Maja Chwalińska szła po wygraną. A potem przyszedł uraz…

Sebastian Warzecha

29 czerwca 2026, 15:02 • 6 min czytania 45

Reklama
Maja Chwalińska szła po wygraną. A potem przyszedł uraz…

Maja Chwalińska po sukcesie na Roland Garros głównie odpoczywała. Nie wystąpiła w tym sezonie w żadnym turnieju na trawiastych kortach, na Wimbledon przyjechała niemalże „z marszu”. Ale że dostała dziką kartę i była rozstawiona, to trafiła w pierwszej rundzie na Mananchayę Sawangkaew z Tajlandii. W tym spotkaniu wszystko szło dobrze… aż do piłki meczowej. Wtedy Chwalińska poślizgnęła się, upadła i resztę meczu spędziła grając z bólem i ledwie się po korcie poruszając. Niestety, skończyło się porażką, bo w zasadzie nie było innego scenariusza.

Reklama

Maja Chwalińska grała świetnie, ale przegrała z urazem

Chwalińska zachwyciła na Roland Garros – to wiemy wszyscy. Jej finał, po dziewięciu wygranych z rzędu meczach, był sensacją, wielkim wydarzeniem. Nie tylko w świecie polskiego, ale i światowego tenisa – o Mai i jej drodze mówili wszyscy. Zrobiło się na tyle głośno, ze na ogół konserwatywny Wimbledon przyznał Polce dziką kartę. Ta nie musiała dzięki temu przedzierać się przez kwalifikacje, mogła spokojnie trenować, czekając na pierwszy mecz turnieju głównego. W tym w dodatku została rozstawiona, więc trafiła na zawodniczkę niżej notowaną.

A szczęście w zasadzie sprzyjało jej podwójnie – tą zawodniczką okazała się bowiem tenisistka z eliminacji. Z drugiej strony: sama Maja dopiero co taką była, jeszcze kilka tygodni temu to był jej poziom.

Reklama

A Mananchaya Sawangkaew trochę na trawie pograła. Świetnie zaprezentowała się w turnieju w Birmingham, gdzie doszła do ćwierćfinału. Kwalifikacje Wimbledonu też przeszła w dobrym stylu – wszystkie mecze wygrywała w trzech setach, w efekcie po raz drugi w karierze (a pierwszy po przejściu kwalifikacji) miała zagrać w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego. W dodatku to tenisistka, której trawa zdaje się pasować – styl gry ma zresztą podobny do Mai, bo i warunki fizyczne zbliżone. Lubi sobie poodbijać, lubi pokombinować, zmusić rywalkę do biegania i tak dalej.

Choć naprawdę długo Chwalińska spokojnie z nią sobie radziła.

Świetna gra Mai, czyli było naprawdę dobrze

Zaczęło się idealnie. Chwalińska grała swoje, szachowała rywalkę skrótami, lobami, dobrymi, mierzonymi forehandami i slajsami. Generalnie cały ten zestaw widzieliśmy już na Roland Garros, a teraz – zgodnie z przewidywaniami – okazywało się, że i na trawie da radę. Wiedzieliśmy to w sumie od 2022 roku, gdy Maja debiut w Szlemie zaliczyła właśnie na londyńskich kortach, ale dobrze było widzieć, że i w tym sezonie tak najpewniej będzie.

Reklama

Maja wygrała więc gema. Potem drugiego. Trzeciego, czwartego i piątego też.

Owszem, w każdym kolejnym Tajka wyglądała trochę lepiej, ale to wciąż Polka zapisywała na swoim koncie kolejne małe partie – dopiero przy 5:0 zatrzymała się na dwie. Potem jednak przycisnęła rywalkę przy jej serwisie i ostatecznie zaliczyła przełamanie, a wraz z nim – wygrała seta. To był dobry, naprawdę dobry początek i spotkania, i całego turnieju. Bo wcześniej można było się obawiać, czy brak gry na trawie nie spowoduje Mai problemów, czy nie okaże się, że to będzie czynnik decydujący.

A wyszło, że nie. Maja grała swoje, dobrze radziła sobie ze specyfiką tej nawierzchni, umiejętnie selekcjonowała zagrania. Wiele się w tej grze zgadzało i w kluczowych momentach Polka niezmiennie okazywała się lepsza. Na starcie drugiego seta zresztą było podobnie. Bo Maja i potrafiła wybronić break pointy – najczęściej przejmując inicjatywę i rozstrzygając te najważniejsze punkty na swoich warunkach.

Często zresztą przy siatce, bo ewidentnie dobrze się dziś w tej strefie kortu czuła.

Reklama

Przy czym trzeba podkreślić – Sawangkaew grała coraz lepsze zawody. Też pokazywała, że swoje potrafi, że rozumie, jak grać na tych kortach. Drugi set był trudniejszy, obfitował w więcej dłuższych, wymagających wymian. Rywalka mniej psuła, częściej była w stanie dyktować warunki w wymianach. Ale mimo tego znów straciła serwis. Było wspaniale.

Upadek zmienił wszystko

Było wspaniale, bo Maja zaliczyła breaka, prowadziła już 5:2… i wtedy nastąpił moment, który okazał się zwrotnym dla tego spotkania.

Polka upadła przy piłce meczowej. Poślizgnęła się, jak to na trawiastych kortach bywa, coś zabolało w okolicach kostki czy Achillesa. Gema przy serwisie rywalki przegrała, poprosiła o wizytę fizjoterapeuty. Dostała opatrunek, łyknęła, co trzeba i wróciła na kort. Ale widać było, że coś jej doskwiera. Nie biegała tak jak zwykle, przy forehandzie nieco się odchylała, gubiła balans, a przez to popełniała błędy. W efekcie straciła podanie, nie udało jej się wyserwować meczu.

Reklama

Pozostało grać dalej. Przy 5:4 i serwisie Tajki obie zagrały długiego gema, tyle że to Maja stale była stroną goniącą i niestety, ale nie udało jej się rywalki wyprzedzić – zrobił się remis. A Chwalińska zdawała się mieć więcej problemów. Naciągała mięśnie całej nogi, wydawało się, że doskwierają też plecy, widać było, że momentami nie ustawia się odpowiednio do piłek, że całe poruszanie się nie działa tak, jak powinno. Mecz, który do tej pory układał się na jej warunkach, nagle zaczął się wymykać – z 5:2 dla Chwalińskiej zrobiło się w końcu 5:6 i to Tajka miała gema na wagę zwycięstwa w secie.

Wyserwowała go bez trudu, a Maja z miejsca zeszła do szatni.

Ta wizyta pomogła, ale tylko chwilowo. Na starcie trzeciej partii Maja zaliczyła bowiem przełamanie, ale w zasadzie nawet nie biegała, a chodziła po korcie. Gdy więc rywalka przestała popełniać błędy, bardzo szybko sytuacja się zmieniła. Chwalińska co prawda próbowała, nie poddawała spotkania, ale właściwie nie było widać nadziei na to, by cokolwiek mogło się odmienić. Ba, sytuacja wyglądała tak, że zastanawialiśmy się, czy nie lepiej byłoby właśnie skreczować i oszczędzić sobie bólu oraz opcjonalnego pogłębienie urazu.

Reklama

Polka jednak próbowała do końca, ale do wielu piłek nawet się nie ruszała. Szósty gem w decydującej partii był tego najlepszym przykładem… a tuż po nim Maja skryła twarz w ręczniku i zdawało się, że uroniła tam kilka łez. Trudno się dziwić – dopiero co zaliczyła życiowy sukces, od dawna nie męczyły ją urazy (a w przeszłości było to normą), grała w tym meczu bardzo dobrze, a skończyło się w tak fatalny sposób. Bo niestety, Maja ten mecz przegrała.

Teraz pozostaje trzymać kciuki, by uraz nie okazał się poważny. To rzecz znacznie ważniejsza od tego jednego spotkania.

Maja Chwalińska – Mananchaya Sawangkaew 6:2, 5:7, 2:6

Fot. Newspix

Reklama
45 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama