Kolarze w oparach Czarnobyla. Wyścig Pokoju po katastrofie

Sebastian Warzecha

26 kwietnia 2026, 09:18 • 16 min czytania 2

Reklama
Kolarze w oparach Czarnobyla. Wyścig Pokoju po katastrofie

Skoro kolarze mogą jechać kilkadziesiąt kilometrów od miejsca awarii, to oznacza, że nic się właściwie nie stało – mówił Michaił Gorbaczow do narodu. Mówił, dodajmy, kilkanaście dni po wybuchu. A kolarze nie wiedzieli, czy coś im się stanie. Po prostu jechali. W okrojonym składzie, kadłubkowym Wyścigu Pokoju – najmniejszej edycji w historii. Edycji pod czarnobylską chmurą.

Reklama

Wyścig Pokoju po Czarnobylu. Jak polskich kolarzy zmuszono do startu

Relacje są różne. Jedni lekceważyli zagrożenie, inni wręcz przeciwnie. Jedni wiedzieli więcej, inni znacznie mniej. Ale o Czarnobylu zbyt wiele głośno się nie mówiło, choć właściwie wszyscy wiedzieli, czemu w Wyścigu Pokoju jedzie tylko 64 kolarzy, a na ulicach Kijowa – gdzie odbyło się pierwszych kilka etapów – właściwie nie widać dzieci. Peleton jednak rywalizował, bo w większości rywalizować musiał.

Jak więc wyglądał tamten Wyścig Pokoju? Przypominamy tę historię w 40. rocznicę katastrofy w Czarnobylu.

Wódka na promieniowanie

Sto kilometrów. Mniej więcej tyle dzieli Kijów od Czarnobyla i tamtejszej elektrowni, w której w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku dochodzi do awarii, a po niej – do wybuchu. W efekcie tego ostatniego do powietrza zostają wyrzucone radioaktywne środki. Ratownicy, strażacy i okoliczni mieszkańcy, którzy przebywają wówczas w pobliżu, będą później umierać na chorobę popromienną.

Reklama

Ci, którzy mieszkają czy przebywają dalej, mają na ogół więcej szczęścia. Ale niektórzy – do dziś trudno stwierdzić, na ile to efekt Czarnobyla – będą chorować. Problemy z tarczycą, sercem czy innymi narządami to, zwłaszcza u ludzi, którzy byli wtedy dziećmi, rzecz, która powtarza się częściej od innych roczników.

W kwietniu i maju 1986 roku informacje o katastrofie są jednak ukrywane. Najpierw mówi się o awarii, potem dawkuje prawdę i tonuje nastroje. Owszem, w Polsce rozpoczyna się stosunkowo szybko akcja podawania słynnego płynu Lugola, ale większość mieszkańców nie wie nic na pewno. Rozprzestrzeniają się plotki, rządzą dziwne teorie.

Również ci, którzy jadą na Wyścig Pokoju, do Kijowa, już kilka dobrych dni po awarii (ściganie zaczynało się 6 maja, a 7, 8 i 9 kolarze też rywalizowali właśnie w stolicy Ukrainy i jej okolicach), nie do końca wiedzą, czego się spodziewać i jak się zachowywać.

Wspomina Marek Rudziński, dziennikarz i komentator, wtedy korespondent Polskiego Radia, który był na miejscu.

Reklama

– Myśmy tam trochę wariowali, pewnie przesadnie. Chłopaki uważali, że nie można wychodzić na zewnątrz, bo można się zakazić albo wydarzy się coś innego. W związku z tym dużo czasu spędzaliśmy w hotelu. Do tego była teoria, że najlepszym lekarstwem na to wszystko jest wódka. W związku z tym trochę tej wódki rzeczywiście tam poszło. (śmiech) Ale nawet moja ówczesna, nieżyjąca już żona, która była wrogiem alkoholu, kupiła dwie butelki wódki, trzy czwarte, bo „podobno to chroni przed Czarnobylem”.

Oczywiście, brzmi to śmiesznie, ale wtedy z tym śmiechem było różnie. W Polsce naprawdę się obawiano, zwłaszcza o dzieci. Podobnie w innych krajach, a co dopiero w Ukrainie, blisko miejsca katastrofy. To znaczy: obawiali się ludzie, którzy jechali tam z zewnątrz. Ci na miejscu niekoniecznie o tym wszystkim wiedzieli – ale do tego jeszcze przejdziemy.

Czarnobyl

Czarnobyl, kilka miesięcy po katastrofie. Fot. Wikimedia/USFCRFC

Reklama

W każdym razie: stacje badawcze w regionie bliższym i dalszym notowały przekroczenia radioaktywnych pierwiastków w powietrzu. Akcja gaszenia i usuwania skutków awarii trwała ponad miesiąc, wielu z biorących niej udział osób zmarło. Gdy kolarze jechali przez Kijów, była tak naprawdę nadal daleka od zakończenia.

Ale Wyścig Pokoju musiał się odbyć. Tak do tego podeszły władze.

Była to bowiem wielka impreza, o wyrobionej renomie. W dodatku – impreza ważna z propagandowego punktu widzenia, a w 1986 roku przez to, co się wydarzyło, jeszcze ważniejsza. Gdyby wyścig odwołano czy skrócono, byłby to jasny sygnał, że dzieje się coś poważnego. A skoro kolarze jechali to, jak powiedział Gorbaczow, nic się właściwie nie stało.

A że wycofało się kilka reprezentacji? Że obsada była najsłabsza w historii? Że z Zachodu jechali tylko Francuzi i – jeśli od biedy ich zaliczyć – Finowie? Że na siłę ściągano dodatkowe reprezentacje? Że nie wiadomo było, czy cała sytuacja nie odbije się na zdrowiu zawodników i kibiców?

Reklama

To tylko szczegóły.

Amerykanie uciekają

To był poniedziałek, rano. Reprezentanci USA z polskim trenerem, Edwardem Borysewiczem, uciekają z wrocławskiego hotelu, gdzie mieszkali pomiędzy Wyścigiem Szlakiem Grodów Piastowskich a Wyścigiem Pokoju. Zakwaterowana była tam też kadra Polski, do której pognał Stanisław Szozda, asystent Borysewicza, a w przeszłości wielki kolarz i rywal Ryszarda Szurkowskiego, czyli… trenera kadry Polski.

Do startu w tej imprezie przygotowywaliśmy się na zgrupowaniu we Wrocławiu, podczas którego trenowaliśmy razem z Amerykanami. Nagle ekipa USA zaczęła się pakować. Zapytaliśmy, co się stało i od nich dowiedzieliśmy się o awarii w Czarnobylu, bo oficjalnie ta informacja pojawiła się dopiero po kilku dniach – wspominał po latach sam Szurkowski w rozmowie z portalem Nasze Miasto.

Wielokrotnie napomykał też, że dostał propozycję, by razem z Amerykanami uciec z kraju. Ci bowiem dostali katastroficzne wręcz wieści – że to katastrofa, że będzie jak z Hiroszimą i Nagasaki, że radioaktywna chmura zabije kolejne osoby. Dlatego szybko ich ewakuowano, by nie narażać na żadne niebezpieczeństwo. Szurkowski też nad tym wylotem się zastanawiał. Ale został, głównie dla swoich podopiecznych.

Reklama

Choć zastanawiał się potem, czy nie popełnił błędu.

Cała nasza ekipa miała dużo większą świadomość sytuacji, głównie dzięki Borysewiczowi i Szoździe, którzy wiedzieli dużo więcej niż inni polscy obywatele. Więc oni byli trochę skołowani i wystraszeni. Tam oczywiście zawodnicy, którzy byli z klubów gwardyjskich, milicyjnych czy wojskowych, byli też teoretycznie w czynnej służbie. Musieli słuchać rozkazów – wspomina w rozmowie z Weszło Tomasz Jaroński, komentator kolarstwa, który relacjonował ówczesny Wyścig Pokoju dla „Przeglądu Sportowego”.

Pierwotnie kolarze się postawili. Nie chcieli jechać, obawiali się o zdrowie. A w dodatku wiedzieli, że wycofali się nie tylko Amerykanie, ale i więcej nacji. Oni też planowali to zrobić. Szurkowski wspominał potem, że chcieli, by wyścig po prostu rozpoczął się w Warszawie. Nie mówili o odwołaniu, może zdawali sobie sprawę, że nie ma na to szans. Swoją opinię wyrazili w obecności prezesa Polskiego Związku Kolarskiego, Zbigniewa Rusina.

Rusin z zawodu był lekarzem. Liczyli, że ich poprze.

Reklama

Nie poparł.

Co prawda też nie wywierał nacisków, by jechali, ale bez jego poparcia to właściwie na jedno wyszło.

Bo naciski były. Polityczne.

Łamani przez noc

Najpierw mówiono zawodnikom, że to ważna sprawa, że powinni jechać dla dobra ojczyzny. Zachęcano nagrodami. Kolarze jednak nadal nie chcieli się zgodzić i ostatecznie nie wsiedli do samolotu, którym mieli lecieć, a którym do Kijowa wyruszyli dziennikarze i mechanik kadry, Jerzy Brodawka, wraz ze sprzętem. Wtedy jednak władza przestała zachęcać, a zaczęła grozić.

Reklama

– Kolarzom grożono, że jeśli nie pojadą, to na ich miejsce powoła się innych, a im będą grozić konsekwencje. A wtedy sprawy paszportowe były znacznie bardziej skomplikowane, mogli mieć problemy z uzyskaniem paszportu w kolejnych latach, co oczywiście wykluczyłoby ich z bycia reprezentantem Polski, mogliby startować tylko u nas – wspomina Jaroński.

Istotne było też to, że część zawodników reprezentowała kluby wojskowe czy milicyjne.

– Zawodnicy nie chcieli lecieć do Kijowa, ale zostaliśmy postawieni pod ścianą. Polska musiała wystawić w Wyścigu Pokoju swoją drużynę, która w ostateczności miała składać się z zawodników klubów wojskowych – Legii Warszawa i Floty Świnoujście oraz milicyjnej Gwardii Katowice. Ci zawodnicy byli w reprezentacji i musieli wykonać rozkaz. W tej sytuacji postanowiliśmy, że pojedziemy wszyscy we wcześniej ustalonym składzie – mówił Szurkowski we wspomnianej rozmowie.

Reprezentacja Polski w kolarstwie 1986

Reklama

Reprezentacja Polski w kolarstwie w 1986 roku. Od lewej: Wacław Skarul (trener), Marek Kulas, Leszek Stępniewski, Zenon Jaskuła, Paweł Bartkowiak, Sławomir Krawczyk, Marek Szerszyński, Andrzej Mierzejewski, Zdzisław Wrona i Ryszard Szurkowski (trener). Na Wyścig Pokoju nie pojechał Kulas, Mierzejewski był w Kijowe, ale nie startował.
Fot. Newspix

Sami zawodnicy wspominali, że łamano ich przez całą noc. Początkowo wszyscy solidarnie odmawiali, ale potem słyszeli, że „ten już się zgodził, a ty dalej się opierasz?” albo „to sprawa wagi państwowej”. Mówiono też, że za sprzeciw oberwie się nie tylko im, ale i ich rodzinom. Trudno było w takiej sytuacji się postawić, trudno było zostać przy swoim, gdy każdy siedział w osobnym pokoju i wiedział o innych tyle, co nic.

