Tadej Pogacar po raz piąty. Słoweniec już największy w historii?

Sebastian Warzecha

27 lipca 2026, 08:34 • 9 min czytania 6

Reklama
Tadej Pogacar po raz piąty. Słoweniec już największy w historii?

Dorównał od dawna niedoścignionej – a przynajmniej legalnie – czwórce i triumfował w Tour de France po raz piąty. Co roku zbiera też inne trofea. Rywalom odjeżdża, jakby trafił na wyścig juniorów. Jest Tadej Pogacar kolarzem absolutnie niezwykłym, a pojawiające się co jakiś czas sugestie o tym, że wspomaganym środkami niedozwolonymi, trzeba na razie zbyć wzruszeniem ramion, bo dowodów brak. Można się więc zachwycać – tyle zostało. Słoweniec wyznacza bowiem nowe granice kolarstwa.

Reklama

Tadej Pogacar dorównuje największym. Znowu

Jacques Anquetil w 1957 roku, a potem w latach 1961-1964. Eddy Merckx, ten największy, pomiędzy 1969 a 1972 rokiem, a po sezonie przerwy – w 1974. Na przełomie lat 70. i 80. Bernard Hinault (1978-79, 1981-82 i 1985), a potem, ciągiem Miguel Indurain – od 1991 do 1995. No i Lance Armstrong, wiadomo, ale jego osiągnięć liczyć oficjalnie się nie da, a gdyby było inaczej, to byłby Amerykanin jedynym, który tę czwórkę przebił.

Zamiast tego to właśnie tych czterech królów miało Tour de France. Dorównać – nawet przebić – tych pięć triumfów próbowało i wielu innych. W najnowszej historii dążył do tego Chris Froome, ale Brytyjczyk dotarł do czterech wygranych, a potem fatalna kontuzja przekreśliła jego szanse na piątą.

Ale Tadeja Pogacara już nic nie zatrzymało. Ba, nie tylko nie zatrzymało – Słoweniec wszedł do tej historii w zasadzie z dziecinną wręcz łatwością. Był wielkim faworytem edycji 2026, w wielkim stylu ją wygrał, a gdy z rywalizacji odpadło w dodatku kilku z faworytów mniejszych, to zamiast walczyć o jeszcze jeden etapowy triumf, pomógł Issacowi del Toro utrzymać białą koszulkę najlepszego młodzieżowca.

Reklama

Nie tylko czempion, nie tylko wielki, ale też altruista – proszę bardzo. Zresztą nie pierwszy raz, bo del Toro odpuścił też wygraną na drugim etapie, gdy obaj dojechali do mety równocześnie.

Nie zaszkodziło mu to przesadnie – sam wygrał w tej edycji Tour de France pięć etapów. A pewnie mógłby i więcej. Jego aktualne statystyki – po tej edycji – prezentują się następująco:

  • triumfy w Tour de France – 5 (najwięcej w historii, ex aequo z wymienioną czwórką).
  • podium klasyfikacji generalnej Tour de France – 7 (5 razy 1., 2 razy 2. – w każdym starcie stał na podium! Rekordzistą jest Raymond Poulidor, który nigdy Wielkiej Pętli nie wygrał, ale był na podium ośmiokrotnie. Pogacar jest tuż za nim).
  • wygrane etapy – 26 (więcej ma tylko trzech kolarzy, rekordzistą jest Mark Cavendish – 35 etapów).

Tak więc: rekord, o krok od rekordu i do tego rekord, który – przy aktualnym tempie wygranych – dopadnie w dwa sezony. I to jak najbardziej możliwe, bo Tadej w tym roku skończy dopiero 28 lat. Przy okazji Tour de France 2028 będzie jeszcze przed trzydziestką. I oczywiście, możliwe, że Paul Seixas stanie się kolarzem wielkim i wtedy będzie już mu zagrażać. Może Jonas Vingegaard wzniesie się na wyżyny, a Tadej nieco spuści z tonu.

Reklama

Może.

Na dziś jednak nic na to nie wskazuje.

Wygrywał prawie wszędzie

Kolarstwo momentami stało się już w zasadzie nudne. Bo jest w roku tylko kilka wyścigów, gdy na starcie pojawia się Tadej Pogacar i można zakładać, że Słoweniec nie wygra. A i w nich staje się z roku na rok coraz bliższy tego triumfu – choćby w Paryż-Roubaix, gdzie w tym roku był drugi, a wszystko rozstrzygało się dopiero na końcowym sprincie, gdy lepszy okazał się Wout Van Aert. To jedyny Monument, którego Tadej nie podbił, w tym sezonie triumfował też przecież na trasie Mediolan-San Remo, a do tej pory była to dla niego wygrana niedostępna.

Pogacar jest nie tylko dominatorem, ale i konkwistadorem – podbija nowe terytoria, rozszerza swoje królestwo.

