Dla wielu to do dziś najwspanialsze mistrzostwa w dziejach. Mistrzostwa nowinek, zmian (dosłownie!), ale przede wszystkim – znakomitych meczów i wielkich piłkarzy. Mundial z roku 1970 obfitował w pamiętne chwile i miał wielu bohaterów. Tym największym był jednak – bo być musiał – Pele, a wraz z nim jego Brazylia. Były to też jednak mistrzostwa, które napędziły wielką komercjalizację futbolu. A Canarinhos, nieświadomie, również w tym pomogli.
Meksyk 1970. Mundial, który odmienił mistrzostwa świata
Są z tych mistrzostw trzy słynne zdjęcia. Na jednym Pele wymienia się koszulkami z Bobbym Moore’em. Dwie legendy światowej piłki okazują sobie szacunek po grupowym meczu Brazylia – Anglia (1:0). Gordon Banks zanotował tam interwencję, z której „będzie bardziej znany niż z mistrzostwa świata z 1966 roku”, jak sam powiedział… i miał rację. Brazylijczycy wygrali, padł tylko jeden gol, ale starcie było genialne, dla wielu stanowiło przedwczesny finał.
Druga fotografia to Pele wpadający w objęcia Jairzinho po pierwszym golu w finale z Włochami. Strzelił go sam wielki (największy?) Brazylijczyk, choć w całym mundialu skuteczniejszy był ten drugi – trafiał siedmiokrotnie, w każdym ze spotkań choć raz. Włochom też jeszcze, jakiś czas po wykonaniu tej fotografii, dołoży.

Być może najsłynniejsza radość w historii mundiali. Pele w objęciach Jairzinho. Fot. Newspix
Trzecia fotografia? Oczywiście, że jest na niej Pele. To już po finale, z Pucharem Julesa Rimeta w rękach, otoczony kolegami i tłumem kibiców, których żadna siła nie mogła po meczu utrzymać na trybunach. Puchar Rimeta, który Pele podnosił, Brazylia otrzymała wtedy na własność jako trzykrotny mistrz. Tylko ON grał jednak w kadrze na tych trzech mundialach. Tak naprawdę był to jego puchar, jego statuetka, jego nagroda.
Pele znów był wielki, wielka była Brazylia. I wielki był mundial w Meksyku.
Telewizyjna rewolucja
Choć widzowie w Polsce niekoniecznie mogli to wszystko zobaczyć. Polacy – jako jeden z dwóch (obok Albanii) krajów ówczesnej Europy – nie wykupili bowiem praw do transmisji imprezy. Anegdota, przytaczana między innymi przez Andrzeja Gowarzewskiego, mówi, że wysłannik naszych władz na negocjacje w sprawie praw źle zrozumiał angielski komunikat (miał słabo mówić w tym języku), z którego wynikało, że kraje Interwizji (socjalistyczne) mają zapłacić razem 150 tysięcy dolarów za transmisję.
Nieszczęsny Polak myślał, że to kwota na kraj, nie na wszystkie państwa socjalistycznego bloku. Przekazał władzom taką wersję, ofertę odrzucono. Oglądać mundial ostatecznie dość łatwo mogli co najwyżej Polacy mieszkający blisko granic (montaż anten odbierających telewizję naszych sąsiadów trwał ponoć nawet nocami) i ci, którzy mieli dostęp – na przykład – do siedziby Telewizji Polskiej. Bo do tej sygnał docierał, ta po prostu nie mogła go przesyłać dalej.
Tak więc: w Polsce nie wszyscy mogli te mistrzostwa obejrzeć. I mieli czego żałować.
Telewizja była swoją drogą dla mundialu w Meksyku kluczowa. Później mówiono wręcz, że to dzięki niej Meksykanie mistrzostwa otrzymali… ale o tym za moment. W każdym razie: był to pierwszy mundial transmitowany w kolorze! Oczywiście, wiele odbiorników na całym świecie wciąż koloru nie odbierało, ci którzy jednak mieli te nowoczesne, mogli napawać się barwami żółtych, od tego momentu już na zawsze ikonicznych koszulek Brazylii czy przekonać się, że koszulki Squadra Azzurra są w barwie innej niż wszystkie, które da się znaleźć na fladze Włoch.
