No i się zaczęło… [NIEWYDRUKOWANA TABELA]

Antoni Figlewicz

04 sierpnia 2026, 16:28 • 9 min czytania 7

Reklama
No i się zaczęło… [NIEWYDRUKOWANA TABELA]

Gdyby tak sędziowie podtrzymali formę z pierwszej kolejki, kurka wodna, świat byłby o wiele piękniejszy. Nie to że brakło tam mankamentów, wiadomo, idealnie to bywa rzadko kiedy. Po drugiej serii gier mamy jednak pełne ręce roboty w omawianiu i – niestety – naprawianiu decyzji arbitrów. Jest jak jest.

Reklama

W świecie idealnym tę robotę wykonałoby Kolegium Sędziów PZPN, ale ono akurat postanowiło wytłumaczyć sytuację oczywistą, w której sędzia Tomasz Marciniak zachował się modelowo i nawet podjął decyzję o karnym bez pomocy systemu VAR, co w ostatnim czasie nie jest raczej normą. Żeby było jasne – chwalimy i doceniamy, oczywiście. Ale sędziego, a nie Kolegium Sędziów, które z morza kontrowersji wartych dokładnej analizy wybrało sytuację, która kontrowersyjna nie jest.

Niewydrukowana tabela. Więcej błędów, Ekstraklasa wytrzyma!

A daleko szukać nie trzeba, bo ten sam arbiter w tym samym spotkaniu popełnił błąd, który mógł zaważyć na wyniku. Albo inaczej – sędzia Marciniak nie dostał pomocy kolegów z centrum VAR, gdy ta była naprawdę potrzebna. Sprawa dotyczy zresztą właśnie tego poprawnie podyktowanego karnego za rękę Drapińskiego.

Reklama

Strzał Bozicia obronił Gril, ale w momencie wykonywania jedenastki w pole karne wbiegł zbyt wcześnie Łabojko. To o tyle istotne, że później ewidentnie walczył on później o piłkę z dobijającym uderzenie kolegi Urygą. Pora na wycinek z przepisów gry od IFAB.

„Współpartner bramkarza zostanie ukarany za przedwczesne wkroczenie tylko wtedy, gdy:

  • przedwczesne wkroczenie wyraźnie wpłynęło na wykonawcę rzutu karnego;
  • zawodnik, który przedwcześnie wkroczył zagra piłkę lub atakuje przeciwnika w walce o piłkę, co uniemożliwi drużynie przeciwnej zdobycie bramki, próbę zdobycia bramki lub stworzenie sytuacji bramkowej.”

Zwracamy uwagę na drugi punktor. Łabojko atakuje Urygę w walce o piłkę, wyraźnie utrudnił dobitkę. Co za to grozi?

Reklama

„Gdy współpartner bramkarza dokonuje przewinienia:

  • jeżeli piłka wpadnie do bramki, uznaje się gola,
  • jeżeli piłka nie wpadnie do bramki, rzut powtarza się.”

Zatem poprawny werdykt powinien być tylko jeden – rzut karny, gramy to jeszcze raz. Zgodnie z zasadami „Niewydrukowanej tabeli” rzut karny uznajemy za równoznaczny z trafieniem, a tu należało się Wiśle ponowne wykonanie jedenastki. W związku z tym poprawiamy wynik szalonego meczu w Gliwicach – w wersji niewydrukowanej mamy tam 4:4.

Ale zaznaczmy to raz jeszcze – nie winimy za ocenę tej sytuacji Tomasza Marciniaka. Zawalił VAR, to jego asystenci od wideoanalizy – Paweł Malec i Paulina Baranowska – powinni to przewinienie wyłapać.

Reklama

Sędziowski koszmar w Katowicach. Dwa wielbłądy

Szkoda tylko, że to nie jest jedyny poważny błąd minionej serii gier. Koszmarny, ale to naprawdę koszmarny występ zaliczył w Katowicach sędzia Patryk Gryckiewicz. Gol samobójczy Tapsoby? W Lidze+ Extra Adam Lyczmański próbuje argumentować, że piłkarz Radomiaka też trzymał atakującego go Czerwińskiego, ale to trzymanie widzi chyba tylko on, sędzia Gryckiewicz i pomagający mu z centrum VAR koledzy. Bo Tapsoba walczy, ale o przeżycie. Czerwiński łapie go wpół i pcha w kierunku bramki, trudno interpretować to zagranie piłkarza GieKSy inaczej niż jak faul.

A skoro faul, to i gola samobójczego faulowanego Tapsoby być nie może. A skoro nie może, to zamiast 3:1 mamy 2:1. A na dokładkę jeszcze jeden poważny błąd Gryckiewicza i spółki.

Reklama

Bo co zrobił Rafał Wolski? A no my powiemy wam, co zrobił – ciosem kung-fu zaatakował kolano rywala i to bez dwóch zdań kwalifikowało się na bezpośrednią czerwoną kartkę. W 80. minucie meczu mieliśmy do czynienia z sytuacją z kategorii oczywistych, a jednak piłkarz Radomiaka obejrzał tylko żółty kartonik.

Tak, za TO obejrzał żółtą kartkę:

Na wynik w „Niewydrukowanej tabeli” ocena tej sytuacji nie wpływa – zgodnie z przyjętymi przez nas zasadami gra z przewagą zawodnika premiowana jest dodatkowym golem tylko jeśli przewaga trwa co najmniej 30 minut. Tu było tego czasu trochę mniej, ale poważny błąd skrupulatnie odnotowujemy. Sędzia Gryckiewicz, delikatnie mówiąc, nie popisał się w tym spotkaniu.

Reklama

Dwa tak poważne błędy sędziego w jednym meczu świadczą o tym, że jest bez formy. W takiej dyspozycji nie powinien prowadzić meczów Ekstraklasy, I ligi, II ligi, ani tym bardziej meczów międzynarodowych… – pisze, ostro zresztą, w swoim komentarzu dla TVP Sport Rafał Rostkowski. No i chyba wypada się z nim zgodzić.

Ręka Lisa jak ręka Diegueza, czyli… nic nie widać

Chcielibyśmy też jednoznacznie rozstrzygnąć jeszcze jedną sytuację z meczu GieKSy z Radomiakiem, ale chyba nie będziemy mieli ku temu okazji. Sędzia Gryckiewicz miał prawo tego nie widzieć, sędziowie VAR mogli nie mieć dostępu do dobrej kamery, a my nigdy nie będziemy wiedzieć na pewno, czy Dieguez zagrywał ręką, czy jednak nie. Podejrzenia mamy, tak samo jak tydzień temu w przypadku ręki Lisa, tylko teraz wszystko musiałoby zadziać się wewnątrz pola karnego.

Zerknijmy może, jak wygląda ustawienie kamer podczas meczu Ekstraklasy. Poniżej schemat z Przewodnika VAR wydanego przez PZPN.

Reklama

Czerwoną kropką oznaczyliśmy miejsce, w którym Dieguez zagrywa ręką

I tak, możliwe, nawet wysoce prawdopodobne, że dobrej kamery do oceny tej sytuacji zwyczajnie nie ma. A wtedy warto to rozpatrywać na korzyść sędziów, którzy podtrzymali decyzję z boiska.

W przypadku Lisa – czego Kolegium Sędziów nijak nie pokazało, choć chyba mogło, skoro zapewnia, że wszystko jest okej – widać chociaż piłkę i ręce piłkarza podejrzanego o przewinienie. Tutaj… no jest słabo, więc odpuszczamy i „varowcom”, i sędziemu Gryckiewiczowi.

