali zajechani fizycznie. Najlepiej na mistrzostwach, grając w wielkim upale, prezentowali się ci, którzy mieli wcześniej urazy i trener ich nie „przeorał”. Tyle że Piechniczek do tego źle wybierał skład i dopiero z czasem zorientował się, że dobrze byłoby postawić na przykład na Ryszarda Tarasiewicza, który ewidentnie był w formie.

Może gdyby zrobił to wcześniej, zajęlibyśmy w grupie lepsze miejsce. I może uniknęlibyśmy przez to Brazylii.

Choć ta Brazylia to też trochę pech. Najpierw był strzał Tarasiewicza w słupek. Potem Jan Karaś z dystansu przyłożył w poprzeczkę. Pierwsze pół godziny minęło, na tablicy było 0:0, a równie dobrze mogliśmy prowadzić dwoma bramkami. Niemniej – graliśmy z wielką Brazylią jak równi z równymi. I wtedy swoje dołożył sędzia. Podyktował bardzo kontrowersyjnego karnego, z 11 metrów trafił Socrates.

Reklama

I to chyba nas zabiło. Po przerwie Polacy dodatkowo padli fizycznie, nie mieli już sił biegać za rywalami. Dostali jeszcze trzy gole, trafił między innymi Josimar, gwiazda tamtego mundialu – w kadrze debiutował właśnie na nim! Meteor, bo tuż po mistrzostwach się pogubił, pożarły go konflikty z prawem, alkohol, przyciągały wdzięki kobiet. Sam mówił, że zniszczył sobie i karierę, i życie. Ale na tamtych mistrzostwach grał wspaniale, naprawdę.

W każdym razie – Polacy przegrali 0:4, Piechniczek zrezygnował. Wraz z nim Władysław Żmuda, Stefan Majewski, Józef Młynarczyk i Zbigniew Boniek. Z czasem okazało się, że kończył się piękny okres polskiego futbolu, co zresztą po części przewidzieli i Piechniczek, i Boniek, bo żegnali się nadziejami, że kolejni w ich miejscu zdołają powtórzyć ich sukcesy… ale i obawami, zę się to nie stanie.

No i się nie stało. 16 lat czekaliśmy na kolejne mistrzostwa.

Mistrzostwa euforyczne. Grano pięknie

Były w Meksyku w 1986 roku zespoły, które sukcesu nie odniosły, ale zachwyciły. Był i taki – tak, to do was, Niemcy – który grał brzydko, a jak na swoje ówczesne warunki, dokonał właśnie tego. I to wszystko wbrew temu, że znów – jak 16 lat wcześniej – obawiano się o warunki, o przewyższenia, o pogodę. Ta ostatnia zresztą wycieńczała, bo FIFA, w porozumieniu z telewizją, jeszcze raz kazała grać w samo południe.

Reklama

Krytyka gwiazd – na czele z Maradoną i Socratesem – niczego nie zmieniła. Mecze odbywały się zgodnie z harmonogramem. A czy Maradona mówiąc, że „Piękno gry zeszło na dalszy plan” miał ostatecznie rację? Pewnie tak, bo sugerował, że dla FIFA liczą się przede wszystkim zyski, z czym trudno polemizować. Ale Meksyk 1986 bywał piękny.

Oj, jak bardzo piękny!

Duński dynamit

Na mistrzostwach debiutantów było trzech: Dania, Irak i Kanada. Ci ostatni nieźle zaczęli, długo trzymali się w meczu z Francją, ale ostatecznie przegrali i to spotkanie, i dwa następne. Do domu wrócili bez punktu, a nawet bez gola. Irak bramkę strzelił, ale tez przegrał wszystkie mecze – choć każdy minimalnie, jednym golem. Dania była za to zupełnie innym zespołem, zresztą rewelacyjnie grała już na Euro 1984. Grupę w Meksyku wygrała z kompletem punktów, pokonując Szkocję (1:0), Urugwaj (6:1!) i RFN (2:0).

I może to ostatnie spotkanie ich zgubiło.

Reklama

Gdyby wtedy przegrali, w 1/8 trafiliby na Maroko. Zwycięstwo gwarantowało im za to starcie z Hiszpanią. Po czasie wiele osób w Danii sugerowało, że Niemcy umyślnie zagrali słabo, pod drabinkę. Duńczykom z kolei zabrakło tej żyłki cwaniactwa, choć… prowadził ich Niemiec, Sepp Piontek. Do dyspozycji miał wspaniałych piłkarzy. Michael Laudrup, Soeren Lerby, Jan Moelby, Jesper Olsen i spółka – to wszystko wielcy zawodnicy. Piontek wpoił im jedną zasadę: atakować.

Duńczycy więc atakowali. I robili to znakomicie. Nie grali nic wybitnego taktycznie (choć korzystali z rzadkiego wtedy 3-5-2), grali raczej prosty futbol, oparty na szybkim przeprowadzaniu akcji. Tyle że robili to fantastycznie, a wygrana z Urugwajem była ich absolutnym popisem. Odpadli jednak z turnieju – ku rozczarowaniu fanów – już w 1/8, gdy przegrali z Hiszpanią… aż 1:5!

Hiszpanie też byli zresztą wielcy, a szczególnie błysnął wtedy Emilio Butragueno, który trafił do siatki czterokrotnie. Tyle tylko, że długo to Duńczycy byli lepsi, prowadzili, powinni nawet strzelić więcej niż gola. Potem jednak popełnili kilka prostych błędów, jakby zapomnieli, o co i gdzie grają. Zabrakło im wyrachowania i zimnej krwi, ale to właśnie wtedy zaczęto mówić o duńskim dynamicie.

Reklama

Bo faktycznie, gra Danii była po prostu wybuchowa.

Sukces Belgów

Pogromców Duńczyków wyeliminowali Belgowie. Mieli wtedy swoje pierwsze złote pokolenie, choć z Hiszpanami wygrali po karnych, nie w regulaminowym czasie (było 1:1). To paradoks futbolu: Polacy, którzy byli lepsi od Belgii w grupie, odpadli w 1/8 finału, tymczasem gorsi od nich zawodnicy z Beneluksu, dotarli do meczu o 3. miejsce. Przegrali go, ale aż do brązowego medalu w 2018 roku był to ich największy sukces w historii.

Najlepiej z tamtych lat pamięta się bramkarza, Jeana-Marie Pfaffa, ale było tam więcej świetnych zawodników, szczególnie z przodu. Choć Belgia nieco się męczyła – w grupie zanotowała wygraną (2:1 z Irakiem), ale też remis (2:2 z Paragwajem) i porażkę (wspomniane już 1:2 z Meksykiem na inaugurację). Wyszła z trzeciego miejsca, za gospodarzami i Paragwajem. W 1/8 trafiła ZSRR, inną zachwycającą ekipę.

Sowietów prowadził nominowany na ledwie miesiąc(!) przed mundialem Walery Łobanowski. Skład kadry stworzył więc w dużej mierze… z Ukraińców. Swoich, bo z Dynama Kijów, które prowadził. Igor Biełanow, Oleg Błochin, Anatolij Demianienko czy Andriej Bal – to oni grali tam pierwsze skrzypce. Związek Radziecki znakomicie grał w grupie. Wygrał z Węgrami 6:0 na inaugurację (a Węgrzy wierzyli w sukces, przed turniejem pokonali w sparingu 3:0 samą Brazylię), potem zremisował z Francją (1:1) i wygrał z Kanadą (2:0).

Reklama

Łobanowski był wielkim teoretykiem futbolu. Jego styl zakładał ciągły pressing na rywalach, trener mawiał, że łatwiej odzyskać piłkę „w 11 niż w 5”. Chciał, by jego zespoły grały zgodnie z założeniami. I to działało, Sowieci grali momentami porywający futbol. Tyle że w 1/8 finału z Belgią wyeliminowały ich po części błędy własne, a po części te najpewniej popełnione przez arbitrów, którzy uznali Belgom dwa kontrowersyjne gole. I to Czerwone Diabły, po dogrywce i porywającym meczu, wygranym 4:3, awansowały dalej.

(Choć powody do zadowolenia miał Igor Biełanow. Belgom ustrzelił hat-tricka, zachwycił i potem dostał Złotą Piłkę, o czym pewnie zaważyły występy w Dynamie, które wygrało wówczas Puchar Zdobywców Pucharów, ale taki mecz na mundialu na pewno nie zaszkodził).

Belgowie dali potem radę jeszcze Hiszpanii i doszli do półfinału. Tam lepszy był już Maradona i jego Argentyna, a w meczu o brąz Francuzi. Niemniej: 4. miejsce Belgii i tak było wielkim sukcesem.

Reklama

Cierpienia Zico, cierpienia Brazylii

Brazylijczycy mieli wielkie pokolenie. Medal mogli (powinni?) zdobyć już w 1982 roku, ale wtedy pognębił ich hat-trickiem Paolo Rossi. Cztery lata później Brazylia wygrała grupę z idealnym bilansem – trzy zwycięstwa (Hiszpania, Irlandia Północna i Algieria), pięć bramek strzelonych, zero straconych. W 1/8 z kolei odprawiła w opisywanym już meczu Polaków, nadal nie tracąc gola. Grała efektownie, ale i niezwykle dobrze w tyłach.

W meczu z Francją też nie było źle. Zresztą – to był najpewniej najlepszy mecz tych mistrzostw.

Najpierw trafił Careca, w 17. minucie, i Brazylia wyszła na prowadzenie, a potem kilka razy była jeszcze blisko podwyższenia wyniku. Nie zrobiła tego, a zamiast wyniku 2:0 w końcu zrobiło się 1:1, gdy w 40. minucie do siatki trafił Michel Platini. Więcej bramek nie padło. Ani w regulaminowym czasie gry, ani w dogrywce. Ale sytuacji był ogrom! Przed meczem żartowano, że to „starcie emerytów”, wielu graczy – w tym największe gwiazdy po obu stronach – było już bowiem po trzydziestce.

Okazało się jednak, że to ci emeryci walczą i grają najlepiej. Obie ekipy były w tym spotkaniu wielkie, obie atakowały, obie miały sytuacje. Więcej – Brazylijczycy. W tym karnego, na niespełna 20 minut przed końcem. Do piłki podszedł wtedy Zico, ledwie trzy minuty po wejściu na murawę. Nie grał całych spotkań, bo przed mistrzostwami leczył kontuzję, wciąż nie był gotowy na 90 minut. Do karnych był jednak pewniakiem. Wtedy jednak nie trafił, piłkę odbił stojący w bramce Francuzów Bats.

Reklama

Nie było więc goli. Ani w 90 minutach, ani po dogrywce. Były słupki, poprzeczki, strzały tuż obok, świetne interwencje bramkarzy. Ale nie gole. Doszło do karnych. W tych trafił Zico, a karnego zmarnował inny z wielkich – Platini. Tyle że u Francuzów nie trafił tylko on, a w ekipie Brazylii nie strzelili jedenastek Socrates oraz Julio Cesar. Francja wygrał tę próbę nerwów. Weszła do półfinału, a eksperci – zachwyceni poziomem meczu – okrzyknęli, że być może właśnie został wyłoniony mistrz świata.

Pomylili się. I to bardzo.

Za Faklandy

Nim jednak o medalach, trzeba napisać o jeszcze jednym ćwierćfinale – tym najbardziej legendarnym. Argentyna vs Anglia, z wciąż żywą pamięcią o Falklandach, o wojnie, o ofiarach konfliktu z 1982 roku. To nie był zwykły mecz. I dlatego ręka Maradony stała się tak ikoniczna, dlatego jego gol – przecież oszustwo! – wręcz jeszcze bardziej Argentyńczyków cieszył. Dla nich to była sprawiedliwość, faktyczna ręka Boga.

Reklama

A ten drugi gol? Ten rajd? Ta poezja ruchu?

To już nie była ręka, a noga, całe ciało Boga. To był ten boski pierwiastek na boisku, gdy Diego mijał po kolei pięciu Anglików, a na koniec mylił Petera Shiltona. Tego samego, który nigdy nie wybaczył mu pierwszego gola, tej ręki. – Z satysfakcją śledziłem wszystkie jego życiowe niepowodzenia, afery kokainowe i dopingowe – mówił nawet po latach. Jednak na boisku wtedy to on schodził smutny i wściekły z murawy.