Ostatecznie więc przegrali. Polecieli. Ale solidarnie, wszyscy, nawet Andrzej Mierzejewski, który z powodu kontuzji kolana nie mógł wystartować i w ostatniej chwili został zastąpiony w desygnowanym wcześniej składzie. Uznał jednak, że ruszy na Wschód z kolegami. Był tam też prezes Rusin, a nawet wicepremier Zbigniew Gertych, który pojechał tam w pewnym sensie propagandowo, by udowodnić, że nic się nie dzieje.

A że prezes Rusin biegał ponoć z licznikiem Geigera? A że kolarze wynegocjowali własną żywność, wodę i kurtki ortalionowe z kapturami, no i liczniki na własny użytek? A że raczej sugerowano im, by nie wychodzili przesadnie często z hotelu?

Reklama

Znów: tylko szczegóły.

Najczystsze miasto świata

Polewaczki. Polewaczki na ulicach. Mnóstwo polewaczek, jeżdżących tam i z powrotem.

To pierwsze skojarzenie z Kijowem z tamtych dni. Drugie? Że było bardzo zielono. W końcu to początek maja, pierwsza połowa. Kijów rozkwitał. Było ładnie, słonecznie. Ludzie wychodzili na ulice. Choć – jak wspomina Marek Rudziński – niektórzy niekoniecznie po to, żeby rozkoszować się słońcem.

– Pamiętam, że ludzie zaczęli stamtąd nawiewać – widzieliśmy kolejki pod biurami lotniczymi. Tak to wyglądało, jak próby nawiania właśnie. Chociaż już w trakcie wyścigu przy ulicach było bardzo dużo ludzi. Więc przypuszczam, że część mieszkańców Kijowa wiedziała, co się dzieje, a część nie. I ci, którzy wiedzieli, chcieli gdzieś pryskać. Większość natomiast nie mogła nic z tym zrobić, bo nie mieli jak wyjechać. Natomiast trudno było to odczuć inaczej, niż właśnie poprzez obserwację tych kolejek, które zresztą pokazał nam tamtejszy taksówkarz – mówi dziś.

Reklama

Polscy dziennikarze, jadąc do Kijowa, wiedzieli, że w Czarnobylu był wybuch. Wiedzieli też, że istnieje jakieś zagrożenie promieniowaniem, ale choć byli zapewne poinformowani lepiej od przeciętnego obywatela, to i tak nie wiedzieli wszystkiego. Informacje były ograniczone, ale z niektórych rzeczy dało się domyślić, że jednak to coś „dużego”. Bo owszem, ludzie byli, ale…

– Nie było dzieci, młodzieży generalnie, która przecież zwykle przy takim wydarzeniu, jak duża impreza sportowa i to na zewnątrz, to się kręci. A tutaj te dzieci, ta młodzież została najpewniej wywieziona gdzieś dalej od Kijowa – mówi Jaroński. I on też wspomina te polewaczki. A do tego rozłożone w hotelach mokre szmaty, służące za wycieraczki, żeby oczyścić buty. Z hotelami zresztą część dziennikarzy zaprzyjaźniła się lepiej – Janusz Żwan ze „Sztandaru Młodych” ponoć nawet nie wychodził ze swojego pokoju, relację z kijowskich etapów zrobił ze środka.

Ale to też nie tak, że media zostały przymuszone do wyjazdu. Oni, w przeciwieństwie do kolarzy, mieli wybór, dwóch zresztą zrezygnowało. A potem nawet nie wywierano na nich żadnych nacisków, na ogół nie wtrącała się nawet cenzura (choć Tomaszowi Jarońskiemu zdjęto jeden tekst, najpewniej za krytykę – sportową – wyścigu, ale nie czekały go w związku z tym żadne konsekwencje). O dziwo, było zadziwiająco wręcz spokojnie.

Reklama

Służby też specjalnie się nie starały, nikt nie sugerował nawet, że stało się coś istotnego.

Pojawiła się jakaś komisja, przebadała nas. Nawet nie pamiętam jak i czymś dokładnie, mieli jakiś aparat. Pani powiedziała nam tylko, że wszystko w porządku, ale nam nawet nie podano, jakie mieliśmy te wskazania, w jakiej skali, co to za licznik. Nic – wspomina Jaroński.

Kolarze do Kijowa dojechali dzień później. Bardziej niespokojni od mediów, zmęczeni całą sytuacją, choć równocześnie zainteresowani. Zenon Jaskuła i Zdzisław Wrona pojechali na przykład rowerami w stronę Czarnobyla. – Pojechaliśmy tam jako jedyni. Szukali nas, a my gasiliśmy reaktor. Tak świecę do dzisiaj, że można wieczorem siąść przy mnie i jest jak przy kominku. Ale tak poważnie, to jednak zdrowie nie szwankowało później – wspominał ten drugi na łamach „Przeglądu Sportowego”, już po latach.

Jaskuła zresztą miał jakąś tendencję do ryzykowania. O Czarnobyl zagadał też ponoć portiera w hotelu, który z miejsca siłą zatkał mu usta i przykazał, by o awarię nikogo nie pytać.

Reklama

Bo można mieć nieprzyjemności.

Wyścig okrojony

Powtórzmy: Wyścig Pokoju to była wówczas renoma.

Organizowano go od 1948 roku, stosunkowo szybko stał się największym wyścigiem amatorskim – a to swoje znaczyło, na igrzyskach przecież długo jeździli amatorzy właśnie – w Europie. Akurat rok wcześniej wspaniale pojechali Polacy – Lech Piasecki wygrał, a Andrzej Mierzejewski był drugi. Oczekiwania przed edycją 1986 były więc spore, choć żaden z tej dwójki nie startował ponownie.

Tyle że po Czarnobylu to była wydmuszka, a nie Wyścig Pokoju.

Reklama

Na starcie stanęło 64 kolarzy. Z Europy Zachodniej, jak już wspomniano, właściwie tylko Francuzi, którzy zostali tam najpewniej dlatego, że chcieli poparcia Moskwy w staraniach o organizację igrzysk w 1992 roku. Finowie – też z drugiej strony żelaznej kurtyny – jechali nie w sześciu, a w czterech, a do tego spóźnili się na prolog i mieli ponoć różne koszulki. Ale dopuszczono ich do startu.

Myśmy się śmiali, że tam jedzie ambasada Finlandii, jej pracownicy – wspomina Rudziński. – Rzeczywiście, było tam 9 czy 10 ekip, poziom był dużo niższy niż zazwyczaj. Ja też pamiętam, jak byliśmy na konferencji prasowej i organizatorzy rżnęli głupa. My mówimy, że był wybuch w Czarnobylu, a oni, że nic o tym nie wiedzą i nie mogą nic na ten temat przez to powiedzieć. Więc pytamy organizatorów: czemu jest tak mało ekip? A oni, że konferencja jest o 15.00, zgłaszać się można z kolei do 22.00, więc jeszcze na pewno przyjadą. Wszyscy tam szli w zaparte, dopóki Gorbaczow oficjalnie nie powiedział o awarii kilka dni później.

Ekip w rzeczywistości było 11… choć równie dobrze mogłoby być o kilka mniej i niczego by to nie zmieniło. Bo na ostatnią chwilę ściągnięto kolarzy z Kuby, Mongolii czy Syrii. Polscy zawodnicy żartowali, że niektórzy z ich rywali wyglądali, jakby pierwsi raz siedzieli na rowerze. Ale nasi kolarze też nie przypominali samych siebie.

Oni byli dobrze przygotowani. Kilka tygodni wcześniej Zenek Jaskuła wygrał przecież wyścig Settimana Bergamasca. Silni byli również Bartkowiak i Krawczyk, ale psychicznie zawodnicy nie wytrzymali napięcia, które towarzyszyło temu startowi i trudno im się specjalnie dziwić – wspominał Szurkowski.

Reklama

Ryszard Szurkowski

Ryszard Szurkowski w 1970 roku, gdy sam był zawodnikiem. Szurkowski czterokrotnie wygrywał Wyścig Pokoju, a jako trener doprowadził do triumfu w nim Piaseckiego. Fot. Newspix

W relacjach Polaków o tamtych dniach przewija się głównie wątek obaw. Czy aby organizm za to wszystko nie zapłaci, czy nie skończy się jakąś chorobą. Atmosfera była z tego powodu po prostu zła, bo zawodnicy bali się o siebie. Podsumowaniem tego wszystkiego stała się sytuacja z Zenonem Jaskułą, na którego w prologu miał zdenerwować się prezes Rusin, który zawołał do niego:

– Zenek, czemu tak wolno jedziesz?
– Żeby nie wdychać tego powietrza.

Reklama

W czasie drugiego etapu dodatkowo spadł deszcz, niektórzy obawiali się, że radioaktywny. Finalnie okazało się, że nie, ale strach pozostał, zwłaszcza gdzieś w polskich kolarzach. Ci pojechali bardzo, ale to bardzo słabo – najlepszy z nich, Marek Szerszyński był 14. w klasyfikacji generalnej. Biało-Czerwonym udało się jedynie wygrać dwa etapy – Zdzisław Wrona triumfował na VII odcinku, z metą w Szczecinie, a Zbigniew Stępniewski kilka dni później, gdy kolarze jechali do Karl-Marx-Stadt, czyli dzisiejszego Chemnitz.

Ale poza tym? To był w ich wykonaniu kiepski wyścig w kiepskiej atmosferze i przy kiepskiej obsadzie.

Trudno się zresztą temu wszystkiemu dziwić.

Radioaktywne dżinsy

Gdy władze wymusiły na Polakach start, obiecywano im po pierwsze, że otrzymają za to nagrody – choćby talony na samochody. Nikt ich nigdy na oczy jednak nie zobaczył. Po drugie, obiecane było też to, że nie zostawią ich bez badań i po powrocie do Polski skontrolują kilkukrotnie, czy wszystko jest w porządku. To też się nie wydarzyło.

Reklama

Kolarze zostali pozostawieni sami sobie, ale na szczęście właściwie żaden z nich tego nie odchorował. Szurkowski wspominał potem, że ostatecznie mieli szczęście, bo radioaktywne opary poleciały już w inną stronę. A badania? Badania to można było – przy odrobinie szczęścia – załatwić sobie na własną rękę. Tak jak na przykład Tomasz Jaroński, choć namówiony.

Ze względów rodzinnych miałem dostęp do naukowców zajmujących się fizyką atomową, tak to w skrócie nazwijmy. Zaproponowano mi po powrocie do kraju, żebym się do nich zgłosił, pewnie częściowo do celów badawczych. To było już jakiś miesiąc po zakończeniu wyścigu, miałem przyjść z rzeczami, które miałem w Kijowie. O ile pamiętam, to spodnie wykazały dość duży stopień nasycenia elementami radioaktywnymi. Poradzono mi, żebym je wyrzucił. I zrobiłem to, choć trochę było żal, bo to jednak jeansy i to cenne, bo z Peweksu, kupowane za dolary – wspomina.

Marek Rudziński, podobnie jak kolarze, się nie badał. Pamięta jednak, że przebadano ich jeszcze przed wyjazdem i poinformowano, że wszystko jest w porządku. – Śmiałem się jedynie, że teraz, gdy idę do piwnicy, to nie muszę używać latarki. Bo sam świecę – żartuje dziś. – Ale badania? Nie robiłem. Było, minęło. I tyle.