(A było takich osób sporo, mecz obejrzało dobrych kilkaset milionów widzów na całym świecie, niektóre źródła podają nawet 900!).
Pod telewizję zaprojektowano nawet piłkę – choć, co ciekawe, nie w każdym meczu grano tym słynnym modelem – którą przygotował na mistrzostwa Adidas. Adidas Telstar z 32 łatami w czerni i bieli stał się jednym z najbardziej ikonicznych w historii. Założenie było takie, by doskonale prezentował się zarówno w kolorowej telewizji (gdzie czerń i biel się wyróżniały) i by był łatwo dostrzegalny na ekranach czarno-białych odbiorników.

Piłka-legenda. Telstar 1970, czyli model na MŚ w Meksyku. Fot. Wikimedia
Zadziałało. Telstar przeszedł do historii futbolu (do dziś w popkulturze często tak właśnie przedstawia się piłkę), choć na mistrzostwach było go tak naprawdę niewiele – niemiecki producent przygotował ledwie… 20 takich piłek. Stąd właśnie mecze rozgrywane innymi modelami. Nawet jedno z najsłynniejszych spotkań, półfinałowy bój Włochów z Niemcami, toczył się do przerwy z użyciem całkowicie białej piłki.
Telstar – a wraz z nim Adidas i FIFA – miał też to szczęście, że często wpadał do siatki. Średnia? 2,97 na mecz. Wiele z tych goli padło w dodatku w fazie pucharowej. I choć zdarzały się mecze kiepskawe, nastawione na defensywę, to całe mistrzostwa przeszły do historii – utrwalonej przez telewizję – jako fiesta, wielka, wspaniała meksykańska zabawa.
I takie były. Choć równocześnie odmieniły (na gorsze?) cały futbol.
Mundial lobbingu i komercjalizacji
Pierwszy mundial na kontynencie innym niż Ameryka Południowa lub Europa najpierw musiał tam trafić. Decyzję podejmowano na kongresie FIFA w 1964 roku, który towarzyszył igrzyskom w Tokio. Słynne są anegdoty o urządzonych w tym mieście przez Meksykanów bankiecie, gdzie lać miały się hektolitry tequili, a przygrywała do tego nalewania kapela mariachi. Meksyk 1970 wyznaczył bowiem – na kilka lat przed tym, jak się odbył – początek nowej ery.
Ery lobbingu. Ery komercjalizacji. Ery łapówkarstwa – nawet jeśli ubranego w działania legalne.
Tak naprawdę mundial meksykański to wielka zasługa dwóch ludzi. Zwali się Guillermo Canedo de la Barcena oraz Emilio Azcarraga Milmo. Ten pierwszy, ważniejszy w tej układance, to między innymi współtwórca CONCACAF, mianowany potem przez szefa FIFA, Stanleya Rousa (polującego na głosy krajów Ameryki Północnej i Karaibów), wiceprezydentem światowej federacji. Azcarraga dziedziczył medialne imperium, jego ojciec był twórcą Telesistema Mexicano (dziś Televisa), największej telewizji Ameryki Łacińskiej. Młody Azcarraga był też właścicielem Club America, jednej z największych ekip w kraju.
To on też dawał gwarancję, że mundial odbędzie się w kolorze. Tego ponoć zabrakło Argentyńczykom, którzy przegrali walkę o mistrzostwa (ale zorganizują je i wygrają osiem lat po Meksyku). Choć nie tylko tego – Canedo bowiem niczego nie zostawiał przypadkowi. Przez całą kampanię, aż do wyborów, latał po świecie, rozmawiał z działaczami, lobbował, przekonywał, ponoć też wkładał w ręce wypchane banknotami koperty i inne prezenty. Poza tym, choć miał swoisty sojusz z Rousem, dogadywał się też z jego głównym rywalem – i późniejszym prezydentem FIFA – Joao Havelange’em.