Anglicy co prawda odpowiedzieli – trafił Lineker. Ale tylko raz, choć w końcówce mieli sporą przewagę, a Argentyna się broniła. Maradona już po meczu mówił o ręce Boga, choć powtarzał te słowa za jednym z włoskich korespondentów. Dopiero po latach wprost przyznał, że cieszył go ten gol i nie chce, żeby Bóg mu go odebrał, że to było jego trafienie, żadnego Boga.

Reklama

Pod koniec życia stwierdził nawet, że gdyby miał sobie czegoś życzyć, to chciałby raz jeszcze wpakować takiego gola Anglikom. Tylko drugą ręką. Nie znów ominąć ich obrońców. Strzelić tak – oszukać, ale oszukać właśnie Anglię.

To było najważniejsze.

No i to, że weszli dzięki tym dwóm golom – czystemu oszustwu i wielkiej wirtuozerii – do półfinału, rzecz jasna.

Pełna kontrola i geniusz Maradony

Maradona grał wtedy w Napoli, w sumie nieco na obrzeżach największego futbolu. Wcześniej nie odnalazł się w Barcelonie. Grał tam słabo, nie wkomponował się w zespół, miał urazy. Najpoważniejszy – złamanie kostki – zapewnił mu Andoni Gokoetxea. Po latach wyszło też, że już wtedy nadużywał narkotyków, na czele z kokainą. W Napoli się jednak odnalazł, trafił w swoje miejsce i wkrótce zaczął być tam tak wielki, jak i w kadrze.

Bo w koszulce Argentyny – choć długo w niej nie grał – błyszczał.

Zespół był ustawiony wokół niego. Diego miał tak naprawdę wolność, choć Carlos Bilardo poza tym lubił kontrolę. Był pragmatykiem futbolu, liczył się dla niego przede wszystkim wynik. Miał też ponoć obsesję na punkcie stałych fragmentów gry, do historii przeszła anegdota – przytaczana przez Jonathana Wilsona w książce o Argentynie – gdy przed finałem mistrzostw budził o czwartej nad ranem Ruggeriego, pytając go, kogo ma kryć przy rożnych.

Obrońca odpowiedział poprawnie, ale gdy po finale – zwycięskim przecież – nie wydawał się szczęśliwy, dziennikarze pytali dlaczego, a Bilardo odpowiadał, że to przez dwie stracone z rzutów rożnych bramki. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Co ważne: w Argentynie doszło do zmiany pokoleniowej. Z mistrzów świata w 1978 roku został tylko Daniel Passarella, ale na mistrzostwach był przyspawany do ławki, nie wszedł na boisko nawet na minutę. Oficjalnie przez chorobę, nieoficjalnie – bo Maradona nie chciał dzielić się splendorem. Niemniej, nie był potrzebny. Doskonale w jego miejscu radził sobie Jose Luis Brown, który nie dość, że był świetny w defensywie, to trafił do siatki w finale. Bilardo triumfował, jego wybory okazywały się trafne.

A to wcale nie było tak oczywiste!

Przez eliminacje Argentyna przeszła ledwie, ledwie, w kiepskim stylu. W grupie też nie było najlepiej (3:1 z Koreą, 1:1 z Włochami i 2:0 z Bułgarią), a Maradona był tam niemiłosiernie kopany. W 1/8 finału wygrali tylko 1:0 z Urugwajem… ale tu akurat wynik był mylący, bo i Maradona, i jego partnerzy grali wielkie zawody, po prostu piłka wpadła do siatki tylko raz. Z Anglią Bilardo wyciągnął swojego asa z rękawa – ustawienie 3-5-2, którego wcześniej w tym turnieju unikał. Zaskoczył rywali, do tego doszedł geniusz Maradony i Argentyna była w półfinale.

Tam trafiła się niespodzianka w postaci Belgów, którzy tym razem zaskoczyć jednak nikogo nie zdołali. Nie grali źle, wytrzymali całą pierwszą połowę, ale w drugiej do głosu doszedł Diego Armando. To on trafił dwa razy i było pozamiatane. A potem doszło do finału, który miał ucementować jego miejsce w panteonie największych gwiazd futbolu.

I dokładnie to się stało.