Reklama

Jeśli kilka lat temu spodziewano się, że będzie głównie kolarzem na Wielkie Toury – bo w XXI wieku ewidentnie wykształcił się podział na „wielkotourowców” i „klasykowców” – to rozwiał szybko te wątpliwości. Bo przecież w Monumentach – tych jest co roku pięć – też jest już bliski rekordów. Ma 13 zwycięstw, jeśli pojedzie (a raczej pojedzie) w Giro di Lombardia, to pewnie dołoży 14., bo tam triumfuje w zasadzie z marszu – najlepszy był w ostatnich pięciu (!) edycjach.

Więcej Monumentów? Tylko Eddy Merckx – 19. Pogacar zdaje się być gotowym go dopaść.

Do tego Słoweniec wygrywał w czterech z pięciu tych wyścigów. A komplet triumfów mają jedynie Rik van Looy, Roger De Vlaeminck i właśnie Merckx. Ten ostatni jako jedyny wszędzie wygrywał co najmniej dwukrotnie. Tadejowi zostało do podbicia wspomniane Roubaix, a w San Remo może chcieć triumfować po raz drugi. Podobnie jak pewnie będzie chciał skompletować najważniejsze jednotygodniowe wyścigi w kalendarzu – w tych jeździ stosunkowo rzadko, ale jest niebywale skuteczny.

Reklama

W kalendarzu jest ich bowiem siedem. Tadej ma też… właśnie tyle triumfów – po jednym w każdym z nich poza Tirreno-Adriatico (tam wygrał dwa razy) i niepodbitym jeszcze Wyścigiem Dookoła Kraju Basków, gdzie startował dwukrotnie – w 2019 i 2021 roku. Do ogólnej listy terytoriów niezdobytych dopisać trzeba też hiszpańską Vueltę, ale to też dlatego, że jej nie odwiedza. Był tam tylko w 2019 roku, zajął 3. miejsce, a w kolejnym sezonie zaczął już wygrywać we Francji (swoją drogą: Tadej ma 9. startów w Wielkich Tourach w karierze i zawsze był na podium!).

I jakoś do Hiszpanii się znowu nie wybrał. W końcu jednak pewnie to zrobi.

Co jeszcze? W sumie igrzyska olimpijskie. W Tokio, w 2021 roku, był 3. w wyścigu ze startu wspólnego, ominął jazdę na czas, gdzie po złoto pognał Primoz Roglic, jego rodak. W Paryżu, trzy lata później, po prostu się nie pojawił. Czy w Los Angeles spróbuje powalczyć o medal – przekonamy się z czasem.

Tak więc: jeden Monument, jeden wyścig tygodniowy, jeden Wielki Tour i złoto igrzysk. W zasadzie tyle zostało Tadejowi do tego by „przejść” kolarstwo.

Reklama

Da się zrobić. Tym bardziej patrząc na to, jak on wygrywa.

Jest tak dobry, że wielu nie dowierza

Na podjazdach zwykle następuje ten charakterystyczny moment: rywale jadą, pracują, harują, wypruwają z siebie żyły, wydaje się, że szybciej niż oni jechać nikt nie może. A tu nagle Tadej Pogacar, nie wstając nawet z siodełka, mija ich jakby był na niedzielnej przejażdżce. Czasem ktoś zdoła za nim podążyć – Jonas Vingegaard, Paul Seixas, może inny kolarz, choć to sytuacja rzadka. Głównie wtedy, gdy podjazd jest krótki i Pogacarowi przesadnie nie zależy na tym, by rywali „zrywać”.

Etapowe zwycięstwo jednak i tak zapewne będzie jego, o ile o nie toczy się gra.

Tadej wygrywa też etapy i wyścigi pagórkowate. Potrafi rozstrzygnąć na swoją korzyść sprint. Jest znakomity w czasówkach. Na etapach dłuższych doskonale czuje moment, gdy trzeba depnąć, ma genialny zmysł taktyczny. Choć często nawet go nie potrzebuje – wystarczy, że dociśnie na 50 (a czasem i więcej) kilometrów przed metą. Odskoczy tam rywalom, a potem po prostu pojedzie po swoje. Dla większości z pozostałych zawodników byłby to samobójczy atak.

Reklama

Dla Pogacara to przejażdżka, która na ogół kończy się jego triumfem. Również dlatego, że rywale w wielu wyścigach zdają się już często pogodzeni z losem, jakby sami nie wierzyli, że mogą tego Słoweńca pokonać.

To wszystko daje obraz kogoś, kto wyrasta ponad resztę stawki. Geniusza, fenomenu, absolutnego artystę, ale i siłacza roweru.

Dla wielu: kogoś kto nie może być czysty.

Reklama

Kolarstwo historię dopingu ma przecież fatalną. Lance Armstrong, Festina, wiele innych afer. Przecież nawet Eddy Merckx wpadał na niedozwolonych środkach! W ostatnich latach takich sytuacji mniej, ale trudno wierzyć, prawda? Tym bardziej, gdy ktoś tak odstaje. Z drugiej strony – pytają inni – czy więcej sensu nie miałoby, gdyby się tak nie wyróżniał? Gdyby chociaż udawał, że jest mu trudno, żeby nie wzbudzać podejrzeń?

Fakt jest jeden: Tadeja Pogacara nigdy na niczym podejrzanym nie złapano, nawet jeśli co jakiś czas ktoś podnosi wątpliwości. I dopóki się go nie złapie, to trzeba jego triumfy uznawać i podziwiać. Równocześnie: to nie sytuacja podobna do tej Lance’a Armstronga, bo Amerykanin już w czasie swojej kariery był wprost o doping oskarżany, kręciło się wokół niego sporo smrodu, wpadali na wspomagaczach też inni ludzie z peletonu. Ogółem: podejrzeń było więcej niż wokół Słoweńca.

CZYTAJ TEŻ: FESTIN(A), NIE SPORT. JAK DOPING ZAWŁADNĄŁ TOUR DE FRANCE

Choć wiadomo – komentarze będą. Bo być muszą.

Reklama

Nocne testy wzbudziły dyskusje

Tym bardziej, gdy niespodziewanie urządzane są nocne testy dopingowe. Dla Pogacara, Vingegaarda i innych, w czasie tego Tour de France. Testy, na które zgodę musiał wydać francuski sąd (bo były poza standardowymi godzinami) i co do których w zasadzie nie wiadomo… dlaczego zostały zorganizowane. Nie podano oficjalnie przyczyny czy też pretekstu.

Potem twierdzono, że mogło to być powodem kraksy i wycofania się Vingegaarda z Touru, ten brak odpoczynku, dodatkowy stres – bo Duńczyk faktycznie przywitał się z asfaltem (i to solidnie) tego samego dnia. Skończyło się złamanym obojczykiem.

Tadejowi nic takiego się nie stało (aczkolwiek jego obudzono o piątej rano, Jonasa w środku nocy – o drugiej). Zwolennikom narracji o tym, że Słoweniec jedzie na dopingu przybyło jednak materiału.

Prawda jest jednak taka, że nie tylko ta dwójka była testowana, a takie „naloty” przeprowadzono na większej liczbie kolarzy. Natomiast w teorii oficjele mówili, że nocne testy przeprowadza się, gdy „istnieje uzasadnione podejrzenie”. Jakie? Takiej informacji nie podano, Pogacar był jednak spokojny i przed startem kolejnego etapu mówił, że „jeśli taka jest potrzeba, by udowodnić, że jest się czystym, to w pełni się na to zgadza”.

Reklama

I w zasadzie na tym temat na razie się skończył. A czy wróci w przyszłości – przekonamy się. Do tego opcjonalnego powrotu nie możemy jednak niczego Tadejowi zarzucać.

Poza tym, że jest wielkim mistrzem

Tadej Pogacar jest punktem odniesienia

W zasadzie pozostaje mieć nadzieję, że Pogacar faktycznie okaże się czysty na etapie całej swojej kariery. Bo rzadko mamy okazję oglądać taki sportowy fenomen. W sportach zespołowych o to łatwiej – w piłce zdarza się zwykle jeden na pokolenie, a ten największy niedawno grał w finale mundialu. Podobnie na przykład w koszykówce.

W, dajmy na to, lekkoatletyce jest różnie, ale konkurencji jest na tyle, że na ogół mamy choć jednego geniusza naraz. Bo był Usain Bolt, jest teraz Armand Duplantis, a w międzyczasie genialne rekordy ustanawiano na przykład w biegach na 400 metrów przez płotki, trójskoku i skoku wzwyż kobiet czy też – niedawno – w męskim maratonie. Natomiast to na ogół jednak „tylko” rekordy, bez tego dodatkowego efektu wyrastania ponad wszystkich.

Reklama

Najlepszym jego przykładem jest Michael Phelps, olimpijczyk wszech czasów. W pływaniu będzie punktem odniesienia przez lata. A może i na zawsze.

W kolarstwie takim był Eddy Merckx.

Teraz się to zmienia, bo Tadej Pogacar już ma mocne argumenty za tym, by uznać go największym kolarzem w dziejach. I w ciągu dwóch lat może pozbawić ekspertów wszelkich wątpliwości co do tego statusu. Niesamowite jest to co i jak robi. I ma tylko pecha, że akurat w kolarstwie. W sporcie tak obciążonym przywoływaną już dopingową historią. Gdyby pływał, gdyby biegał, gdyby grał w piłkę – podobne komentarze zapewne czasem by się pokazywały, ale w znacznie mniejszym natężeniu.

Jeździ jednak na rowerze. Jest ich więc sporo.

Reklama

Dla dobra sportu. Dla pięknej historii. I dla… po prostu dla zachwytów kibiców – trzymajmy kciuki, żeby Słoweniec był czysty. Niech nic tego nie zniszczy. Bo Tadej jest wielki i wielki powinien pozostać.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama
6 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Boks

„Mariusz to twardy facet”. Fury pokonał i komplementował Wacha

Sebastian Warzecha
10
„Mariusz to twardy facet”. Fury pokonał i komplementował Wacha