Donald Trump długo był lansowany przez Gianniego Infantino na główną gwiazdę tegorocznych mistrzostw świata. Dość powiedzieć, że ceremonię losowania grup mundialu poprzedziło wręczenie prezydentowi Stanów Zjednoczonych kuriozalnej Pokojowej Nagrody FIFA, połączone z wazeliniarskim przemówieniem prezesa światowej federacji. Tylko że mecz otwarcia turnieju tuż-tuż, a o Trumpie nadal dużo więcej mówi się w kontekście Bliskiego Wschodu niż w kontekście mistrzostw globu. My się na zawiłościach bliskowschodniej polityki nie znamy, dlatego postanowiliśmy zadać kilka pytań fachowcowi. Czy dojdzie do trwałego porozumienia Izraela i USA z Iranem? Dlaczego Arabia Saudyjska ma kłopoty finansowe? Co się dzieje w Iraku i Jordanii? Swoimi opiniami z portalem Weszło podzielił się dr Wojciech Szewko.
Wojciech Szewko to politolog i wykładowca Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, ekspert w dziedzinie Bliskiego Wschodu. Autor książki „Księga dżihadu” i twórca kanału youtube’owego „Na Wschód od Bliskiego Wschodu”.
***
Nie wygląda na to, byśmy w ostatnich dniach przybliżyli się do ostatecznego porozumienia na Bliskim Wschodzie.
Ono przede wszystkim jest już w dużej mierze wynegocjowane, ale Donald Trump nie ma w tej chwili żadnego pomysłu na to, co z tym dalej zrobić. Gdyby się zgodził na to, co wynegocjowali jego właśni ludzie, czego zarys mniej więcej znamy, to w sumie nie byłoby wcale skomplikowane do podpisania. Tylko że pierwszy zarzut, który się pojawi w sekundę po tym, jak podpisy zostaną złożone, to będzie stwierdzenie, że… no dobrze, ale tak już było. Barack Obama podpisał takie porozumienie, a Trump je wypowiedział, ostro je przy okazji krytykując. A teraz chce podpisać kolejny raz to samo, co kiedyś wynegocjował Obama? Przecież Trump wybudował się politycznie na krytyce tamtego porozumienia z Iranem, rzekomo straszliwie złego.
Jakie byłyby fundamenty tych nowych-starych zapisów?
Podstawą obecnego porozumienia byłoby to, że Iran zrzeka się nie tylko posiadania, ale też dążenia do budowy broni nuklearnej. Tylko że dokładnie to znajdowało się w porozumieniu JCPOA [Joint Comprehensive Plan of Action] z 2015 roku. Drugi punkt byłby taki, że Iran otworzyłby cieśninę Ormuz. Tylko że ona przed wojną była przecież otwarta. To wszystko składa się na prosty komunikat: wszczęliśmy wojnę, zbombardowaliśmy państwo, wystrzelaliśmy się z zapasów rakiet oraz antyrakiet potrzebnych nam na innych teatrach potencjalnych wojen, a po tym wszystkim wracamy do punktu wyjścia.
Wojciech Szewko: Wszyscy uodpornili się na to, co wygaduje Trump
Trump miałby na coś takiego przystać?
No właśnie nie. Zakładano, że może podpisze pomimo tego, ponieważ deadline dla niego będzie na początek piłkarskich mistrzostw świata. Niestety niedawno powiedział, że to wszystko go w ogóle nie obchodzi i cieśnina Ormuz będzie zamknięta tak długo, jak się to Amerykanom podoba. Oczywiście to jest zabójcze dla gospodarek państw arabskich, sojuszników USA, ale Trump się tym ewidentnie nie przejmuje. Ani w związku z tym z utratą pozycji Stanów Zjednoczonych w krajach regionu, budowanej przez dziesięciolecia. Bo przecież te kraje rozumieją, że Trump negocjuje obecnie we własnym interesie, może Izraela, a ich interesów nie uwzględnia.
Trump uważa, że ma czas, ponieważ rynki cały czas nie reagują na to, że mają – potencjalnie – wielki niedobór ropy. Potencjalnie, ponieważ to Chiny zmniejszyły swój popyt o 40%. To, w zestawieniu z uwolnieniem rezerw, wzrostem produkcji w USA i okazjonalnym zwalnianiem Rosji z sankcji, spowodowało, że baryłka ropy nie kosztuje teraz 200 dolarów. Więc na Trumpie nie ciąży presja rynkowa. Ten stan utrzymuje się już trzeci miesiąc. Analitycy dotychczas twierdzili, że w połowie czerwca możemy mieć do czynienia z niedoborami ropy, które wywołałyby panikę na rynkach. Ale na razie ekonomiści z „Wall Street Journal” czy cytowani przez Bloomberga, twierdzą, że cały czas panuje optymizm. Rynki myślą, że porozumienie jest tuż za rogiem, może nie w w tym tygodniu, ale najpewniej w przyszłym. Reasumując – presji nie ma, nie ma więc ciśnienia na szybkie porozumienie.
Od Trumpa płynie sporo sprzecznych komunikatów.
Po prostu wszyscy się już uodpornili na to, co wygaduje Trump. Te jego oświadczenia, które się pięć razy dziennie zmieniają, stały się już tak chaotyczne, że analitycy przestali na nie zwracać uwagę. Jeżeli Trump mówi, że zaraz bombardujemy Iran, to z góry wiadomo, że za piętnaście minut doda, że już się dogadaliśmy z Iranem. A potem znowu, że bombardujemy. Początkowo budziło to panikę, teraz już nie budzi.

Donald Trump
To jakie są właściwie obecnie cele Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie?
Jego by satysfakcjonowało, gdyby Irańczycy przyjęli wszystkie jego żądania. Gdyby jego ultimatum zostało spełnione. To znaczy: likwidacja programu rakietowego na przykład. A najlepiej, żeby pojawił się tam taki zapis, że Iran godzi się na oddanie kontroli nad zapasami swojej ropy Stanom Zjednoczonym. Takie zapisy, powiedziałbym, wenezuelskie. Ale przecież wiadomo, że to się nie wydarzy. Iran nie zrezygnuje z programu rakietowego i z nuklearnego też nie. Bo po prostu czuje się w tej chwili silny. Trudno wymagać pełnej kapitulacji w negocjacjach od kogoś, kto w ogóle nie czuje się przegrany.
Potężne bombardowania i śmierć ajatollaha, a także innych znaczących postaci irańskiej wierchuszki, nie skruszyły reżimu?
To było od początku zapowiadane przez wszystkich analityków. Stosunkowo łatwo jest obalić dyktatora, jeżeli to jest faktycznie dyktator. Autokrata, który rządzi jednoosobowo, ewentualnie otoczony grupką oligarchów. W Iranie mamy do czynienia z systemem. Można to porównać do systemów totalitarnych, takich jak system radziecki. Co z tego, że umarł jakiś tam Breżniew, skoro zaraz pojawiał się na jego miejscu jakiś tam Andropow czy inny Czernienko. W taki sposób nie obala się ustroju i systemu. A już zwłaszcza takiego jak irański, który jest przecież wyjątkowo odporny na utratę liderów. Chamenei otwarcie deklarował, że chce być męczennikiem. Nigdy się z tym nie krył. Zapowiedział, że będzie siedział u siebie w biurze, no i w tym biurze go zabito.
Na początku wojny Donald Trump namawiał Irańczyków do buntu…
To było całkowicie oderwane od rzeczywistości. Teraz już wiemy – przynajmniej tak informuje amerykańska prasa – że jemu to wmówił Netanjahu. On go przekonał, że wszystko jest już, że tak powiem, opracowane. Że jeśli Amerykanie zbombardują i zabiją ajatollaha, to wtedy lud wyjdzie na ulice, a poza tym jeszcze dojdzie do przewrotu. Nawet puszczono taką informację niedawno, ale moim zdaniem to jest fake news – specjalna wrzutka, żeby odwrócić uwagę od prawdziwego zdrajcy – że Mahmud Ahmadineżad, były prezydent Iranu, miałby zostać wtedy uwolniony z aresztu domowego i przejąć władzę w Iranie. I że to on oficjalnie dogadałby się z Amerykanami. Co jest oczywiście podwójną bzdurą, bo Ahmadineżad był skrajnie antyamerykański i antyizraelski, a grono jego zwolenników jest zbyt małe, żeby stał się nagle ikona przewrotu.
Natomiast takie rzeczy Netanjahu opowiadał Trumpowi, no i Trump podobno w to uwierzył. To znaczy: że będzie jak w Wenezueli. Albo „trzydniowa operacja specjalna”, jak u Putina na Ukrainie. Chciałem zresztą zaznaczyć, że mówiłem o tym wielokrotnie, jeszcze przed tym konfliktem, podobnie jak wielu innych analityków, że gdyby Amerykanie przyjęli przed atakiem jakieś realistyczne założenia, to faktycznie mogliby tę operację szybko przeprowadzić i skończyć. Na przykład gdyby ich celem było zlikwidowanie tych zapasów uranu, które gdzieś tam są. Śmiem wątpić, że w jednym miejscu, ale przyjmijmy, że gdzieś tam pod górami je ukryto. Więc bombardujemy te góry, robimy w nich kolejne dziurki i mówimy, że teraz to już zupełnie wszystko zniszczyliśmy. To znaczy: poprzednio było „zupełnie”, ale teraz to już „najzupełniej”. I ogłaszamy wielki sukces. Trump może się zająć kolejnym celem: Kubą, Grenlandią, cokolwiek ma w kolejce.
Albo można powiedzieć, że postanowiliśmy ukarać irański reżim za mordowanie protestujących. I w związku z tym bombardujemy tych dowódców, którzy odpowiadali za krwawą pacyfikację demonstracji w Iranie. I znowu: to byłby sukces. Trump ogłosiłby, że jest zwycięzcą. No ale w chwili, gdy zapowiedział, że będzie zmieniał ustrój polityczny Islamskiej Republiki Iranu poprzez naloty… No to trochę tak, jak walczyć z handlem narkotykami przy pomocy marynarki wojennej. To są fantasmagorie. Najwyraźniej Netanjahu ma szczęście, bo znalazł wystarczająco głupiego prezydenta USA, żeby mu w to uwierzył.
Wojciech Szewko: Działań Trumpa nie można traktować poważnie
No właśnie, Trump o zniszczeniu potencjału nuklearnego Iranu mówił już rok temu, po wojnie dwunastodniowej.
Co więcej, zapisał to we własnej strategii bezpieczeństwa narodowego. Opisując stan po wojnie, używano słowa obliterated – „unicestwiony”. No a teraz Amerykanie negocjują z Irańczykami, żeby ten „unicestwiony” rzekomo program został znowu zlikwidowany.
Czyli trudno to traktować poważnie.
Nie można tego traktować poważnie. A kiedy tylko w amerykańskiej administracji pojawiają się jakieś oceny czy analizy, które przeczą propagandzie Trumpa, to się tych analityków czy dyrektorów odwołuje. Pełniącym obowiązki szefa wywiadu zostaje teraz Bill Pulte – facet, który dotychczas zajmował się rynkiem hipotecznym. Za rządów Trumpa wycina się wszystkich starych ekspertów i specjalistów. Zarówno analityków, jak i negocjatorów. To komunikują nawet Rosjanie i Ukraińcy, tylko innymi słowy i z innych pozycji. Ale oni wyraźnie sugerują, że ci dwaj weseli sanitariusze, czyli Steve Witkoff i Jared Kushner, którzy jeżdżą negocjować różne deale, są do tego całkowicie nieprzygotowani. Nie biorą ze sobą zespołów eksperckich. Podczas gdy druga strona negocjacji zawsze ma za sobą grupę fachowców w danym temacie. To jest skrajnie nieprofesjonalne. W efekcie, jak tak spojrzymy punkt po punkcie, to żaden z tych pokojów, które Trump chwali się, że zawarł, nie wytrzymał próby czasu.
Sukcesu wojny nie mierzy się dziś miarą aspektów wojskowych, ale politycznych. To już nie są czasy, gdy walczy się aż do zajęcia stolicy albo, nie wiem, pojmania lub zabicia wrogiego króla. Dlatego gdy postawi się od początku nierealistyczne cele, to później jest olbrzymi problem z jej zakończeniem i zawieraniem pokoju. Każdy specjalista, z którym rozmawiam lub którego analizy czytam, jest zdania, że dziś prawie każdy scenariusz zakończenia wojny w Iranie to dla USA zarządzanie poniesionymi szkodami, a nie zwycięstwo. Paradoksalne – przy tej przewadze militarnej. No a Trump jest najwyraźniej zbyt ambitny, by przyznać się do klęski. Czy może inaczej: do niepowodzenia, przeprowadzenia błędnej kalkulacji przy nierealistycznych celach wyjściowych.
Teraz prezydent USA pokrzykuje medialnie do Binjamina Netanjahu, że to on rozdaje karty.
No i właśnie to widzieliśmy. W niedzielę zażądał od niego, żeby nie odpowiadał na atak Iranu, a on odpowiedział. Wcześniej Trump zarządził, że Izrael ma nie atakować Bejrutu, po czym Netanjahu zbombardował Bejrut. W ten sposób mamy dowód, że w relacjach z Izraelem po prostu Trump nic nie może.
Izrael – jak rozumiem – nie ma interesu w tym, żeby ten konflikt teraz kończyć?
Absolutnie nie. Izrael ma interes w tym, żeby wojnę z Iranem prowadzić jak najdłużej, najlepiej oczywiście rękami Amerykanów. Pozostawienie w tej chwili Iranu w poczuciu zwycięstwa, z nietkniętym potencjałem rakietowym, a bez Aliego Chameneiego, byłoby dla Izraela fatalne. Przypomnę, że dekret religijny Chameneiego zakazywał Iranowi skonstruowania bomby atomowej. Jego syn może tę fatwę unieważnić, to znaczy: wydać inną. To jest pierwszy problem. A drugi to irański program rakietowy. Te fabryki pod górami dalej pracują i produkują pociski sprawiające pewne problemy nawet najbardziej zaawansowanym systemom antyrakietowym. I produkują je szybciej niż druga strona konfliktu produkuje własne antyrakiety. Cały ten konflikt toczy się w interesie Izraela, nie USA, a zdecydowanie wbrew interesom krajów Zatoki, które ucierpiały w tym wszystkim najbardziej.
Dlaczego?
Jeżeli mamy sytuację, że Zjednoczone Emiraty Arabskie poszukują pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, a Arabia Saudyjska tnie wszystkie możliwe wydatki, szczególnie te na wielkie inwestycje infrastrukturalne, bo po prostu państwo nie ma na to pieniędzy, no to o czym to świadczy? Mamy bardzo złą sytuację w Katarze, w Kuwejcie. Oczywiście te państwa są w stanie przetrwać, mają duże rezerwy i inwestycje poza Zatoką, ale to jest już przejadanie tego, co się latami gromadziło.

Donald Trump i Gianni Infantino
W Izraelu nie ma obaw, że w którymś momencie zostanie w tym wszystkim sam, bez Stanów Zjednoczonych za plecami?
Izrael uważa, że jest dostatecznie silny. Najwyżej zbombardują Iran bombami atomowymi. Ten kraj nie będzie miał żadnego problemu, żeby coś takiego zrobić, szczególnie przy obecnym kierownictwie państwa. Jestem przekonany, że pojawią się takie głośne żądania, zwłaszcza jeśli Iran zacznie w coś na poważnie trafiać. Tam cenzura wojskowa zakazuje informowania o jakichkolwiek stratach, więc w Izraelu mamy do czynienia z nieustanną propagandą wojskowego sukcesu. Ale zawsze ktoś zrobi jakieś zdjęcia, tak jak było poprzednio, gdy po pół roku pojawiły się fotografie baz trafionych przez irańskie pociski. Do tej pory gdy Iran informował, że w coś trafił, to śledztwa amerykańskiej prasy to zawsze potwierdzały. Dlatego nigdy nie wiadomo, w którym momencie Izrael zdecyduje się na nuklearną odpowiedź.
To jakie są szanse na ratunek dla Strefy Gazy, w której doszło do ludobójstwa?
Nie ma żadnych. Świat udaje, że to się nie dzieje. Nie ma żadnych poważnych protestów ani dotyczących Strefy Gazy, ani ostatnich wydarzeń w Libanie. Jak zwykle kilka słów potępienia, może groźna mina polityka w telewizji. Unia nie jest nawet w stanie odebrać Izraelowi przywilejów ekonomicznych, które ten ma za… przestrzeganie praw człowieka. Nie widziałem, żeby protestowała na przykład Polska, nawet przeciwko zabijaniu chrześcijan w Libanie. Świat się tym nie przejmuje, więc kto by miał interweniować w obronie tej ludności? Kraje arabskie się cieszą, że to nie ich bombardują. Rosja jest słaba. Chiny bardziej cenią sobie spokój handlu z państwami Zatoki niż mieszanie się do konfliktu. Zostaje tak naprawdę tylko amerykańska opinia publiczna, bo tylko ona może wywierać presję na jedynego protektora Izraela na świecie. No i notowania Izraela wśród Amerykanów faktycznie spadają, ale nie na tyle, by przełożyło się to na konkretne działania.
Wojciech Szewko: Arabia Saudyjska oszczędza. Nie chce rezygnować z mistrzostw
Wspominał pan o cięciu wydatków przez Arabię Saudyjską. Rozwińmy ten wątek, bo to przecież przyszły organizator mundialu. Kraj pakujący kolosalne środki w sport, z futbolem na czele.
Arabia Saudyjska na razie oszczędza wszędzie, gdzie tylko to możliwe, byle nie rezygnować na przykład z organizacji tych mistrzostw. Ale jej gospodarka jest naprawdę wyczerpana. Przede wszystkim: ponad dziesięcioletnią i przegraną wojną w Jemenie. Proszę sobie wyobrazić, ile to musiało kosztować. Możemy się oczywiście tylko domyślać, bo to jest ściśle strzeżona tajemnica, ale kiedy ta wojna wybuchała – czyli w 2015 roku – Międzynarodowy Fundusz Walutowy analizował, że jeśli potrwa dekadę, to zrujnuje królestwo. Na dodatek w Jemenie dalej dochodzi do starć, a Arabia Saudyjska jest też zaangażowana w wojnę w Sudanie, dofinansowuje Egipt, dofinansowuje Pakistan. To są wszystko znaczne kwoty. Na to nakłada się problem związany z zamknięciem Zatoki.
Ja nie mówię oczywiście, że Arabia Saudyjska znajduje się na skraju bankructwa, ale realny stan finansów państwa nie jest znany. A cięcia są ewidentne. Noem, słynne wąskie megamiasto na pustyni, ma już zostać ograniczone tylko do jakiejś serwerowni AI i nic więcej. Gdyby teraz wojna wybuchła ponownie, na przykład gdyby Amerykanie ponownie uderzyli na Iran, a ten odpowiedziałby atakiem w saudyjskie instalacje, byłaby to dla Saudów katastrofa.
Z kolei Katar to organizator poprzedniego mundialu. Wspominał pan, że jego sytuacja jest zła.
W Katarze mamy uszkodzone pola gazowe, na których – jak Katar twierdzi – przywracanie produkcji do stanu przedwojennego potrwa dwa lata. Ucierpiały też Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dubaj był oazą dla zagranicznych inwestorów, którzy chętnie lokowali tam pieniądze. Mit o Szwajcarii w Zatoce prysł. Poczucie bezpieczeństwa drastycznie spadło, odczuła to już branża turystyczna. Pamiętajmy, że te państwa zarabiały wielkie pieniądze, ale równolegle miały wielkie wydatki, wielkie zobowiązania. A teraz jeszcze Iran domaga się od Kataru odmrożenia swoich 24 miliardów dolarów. Przecież wiadomo, że te pieniądze nie leżą w żadnym skarbcu, Katar je wydawał. Musiałby teraz po prostu zapłacić.
Jaką rolę w tej układance odgrywa Turcja?
Jest wielkim adwersarzem Izraela, tym bardziej że Izrael wskazuje, że jego kolejnym celem – jak sobie poradzi z Libanem – będzie właśnie Turcja. Celem Izraela jest zniszczenie albo zlikwidowanie wszystkich regionalnych potęg. W związku z tym po Iranie zostają już tylko dwa państwa do zaatakowania: Turcja i Pakistan. Dlatego izraelscy analitycy otwartym tekstem piszą o tym, że Turcja będzie następna. Są nawet nagrania wrzucane przez polityków, że następny po Chameneim będzie Erdogan. Nie jest przypadkiem, że Turcy od ubiegłorocznej wojny gwałtownie rozbudowują swój potencjał rakietowy. Chcą przygotować taki arsenał, żeby – w przypadku ataku ze strony Izraela – móc w odpowiedzi wystrzelić tyle rakiet, żeby Izrael zniszczyć. Nikt się w dyplomację nie bawi i tego nie ukrywa.
Turcja przygotowuje się do wojny z Izraelem?
Zdecydowanie tak. I bardzo ciekawe, co w tych okolicznościach zrobiłyby Stany Zjednoczone. Przecież w bazie lotniczej Incirlik znajdują się amerykańskie bomby atomowe.

Donald Trump w Zjednoczonych Emiratach Arabskich
Mamy też na turnieju reprezentację Jordanii.
Ona istotnej roli w tym obecnym konflikcie nie odgrywa. W ogóle państwa arabskie są – co do zasady – mocno teraz osłabione politycznie. Tego jeszcze nie widać, ale objawy wyjdą z pewnością na światło dzienne zaraz po wojnie. Na pewno w Jordanii mamy rosnące niezadowolenie społeczne, to znaczy przeświadczenie, że sprawy idą w złym kierunku. Ale z drugiej strony, większość mieszkańców uważa, że rząd dobrze prowadzi kraj przez tę obecną, wojenną sytuację. Jordania nie dała się wmieszać w konflikt, nie stała się jego areną.
A Irak?
Sytuacja w Iraku jest niezwykle skomplikowana. W tej chwili, jak rozumiem, Stany Zjednoczone wprowadziły embargo, wstrzymały zapłatę za iracką ropę. To jest teraz taki neokolonialny układ, że USA otrzymują pieniądze za ropę, którą Irak sprzedaje, a potem przesyłają pieniądze do Iraku. Chodzi o presję na likwidację szyickich milicji, które jednak są i politycznie, i militarnie potęga zbyt wielką, żeby rząd iracki mógł je zlikwidować. Mamy też pomysł izraelsko-amerykański, żeby uzbroić Kurdów. I to Kurdów znajdujących się w Iraku, którzy mieliby uderzyć na Iran. Więc tu już zbliżamy się do skraju wojny domowej. A właściwie: powrotu do wojny domowej. Bo gdyby faktycznie taki pomysł zaczęto realizować, to wszystkie szyickie milicje, które są istotnym elementem irackich sił zbrojnych, natychmiast uderzyłyby na iracki Kurdystan. Turcja zresztą już przeciwko dozbrajaniu Kurdów protestowała, bo wie, że niepodległe państwo kurdyjskie zagrozi również jej interesom. Nawet mimo rozwiązania Partii Pracujących Kurdystanu.
Wojciech Szewko: Trump chciał powstrzymać Izrael od ataku nuklearnego
Jak mocno Iran odczuł trudy tej wojny? O społeczeństwie zapewne wiemy niewiele.
Iran sam takich danych oczywiście nie publikuje. To, co wiemy z analiz amerykańskiego wywiadu, wypada niekorzystnie dla napadających. Okazuje się, że mimo buńczucznych zapewnień, że wszystko zostało zniszczone, około 75% rakiet i 70% wyrzutni przetrwało te bombardowania. To by oznaczało, że Iran dysponuje środkami na co najmniej trzy, jeśli nie cztery miesiące intensywnego ostrzału rakietowego. Powstaje zatem pytanie: ile antyrakiet ma Izrael, ile ma czasu? A już szczególnie w sytuacji, w której Stany Zjednoczone nie przyłączyłyby się do kolejnej odsłony tej wojny. Jeśli te antyrakiety się w pewnym momencie wyczerpią, to każdy irański pocisk będzie trafiał w swój cel, a głębia strategiczna Izraela jest mikroskopijna. Niech nawet jedna irańska rakieta ugodzi w reaktor atomowy w Dimonie. Moim zdaniem Trump angażował się w tę pierwszą wojnę, żeby powstrzymać Izrael od użycia broni nuklearnej, wobec ewidentnych oznak wyczerpywania się jego zdolności obronnych.
Teraz poparcie dla Izraela, moim zdaniem, doprowadziło do tego, że USA straciły bardzo dużo politycznie i wizerunkowo. W tym konflikcie Amerykanie są stroną, która popiera bezkrytycznie swojego sojusznika. Próbuję sobie wyobrazić sytuację, w której Izrael byłby oskarżany publicznie o zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, byłby wystawiane listy gończe za premierami, a prezydentem USA byłby jeden z Bushów. Oni by się od Izraela odcięli w sekundę. Dla nich rzeczywiście była America first. Tymczasem Trump dla Netanjahu zrujnował całą bliskowschodnią politykę Stanów Zjednoczonych.
Teraz jeszcze Trump wymyślił, żeby wszystkie kraje arabskie przyłączyły się do porozumień abrahamowych. To brzmi jak wymysł szaleńca albo człowieka, który robi sobie żarty. To tak, jakby zażądać od Zełenskiego, żeby w imieniu ukraińskich dzieci przyznał Putinowi Order Uśmiechu. Tego rodzaju propozycje są fatalne i przyjmują je bardzo źle nawet skrajnie jak dotąd proamerykańscy emiraccy szejkowie. Oczywiście w idealnym świecie to byłoby znakomite, gdyby wszyscy do tych porozumień abrahamowych przystąpili, tylko że chwilę później mielibyśmy w krajach arabskich serię rewolucji.
Można snuć jakieś przewidywania odnośnie najbliższych miesięcy, tygodni? Czy sytuacja jest zbyt dynamiczna?
Zbyt dynamiczna, niestety. Izrael jest akurat dość przewidywalny, wbrew pozorom, ale Trump kompletnie nie. Ostatnio został zresztą zapytany, że przecież cała jego kampania, cały ruch MAGA, był budowany wokół tej obietnicy, że nie będzie kolejnych bezsensownych, niekończących się wojen z udziałem Ameryki. Że podawał jako przykłady błędnej polityki działania Busha, że krytykował Obamę. Zwolennicy ruchu MAGA naprawdę w to wierzyli. No ale teraz Trump stwierdził, że nigdy niczego podobnego nie gwarantował. Naprawdę trudno mówić o przewidywalności w przypadku takiego przywódcy.
Moim zdaniem powrotu do dawnych relacji USA z państwami Zatoki Perskiej nie ma. Długo potrwa sprzątanie po Trumpie. Zresztą podobnie jest z zaufaniem Europy do Stanów Zjednoczonych. Dotychczas amerykański system polityczny szczycił się tym, że jeśli jakiś szaleniec lub tyran spróbuje zniszczyć republikę, to konstytucyjne i ustawowe zabezpieczenia wewnętrzne go przed tym powstrzymają. Ale widzimy, co się dzieje. Bezpieczniki nie działają, może jeszcze za wyjątkiem sądów, a odlot Trumpa staje się coraz bardziej oczywisty. Te jego pomniki, łuki triumfalne, sale balowe, bicie monety z własnym wizerunkiem, dodawanie nazwiska do nazw instytucji… To są działania klasyczne dla autokraty, koncentrującego się na stawianiu sobie za życia pomników i budowaniu kultu swojej jednostki. Poza tym niewiele go obchodzi.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. NewsPix.pl