Podanie, które zabiło Niemców

W finale zagrali jednak z Niemcami, nie z Francją. Reprezentanci RFN grali na tym turnieju kiepsko, nie mieli zresztą wielkich piłkarzy, bardziej wyrobników. Składał to wszystko na ławce Franz Beckenbauer, nominowany po fatalnych wynikach w 1982 roku i na Euro 1984. I jemu początkowo szło jednak kiepsko, prasa regularnie go krytykowała. Sam „Cesarz” po latach zdawał się nie dowierzać, że w Meksyku zdobył medal, dziennikarzy podpytywał, czy są w stanie uwierzyć, że z takim składem zgarnęli srebro.

Ba, byli blisko pokonania Argentyny!

Zaskoczyli na tych mistrzostwach Niemcy kilkukrotnie. W grupie nie. Tam ledwie uciągnęli remis z Urugwajem, potem wygrali ze Szkocją, a na koniec przegrali (umyślnie?) z Danią. Przepchnęli jakoś mecz z Marokiem, po bramce Lothara Matthausa z wolnego w samej końcówce. Przepchnęli też starcie z Meksykiem, wygrywając w karnych. I wreszcie – wbrew oczekiwaniom ekspertów – zrobili to samo z Francją, w półfinale. Tam trafili na początku po błędzie bramkarza rywali, a potem na koniec – z kontry. Wygrali 2:0 i byli w finale mistrzostw świata.

Faworyt był oczywisty i była nim Argentyna. Choć jeszcze przed turniejem mało kto w Argentyńczyków wierzył, to ci urośli na mistrzostwach – przede wszystkim za sprawą Bilardo i jego starań oraz realizującego to wszystko na boisku Diego – i teraz zdawali się pewniakiem do złota. I faktycznie, Argentyńczycy wyprowadzili dwa ciosy. Najpierw zawalił sprawę Harald Schumacher, do tej pory grający świetnie. Źle wyszedł do dośrodkowania, skorzystał na tym wspomniany Brown. Potem, w 56. minucie, na 2:0 trafił Jorge Valdano..

W teorii pozamiatane. W praktyce?

W praktyce dwa dośrodkowanie Brehmego z rzutów rożnych, dwa zgrania głową i gole Voellera oraz Rummeniggego (jego miał kryć Ruggeri!) sprawiły, że w kilka minut zrobiło się 2:2. Niemcy wpadli w euforię i… to ona ich zgubiła. Tak przynajmniej twierdził później Lothar Matthaus. W każdym razie: niedługo po bramce wyrównującej piłka trafiła do Maradony. Ten był wcześniej przez większość meczu pilnowany, miał plaster w postaci Matthausa, ale korzystali na tym jego koledzy. Beckenbauer Lothara uwolnił, gdy Niemcy przegrywali i to też im pomogło. Teraz jednak znów trzeba było pilnować Maradony.

Rzuciło się do niego kilku Niemców naraz. Wciąż o jednego za mało.

Maradona rozejrzał się, popatrzył, dostrzegł wychodzącego na pozycję Burruchagę. I podał, między rywalami. Idealnie. Nikt nie przypilnował napastnika Argentyny, a ten wyszedł sam na sam z Schumacherem i posłał piłkę pod rzucającym się bramkarzem rywali. To była 85. minuta, Niemcy mieli jeszcze chwilę, ale ta sytuacja, ten gol, to podanie ich zabiło.

Nie mieli prawa odrobić straty. I jej nie odrobili. Przegrali 2:3, a po murawie Estadio Azteca noszony był nie żaden z nich, a Diego Armando Maradona, który właśnie wtedy – po 5 golach i 5 asystach – wygrał, co mu się należało.

Przy pracy nad artykułami o meksykańskich mundialach korzystałem ze źródeł FIFA, BBC, Guardiana, Forbes, ESPN, Medium, lokalnych mediów kraju-organizatora, TVP, New York Times, a także książek „Mundial. Historia. Urugwaj 1930-Argentyna 2022”, „Blaski i ciene futbolu” Eduardo Galeano, „Mecze, które wstrząsnęły światem” Stefana Szczepłka, „Aniołowie o brudnych twarzach” Jonathana Wilsona oraz dwutomowej „Historii Mundiali” Leszka Jarosza, którą uważam za źródło najcenniejsze.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mistrzostwa Świata 2026

Reklama