Wszystko to zdało egzamin. Meksyk mundial otrzymał.
Z dzisiejszej perspektywy ciekawe jest, że… niespecjalnie interesowało się nim państwo. Owszem, oficjele – na czele z prezydentem – otrzymali reprezentacyjne funkcje wokół mistrzostw, ale to w sumie tyle (inna sprawa, że Meksykiem – w pozornej demokracji, rzeczywistej dyktaturze – rządziła od 1929 roku jedna partia, nie potrzebowała działań propagandowych). Polityków bardziej interesowały igrzyska olimpijskie, zorganizowane w Mexico City dwa lata przed piłkarskim świętem. Estadio Azteca, wybudowane kilka lat wcześniej, przeszło zresztą wtedy test przed mundialem, goszcząc finał piłkarskiego turnieju olimpijskiego.
Mistrzostwa świata były jednak niezwykle istotne dla społeczeństwa. Odbyły się akurat między dwoma wielkimi masakrami cywili w stolicy – tej z 1968 roku (tuż przed igrzyskami) na placu Trzech Kultur oraz tej z 1971, w Boże Ciało. Mundial jednoczył, był ważny dla ludzi, wokół reprezentacji skupiły się ich nadzieje, wszyscy żyli jednym i dopingowali piłkarzy w określonym celu. W Meksyku rodziło się powoli, właśnie dzięki mundialowi, nowe społeczeństwo.
W światowej federacji powstawało z kolei zupełnie inne podejście do mistrzostw.
Kolorowa telewizja i meksykański lobbing były bowiem tylko początkiem. Przy okazji mistrzostw w Meksyku podpisano pierwsze spore kontrakty sponsorskie. Udostępniano też licencje na wykorzystanie logotypu mistrzostw i wypuszczanie produktów z nim związanych. FIFA podpisała też wówczas pierwszą umowę z… Panini. To właśnie na meksykański turniej powstał debiutancki, historyczny album z naklejkami włoskiej firmy. Zapoczątkował to wszystko jeszcze Stanley Rous, choć potem na wyżyny wzniósł te działania Joao Havelange.

Pierwszy w dziejach album Panini. Fot. Newspix
Mundial w Meksyku zmienił dotychczasowe podejście do tej imprezy. Na bok odeszła wizja bardziej romantyczna, sportowego święta. W FIFA zrozumiano, że to maszynka do zarabiania pieniędzy – szczególnie dla światowej federacji. Właściwie historię mundiali pod tym względem można dzielić na „przed i po Mexico 1970”.
To był pierwszy nowoczesny – ale niekoniecznie lepszy! – mundial. A pomogło jeszcze to, że wspaniały.
Mundial nowości
W grupie A gospodarze, Meksyk, a do tego Belgia, Salwador i ZSRR. W grupie B Izrael, Szwecja, Urugwaj i Włochy. W grupie C Brazylia, Anglia, Czechosłowacja i Rumunia. A w grupie D Bułgaria, Maroko, Peru i RFN. Na 16 ekip trójka debiutantów – Izrael, Salwador oraz Maroko. Ci ostatni weszli bezpośrednio, bo po raz pierwszy (po bojkocie z 1966 roku) Afryka otrzymała miejsce na mistrzostwach. Tę decyzję podjęto w Casablance i skorzystali akurat miejscowi, czyli Marokańczycy.
W gronie 16 ekip nie było aż ośmiu(!), które występowały na poprzednim mundialu. Nie grali w Meksyku mistrzowie olimpijscy sprzed dwóch lat z tego kraju, czyli Węgrzy. Nie dostali się też Portugalczycy (brązowi medaliści z 1966 roku ), Francuzi czy Hiszpanie. Największą sensację wzbudził jednak brak Argentyny, która jedyny raz w swej historii nie przebrnęła eliminacji.
Jej kosztem do turnieju dostali się Peruwiańczycy, z genialnym Teofilo Cubillasem w składzie.