Przez jakiś czas, jak mówi, był jednak gwiazdą towarzystwa. Ludzie na wieść, że był blisko Czarnobyla, pytali, jaka jest sytuacja i atmosfera w Kijowie. Bo w Polsce się jednak bano, obawiano zwłaszcza o dzieci. – Spotkania ze mną zmieniły się w pogadanki z „ciekawym człowiekiem” – wspomina. Ale, dodaje, on sam się z tego wszystkiego jednak śmiał, nie traktował tej grozy przesadnie poważnie.

Reklama

Wie pan, ja miałem niewiele, bo 32 lata – mówi. – Potraktowałem to jak kolejny wyjazd, bo wcześniej byłem na Wyścigu Pokoju w Moskwie, a teraz był Kijów. Jeździłem wtedy wszędzie tam, gdzie mnie wysyłali. Chciałem się rozwijać, a transmisje z wyścigu były wspaniałą szkołą dla początkującego dziennikarza. Dla mnie to była wielka frajda. Nie miałem wtedy wielkiej świadomości tego wszystkiego, jaką mielibyśmy dzisiaj. Może dzisiaj bym nie pojechał? Cztery lata temu nie pojechałem przecież na zimowe igrzyska do Pekinu przez COVID, choć miałem już akredytację. Ale że swój wiek już mam, to nieco się obawiałem. A wtedy? Wtedy nie balem się niczego. Dla większości z nas, młodych ludzi, to była przygoda.

Przygoda, dodajmy, zakrapiana. Rudziński tego nie ukrywa, a i Jaroński napomyka – w hotelu było obficie i w jedzenie, i w alkohol. A organizatorzy zaproponowali też polskim dziennikarzom rejs w górę Dniepru, zresztą w stronę… Czarnobyla. A co na statku?

Zabawa: muzyka, tańce, dobre jedzenie i picie. W Kijowie z kolei mieliśmy dobry hotel, tani, a i tak mieliśmy pieniądze, wystarczająco dużo, żeby tam jeść sobie kawior i popijać szampanem. Tych kilka dni w Kijowie to była tak naprawdę jedna z większych imprez w moim życiu – mówi Rudziński.

Dziennikarze mieli w tym wszystkim jeden znaczący atut: ich nikt do wyjazdu nie przymusił. A kolarzy już tak. I stąd ta różnica wspomnień.

Reklama

***

Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze.

Polscy zawodnicy, którzy startowali w tamtym Wyścigu Pokoju, jeździli jeszcze przez kolejne lata. Do dziś żyją wszyscy, większość jest całkiem aktywna w środowisku, żaden też poważnie się nie pochorował. Jaskuła został kilka lat później pierwszym Polakiem z wygranym etapem Tour de France i na podium tego wyścigu. Kilku innych próbowało jeszcze sił na zawodowstwie, choć bez wielkich sukcesów, a Szerszyński poszedł też w stronę trenowania i pracował w Polskim Związku Kolarskim.

Tak naprawdę gorzej prezentuje się historia Wyścigu Pokoju, który zakończył swój żywot w 2006 roku, akurat 20 lat po Czarnobylu. Zresztą już rok wcześniej się nie odbył, bo po upadku komuny stracił na renomie, z kolei z czasem wzrosła ta Tour de Pologne, które wcześniej żyło w jego cieniu.

I tak, po cichu, skończył się żywot wyścigu, który ledwie dwie dekady wcześniej musiał się odbyć, bo władza po prostu nie mogła sobie pozwolić na to, by go zabrakło.

Tak to bywa.

SEBASTIAN WARZECHA

Czytaj więcej o kolarstwie na Weszło:

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Trener Radomiaka stąpa twardo po ziemi. „Dziesiąte miejsce nic nie znaczy”

Braian Wilma
0
Trener Radomiaka stąpa twardo po ziemi. „Dziesiąte miejsce nic nie znaczy”

Inne sporty

Reklama