Emu rąbnął mu skarpetkę z namiotu. Gdy chłodził piwo w strumyku, nastraszył go diabeł tasmański. Z łatwością rozpoznał pająka, który ugryzł jego kolegę. W gęstych lasach Tasmanii poczuł się tak, jakby odbył podróż do przeszłości. Radosław Nawrot nie ukrywa wielkiej fascynacji Australią, zwłaszcza jej unikalną przyrodą. Zjechał ten kontynent wzdłuż i wszerz, zgłębił jego historię i zajmująco o tym opowiada. – Australia jest drugą stroną medalu, który mamy na szyi. Alternatywą naszego życia, światem zbudowanym według podobnego przepisu, ale z zupełnie innych surowców. Powstał tam taki świat, który jest do naszego podobny, ale jednak inny – mówi Nawrot w obszernej rozmowie z Weszło.
Radosław Nawrot jest dziennikarzem Interii, autorem bloga „Rana vulgaris” na Facebooku i – a może: przede wszystkim – pisarzem. Ma w dorobku takie książki jak „Góra Kościuszki”, „Australia, no worries! Część pierwsza: Tasmania”, „Gaspar da Gama” czy „W nogi, panie prezydencie”.
***
Jest pan podróżnikiem z dużym stażem. Ponad sto odwiedzonych krajów na koncie, zgadza się?
Rzeczywiście jest ich ponad sto, ale wolałbym na tym poprzestać. Nie w tym sensie, że nie chcę odwiedzać kolejnych, tylko nie chciałbym ich rachować, bo często ludzie mnie pytają, ile dokładnie jest tych państw i ja zawsze odpowiadam, że około stu. I tak jak warto być precyzyjnym w wielu kwestiach, tak akurat w tej wydaje mi się, że gdybym zaczął je dokładnie zliczać, to stałbym się kolekcjonerem, który zdrapuje sylwetki państw z mapy, a zupełnie nie o to chodzi w podróżowaniu moim zdaniem. Każda podróż jest inna, gdzieś tam byłem krótko, gdzieś indziej dłużej, a w jeszcze innym miejscu – kilkukrotnie.
Poza tym, jeżeli już mówimy o zdrapywanych mapach, które są teraz bardzo popularne, to ja się na czymś złapałem w przypadku Brazylii. Miałem taką mapę, gdzie przy kilku dużych państwach federalnych typu Brazylia, Stany Zjednoczone czy Indie można było zdrapać tylko poszczególne stany. I ja zdrapałem tych kilka brazylijskich stanów, w których byłem. Doszedłem wtedy do wniosku, że poznałem tę Brazylię tylko w jakimś niewielkim procencie. Więc tak naprawdę ją widziałem, czy też nie? To mi dało bardzo mocno do myślenia, że podróż podróży nierówna, pobyt pobytowi nierówny. Każda podróż to inne emocje, doświadczenia.
Nie wyznaczył pan sobie za cel odhaczenia wszystkich państw świata?
Pewnie, chciałbym, ale nie na zasadzie kolekcjonerskiej, czyli odhaczenia wszystkich krajów. To jest takie słowo, którego w kontekście podróży nie chciałbym w ogóle używać. Interesuje mnie po prostu każde miejsce, w którym nie byłem, a także większość miejsc, w których już byłem. Ja jestem kolekcjonerem, kolekcjonuję wiele rzeczy, ale nie wrażenia z podróży. Zresztą wiem, że są takie państwa na świecie, do których prawie na pewno się w swoim życiu nie udam. Z wielu powodów. Po pierwsze, bo zabraknie mi czasu. Po drugie, bo zabraknie mi pieniędzy. I po trzecie, bo jest to praktycznie niemożliwe z uwagi na utrudniony wjazd lub panujące tam niebezpieczeństwo.
Radosław Nawrot: Nie chcę odhaczać krajów. Nie kolekcjonuję wrażeń z podróży
Wraz z kolejnymi podróżami rośnie satysfakcja, że coraz więcej pan widział, czy przeciwnie: wzrasta niedosyt, że to jeszcze nie wszystko, że jeszcze tyle zostało do odkrycia?
Niedosyt mam już za sobą. Rzeczywiście był taki moment, kiedy chciałem tylko więcej i więcej. Potrafiłem odbyć kilka dużych podróży w ciągu roku, ale w tej chwili – chyba przyszło to z wiekiem – już tego niedosytu nie ma. Z wiekiem przychodzi raczej zadowolenie z tego, co udało się zobaczyć, osiągnąć i przeżyć. Jestem zadowolony, że nauczyłem się trochę odpuszczać i wiem, że tych wszystkich 200 państw na pewno nie zobaczę w swoim życiu. A nawet gdybym się uparł, że chcę to zrobić za wszelką cenę, to rzeczywiście zamieniłoby się to w odhaczanie kolejnych kierunków, a to mnie nie interesuje.
Ciekawość świata łączy pan z przywiązaniem do Poznania, lokalnym patriotyzmem.
Bo kawa nie wyklucza herbaty. W tej chwili rozpoczyna się mundial i ja z nim emocjonalnie jestem tak samo związany i tak samo mnie interesuje jak mecz Lecha Poznań. Nie biorę tu ślubu z jedną osobą, nie muszę wybierać. Mogę ten ślub wziąć z wieloma pasjami i chętnie to robię. Świat jest interesujący w wielu wymiarach i to są na przykład wymiary lokalne. Nauczyłem się tego po wyprowadzce z Poznania. Mieszkam teraz w takiej małej miejscowości, praktycznie na wsi, i jest mi z tym dobrze. Bardzo lubię ten swój mikroświat, ale tak samo lubię ten troszkę większy świat. I wreszcie ten cały, ogromny, globalny.
W kibicowaniu takim mocnym, pełnym sercem, zawsze najbardziej przerażały mnie hasła spod szyldu: „tylko”. Na przykład „tylko Lech Poznań”. Ja wiem, że to jest retoryka, a ludzie, którzy to krzyczą, nie ograniczają swojego życia tylko do Lecha Poznań. Ale gdyby nie daj Boże tak było, to jest to przerażające. Świat jest zbyt ciekawy, żeby używać słowa „tylko”. U mnie nie ma „tylko”.
Nawiązałem do tego, bo paru ważnych polskich podróżników pochodzi właśnie z Wielkopolski. Inspirowali pana?
Ja jestem bardzo silnie związany emocjonalnie z postacią Pawła Edmunda Strzeleckiego. Naszego ziomalka z Wielkopolski. Poznaniaka, można powiedzieć, bo on się urodził w miejscu, które wtedy w Poznaniu się nie znajdowało, a teraz już się znajduje. I kiedy ja byłem dzieckiem w latach 80., to się o Pawle Edmundzie Strzeleckim sporo mówiło, w zasadzie każdy o nim słyszał. Dzisiaj wiedza jest dużo mniej powszechna, ludzie mniej wiedzą, dużo mniej słyszeli, mniej kojarzą. I zauważyłem, że o takim Strzeleckim wie się obecnie niewiele. Zrozumiałem to kilka lat temu, kiedy zabrałem się do pisania książki o nim. Ludzie związani ze Strzeleckim poprosili mnie, żebym taką książkę napisał. Ja powiedziałem, że w porządku, ale jestem powieściopisarzem, więc mogę napisać tylko beletrystkę, a nie reportaż czy jakiś taki dokument pisarski, bo to mnie nie interesuje. I taką książkę napisałem.
Nazywa się „Góra Kościuszki” i opowiada o jednej z najważniejszych wypraw Pawła Edmunda Strzeleckiego do Australii. No i kiedy ta książka trafiła do rąk czytelników, to okazało się, że bardzo wiele osób dopiero odkrywa tę postać. Że albo w ogóle o Strzeleckim nie słyszeli, albo go tak za bardzo nie znali. Dało mi to dużo do myślenia, bo taki Strzelecki, jeżeli posługujemy się już jego przykładem, on jest szalenie popularny w Australii. Ja już nie mówię, że ma tam swoje góry, choć najwyższy szczyt Australii nazwał Górą Kościuszki. Ale też jego nazwiskiem nazwano wiele miejscowości. Jest tam znany, w Polsce mniej. Trochę na zasadzie, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.

Australia (Dhilba Guuranda–Innes National Park)
Natknąłem się na wiele takich przypadków. Ignacy Domeyko w Chile. Chilijski bohater, w Polsce mało znany. Ernest Malinowski w Peru, wielka postać tego kraju. Więc cóż, coś w tym jest. Z drugiej strony pamiętam taką sytuację, kiedy byłem w Stanach Zjednoczonych, przebywałem wtedy w Nowym Orleanie, i miałem jeszcze trochę czasu do wylotu. Zostało mi kilka dni i postanowiłem jeszcze gdzieś pojechać. Wybrałem Memphis, czego nie żałuję – wspaniałe miasto, moje wspaniałe odkrycie. Droga do Memphis trwała dwa dni i ja po drodze musiałem się jeszcze gdzieś zatrzymać. Znalazłem na mapie stanu Mississippi miejscowość Kosciuszko. Oczywiście mój wybór nie mógł paść na inne miejsce. No i kiedy byłem w tym Kosciuszko, to pytałem miejscowych Amerykanów, czy znają genezę nazwy swojej miejscowości. Pochodzi stamtąd Oprah Winfrey, tak na marginesie. Co się okazało: ci ludzie nigdy nie słyszeli o Kościuszce.
Zacząłem się zastanawiać, jak to jest. Ktoś mieszka gdzieś całe życie i nie zainteresowało go, skąd się wzięła nazwa jego miasta? Co tu się działo, jaka historia się za tym kryje? Ale doszedłem do wniosku, że widocznie tak musi być. Są rzeczy, które jednych interesują bardzo, a innych wcale. Gorzej, gdy kogoś nie interesuje nic.
A co u pana było pierwsze: zamiłowanie do podróży czy do przyrody? Zawsze mi imponuje, gdy na X na podstawie zdjęcia potrafi pan rozpoznać dowolnego ptaka, o jakiego zostanie pan zapytany.
Fakt, że wiele osób – i to nie tylko moich znajomych, także zupełni nieznajomi – wysyłają mi zdjęcia zwierząt do rozpoznania. I to nawet teraz, mimo że mają do dyspozycji Chat GPT, który może takie zwierzę rozpoznać. Od razu ostrzegam, żeby mu nie ufać, bo straszliwie konfabuluje i wymyśla nieprawdopodobne bzdury. No i ludzie wysyłają mi takie zdjęcia, zawsze robiąc to nie w porę, bo ja jestem akurat bardzo zajęty. Kiedy dostaję takie zdjęcie, to mówię: nie no, kurczę, naprawdę, nie teraz. Nie mam czasu, może później. Wracam do swoich zajęć. Ale mija 30 sekund, no i nie daje mi to spokoju. Wracam do tego zdjęcia i próbuję rozpoznać zwierzę na tyle, na ile potrafię. Co tu dużo mówić, no miłości nie oszukasz. Przyroda i zwierzęta to jest moja wielka miłość.
Zawdzięczam ją wielu osobom. Jedną z nich jest David Attenborough, który niedawno obchodził setne urodziny. Przyznaję, świętowałem je osobiście – właśnie dlatego, że jest to jeden z moich guru. Jeszcze w PRL-u, kiedy nie było dostępu do niczego, oglądałem jego filmy transmitowane przez polską telewizje, to było „Życie na Ziemi”, no i po prostu zbierałem tę swoją szczękę z podłogi, jeszcze z mlecznymi zębami. Tak to się zaczęło, miałem wtedy może sześć lat. Zacząłem szukać informacji, głównie w książkach. A moi rodzice byli na tyle kumaci, że kiedy widzieli, że coś mnie interesuje, to podsuwali. I podsuwali. Polecam robić tak w przypadku własnych dzieci czy, nie wiem, siostrzeńców, bratanków. Podsuwać im różne rzeczy i zobaczyć, co chwyci. Bo coś chwyci. A wtedy trzeba kuć żelazo.
Celna rada.
No i ja zacząłem się zaczytywać w „Tomku Wilmowskim” Alfreda Szklarskiego. A wraz z lekturą narastała we mnie taka chęć, żeby też pojechać. I samemu zobaczyć te krainy, te zwierzęta. Nie ukrywam, że moje podróże w dużej mierze są podyktowane właśnie zwierzętami – za nimi przede wszystkim ganiam.
Tak było również z Australią?
Zdecydowanie tak. „Tomek w krainie kangurów” to była jedna z pierwszych książek, które przeczytałem jako dziecko. Bardzo mnie zafascynowała i ten przyrodniczy fenomen Australii też był dla mnie niezwykle interesujący. Bo Australia jest drugą stroną medalu, który my mamy na szyi. Taką alternatywą naszego życia, światem zbudowanym według podobnego przepisu, ale z zupełnie innych surowców. Czyli powstał tam taki świat, który jest do naszego podobny, ale jednak inny. Ja się w Australii – będąc w niej, myśląc o niej – czułem trochę jak na innej planecie. Pewne schematy życia są podobne, ale jednak inaczej to wygląda.
To jest życie oparte na torbaczach, na stekowcach. Na takiej swego rodzaju konwergencji, gdzie dwie istoty żyjące w podobnych warunkach, ale w innych miejscach na świecie, do pewnego stopnia zaczynają wyglądać podobnie. To jest naprawdę fascynujące. Na przykład: delfin, rekin. Albo: jeż, jeżozwierz. Nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak wyglądają podobnie. Tak samo jest ze zwierzętami australijskimi i naszymi. Bardzo chciałem to zgłębić, zobaczyć na własne oczy. I dlatego uganiałem się w Australii za tymi zwierzętami. I obserwowałem to, w jaki sposób obcują tam z nimi ludzie, co też jest dość niezwykłe.
No a osobną kartą tego rozdziału, tej książki, była Tasmania. Jeśli Australia jest planetą, to Tasmania jest takim jakby księżycem, satelitą. Gdzie znajdziemy jeszcze inną rzeczywistość i jeszcze inne istoty. To fajne i metaforyczne, że Australia jest po drugiej strony kuli ziemskiej i zarazem jest negatywem czy rewersem naszego życia przyrodniczego, czy w ogóle naszego życia.
Radosław Nawrot: Australia jest drugą stroną medalu, który mamy na szyi
To też o tyle ciekawe, że akurat Australia dla nas – w sensie: Europejczyków – późno zaistniała jako kontynent odkryty i zbadany.
Bardzo późno. Wtedy zresztą wydawało się, że jest ostatnia, stąd jej nazwa. Australia, bo australis. Sądzono, że dalej na południe już się nie da, że to już koniec i dotarliśmy wreszcie na kraniec świata. Wtedy jeszcze nie wiedziano, że dalej na odkrycie czeka Antarktyda. No ale rzeczywiście, Australię odkryto późno i wtedy wszystko tam przyspieszyło. Kiedy ktoś pojedzie do Australii, a także do Nowej Zelandii, australijskiej sąsiadki, to na lotnisku może doświadczyć scen, których na co dzień nie obserwujemy. Dochodzi do bardzo gruntownych przeszukań bagaży. Ale nie w poszukiwaniu narkotyków, jakiejś nielegalnej waluty czy co tam się jeszcze przemyca. W poszukiwaniu związków organicznych. Jakiegoś jedzenia, nasion. Kanapek z wołowiną. Opisałem to w książce „Australia, no worries”, gdy moja znajoma – wbrew ostrzeżeniom – próbowała taką kanapkę wnieść. I wywęszył ją taki mały labrador na lotniku w Melbourne.
Było nieprzyjemnie?
To nam uświadomiło, że takich rzeczy naprawdę do Australii wwozić nie wolno. Australia jest krajem napisanym bardzo dużymi literami, wszystko dokładnie tłumaczą i sens tych obostrzeń również wytłumaczyli. Tam zawleczono wiele roślin, zwierząt, całą masę inwazyjnych gatunków, które zdemolowały, wywróciły do góry nogami życie australijskie. Teraz bardzo pilnują tego, aby tak nie było. Australia pokazuje jak na dłoni, czym są inwazyjne gatunki. Mi pokazała to nawet wcześniej, niż doświadczyłem tego w Polsce. A doświadczyłem na przykład, kiedy na moim tarasie w zeszłym roku pojawił się szop pracz. Mam to sfilmowane. To jest inwazja obcego gatunku, którą Australia zna doskonale. To nie są tylko te słynne króliki, z którymi Australijczycy walczyli, bo jeden facet w Nowej Południowej Walii je wypuścił, żeby móc do czegoś postrzelać, a one rozmnożyły się w nieprawdopodobnym tempie. Jest wiele innych istot, z którymi teraz trudno walczyć, a wypierają te miejscowe.
Nie wiem, czy wszyscy słyszeli o takim projekcie jak Predator Free 2050. To jest projekt nowozelandzki. Otóż Nowozelandczycy uznali, że do 2050 roku wyeliminują wszystkie obce drapieżniki, jakie się na tych wyspach znalazły, takie jak chociażby gronostaje, oposy, szczury, a także dzikie koty. Po prostu, fizycznie wyeliminują.
W Polce też tę kwestię dzikich czy wychodzących kotów coraz częściej się podnosi.
Mówię teraz jako zagorzały kociarz. Mam koty, uwielbiam je, ale wiem, co one potrafią zmajstrować. W Australii na te koty się poluje. Są rzeczywiście przekleństwem, które doprowadza do zagłady wiele bardzo małych zwierząt, no i tak to wygląda.
Było to dla pana ważne w Australii, by szukać tropów przedkolonialnych?
Zdecydowanie. Australia była taką jałową gazą. Bandażem nieskażonym, do którego Europejczycy dotarli. I to jest trochę jak zasadą empiryzmu, że gdy coś zaczynamy obserwować, to samą obserwacją to zmieniamy. Postawienie tam stopy przez Europejczyków zmieniło ten świat. Ostatni taki świat, jakiego nie znaliśmy. Strasznie mnie to boli, a właściwie to smuci, że ja już tej pierwotnej przyrody australijskiej nie jestem w stanie zobaczyć. Zresztą: w pewnym sensie dotyczy to każdego zakąta globu, tak mocno został on zmieniony. To jest pewien rodzaj makdonaldyzacji także i życia przyrodniczego. Wszyscy zaczynamy robić to samo, jeść to samo, ubierać się tak samo, wyglądać to samo i w ogóle wszystko jest takie samo wszędzie, niezależnie od tego, czy to jest Polska, Japonia, Stany Zjednoczone czy jakikolwiek inny kraj. Tego doświadcza również przyroda. Te gatunki inwazyjne, które się pojawiają, właśnie tę makdonaldyzację powodują.

Australia (Dhilba Guuranda–Innes National Park)
Australia ma oczywiście swoje miasta, również metropolie na wybrzeżach, ale domyślam się, że pana najbardziej interesował interior. To kolosalne, australijskie pustkowie.
Oj tak, oj tak. Australia to jest taki kraj, no nie wiem – jakbyśmy próbowali nałożyć Polskę na mapę Australii, co zresztą kiedyś próbowałem zrobić, to ona zajmuje tylko taki maleńki wycinek, może trochę większy od Tasmanii. Pamiętam, jak ktoś mnie kiedyś zapytał, jaka jest pogoda w tej Australii… No ale, kurczę, gdzie konkretnie?
Bo jeśli wsadzimy z kolei Australię na mapę Europy, to jedna jej część sięgnie Norwegii, a druga zahaczy o Maroko. I jak tu powiedzieć, jaka jest pogoda między Norwegią i Marokiem? No nie tak łatwo. A na tym gigantycznym obszarze mieszka przecież połowa ludzi mieszkających w Polsce. To jest gęstość zaludnienia na poziomie dwa z hakiem mieszkańca na kilometr kwadratowy, ale jeśli wyłączymy miasta – Sydney, Melbourne, Brisbane, Adelaide – to mamy tylko pół człowieka na kilometr kwadratowy. Czyli – nie ma tam kompletnie nikogo. To jest rzeczywiście niezwykłe. Mój rekord w Australii to ponad 500 kilometrów przejechanych po kraju bez spotkania istoty ludzkiej na swojej drodze. Tak jakbym z Poznania pojechał do Krakowa i nikogo po drodze nie spotkał.
To zmienia myślenie. Powiedziałbym kolokwialnie, że ryje banię, gdy tych ludzi nie ma. To sprawia, że zaczynamy się zachowywać inaczej wobec jakiegokolwiek człowieka, którego uda się nam spotkać. Kiedyś zjechałem na pobocze – już nie pamiętam, po co, może żeby zrobić jakieś zdjęcie – i tak się złożyło, że akurat nadjeżdżała australijska ciężarówka. One są tam nazywane road trains, „pociągi drogowe”, bo czasami mają wiele naczep. No i kierowca tej ciężarówki zobaczył mnie, zwolnił, uchylił szybę i wysunął tak kciuk do góry. To było pytanie: wszystko w porządku z tobą, kolego? Ja też mu wysunąłem kciuk, że wszystko okej i dopiero wtedy pojechał dalej.
Oni nie zostawiają człowieka w potrzebie. Jeśli ktoś stoi na poboczu, trzeba się zainteresować. W ogóle jeżeli ktoś się pojawi w zasięgu wzroku, to trzeba go pozdrowić. Bo to po prostu nie jest takie częste, a kontakt z człowiekiem staje się wtedy cenny. Jeżeli ktoś ma ciotkę w Perth, a mieszka w Melbourne, będzie ją widywał rzadko. I to jest istotne. Australijczycy chyba nauczyli się żyć w samotności. A może nie tyle w samotności, co bez drugiego człowieka. Radzą sobie z tym. W ogóle musieli przejść szkołę życia, bo do Australii potrzebna jest instrukcja obsługi. Oni mają inny sposób patrzenia na czas. Postrzeganie czasu, odległości, wszystkiego. Dla Australijczyka dzień w tę czy w tamtą to nie jest jakiś wielki problem.
Pełen luz?
Pamiętam taką sytuację, kiedy jechałem przez Australię Zachodnią i znalazłem się na zablokowanej drodze. Były ustawione takie szlabany, obok nich stali rangersi w tych kapeluszach. Pytam się ich, co się stało. Oni mówią: bushfire. Busz płonie. Pytam więc, co teraz, co mam dalej robić. No nic. Nie przejedziesz, ale tu jest obok taka miejscowość, możesz tam zjechać i sobie przeczekać. A ile potrwa ten ogień? Kto to może wiedzieć! Może dzień, może tydzień, może dwa tygodnie, przyjacielu. Zależy jak wiatr powieje. I dla nich to tak jest: parę dni w tę, parę dni w tę. Tam się mówi, że – powiedzmy – droga z punktu A do punktu B zajmie około tygodnia. OKOŁO tygodnia. A to równie dobrze może być pięć dni, jak i dziesięć dni. Zobaczymy. No worries, jak mówią Australijczycy. Nie rób z tego zagadnienia.
To postrzeganie czasu i przestrzeni, dość niezwykłe, połączyło Australijczyków z Aborygenami. Ci z kolei nie za bardzo wiedzą, o czym my mówimy, jeśli chodzi o odmierzanie czasu. Dlatego Australia uczy tego, żeby nie gnać. W samym sercu Australii – totalne pustkowie, pusta droga, nie ma kompletnie nikogo po horyzont – mamy ograniczenie prędkości do 120 km/h. Czy tam 110, już teraz nie pamiętam. Są nawet fotoradary, jeżeli się przekroczy prędkość, przyjdzie mandat. Ale tam nie ma sensu gnać. Droga nie ucieknie, czasu jest dosyć, nie ma sensu aż tak bardzo się spieszyć. Dotrzemy na miejsce wtedy, kiedy dotrzemy.
Radosław Nawrot: Australia ma gigantycznego kaca moralnego względem Aborygenów
Da się jeszcze w Australii wyczuć wyrzuty sumienia względem autochtonów?
To jest mało powiedziane. Australia ma tak gigantycznego kaca moralnego, który jest z tym związany, że oni aż przesadzają. O ile można w tej sprawie przesadzić. To, co Australijczycy zrobili Aborygenom, to jest coś okropnego. Chyba nie jesteśmy nawet do końca tego świadomi. Mamy historię własnych zbrodni w Europie, o nich więcej wiemy. Ale to, co zrobili Australijczycy – no, należałoby powiedzieć: Brytyjczycy – w czasach kolonialnych, to też był holokaust. Ludobójstwo na gigantyczną skalę. Aborygenów traktowano jak zwierzęta. Ja kiedyś, przygotowując się do pisania o Australii, wertowałem takie akta sądowe dotyczące rozmaitych spraw związanych z zabójstwami Aborygenów. I tam była taka historia ze stanu Queensland, że zaginęła dziewczynka w buszu. Cała okolica jej szukała, w końcu ją znaleźli, ale niestety była martwa. Nie wiadomo, co się z nią stało, ale podejrzenie natychmiast padło na Aborygenów. Bo w pobliżu obozowała ich grupa.
Kiedy to się działo?
Lata 30. XIX wieku, 1838 rok. I w tej sytuacji ci ludzie, którzy poszukiwali tej dziewczynki, po prostu schwytali tych Aborygenów i wszystkich wymordowali. Doszło wtedy do procesu, pierwszego w historii Australii w takiej sprawie. Podczas tego procesu zabójcy tych Aborygenów nie rozumieli, o co się ich w ogóle oskarża. Dlaczego nie mogli zabić tych Aborygenów? Przecież kangury się zabija, zwierzęta się zabija. To było dla mnie straszne. Aborygenów skrzywdzono na tak wielu poziomach… Mamy też w Australii to utracone pokolenie, czyli zjawisko odbierania dzieci aborygeńskim rodzinom, ponieważ prawo australijskie uznało, że Aborygeni nie są zdolni do wychowywania swoich dzieci. Że lepiej im je odebrać i wychować w rodzinach białych Europejczyków, żeby zintegrowały się ze społeczeństwem. Po prostu przyjeżdżał urzędnik i zabierał dzieci tym rodzicom. To jest niewyobrażalna krzywda i niebywałe tragedie. Premier Australii przeprosił za to po kilkudziesięciu latach.
Dzisiaj mamy w Australii na przykład podwójne nazewnictwo wielu nazw geograficznych, żeby ten język aborygeński uhonorować. Czy w zasadzie jeden z języków, bo było ich przecież tak wiele. Mówi się już Uluru, nie Ayers Rock. Są takie gesty. Ashleigh Barty – australijska tenisistka, która skończyła karierę zostawiając pierwszą pozycję w rankingu do obsadzenia – po zwycięstwie w Australian Open powiedziała do Aborygenów: „jestem jedną z was”. To się wszystko dzieje, ale ciężko będzie wszystkie te krzywdy naprawić. Nie wiem, czy to w ogóle możliwe, bo pamiętam Billa Brysona, który pisał „Śniadanie z kangurami”. On tam użył sformułowania, że to są dwa równoległe światy. Australijczyków i Aborygenów. Jego zdaniem żyją w różnych wymiarach i ciężko te dwie rzeczywistości połączyć.
Pan próbował Aborygenów poznać?
Nie jest to łatwa sprawa, nie są łatwi w kontakcie. Pamiętam taką jedną scenę… Chociaż nie wiem czy mogę się tak rozgadywać.
Pewnie, że tak.
To było wnętrze Australii, jechałem w kierunku terytorium północnego. W Australii tak to wygląda, że są takie miejsca na pikniki z blaszanymi piecami, gdzie można sobie przygotować i podgrzać posiłek. Warunek jest jeden, żeby po sobie posprzątać. Zatem zatrzymaliśmy się z przyjaciółmi w takim miejscu i zauważyliśmy, że siedzi tam również grupa Aborygenów, którzy tam sobie ucztowali. Pili też alkohol. Były tam dwie kobiety, jedna taka młoda. I pamiętam, że kiedy skończyliśmy jeść i wracaliśmy do samochodu, to moja koleżanka – coś ją podkusiło – zagadnęła tych Aborygenów. Jedna z tych kobiet miała dziecko, niemowlę na ręku. I ta moja koleżanka jakoś tam zagaiła: o, jakie tutaj dziecko, to twoje dziecko? Tak sobie po prostu zagadnęła. Tymczasem ta kobieta wpadła w panikę. Zaczęła się po prostu trząść. Mówiła: tak, tak, to moje dziecko, ale ja nic nie piłam, przysięgam, nie zrobiłam nic złego. Pomyślałem, kurczę… Jak zaszczuty pies.
Ta scena zrobiła na mnie duże wrażenie. Ale teraz to się chyba już zmienia. Nie wiem jednak, czy Aborygeni kiedykolwiek będą tak w stu procentach częścią tego społeczeństwa. Zwłaszcza, że nie jest ich tak wielu. Zresztą uderzyło mnie również to, że oni się rzadko buntowali. Byli mordowani, gnębieni, krzywdzeni, ale buntów było niewiele. Ich sytuacja trochę przypomina mi los Indian w Ameryce Północnej, których też traktowano jak podludzi. Ale oni się jednak buntowali. Mieli swoje powstania i to czasami całkiem mocne. Aborygenom czegoś takiego brakowało. Nie mieli chyba przywódców, trochę jak takie potulne baranki. Dopiero kiedy ktoś w Australii przejrzał na oczy i stwierdził, że tu się działy przez lata rzeczy okropne, los Aborygenów zaczął się poprawiać.

Eddystone u południowego wybrzeża Tasmanii
A co jest wyjątkowego w Tasmanii?
To zupełnie inny świat. Wyspa, rozmiarem porównywalna do Polski. Zatem ten czas, ta przestrzeń, jest tam już postrzegana inaczej. Tam z kolei zawsze i wszędzie jest blisko. Rosną tam wielkie lasy, nie ma pustkowi. Spora część tej wyspy, zwłaszcza zachodnia jej część, jest pokryta lasami w parkach narodowych. Ale to nie są takie lasy, jakie my znamy z Europy. To nie są nawet lasy, jakie znamy z Australii. Jakieś gaje eukaliptusowe, coś w tym rodzaju. To zupełnie coś innego. Lasy, jakich ja w życiu nie widziałem. Trochę jakbym się przeniósł w czasie. Kiedy spacerowałem wśród tych wielkich, drzewiastych paproci na Tasmanii, to zastanawiałem się, kiedy mi jakiś dinozaur wyskoczy z tych zarośli. Albo jakieś inne zwierzę, już wymarłe. Przedstawiciel megafauny. Bo Australia miała swoją niesamowitą wręcz megafaunę. I to naprawdę „mega” – te naprawdę, naprawdę duże zwierzęta. Faktem jest, że niektóre z nich zachowały się właśnie tutaj.
Diabeł tasmański żyje w Tasmanii, chociaż zaczęli go – ku wielkim protestom – osiedlać w Nowej Południowej Walii i Queenslandzie. Tutaj żył wilkowór tasmański. Mówię: żył, bo to zwierzę od 1986 roku jest oficjalnie uznawane za wymarłe. Ale proszę to powiedzieć Tasmańczykowi! Oni tego nie dopuszczają do głowy, że wilkowór mógł wymrzeć. Mówiłem o konwergencji, tym upodabnianiu się do siebie. Wilkowór to był torbacz. Taki sam jak koala czy kangur, ale drapieżny. Z pyskiem wilka, ciałem kuny, paskami tygrysa. Taki torbacz, który upodobnił się do drapieżników, jakie znamy z naszego świata. Ale pozostał torbaczem. Jego młode rodziły się wielkości fasolki, bo na tym polega bycie torbaczem, że nie ma tej klasycznej, wielomiesięcznej ciąży. Dziecko rodzi się jako embrionek i rozwija w tej tobie.
Ten wilkowór, zwany też wilkiem workowatym, bo tak bardzo wilka przypominał, był kiedyś największym drapieżnikiem w Australii. Potem – tylko na Tasmanii. Aż w końcu wymarł. Prawdopodobnie wybity przez białych osadników ze względu na konflikt o owce, tak mówiąc w największym skrócie. Dziś jest w Tasmanii mitem.
Mitem, który gdzieś wśród tych paproci i drzew ciągle przemyka. Jego duch się tam unosi. Tasmańczycy uważają, że on tam jest, że nie wymarł, tylko trzeba go dobrze poszukać, a w lesie tasmańskim nie jest łatwo cokolwiek znaleźć. Ja wprawdzie jeszcze nie wiedziałem, żeby jakiekolwiek zwierze wymarłe – a nazywam tak wilkowora tylko dlatego, że Tasmańczycy nas nie słyszą – tak mocno oddziaływało na ludzi, na kulturę, na postrzeganie przyrody. Wilkowór jest tam wszędzie. Nawet na etykietkach piwa. Gdzie się człowiek nie ruszy, natrafia na symbolikę związaną z wilkoworem. W gruncie rzeczy wymarł, ale nie wymarł. To jest niesamowite. To jest Tasmania, w której nigdy nie mówi nigdy. Tasmania, gdzie człowiek – mimo że jest na tej wyspie tu i teraz – czuje się, jakby przebywał w przeszłości.
Wszystko to brzmi ekscytująco, jest tylko jeden problem. Przecież w każdym zakamarku Australii na człowieka czyha jakiś wielki pająk.
Czasami miałem takie wrażenie! Zwłaszcza gdy nocowałem pod namiotem. Oczywiście zawsze sprawdzałem na wszelki wypadek, czy w okolicy nie ma śladów dingo, bo to niby taka słodka psinka, ale on ze słodkim pieskiem wcale nie ma dużo wspólnego. Pamiętam, jak mnie jeden Australijczyk – zresztą pijany w sztok – wyrzucił z kempingu mówiąc, że jestem stupid or something, jeśli chcę nocować w miejscu, gdzie są krokodyle. Pamiętam, jak emu rąbnął mi skarpetkę z namiotu. Po prostu siedziałem sobie w namiocie, nagle ktoś wsadza głowę i buch! Myślę: co, gdzie, na tym pustkowiu? A to był emu. No i tych pająków też trochę było.
Australia ma taką reputację kontynentu, w którym jadowite jest wszystko i wszystko tylko czeka, żeby człowieka zabić. Rzeczywiście na wielu stacjach benzynowych czy punktach postoju w Australii są różnego rodzaju tablice ostrzegawcze typu: 10 najbardziej niebezpiecznych zwierząt w Australii. One są tam wymienione. Na co trzeba uważać, co trzeba robić w przypadku spotkania. Choć na pierwszym miejscu wcale nie są pająki, tylko kostkomeduza śmiercionośna. Taki parzydełkowiec. Taka meduza, którą wielbiciele kina mogą pamiętać z romansidła „Siedem dusz” z Willem Smithem i Rosario Dawson. To jest przepiękne zwierzę, ale jednocześnie ekstremalnie groźne w wodach wokół Australii. A jeśli o te pająki chodzi, no to oczywiście, że są. Podkopnik australijski, czyli atrax. To w okolicach Sydney.
Groźny?
To jest w zasadzie pająk, który – jak Argentyna z Francją w finale mistrzostw świata – zacięcie walczy z wałęsakiem brazylijskim o miano najbardziej jadowitego pająka na świecie. Jest też pająk, który nie ma polskiej nazwy, ale tam nazywa się go redbackiem z uwagi na to, że ma na plecach taką czerwoną smugę. To jest krewny czarnej wdowy, karakurta, innych tego rodzaju pająków. Redback również może być groźny, choć – z tego co wiem – redbacki nie zabiły nikogo od wielu, wielu lat. Zwłaszcza od czasu, gdy surowica weszła do powszechnego użycia w Australii. Mojego kolegę ugryzł taki redback, kiedy byliśmy w okolicach Uluru.
Po dłuższej podróży, potrzebowałem trochę relaksu, a była tam tancbuda, do której z dwiema koleżankami się udaliśmy, żeby potańczyć do rana. I około trzeciej, wracając z tej tancbudy, spotkaliśmy kolegę, który szedł w moją stronę. Mówię: co ty tu robisz? A on na to, że właśnie mnie szuka, bo ugryzł go pająk. Miał na tyle rozumu, że tego pająka złapał, miał go w kapeluszu. Jak tylko zobaczyłem tę czerwoną pręgę na grzbiecie, to wiedziałem, że jest to redback. Australijski lekarz oczywiście stwierdził, że ukąszenie nie jest takie poważne, że nie ma co przesadzać. Dał jakąś surowicę, skasował 150 dolarów i kazał przyjść jutro. To tyle.
Zatem rzeczywiście tych niebezpiecznych zwierząt trochę jest, bo do pająków dochodzą węże. Jest tego dużo, trzeba się nauczyć z tym żyć. Wystarczy, że będzie się pamiętało, żeby wytrzepać buty przed założeniem, sprawdzić śpiwór przed wsadzeniem do niego nóg. Ogólnie zawsze lepiej rozejrzeć się po ścianach.
Radosław Nawrot: W Tasmanii człowiek się czuje, jakby przebywał w przeszłości
A za sportowymi akcentami w Australii się pan rozglądał?
Moje sportowe odkrycia w Australii są niesamowite. W samym sercu tego kraju znalazłem kiedyś nieczynny tor żużlowy. To mi przypomniało, że Australijczycy, jeśli chodzi o żużel, to potęga. Albo byli potęgą, nie wiem, na żużlu tak bardzo się nie znam. Oni mają swoje rugby, swój futbol australijski, zresztą dość brutalny. Mają krykieta. Ale piłka nożna to piłka nożna. Kiedy w Australii odbywały się mistrzostwa świata kobiet, zresztą całkiem niedawno, to widzieliśmy, co tam się działo. Jak cała Australia żyła tym turniejem. Więc zakładam, że piłkarskie mistrzostwa świata też do Australii trafią. Jestem o tym w zasadzie przekonany.
Australijczycy mają na koncie ten słynny rekord zwycięstwa 31:0 nad Samoa Amerykańskim. Najwyższa wygrana w historii w spotkaniu o stawkę. Historia owiana legendą, pokazywana w filmach. Ten nowszy, „Next Goal Wins” z 2023 roku, pokazał to w formie komediowej. Ale dużo lepszy jest dokument z 2014 roku o tym samym tytule, po polsku zatytułowany chyba „Następnym razem wygramy”. Naprawdę znakomity dokument, pokazujący tę reprezentację Samoa Amerykańskiego, która po porażce z Australią 0:31 kompletnie się rozpadła psychicznie. No a Australia po tym meczu stwierdziła, że dalsze występy w strefie Oceanii nie mają sensu. Jak pamiętamy, Australia na mundialu zagra jako przedstawiciel Azji, a Oceanię reprezentuje Nowa Zelandia. Nowa Kaledonia przegrała w barażach. I to jest powód, dla którego – mimo że kocham Australię i wszystko, co się z Australią wiąże – nie będę nigdy kibicował jej reprezentacji piłkarskiej.

reprezentanci Australii przed meczem towarzyskim z Meksykiem
Naprawdę? Ten ruch australijskiej federacji był raczej logiczny.
Nie poważam tego ruchu, mimo że rozumiałem argumenty Australijczyków, że oni chcieli się rozwijać. Cokolwiek by jednak powiedzieli, mnie to nie przekonuje. To nie jest takie tempo ruchu płyt tektonicznych, żeby Australia nagle znalazła się w Azji. Więc ściskam za nią kciuki, kiedy grają w rugby, w cokolwiek innego, ale na piłkarskim mundialu – sorry, nie.
O mundialu przeczytasz również w najnowszym wydaniu Magazynu Zero. Znalazło się w nim ponad 100 stron o mistrzostwach świata – Magazyn zamówisz TUTAJ.
To na koniec – pana ulubione wspomnienie z australijskich wojaży?
Poza tym niesamowitym widokiem tasmańskiego lasu, którego nie zapomnę, takim wspomnieniem jest strach, który poczułem. Taki perwersyjny, bym powiedział, bo to była taka scena, że zatrzymałem się w lesie Australii na takim wyznaczonym polu kempingowym. Tam się można rozbić, rozpalić ognisko. Ogień można rozpalać jedynie w tych wyznaczonych punktach, bo Australia i Tasmania są, jak wiadomo, podatne na pożary. Więc pamiętam, że byłem wówczas strudzony, znużony, a po drodze kupiłem sobie australijskie piwo. Australijczycy naprawdę, powiem delikatnie, mają dużo do zaoferowania, jeśli chodzi o piwa. Postanowiłem sobie jednak to piwo najpierw trochę schłodzić, a tam w pobliżu przepływał taki wartki strumyczek. Więc poszedłem ten kawałek do strumyka, żeby to piwo na jakiś czas utopić. Robiło się już ciemnawo, zmierzchało, a kiedy wkładałem te butelki do wody, nagle usłyszałem dźwięk, który mnie po prostu przeraził.
To był dźwięk z piekła rodem. Gardłowy, przeszywający skrzek. Bardzo mnie przestraszył, a zarazem absolutnie zafascynował. Z całą pewnością usłyszałem gdzieś z oddali diabła tasmańskiego. Jeden, jedyny raz w naturze. Diabły można oczywiście zobaczyć w ośrodkach hodowlanych, gdzie przystosowuje się je do życia na wolności i chroni przed rakiem, który toczy diabły tasmańskie. Atakuje ich pyski. Ale w tym przypadku usłyszałem diabła w naturze. I wtedy sobie pomyślałem: kurczę, kiedy 400 lat temu holenderscy żeglarze Abela Tasmana dobijali do brzegów Tasmanii, zeszli na ląd i usłyszeli coś takiego to musieli wiać jak najdalej.
ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI
fot. NewsPix.pl