Reklama

Łokieć grozy. Hamulić przekroczył przepisy

Jeśli to nie jest uderzenie łokciem w twarz, to już naprawdę nie wiemy, co nim jest. Sytuacja z 11. minut meczu Wisły Płock z Widzewem Łódź nie została uznana za godną podyktowania rzutu karnego, ale w sumie nie mamy pojęcia, dlaczego. Hamulić wykonuje nierozważne zagranie, zdzielił Kornviga łokciem i… od tego momentu mówimy o faulu Bośniaka. Jeśli był popychany, to dopiero potem, co nie może wpływać na decyzję arbitra dotyczącą jego przewinienia.

Nasz werdykt? Co tu dużo mówić, rzut karny dla Łodzian, więc i korekta wyniku w „Niewydrukowanej tabeli”. Zamiast remisu – 1:0 dla gości.

Choć warto jeszcze zerknąć na jedną sytuację z samej końcówki rywalizacji, w której ręką zagrywa we własnym polu karnym Shehu. Piłkarze Wisły od razu zareagowali i trudno im się dziwić, skoro pułka faktycznie trafia Albańczyka tam, gdzie nie powinna. To jednak przypadek, w którym rzutu karnego nie dyktujemy – zagranie jest zaskakujące, odległość niewielka, a na dodatek piłkę uderza w rękę kolegi inny piłkarz Widzewa. Decyzja? Bez jedenastki i ekipa sędziowska z Mateuszem Piszczelokiem na czele spisała się dobrze.

Reklama

Szarość, widzę szarość. Szarość widzę

Dobra, z kilkoma błędami się rozprawiliśmy, ale do oceny zostało jeszcze całkiem sporo. Rzućmy okiem na mecz Legii z Zagłębiem, w którym ekipa z Warszawy mogła zasłużyć na rzut karny. To o tyle trudna do oceny sytuacja, że naprawdę wiele czynników pasuje tu do dwóch przeciwstawnych interpretacji. Jedni powiedzą, że zagranie Nalepy podlega pod niebezpieczną grę, ale chyba nie ma tu ryzyka kontuzji u kopniętego ostatecznie Zjawińskiego. Ani u samego Nalepy, bo przepis brzmi w tej kwestii następująco:

„Gra niebezpieczna to zachowanie zawodnika próbującego zagrać piłkę w sposób grożący odniesieniem kontuzji komukolwiek (również samemu sobie). Definicja ta obejmuje sytuacje, gdy przeciwnik tak grającego zawodnika powstrzymuje się od zagrania piłki w obawie przed odniesieniem kontuzji.”

Reklama

Z drugiej strony zachowanie piłkarza Zagłębia może podlegać pod coś, co podręcznik definiuje w wersji polskiej jako „nieostrożność”. Znów przytoczmy fragment:

„Nieostrożność ma miejsce wtedy, gdy zawodnik swój atak wykonuje w sposób niedokładny, nieuważny i bez należytej ostrożności. Kara indywidualna nie jest wymagana.”

Wydaje nam się jednak, że Nalepa zachowuje się tu właśnie całkiem ostrożnie. Zagranie jest może nieco ekwilibrystyczne, ale jest dokładne, piłkarz Zagłębia skupia się na piłce, trafia ją, trudno posądzić go o nieuwagę. Czy brakło mu należytej ostrożności? Mimo wszystko warto zauważyć, że pewną dynamikę ruchu zachowuje też Zjawiński, który również walczy o piłkę. W tym wypadku nie karalibyśmy Zagłębia decyzją o rzucie karnym, choć są do jego podyktowania podstawy. To bardzo „szara” sytuacja.

Reklama

Jednoznaczna jest natomiast sytuacja, w której – znowu – znalazł się Rajović. Na napastnika Legii jakaś zła czarownica rzuciła klątwę i nawet jak wszystko zrobi dobrze, to los gola nie chce mu dać. Duńczyk trafił do siatki Zagłębia po rzucie rożnym, lecz w grze udział brał też będący w momencie zagrania piłki przez Rajovicia Deziel Jr., który utrudniał interwencję Buriciowi. Szukając dokładnego paragrafu w przepisach, wykonywał „ewidentne działanie, które jednoznacznie wpływa na możliwość zagrania piłki przez przeciwnika” oraz „utrudniał przeciwnikowi zagranie lub możliwość zagrania piłki przez wyraźne zasłonięcie mu pola widzenia„.

Mamy więc i pozycję spaloną, i spalonego, więc gola być nie może.

Faul na Molnarze? Ten upadek wygląda… dziwnie

Zerknijmy jeszcze na sytuacje z meczu Śląska z Rakowem, w którym piorunująca końcówka beniaminka zadecydowała o porażce jednego z naszych pucharowiczów. Największe kontrowersje budzi tu starcie Macenki z Molnarem, w którym piłkarz ekipy z Wrocławia trzymał rywala za koszulkę, a ten wywrócił się już w obrębie pola karnego. Zacznijmy od bardzo ważnej rzeczy, to warto podkreślać. W przepisach mamy taki fragment:

Reklama

„Jeżeli zawodnik drużyny broniącej rozpoczął zatrzymywanie przeciwnika przed polem karnym i kontynuuje zatrzymywanie go również w polu karnym, sędzia musi podyktować rzut karny.”

A to oznacza, że jeśli sędzia Marciniak uznałby, że Macenko faulował Molnara, to nie dyktuje w tej sytuacji rzutu wolnego, nawet jeśli przewinienie swój początek miało poza obrębem szesnastki. Rzecz w tym, że zdaniem arbitra przewinienia nie było, do czego i my się w tej sytuacji skłaniamy. Macenko faktycznie ciągnie Molnara za koszulkę, ale (poza jednym, krótkim fragmentem akcji, jeszcze przed polem karnym) nie zatrzymuje tym działaniem swojego rywala. Czynnikiem działającym na korzyść Macenki jest też zachowanie piłkarza Rakowa. Molnar dobiega z zawodnikiem Śląska do pola karnego i w nim po prostu się kładzie.

Przeciwnik nie zaczął działać na niego większą siłą, raczej nie spowodował tego upadku. Można uznać, że wszystko działo się jeszcze w ramach walki o piłkę. Choć chętnie poznamy wasze zdanie, bo sytuację uznajemy za naprawdę trudną do oceny – dobrze przycięte nagranie (choć z inną interpretacją tej sytuacji w jego opisie) znajdziecie tutaj.

Reklama

Ostatni – już naprawdę, obiecujemy – wycinek do analizy w tym wydaniu „Niewydrukowanej tabeli”. Znów pada Molnar, tym razem bez wątpienia faulowany, akurat przez Mokrzyckiego. Faul ma jednak miejsce przed polem karnym i nie ma statusu DOGSO, ponieważ nadal przed linią piłki i Molnarem mamy jeszcze jednego zawodnika Śląska, dobiegającego zresztą w kierunku Węgra. To oczywiście błąd Szymona Marciniaka, wynikający pewnie z tego, że na załączonej stopklatce nawet nie widać arbitra prowadzącego spotkanie. Z większej odległości mógł nie zauważyć, że Mokrzycki kopie rywala, a nie piłkę.

Reklama

***

Podsumujmy sobie drugą kolejkę. Cztery poważne błędy, które w dwóch przypadkach miały wpływ na podział punktów. Koszmarna forma sędziego Gryckiewicza, który – do spółki z siedzącymi w centrum VAR Pawłem Pskitem i Jakubem Winklerem – w dwóch ważnych momentach podejmował złe decyzje. No i po całkiem miękkim starcie trochę przetasowań w naszej niewydrukowanej tabeli, gdzie już zaczęliśmy trochę mącić przy zdobyczy punktowej poszczególnych zespołów… Jak mus, to mus.

Reklama

Fot. Newspix / Ekstraklasa TV / Canal+ Sport

7 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama