Iga Świątek wróciła do gry… i już może lecieć na Wimbledon

Sebastian Warzecha

24 czerwca 2026, 18:06 • 4 min czytania 5

Reklama
Iga Świątek wróciła do gry… i już może lecieć na Wimbledon

Iga Świątek w zeszłym sezonie doszła w turnieju w Bad Homburg do finału. W tym zagra tam tylko jeden mecz. Polka przegrała bowiem z Emmą Navarro w trzysetowym starciu, a w jej grze nadal było mnóstwo problemów, które trapią ją od dłuższego czasu.

Reklama

Iga Świątek przegrała pierwszy mecz na trawie

Jak scharakteryzować problemy Igi Świątek? Cóż, jednym zdaniem: Polka za bardzo się śpieszy. Próbuje kończyć wymiany na własnych warunkach, ale jest w tym nieregularna, a im więcej błędów popełnia – tym bardziej walczy o to, by szybko daną akcję skończyć. Tak to wyglądało na kortach twardych, tak to wyglądało na mączce, tak też było w poprzednim sezonie przez niemal całe 10 miesięcy jego trwania. Iga próbuje „przyłożyć”, a piłka lata nie tam, gdzie by tego Polka chciała, tylko tam, gdzie akurat jej się zachce.

W zeszłym sezonie zmieniło się to na trawie. W tym – na pewno nie stanie się to w Bad Homburg.

Tam bowiem Iga Świątek uległa – po trzech setach rywalizacji – Emmie Navarro. Amerykanka pokazała sporo dobrego tenisa, owszem, ale też korzystała na regularnych błędach Igi. Te Świątek opanowała w jednej partii – drugim secie. I wiecie, jaki był efekt? Wygrana. Bo i faktycznie, wtedy grała rozsądniej, bezpieczniej, nie próbowała za wszelką cenę przyspieszać wymian, tylko godziła się z tym, że czasem trzeba zagrać piłkę raz, drugi, trzeci czy nawet czwarty.

Od dawna nie jest jednak Iga w stanie utrzymać takiej postawy na przestrzeni całego meczu. A to wciąż i wciąż te same błędy. Przenikają się więc dobre wymiany (było ich dziś sporo!) ze złymi zagraniami (nawet więcej!), a gdy dochodzi do tego szczypta frustracji oraz niedyspozycja serwisowa, to kończy się bardzo źle. Tym gorzej, że to znane wszystkim problemy. Ba, to problemy znane Idze – sama o nich mówiła, już kilkukrotnie. I co? I nie naprawił ich Wim Fissette, a Francisco Roig też na razie zdaje się tego nie robić.

Reklama

Zły serwis. Zła koncentracja. Nerwy. Nieregularny forehand (momentami wręcz piekielnie). Brak cierpliwości. Sporo tego, naprawdę. Paradoksalnie fakt, że Iga z tenisistkami z czołówki – w przypadku Navarro szerokiej, ale jednak – rankingu WTA dalej rywalizuje i walczy na przestrzeni trzech setów, będąc momentami w fatalnej dyspozycji, pokazuje, jaki wciąż tkwi w niej potencjał. Drugi set dzisiejszego starcia też to udowodnił, bo w nim było naprawdę dobrze, Iga grała świetnie.

Ale pierwsza partia była dobra tylko momentami i we właściwie każdym kluczowym, to Iga oddawała punkty. Nawet na koniec – podwójnym serwisem. A co do serwisu: Świątek pewnie będzie dochodzić do finałów i wygrywać pojedyncze turnieje, ale jeśli go nie poprawi (czy wręcz: naprawi), to będą to okoliczności rzadkie. Od tego trzeba zacząć, widać, jak boi się returnów rywalek, obawia, że te z miejsca przejmą inicjatywę w wymianie. Emma robiła dziś to często. I często w efekcie wygrywała punkt, a czasem nawet nie musiała się wysilać, bo dawała jej go Iga.

Reklama

W zasadzie nie da się o tym meczu napisać nic nowego, odkrywczego. To ta sama Iga co przed trawą – z problemami, z niedoskonałościami, Iga, która nie potrafi wejść na najlepszy poziom i na nim pozostać na dłużej niż na seta. Jeśli taka Świątek przyjedzie też na Wimbledon, pewnie skończy się to wszystko na IV rundzie… i wydaje się, że aktualnie to jest właśnie jej poziom. Każda rywalka solidna, rywalka, która zmusi ją do grania dłuższych wymian, która utrudni jej życie, doczeka się błędów ze strony Polki.

A w tym sezonie nie ma Iga karty pod tytułem: „nie jestem tu faworytką”. Bo jasne, forma nie ta, ale to ona broni w Londynie tytułu i punktów rankingowych, które też są istotne. Od początku będzie tam na nią nałożona presja. Co jest problemem, bo dziś pokazała, że ma z tym problemy.

I trudno uwierzyć, że w tydzień to wszystko się odmieni. Rok temu były sygnały, w tym – zupełnie ich nie dostajemy.

Iga Świątek – Emma Navarro 5:7, 6:2, 3:6

Reklama

Fot. Newspix

5 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Mundial szokujących remisów, ale bez żadnej sensacji

AbsurDB
1
Mundial szokujących remisów, ale bez żadnej sensacji

Inne sporty

Reklama