Chwalińska zaczyna Wimbledon. Niczego nie musi, wszystko może

Sebastian Warzecha

29 czerwca 2026, 09:14 • 7 min czytania 4

Reklama
Chwalińska zaczyna Wimbledon. Niczego nie musi, wszystko może

Kiedy Goran Ivanisević wygrał Wimbledon, powiedział, że czego by już w karierze nie zrobił, to na zawsze pozostanie triumfatorem tego turnieju. I faktycznie – niewiele już potem dokonał, to był jego ostatni finał jakiegokolwiek turnieju w bogatej karierze. Bogatszej od tej Mai Chwalińskiej i to o wiele. A jednak jest tu pewne podobieństwo. Owszem, Chwalińska Szlema nie wygrała, ale jej finał w Paryżu był zupełnie niespodziewany, nikt tego sukcesu nie oczekiwał. I właściwie wszystko to, co po nim, ma teraz o wiele mniejsze znaczenie. Bo czego by Maja nie zrobiła, to zawsze będzie się ten wyczyn wspominać.

Reklama

Równocześnie jednak to oczywiste, że sama Chwalińska chce więcej, że w jej karierze nie chodzi o to, by zadowolić się tamtym sukcesem, że przydałyby się kolejne. To dwa zupełnie różne podejścia do sprawy, które… warto pogodzić. Bo oba wydają się w tej chwili Mai potrzebne.

CZYTAJ TEŻ: GORAN IVANISEVIĆ I JEGO WIELKI WIMBLEDOŃSKI SUKCES

Maja Chwalińska zaczyna Wimbledon. I niczego nie musi

Trzeba zrozumieć, jaki to był sukces.

To mniej więcej tak, jakby do finału Ligi Mistrzów doszła teraz ekipa pokroju APOEL-u. Czyli taka, co to przez lata się gdzieś pokazywała, bywała solidna na swoim, nie za wysokim poziomie i ze dwa razy wyrwała się wyżej, pokazując na największej scenie. Jednak nie jako główna gwiazda, a po prostu uczestnik, stojący obok tych największych. Chwalińska dwukrotnie wcześniej grała w drabince głównej Szlema. Nigdy nie była w finale choćby turnieju WTA 250 (ale 125 w ostatnim czasie się zdarzyły, choć nie wlicza się ich, niestety, do turniejów z głównego touru). Tak naprawdę Maja przeskoczyła kilka(naście) szczebli w typowej tenisowej drabinie.

Reklama

Jasne, zdarzają się takie sytuacje. Iga Świątek tak naprawdę też to zrobiła, gdy wygrywała Roland Garros 2020.

Różnica jest jednak taka, że Iga była wtedy tenisistką nastoletnią o wielkim potencjale. Spodziewano się, że może – że wręcz powinna – bić się za jakiś czas o Szlemy. Zaskoczyło jedynie tempo tego rozwoju, nie końcowy efekt. U Mai to wszystko wydawało się zahamowane. Brzydko można by napisać, że kariera Chwalińskiej była w oczach wielu osób nie tyle przekreślona, co zapomniana. Bo była rówieśniczką Igi Świątek, od dawna w jej cieniu, od dawna błąkająca się gdzieś po drugiej, trzeciej, ba, nawet czwartej (!), setce rankingu WTA. Niewielka, mająca braki w warunkach fizycznych.

A przecież poza Świątek była Magda Linette, co to potrafiła dojść do półfinału Australian Open i wygrać kilka turniejów WTA. Pojawiła się Magdalena Fręch z jej IV rundą w Australii i triumfem w WTA 500 w Guadalajarze. One obie doszły w pewnym momencie do TOP 30 światowego rankingu. Dla typowego sympatyka tenisa – co sport ten lubi, ale się nie wgłębia – Chwalińska była w zasadzie poza radarami. Zmieniało się to w pojedynczych przypadkach, ale potem Maja znowu popadała w zapomnienie.

Możliwe, że to stan gorszy nawet od tego skreślenia – bo trudno udowadniać coś komuś, kto o tobie w zasadzie nie pamięta.

Reklama

Nigdy się nie poddawaj? Zadziałało u Mai

Finał Roland Garros był więc dla Mai przypomnieniem tenisowemu światu, że istnieje.

A możliwe, że wręcz pokazaniem niektórym, że jest i w Polsce taka tenisistka, bo przecież polski tenis sporo fanów zyskał przy okazji sukcesów w ostatnich latach, niektórzy mogli Chwalińskiej nie kojarzyć. Nie wiedzieć nic o jej staraniach, o urazach, o walce z depresją, o tym, że jest z być może najzdolniejszej generacji naszego tenisa, że to ten sam rocznik co Iga, ale też co Stefania Rogozińska-Dzik, która też była utalentowaną juniorką, czy Martyna Kubka, walcząca w ostatnim czasie o to, by zacząć grać w kwalifikacjach wielkoszlemowych (na Wimbledonie była pierwszą zawodniczką w rankingu, której się to nie udało).

Wspaniały rocznik, który jednak – poza Igą – swojego nie mógł udowodnić.

Jeszcze w trakcie turnieju, przed awansem do finału, pisałem tutaj, że Maja może być inspiracją dla wielu koleżanek po fachu. Bo to przykład na „nigdy się nie poddawaj”. To wysłużony slogan, często nadużywany, bo powiedzmy sobie szczerze – czasem rozsądniej jest odpuścić. Tyle że u Chwalińskiej zadziałał. Możliwe, że zrobi to też u większej liczby zawodniczek czy zawodników, że ktoś spojrzy na Polkę i pomyśli „okej, to ja też mogę”. I nawet jeśli niekoniecznie dojdzie do wielkoszlemowego finału, ale zrobi solidną karierę w TOP 100 rankingu – bo to już naprawdę dużo.

Reklama

A jeszcze więcej na nasze, polskie warunki, bo takich karier nie mieliśmy przecież dużo. Gdyby Maja stała się po tym finale właśnie taką zawodniczką – stale w najlepszej setce, od czasu do czasu osiągając mniejszy lub większy sukces, jakiś solidny wynik, to trzeba by to wziąć w ciemno. I ona też powinna, nawet jeśli ambicja mówi jej teraz, że chciałoby się więcej. Bo przecież nawet w najgorszych czasach powtarzała, że wciąż wierzy w zostanie mistrzynią wielkoszlemową. I to wspaniała sprawa, mieć tę wiarę.

Równocześnie jednak Maja powinna rozumieć, że w zasadzie tym jednym, jedynym turniejem wyciągnęła z kariery już teraz więcej, niż można się było spodziewać choćby pół roku temu.

Maja ma komfort

Prawda jest bowiem taka: Maja Chwalińska nic już nie musi. Niczego udowadniać. Niczego osiągać. Nie to, że nie będzie chciała. Będzie. I zagra jeszcze wiele meczów, wiele turniejów. Dużą część tych pierwszych wygra, drugich – nie wiadomo, możliwe, że też. Pokona pewnie kilka utytułowanych rywalek. Zapisze się jeszcze w historii na różne sposoby, mniejsze lub większe. Od teraz jednak… to wszystko to w zasadzie dodatek. Dla polskiego tenisa, dla pewnej legendy, jaką już wykreowała, nie potrzeba niczego więcej.

Reklama

Co nie oznacza, że ma już odwiesić rakietę na kołek – to inna sprawa.

Jest Maja Chwalińska w zasadzie w takim miejscu, w jakim był – dajmy na to – Sam Mendes w 1999 roku, kiedy nakręcił „American Beauty”, a potem zgarnął statuetkę Oscara za najlepszy film. To był jego pierwszy pełny metraż, pierwszy film kinowy. I już nim wszedł w zasadzie na szczyt. Czy jednak zniknął? No oczywiście, że nie. Dalej kręci, dalej robi swoje – są w jego CV filmy lepsze, są gorsze, przede wszystkim jednak: są kolejne. I w sumie wspaniale musi się pracować z myślą, że nawet gdyby te kolejne dzieła były gorsze, gdyby nie zebrały takiego uznania (a część zebrała!), to zawsze będzie się mieć ten jeden wielki film.

Maja Chwalińska właśnie tak powinna o tym myśleć. Roland Garros 2026 jest jej zabezpieczeniem, tym wielkim turniejem, w którym pokazała, co potrafi. I choćby teraz reszta już nie wyszła, choćby było gorzej, to zawsze będzie tamten występ i jego legenda, bo wreszcie się właśnie w nią zmieni. A jeśli dojdą sukcesy kolejne, to będzie pamiętany jako moment, w którym to wszystko się zaczęło.

Ale to na spokojnie: dojdą, to dojdą. Nie uda się? No to zostaną tamte, piękne wspomnienia.

Reklama

Wimbledon? Co będzie, to będzie

Wimbledon, który zaraz rozpocznie, nie będzie dla Mai Chwalińskiej tak naprawdę żadnym wyznacznikiem. Ona z pewnością to wie, ale my powinniśmy zaznaczyć. Nie grała Maja na trawie – poza zamkniętą pokazówką – w ogóle w tym sezonie. Jedzie do Londynu bez tego obycia, za to po potrzebnym jej odpoczynku. Trafiła w pierwszej rundzie na papierze całkiem dobrze – jej rywalką będzie Mananchaya Sawangkaew z Tajlandii. Dla młodszej o rok Tajki to drugi Szlem w karierze – po Australian Open z tego roku.

To też rywalka, która do niedawna była w zasadzie na poziomie Mai. W zeszłym sezonie dobiła nawet do granicy TOP 100 – dosłownie, bo zajmowała przez krótki moment dokładnie setne miejsce. Potem jednak pół roku straciła przez uraz. Wróciła pod koniec roku, w Australii wystartowała z chroniony rankingiem.

Mananchaya Sawangkaew

Mananchaya Sawangkaew. Fot. Newspix

Reklama

A teraz znów walczy o to, by do setki wrócić. I na trawie czyni ku temu spore kroki. W Birmingham przeszła przez kwalifikacje i doszła do ćwierćfinału, gdzie pokonała ją Alexandra Eala. Gorzej było w Ilkley – przegrała tam w pierwszym meczu – ale przez kwalifikacje do turnieju głównego Wimbledonu już przeszła. Może nie pewnym krokiem – wszystkie mecze grała na pełnym dystansie, do trzech setów – natomiast zrobiła to. A to w tym wszystkim najważniejsze. Potrafi do tego grać ciekawy tenis, kombinacyjny, w sumie może ten mecz z Chwalińską być pojedynkiem, w którym obie postarają się przechytrzyć rywalkę.

Dla Tajki to kontynuacja walki o setkę. Dla Chwalińskiej to nowe otwarcie. Inna rzeczywistość. Będą patrzyć na nią tysiące, ba, może nawet miliony fanów. Wyjdzie na kort w ciuchach renomowanego i znanego sponsora. Nie musiała się kwalifikować. Jest rozstawiona.

Chciałoby się, żeby to było otwarcie udane, żeby wygrać ten mecz, a potem przynajmniej jeszcze jeden, kolejny. Ale jeśli się nie uda, to czy stanie się jakaś tragedia?

Absolutnie nie.

Reklama

Fot. Newspix

 

4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama