Babcia bohaterem turnieju! Vozinha został legendą mistrzostw świata

Szymon Janczyk

16 czerwca 2026, 14:03 • 9 min czytania 28

Reklama
Babcia bohaterem turnieju! Vozinha został legendą mistrzostw świata

Mundial kreuje niespodziewanych bohaterów i właśnie poznaliśmy największego z nich. Vozinha ma czterdzieści lat, imię po gwieździe mistrzostw świata oraz zatrzymanie najlepszego zespołu Europy na koncie. Bramkarz drużyny reprezentującej jeden z trzech najmniejszych krajów w historii turniejów zyskał piłkarską nieśmiertelność i… miliony obserwujących.

Reklama

***

Mundiary to nasz pamiętniczek, cykl codziennych tekstów komentujących to, co wydarzyło się na Mistrzostwach Świata 2026.

***

Tegoroczne mistrzostwa dostarczyły nam kilku ciekawych bohaterów i nietypowych historii, ale to, co zrobił Vozinha, przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Losy bramkarza reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka to samograj do sportowego wyciskacza łez. Chłopak, który długo grał w piłkę amatorsko, w lokalnej lidze, przez angolski klub dostał się do Europy – do mołdawskiego Zimbru Kiszyniów.

Reklama

Po wielu latach rozważał koniec kariery, ale zdecydował, że jeszcze chwilę pociągnie. I awansował z drużyną narodową na pierwszy mundial w dziejach, zostając bohaterem w debiucie z Hiszpanią. Jego konto na Instagramie wręcz eksplodowało: z 50 tysięcy obserwujących dorobił się sześciu milionów. Akcję rozkręcił brazylijski influencer, który zachęcał do zrobienia z Vozinhii gwiazdy turnieju.

Vozinha to nowy bohater mundialu! Kim jest reprezentant Republiki Zielonego Przylądka?

Peter Shilton, Dino Zoff, Vozinha. In that order. To lista najstarszych golkiperów, którzy zdołali zachować czyste konto w meczu mistrzostw świata. Kabowerdeńczyk miał czterdzieści lat i dwanaście dni, gdy powstrzymał siedem strzałów Hiszpanów, żeby sprawić jedną z największych sensacji w historii mundiali. Dopiero co Katar zdobył punkt jako najsłabsza drużyna, jaka kiedykolwiek zagrała w turnieju (według rankingu Elo), ale wyczyn Republiki Zielonego Przylądka to przyćmił.

Według rankingu Elo tylko raz zdarzył się mecz, którego nie wygrał tak zdecydowany faworyt (patrząc na liczbę punktów w zestawieniu). Było to spotkanie Kolumbii z ZSRR w 1962 roku. Opta w archiwach znalazła inny rekord: od kiedy istnieje ranking FIFA, nigdy nie zdarzyło się, żeby wyżej notowany zespół nie wygrał z drużyną, która jest tak daleko w tyle za nim jak w przypadku Hiszpanii i Republiki Zielonego Przylądka.

Reklama

Afrykański zespół miał w tym wszystkim troszkę szczęścia. Jeśli Ferran Torres w znakomitej sytuacji, z pięciu metrów, trafia w poprzeczkę, musisz mówić o sprzyjającym ci losie. Vozinha był jednak decydujący, zaliczył dwie znakomite interwencje: strzał Aymerica Laporte’a po rzucie rożnym wyceniono na 0,75 xGOT (xG po strzale, ocenia jakość zamiast pozycji, z której go oddano) – to jak obrona rzutu karnego.

Zamiast jednak skupiać się na liczbach, warto oddać wszystko to, co działo się przed i potem. Bo sensacyjne punkty przy wydatnej pomocy bramkarza zdobyły na tym mundialu także Australia czy Arabia Saudyjska. Tyle że to Vozinha niósł ze sobą największe przesłanie jako postać, zwykły człowiek.

Reklama

Republika Zielonego Przylądka. Vozinha i Stopira byli amatorami. Zostali legendami wysp

Bubista to trenerski wyjątek. Zwykle underdogów do sukcesu prowadzą zagraniczni fachowcy, którzy uczą maluczkich jak „wyjść z drewnianych chatek”. Selekcjoner kadry Republiki Zielonego Przylądka to jednak lokals, który najpierw kopał piłkę na wyspach, żeby potem zostać trenerem tamtejszych klubów. Drużynę narodową buduje od sześciu lat i robi to wokół dwóch postaci. Vozinha i Stopira są dla niego fundamentem tego, czym ma być reprezentacja kraju.

Selekcjoner wiedział, że czeka go zadanie budowy drużyny złożonej głównie z członków diaspory. Na mundial powołał sześciu zawodników urodzonych w Holandii, po trzech urodzonych we Francji i Portugalii, po jednym z Irlandii i USA. Więcej niż połowa składu to synowie emigrantów, gdyby doliczyć tych, którzy wyjechali w młodości — absolutna większość nie powie, że Republika Zielonego Przylądka była ich domem przez lata.

Stopira

Stopira zakończył karierę, wrócił, wygrał Puchar Portugali i pojechał na mundial.

Reklama

W obliczu takiego wyzwania Bubista postanowił, że tylko dwóch gości może scalić zespół i przekazać reszcie to, co znaczy reprezentowanie kraju. Vozinha oraz Stopira to weterani, którzy spędzili lata w lokalnej piłce, wspinając się po szczeblach kariery. Rozgrywki o mistrzostwo Republiki Zielonego Przylądka są o tyle specyficzne, że odbywają się w ramach turnieju dla mistrzów poszczególnych wysp i regionów. Kraj jest tak biedny, że nie wystawia zdobywcy tytułu w żadnych rozgrywkach kontynentalnych.

Vozinha i Stopira kopali piłkę na wyspach za kilkaset euro, zupełnie amatorsko. Bramkarz pochodzi z wyspy Sao Vicente, którą zamieszkuje 75 tysięcy osób. Pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał w Angoli, miał wtedy 25 lat. Wkrótce potem wyjechał do Mołdawii, do ligi przeżartej korupcją i biedą. W tamtych czasach obcokrajowcy zarabiali w Zimbru Kiszyniów dwa, może trzy tysiące euro miesięcznie. Vozinha gonił jednak za szansą. I szansa przyszła.

Trener Radomiaka postawił na Vozinhę. „Nazywaliśmy go kotem”

Karierę bramkarza reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka na dobre rozkręcił… trener Radomiaka Bruno Baltazar. To on ściągnął Vozinhę na Cypr, gdzie ten wyrobił sobie nazwisko i renomę.

Marco Soares był moim kolegą z drużyny i zawodnikiem w AEL. Szukaliśmy bramkarza i Marco bardzo polecał Vozinhę. Był kapitanem reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka, znał go. Kojarzyłem go z występów w Gil Vicente. Podpisaliśmy kontrakt z Vozinhą i była to znakomita decyzja – opowiada Weszło trener Baltazar.

Reklama

Bardzo skromny, miły facet. Był trochę cichy, wycofany, ale jako bramkarz miał ogromną jakość. Nazywaliśmy go kotem, bo był niesamowicie zwinny, wił się w bramce. Bardzo dobrze grał nogami, czasami nawet był w tym zbyt odważny, ale potrafił to robić. Był zawsze bardzo oddany dla drużyny narodowej. Jestem bardzo szczęśliwy z powodu tego, co się wydarzyło w meczu z Hiszpanią. Zasłużył na wszystko, co go spotkało. Rozmawialiśmy o meczu, cały czas mamy dobre relacje. Jestem z niego dumny – uśmiecha się portugalski szkoleniowiec, mówiąc o swoim byłym podopiecznym.

Vozinhę kocha chyba każdy, kto spotkał go na swojej drodze. Media społecznościowe zalały wiadomości od byłych kolegów z kadry i drużyn klubowych. Wszyscy wysyłali mu dużo miłości, wsparcia, gratulacji. Przed rokiem to właśnie oni, bratnie dusze z szatni reprezentacji kraju, odwiedli go od decyzji o zakończeniu kariery. Vozinha to jeden z dwóch zawodników w historii Republiki Zielonego Przylądka, którzy zagrali w każdym mistrzowskim turnieju, w którym brała udział ich kadra, ale wtedy miał już konkurenta. Między słupkami stał namówiony do gry dla ojczyzny przodków Bruno Varela, doskonały portugalski golkiper.

Reklama

Varela ma koncie występ na Igrzyskach Olimpijskich z Portugalią i sześć spotkań na ławce seniorskiej kadry, w roli zmiennika Rui Patricio. Ostatecznie zniknął z kadry wyspiarzy. Bubista postawił na Vozinhę, chciał budować coś więcej niż wyniki.

Imię po brazylijskim piłkarzu, pseudonim po babci – stąd wziął się Vozinha

Po końcowym gwizdku meczu z Hiszpanami Vozinha po prostu zalał się łzami. Bubista tłumaczył potem, że „przytłoczyły go emocje”. Sam zainteresowany mówił natomiast o bolesnych sprawach rodzinnych.

Płakałem, bo dorastałem z dziadkami, którzy nie mogli tego zobaczyć, odeszli. Mama też nie mogła tu być, miała problemy z wizą, z opłatami za nią. Nie byliśmy w stanie zrobić tego na czas – wyjaśniał.

Rodzina ma dla niego kluczowe znaczenie. Vozinha wychował się z dziadkami, bo jego ojciec pełnił służbę w wojsku. Matka ciężko pracowała, żeby utrzymać rodzinę, często nie było jej w domu. Dorastanie pod opieką dziadków naznaczyło go na zawsze – vozinha w lokalnym języku oznacza „babcię, babunię”. Bramkarz wyjaśnił, skąd akurat pseudonim w wywiadzie dla FIFA w 2024 roku.

Reklama

Dorastałem w okolicy, w której chłopcy, z którymi się bawiłem, byli znacznie starsi. Miałem talent, dobrą technikę, grałem z zacięciem i często mnie kopali. Nie lubiłem przegrywać i za każdym razem, gdy byłem pokopany i przegrany, wracałem do domu wściekły. Śmiali się wtedy, że biegnę się poskarżyć dziadkom!

Vozinha

Vozinha nie lubił swojej ksywki, ale oswoił się z nią, bo zmusiło go do tego życie. We wspomnianej rozmowie mówił, że gdy wyjechał do Angoli, zastał w kadrze zespołu bramkarza, który – tak jak on – miał na imię Josimar. Stwierdził, że w życiu nie umieści na koszulce napisu Josimar II, więc na dobre postawił na Vozinhę. Zresztą imię, które nosi, to też urocza, piłkarska historia. W Telemundo opowiedział ją ojciec bohatera wysp.

Josimar urodził się w trakcie mundialu w 1986 roku. Miałem dwa pomysły na imię dla syna: Valdano, od Jorge Valdano, nie chcieli zaakceptować w urzędzie. Stanęło więc na Josimarze, od brazylijskiego obrońcy, który był niespodzianką i sensacją mundialu – śmiał się ojciec piłkarza, Ze Pedro.

Reklama

Gdy Valdano dowiedział się o tym, nie dowierzał, że ktoś postawił na niego, gdy obok był Diego Maradona. Zwykle to on zgarniał splendor i sprawiał, że dzieciom nadawano imię po piłkarzu. FIFA przytacza jeszcze jedną zabawną dykteryjkę – babcia piłkarza miała problem z wymową jego imienia, więc przez całe życie wołała na niego po prostu Dani.

Vozinha: Talent pozwalał mi na grę w lepszych ligach

Josimar, Dani czy Vozinha – możecie nazywać bramkarza Republiki Zielonego Przylądka jak wam się podoba. W każdej wersji będzie po prostu bohaterem. Po odebraniu statuetki dla najlepszego zawodnika meczu, pięknie opowiadał o swojej drodze.

– Jestem taki dumny… Dla mnie reprezentowanie kraju, który kocham, to największy zaszczyt. Pochodzimy z małego państwa, nasza droga na mundial była bardzo trudna. Nasze marzenia się spełniły, pracowałem na to całe życie. Nigdy się tego nie spodziewałem, to wszystko dla naszych ludzi. Mam czterdzieści lat, ale dopiero od piętnastu profesjonalnie gram w piłkę. To nagroda za drogę, którą przeszedłem. Powiedziałbym młodszemu sobie, żeby był z siebie dumny i ciężko pracował. Nigdy nie marzyłem nawet o takich rzeczach, ale powiedziałbym mu też, że było warto.

Na mundial przyjechało wielu piłkarzy, którym nikt nie dawał szansy. Haitańczycy mają w składzie bramkarza z piątej ligi niemieckiej. Dla Australii bramkę strzelił chłopak urodzony w obozie dla uchodźców. Curacao reprezentują zawodnicy, którzy przebijali się z amatorskich rozgrywek w Holandii. Kolegą Vozinhii jest urodzony w Irlandii Pico, którego Republika Zielonego Przylądka próbowała zrekrutować przez LinkedIn, ale pierwotnie uznał ich wiadomość za spam. Nie ma lepszego dowodu na to, że warto pracować i wierzyć w siebie.

Reklama

Byłem jednym z najlepszych bramkarzy na wyspie, ale za dzieciaka byłem niski. Nie zapraszano mnie na testy ze względu na wzrost. Po szesnastym roku życia wystrzeliłem, urosłem. Widziałem wielu zawodników, którzy wyjeżdżają z Sao Vicente do Portugalii, moje nadzieje rosły. Szczerze mówiąc jestem zadowolony z kariery, którą miałem, ale wiem, że mój talent pozwolał na więcej, na grę w lepszych ligach. Na wyspach mamy świetnych bramkarzy, ale bazujemy na naturalnym talencie. Nikt nie uczył nas detali, a to o to najbardziej chodzi – tłumaczył Vozinha.

Egzotyczne kraje, outsiderzy, radzą sobie póki co więcej niż dobrze. Katar i Republika Zielonego Przylądka sportowo się obroniły, zdobyły pierwsze punkty, Curacao – mimo dotkliwej porażki – świętowało historycznego gola. Haiti było o krok od remisu ze Szkocją. Sens ich obecności na mundialu został ostatecznie potwierdzony. Pięknie patrzeć, jak ich historie podziwia cały świat, jak stają się inspiracją dla kolejnych pokoleń.

Reklama

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

28 komentarzy
Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Felietony i blogi

Reklama