Sporo było więc na mistrzostwach zaskoczeń pod względem samej obecności. Co do debiutantów – tu już nie zaskoczyli, zgodnie odpadli w grupach. Salwador przegrał wszystkie trzy mecze, nie strzelił bramki, stracił dziewięć. Maroko postarało się o punkt w ostatnim meczu z Bułgarią, ale obie ekipy wiedziały już wtedy, że jadą do domu. Najlepiej wypadł Izrael, który po porażce z Urugwajem (0:2), wywalczył remisy ze Szwecją (1:1) i sensacyjnie z Włochami (0:0).
Nowinek na meksykańskim mundialu było jednak więcej, niż tylko debiutanci.
To ten mundial wprowadził na mistrzostwa świata zmiany piłkarzy. Co zresztą sprawiało, że niektórzy trenerzy się potem nieco gubili i zmianami wprowadzali chaos. Na nim też, po raz pierwszy w dziejach mistrzostw wprowadzono kartki. Nie myślano przy ich tworzeniu o telewizji, ale doskonale sprawdziły się w kolorze. Żółte rozdano już w pierwszym spotkaniu, ZSRR z gospodarzami (0:0), z kolei czerwoną zaledwie jedną przez całe mistrzostwa. Nie otrzymał jej jednak żaden piłkarz, a… Erich Deuser, masażysta RFN, który wbiegł na boisko w 88. minucie meczu grupowego z Peru, choć nie mógł tego zrobić.
To jednak tylko ciekawostki. Ostatecznie liczyło się to, co pokazali piłkarze. A ci zrobili wiele, by meksykańskie święto zapisało się w historii.
Wielkie historie mundialu 1970
Przed mistrzostwami obawiano się, że sprawy skomplikuje… wysokość. Rekordy pobiła Toluca, który leży na 2561 metrach nad poziomem morza. 2000 przebiły też Puebla i stolica kraju, Meksyk, a więc główna arena zmagań. Obawiano się też pogody, temperatur, mecze rozgrywano bowiem wczesnym i nieco późniejszym popołudniem, by dostosować je porą do Europy.
Piłkarzom jednak nic z tego nie przeszkodziło. Byli wspaniali.
Triumf nad smutkiem
W 1970 roku w pamięci kibiców zapisało się ich bowiem całe mrowie. Wielcy – choć odpadli w 1/4 finału – byli na przykład Peruwiańczycy. Nie wiedzieli nawet, czy zagrają, bo tuż przed mistrzostwami ich ojczyznę nawiedziło potworne trzęsienie ziemi. Zginęło niemal 70 tysięcy osób. Reprezentacja jednak wzięła udział w mistrzostwach. I dobrze, że wzięła.
W szeregach Peruwiańczyków grał wtedy 21-letni Teofilo Cubillas, późniejsza legenda. Mówił: – Wszyscy byliśmy przygotowani do tych mistrzostw. W pierwszym meczu, dwa dni po trzęsieniu, wróciliśmy od stanu 0:2 i wygraliśmy z Bułgarią. Strzeliłem wtedy zwycięskiego gola, który przywrócił w moim kraju radość.
Faktycznie, ten mecz nazwano „triumfem nad smutkiem”. A Cubillas już wtedy był znakomity, wyróżniał się i zdobył aż pięć bramek (a grał w czterech meczach!). To w dużej mierze za jego sprawą Peru doszło do ćwierćfinału, gdzie napotkało jednak Brazylię. Mecz miał dodatkowy podtekst, bo Teofilo i spółkę prowadził… Didi, czyli mistrz świata z roku 1958 i 1962. Potem oskarżano go, że podjął niepopularne decyzje dotyczące obsady składu, chcąc ułatwić rodakom dojście do mistrzostwa.
Trudno jednak stwierdzić, by tego typu domysły miały większy sens. Peruwiańczycy grali pięknie, ambitnie, wbili Brazylii dwie bramki. Ich problemem była jednak defensywa i dość kiepski bramkarz. Więc choć sami strzelili dwa, to z tyłu dostali cztery gole. Ale spotkanie było znakomite, obie ekipy imponowały wyszkoleniem technicznym.
Ćwierćfinał miejscowych
Zapisali się też w tym mundialu gospodarze, którzy po raz pierwszy w swojej historii doszli do ćwierćfinału. Po drodze sprzyjali im jednak nieco sędziowie… ale w sumie nikogo to nie dziwiło. Meksykanie prześlizgnęli się przez fazę grupową (0:0 z ZSRR, 4:0 z Salwadorem i 1:0 z Belgią), choć trzeba przyznać, że imponowali w defensywie, bo nie stracili wtedy nawet bramki.
Długo trzymali się też w meczu z Włochami, zabrakło im jednak sił w końcówce i późniejsi finaliści wpakowali im wtedy trzy gole, wygrywając ostatecznie 4:1. Kraj jednak i tak był dumny ze swoich reprezentantów. W całej ojczyźnie fetowano ich występ. A meksykańscy fani – gdy stracili „swoich” zawodników – zgodnie przerzucili się na dopingowanie Brazylii. Canarinhos się im odwdzięczyli, w meczu o tytuł mszcząc się na Włochach za pokonanie gospodarzy. Ale o tym później.
Moore w areszcie, Banks podtruty
Warto wspomnieć o Anglikach. Ci bowiem mieli w 1970 roku wiele przygód. Bronili tytułu, ale już przed mistrzostwami nie było jasne, czy nie stracą Bobby’ego Moore’a. Ten bowiem w Kolumbii, gdzie wraz z kadrą przygotowywał się na mundial, został oskarżony o kradzież bransoletki wartej kilkaset dolarów. Sprawa pierwotnie rozeszła się po kościach, Anglicy wylecieli na mecz do Ekwadoru. Potem wrócili jednak do Kolumbii, a tam trafił się świadek, który miał zapewniać, że widział jak Moore próbuje podwędzić bransoletkę.
Sprawy właściwie nigdy nie wyjaśniono, ale wstawiennictwo wysoko postawionych osób pomogło legendzie angielskiej kadry. Choć przyleciał do Meksyku później niż jego koledzy, kilka dni spędził bowiem w areszcie domowym.
Już na mundialu Anglicy grali dobrze, ale nie olśniewająco. W grupie rozegrali genialne spotkanie z Brazylią, już wspominane, ale to akurat przegrali. Wygrali za to z Rumunią i Czechosłowacją, w obu przypadkach po 1:0. Wyszli z grupy z bilansem bramek 2:1. W ćwierćfinale dołożyli dwie kolejne i prowadzili już 2:0 z RFN, w powtórce finału sprzed czterech lat. Wtedy jednak nastąpił ciąg nieszczęśliwych zdarzeń.
Najpierw pochorował się Gordon Banks. Ponoć przez piwo, które wypił w piątek wieczorem (mecz był w niedzielę). Potem doszukiwano się w tym nawet spisku, próby otrucia (miejscowi mieli z Anglikami na pieńku), a sam Banks te nastroje podsycał, mówiąc, że nie pamięta, czy piwo otwarto przy nim, czy przyniesiono mu już bez kapsla. W każdym razie – dopadła go i mocno przetrawiła zemsta Montezumy. Zebrał się, był nawet wpisany w składzie na mecz, ale tuż przed nim nastąpił nawrót problemów.
Banks nie zagrał, do składu wskoczył Peter Bonetti i cóż… nie spisał się najlepiej. To znaczy: początkowo dawał radę, do tego Niemcy grali słabo. Anglicy prowadzili już 2:0, a Alf Ramsey na 20 minut przed końcem chciał zrobić zmianę i ściągnąć Bobby’ego Charltona. Tyle że gdy Charlton był już do tej zmiany gotowy (i właściwie stał na boisku, czekając na nią), Niemcy strzelili kontaktowego gola. Ramsey się pogubił, nie wiedział, czy może odwołać zmianę, więc ostatecznie miała ona miejsce. Potem zrobił drugą, wzmacniając obronę… lecz to nic nie dało. Niemcy wyrównali dwie minuty po niej.
Doszło do dogrywki, a w niej Gerd Mueller trafił do siatki. Niemiecki as był zresztą na tamtym turnieju genialny. Strzelił 10 goli, został królem strzelców, a do tego już w grupie zanotował dwa hat-tricki. Wyrównał lub pobił kilka strzeleckich rekordów i… podobno zmienił władzę w Zjednoczonym Królestwie. Trzy dni po meczu RFN – Anglia odbywały się tam bowiem wybory, a ich wynik okazał się zupełnie odwrotny do sondaży. Przegrał urzędujący premier, Harold Wilson z Partii Pracy. Gol Muellera okazał się naprawdę znaczący.
Cały ten mundial był jednak właśnie taki. W fazie pucharowej tak naprawdę nie uświadczono w nim słabego spotkania. A było też jedno absolutnie wyjątkowe.
I absurdalnie dobre.
Mecz stulecia
To był półfinał. Włosi kontra RFN. Niemcy zaimponowali powrotem z Anglią, wcześniej zdobyli komplet punktów w grupie. Byli więc po czterech wygranych i zdawali się napędzać, choć widać było, że mają swoje słabości. Włosi wpakowali co prawda cztery bramki Meksykowi, ale na ogół grali niemrawo, swoją grupę wygrali żelazną defensywą i… bardzo mierną ofensywą. Nie stracili bowiem gola, ale strzelili tylko jednego!
I nagle obie te ekipy dały prawdziwy pokaz. Mecz, po którym na Estadio Azteca wbudowano tabliczkę dziękczynną. „Azteca oddaje hołd drużynom narodowym Włoch i Niemiec, które wzięły udział w Meczu Stulecia podczas Mistrzostw Świata FIFA 1970” – tak brzmi jej treść. Zapewne podobnie wyrażał swoje uczucia każdy ze 105 tysięcy fanów, który na żywo oglądał to spotkanie.
To było 17 czerwca, o godzinie 16:00. Jako pierwsi trafili Włosi, konkretnie Roberto Boninsegna. Gol padł w ósmej minucie, a potem to żelazne catenaccio Italii, które złamać potrafili tylko Meksykanie, ale ledwie razy, weszło do gry. Długo, naprawdę długo bronili się przed stratą gola. Ale Niemcy swoje sztuczki mają, wiedzą, jak walczyć do końca. I tym razem też to zrobili – już w doliczonym czasie Schnellinger w końcu wepchnął piłkę do siatki. „W końcu”, bo Niemcy napierali przez dobre pół godziny, niemal zamykając Włochów pod ich bramką.
Gol dał dogrywkę. A ta niezwykłe widowisko.
Jest z tego meczu wiele obrazków. Być może najsłynniejszy to Franz Beckenbauer, z ręką na temblaku, grający od 65. minuty z wybitym barkiem. O jego wielkiej klasie świadczy fakt, że i w takim stanie dawał radę. Ale Niemcy – jako kolektyw – nie dali. W dogrywce padło bowiem aż pięć bramek(!), z czego trzy dla Włochów. Wszyscy zapomnieli wtedy o taktyce, po prostu grali, co akurat wydawało się odpowiednie.
Niemcy trafili pierwsi i zrobił to oczywiście Gerd Mueller. Potem odpowiedzieli Włosi, jeszcze dwa razy przed przerwą i znów prowadzili. Ledwie pięć minut po zmianie stron prowadzenia już nie mieli. Znów trafił Mueller. Niemcy się ucieszyli, tyle że aż za bardzo. Potem mówili, że byli rozkojarzeni, że zbyt długo celebrowali gola. Włosi wznowili grę, wymienili sześć podań i po 20 sekundach ze środka boiska przeszli z piłką do bramki RFN.
I to był ostatni gol w tym wielkim, wspaniałym meczu. To Italia awansowała do finału. A tam czekała już najlepsza drużyna świata.
Brazylijska ścieżka
Pele nie miał zagrać na tym mundialu. Tak postanowił po 1966 roku, gdy sponiewierany i straszliwie okopany, kulejąc zszedł z boiska po porażce Brazylii. Im bliżej było jednak do meksykańskich mistrzostw, tym bardziej go do kadry ciągnęło. Wciąż był w formie i choć strzelał mniej niż kiedyś, to doczekał się nawet gola numer 1000 w karierze. I wreszcie postanowił wrócić, a Brazylia wybuchła na tę wieść radością.
Choć niekoniecznie Joao Saldanha, były piłkarz, potem dziennikarz, któremu po MŚ 1966 powierzono prowadzenie kadry. Owszem, cenił Pelego, ale przeszedł eliminacje – w dobrym stylu – bez niego. Zdawał się niechętny przyjmowaniu go z powrotem. Był do tego radykałem, zatwardziałym komunistą, a w kraju rządziła prawicowa junta. Do 1969 roku miał jednak między innymi poparcie prezydenta. Ten jednak zmarł, a Saldanha mówił, że czuł, iż jest wtedy skończony – zwłaszcza, że nie bał się oskarżać wojskowych o zbrodnie.
Ostatecznie jednak wyrzuciły go nie te komentarze, a konflikt z Pele.
Saldanha wyleciał na trzy miesiące przed mistrzostwami, gdy planował odstawić gwiazdę w meczu towarzyskim z Chile, a do tego planował szukać bardziej defensywnych rozwiązań. Na gwałt szukano więc nowego trenera i funkcję tę powierzono Mario Zagallo, mistrzowi świata z 1958 i 1962 roku, koledze Pelego z zespołu. Ten wiedział jedno: Brazylia musi grać odważnie, efektownie i pięknie. W jedenastce wystawiał więc graczy ofensywnych, czasem tak wielu, że zastanawiano się, jak ich pomieści.
Był więc zarządzający wszystkim Pele, bwspaniały Tostao (na którego czekano, bo pół roku kurował się po rozwarstwieniu siatkówki i związanym z tym zabiegiem), genialny Jairzinho, a do tego wielu innych. Brazylia Zagallo operowała systemem bliskim 4-2-3-1, ale wymienność pozycji w ataku była ogromna. Brazylijczycy grali wesoły futbol, zgodnie z zasadą: „strzelić o jedną więcej od rywala”.
Do tego byli gotowi na meksykańskie upały i wysokość. Grali wiele meczów towarzyskich, w Meksyku wylądowali już miesiąc przed mundialem, aklimatyzowali się. Do tego cały ten okres spędzili w Guadalajarze, gdzie zżyli się z miejscowymi kibicami, szczerze ich tam dopingowano. Wracali tam po kolejnych meczach, niezmiennie zwycięzcy.
Choć zaczęli niemrawo, od kiepskiej połowy z Czechosłowacją. Pele zresztą na start spudłował w znakomitej okazji, a potem to rywale trafili do siatki. Brazylijczycy wyrównali jeszcze przed przerwą (za sprawą rzutu wolnego Rivelino, który w lewej nodze miał armatę i stanowił pod tym względem swego rodzaju prototyp Roberto Carlosa), ale dopiero po niej przyspieszyli i zagrali na swoim poziomie, wygrywając ostatecznie 4:1.
Potem był przywoływany już triumf nad Anglią, a na koniec grupy wygrana 3:2 z Rumunią. Zagallo wystawił wtedy nieco rezerwowych, Brazylia prowadziła już 2:0, ale musiała się nieco napocić i napracować na swój triumf. W ćwierćfinale przyszło opisywane już zwycięstwo nad Peru, gdzie szaleli Tostao i Rivelino, a wszystkimi akcjami zarządzał Pele. W półfinale Brazylijczycy – po raz pierwszy na MŚ od 1950 roku! – zmierzyli się z Urugwajem.
Wygrali 3:1, choć Urusi świetnie zaczęli, długo byli nawet lepszym zespołem. Początkowo prowadzili, ale tuż przed przerwą Canarinhos wyrównali. Zagallo przemówił do zespołu w przerwie i jego piłkarze się pozbierali. W drugiej połowie trafili dwukrotnie, a Pele znów był w centrum, raz zarządzając akcją na 2:1, a potem zaliczając asystę przy trafieniu Rivelino, które ustaliło wynik spotkania.
Brazylia miała zagrać o trzecie mistrzostwo świata. Z Włochami, którzy grali… o trzecie mistrzostwo świata. Puchar Julesa Rimeta na pewno miał znaleźć właściciela. Pytaniem pozostawało, kto nim zostanie.
Król Pele trzeci
Cztery gole i sześć asyst. To ostateczny dorobek Pelego z mundialu w Meksyku… a mimo tego dwie z jego najsłynniejszych akcji to te, gdy do siatki nie trafiał. Z Czechosłowacją, na otwarcie, próbował lobować bramkarza z połowy boiska, piłka minimalnie minęła słupek od złej strony. Z Urugwajem nie dotykając nawet futbolówki zwiódł Ladislao Mazurkiewicza, ale potem – już na pustą bramkę – przestrzelił z ostrego kąta.
W obu przypadkach zachwycił jednak publikę.
W finale zrobił to znów. On i wszyscy jego koledzy. Mecz o tytuł był absolutnym popisem Brazylii, ale szczególnie właśnie JEGO. Największego z nich wszystkich. – Powiedziałem sobie przed meczem, że jak każdy inny, on też jest ze skóry i kości. Byłem w błędzie – mówił potem Tarcisio Burgnich, włoski obrońca. Pele w tamtym spotkaniu faktycznie nie biegał po murawie, on nad nią latał, unosił się minimalnie nad trawą.
Był królem, kłaniało mu się całe Estadio Azteca i cały futbolowy świat, który oglądał to – przynajmniej częściowo – w kolorze.
To Pele zaczął strzelanie. Trafił z główki po dośrodkowaniu Rivelino i wskoczył w ramiona Jairzinho, celebrując gola. Błąd Clodoaldo dał jednak szansę Włochom i skorzystał z niej Boninsegna, pod koniec pierwszej połowy doprowadzając do wyrównania. Na przerwę obie ekipy schodziły więc z równymi nadziejami. Ale po niej? Po niej istniała w zasadzie tylko jedna. Ta w żółtych koszulkach.
Najpierw trafił Gerson, doskonały rozgrywający. Pięć minut później długie podanie trafiło do Pelego, ten głową odegrał do Jairzinho, a brazylijski napastnik trafił w szóstym meczu w tym turnieju. Ale to na koniec Brazylijczycy zostawili specjał tego wieczoru. Genialna akcja, w której udział wzięło ośmiu Canarinhos: Tostao, Brito, Pele, Clodoaldo, Gerson (genialnie wyminął czterech Włochów!), Rivelino, Jairzinho, znowu Pele i wreszcie Carlos Alberto, który z prawej obrony nagle znalazł się pod włoską bramką i płaskim, mocnym strzałem wykorzystał świetne podanie Pelego.
To był pokaz. Maestria. Gol tych mistrzostw i to w finale!
Brazylijczycy mówili potem, że to był dla nich najłatwiejszy mecz tych mistrzostw, że byli niezwykle spokojni. Oglądając tego gola – można w to uwierzyć. Choć Tostao przyznawał, że ostatnich 20 minut, od trzeciej bramki, grał ze łzami w oczach, nie mógł przestać płakać na myśl o tym, że zostanie mistrzem świata. Pele nie płakał, ale skakał z radości. Co nie udało się w 1966 roku, stało się jego udziałem cztery lata później. Powrót się opłacił. Tak samo jak wejście na ławkę opłaciło się Mario Zagallo, pierwszemu mistrzowi świata w dwóch rolach.
Pele został królem. Zagallo także. Wszyscy Brazylijczycy zostali królami. A miejscowa publika – chcąc im pogratulować – po końcowym gwizdku zaczęła wbiegać na boisko. Biedny Tostao do szatni wrócił w bieliźnie, koszulkę i spodenki zabrali mu ponoć zakochani w Canarinhos fani. Ale to, co najważniejsze Pele i spółka mieli ze sobą.
Mieli Puchar Julesa Rimeta. Już tylko dla siebie.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix