Pytanie nurtujące wielu już od czasów szkoły podstawowej – ile jest kości słoniowej w Wybrzeżu Kości Słoniowej? Nikt w końcu nie nazywa tak kraju kompletnie bez powodu. Włochy to przecież Włochy, a nie Republika Makaronu i Pizzy. Botswana nie nazywa się Diamentowym Lądem, tylko Botswaną, w związku z czym Wybrzeże Kości Słoniowej wydawać by się mogło słoniowym pępkiem świata, w którym obdarzone wielkimi trąbami zwierzęta mają jakiś półboski status. Nic bardziej mylnego.
– Góra pięćset sztuk – informuje portal Born Free USA poruszający tematykę związaną z życiem dzikich zwierząt. Tyle słoni ma dziś żyć na terenie całego Wybrzeża Kości Słoniowej, liczba nie jest specjalnie imponująca, a to i tak najbardziej optymistyczne szacunki. – Populacja słoni w kraju zaliczyła dramatyczny, 83% spadek w ostatnich latach. Jest to kwestia trudna – społeczności rolnicze znajdują się na pierwszej linii konfliktu między ludźmi a słoniami. Niszczenie upraw przez zwierzęta zagraża źródłom utrzymania i podsyca napięcie między Iworyjczykami a dziką przyrodą – czytamy dalej.
I oczywiście, najlepszy byłby układ, w którym wszyscy byliby zadowoleni i szczęśliwi. Słonie by sobie żyły i nikomu nie wadziły, a ludzie nie mieliby z nimi żadnego problemu. Tylko spróbuj wytłumaczyć słoniowi, że niszczenie pól uprawnych jest złe…
Słonie kontra ludzie. Poważne dylematy Iworyjczyków
Stąd wynika poważny problem, którego nie potrafią w Wybrzeżu Kości Słoniowej rozwiązać od ręki, zresztą może się po prostu nie da. Ludzka ekspansja w świat dzikiej przyrody jest nie do powstrzymania, szczególnie w krajach, które bazują dziś głównie na tym, co daje im nasza planeta. Żyznej ziemi, surowcach naturalnych i innych dobrodziejstwach. Zatrzymanie się w półkroku na drodze ku rozwojowi nie wchodzi w grę, bo ten napędzany jest wzrostem demograficznym, który cechuje ten afrykański kraj już od samego jego powstania, czyli roku 1960.

Populacja Wybrzeża Kości Słoniowej stale rośnie (oprac. Worldometer)
Wraz ze wzrastającym zagęszczeniem ludności wzrasta zapotrzebowanie na żywność – szybciej rozwijają się oczywiście przestrzenie miejskie, ale zgodnie z raportami ONZ, populacja Wybrzeża Kości Słoniowej rozkłada się niemal po równo na miasta i wsie. Te drugie zaopatrują oczywiście te pierwsze, choć pewna część spożywanej żywności pochodzi również z importu; głównie mowa tu o wszelkiego rodzaju zbożach (wartość 1,3 miliarda dolarów rocznie) czy rybach i owocach morza (892 miliony). Iworyjczycy słyną też jednak z eksportu kakao i w tej kategorii są prawdziwym światowym potentatem – nasion kakaowca wyjeżdża rocznie z kraju około 1,34 miliarda kilogramów.
Niemało. A gdzieś to wszystko musi rosnąć. Tak jak gdzieś muszą żyć słonie, o które iworyjski rząd też chce zadbać.
– Rząd Wybrzeża Kości Słoniowej uznał pilną potrzebę i wprowadził nową ustawę o ochronie dzikiej przyrody w czerwcu 2024 roku, wzmacniając prawne zabezpieczenia dla słoni. Ale same prawa nie wystarczą, a lokalne społeczności żyjące blisko siedlisk słoni potrzebują większego wsparcia, aby również uczestniczyć w działaniach ochronnych – piszą aktywiści z Born Free USA.

Są kraje, w których słonie biorą nawet udział w piłkarskich rozgrywkach. Tajlandia nie dostała się jednak na tegoroczny mundial
Chili w służbie człowiekowi. Słonie bardzo go nie lubią
Najlepiej rozwiązać ten konflikt interesów ludzkich i słoniowych w sposób możliwie najbardziej pokojowy. Jednym ze starych sposobów na odstraszenie słoni od upraw, niezbyt inwazyjnym i zarazem całkiem skutecznym, jest wykorzystanie w tym celu… chili. Tak, tej ostrej papryki, której słonie wręcz nie znoszą. Obiecujące dane w tej sprawie pochodzą z innego afrykańskiego państwa, Zimbabwe. Tam na masową skalę zaczęto stosować coś, co określa się mianem chili fences. Głupio to trochę tłumaczyć na polski, ale innego wyboru nie ma – płoty chili. Ewentualnie ogrodzenia chili. Brzmi mało sensownie, ale czyni cuda.
– Według Księgi Raportu o Problemie Zwierząt Departamentu Środowiska Rady Dzielnicy Wiejskiej Hwange (2025) po wzniesieniu ogrodzeń chili na niektórych obszarach, zgłoszone przypadki szkód w uprawach wyrządzonych przez słonie zmniejszyły się z 260 w 2023 roku do 90 w 2024 roku. Liczba słoni zabitych jako „zwierzęta problemowe” również zmniejszyła się z 95 do 21 w tym samym okresie – donosi portal Community Leaders Network. Przy czym tu pracujemy na o wiele większej liczbie słoni niż w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Na terenie Zimbabwe żyje ich co najmniej 45 tysięcy, a niektóre źródła mówią nawet o 65 tysiącach.
Można więc śmiało stwierdzić, że taki „chilipłotek” (ta nazwa już fajniejsza, nie?) działa. A koszty jego wytworzenia nie są jakieś olbrzymie – najczęściej to po prostu kawałek linki rozciągnięty na porozbijanych wokół pola patykach. Żadna specjalna technologia, zwyczajnie sprytny pomysł.

Chilipłotek w pełnej okazałości. Sami pewnie przyznacie, że to nic specjalnego
– „Chili fences” składają się z dwóch, góra trzech pasm sznurka rozciągniętych wzdłuż słupków otaczających uprawę. Na linach zawiesza się też gdzieniegdzie szmaty nasączone olejem chili, zawieszone między dwoma pasmami liny, pomiędzy dwoma sąsiadującymi słupkami. Zarówno szmaty, jak i lina sizalowa są najpierw nasączane zużytym olejem silnikowym z dodatkiem rozdrobnionego, suszonego proszku chili – czytamy w instrukcji przygotowanej przez Tanzania Wildlife Research Institute.
– Słupy muszą być wystarczająco grube, aby utrzymać ogrodzenie i nie złamać się w przypadku uderzenia. Muszą być również wykonane z wystarczająco dobrego drewna, aby nie gniły w deszczu. Słupy można ponownie wykorzystywać każdego roku, jeśli są przechowywane w suchym miejscu – dodają autorzy opracowania.
Praca u podstaw. Czy słonie i ludzie mogą żyć w zgodzie?
Przykład płynący z Zimbabwe powinien być inspiracją także dla Iworyjczyków, ale sprawa wymaga pracy organicznej. Dla wielu nadal najlepszym rozwiązaniem jest po prostu zabicie natrętnego słonia i nawet trudno ukryć, że takie rozwiązanie zapewnia spokój na… no właściwie na zawsze. Rząd wolałby jednak chronić zagrożone w kraju wyginięciem zwierzęta, przez co we współpracy z rożnymi organizacjami stara się przeprowadzać specjalne szkolenia dla wszystkich będących w linii frontu wojny ludzko-słoniowej.

Takich szkoleń może być w najbliższym czasie coraz więcej. Rządowi Wybrzeża Kości Słoniowej zależy na zatrzymaniu spadku populacji słoni w kraju (Fot. Born Free USA)
– W marcu, w zaledwie sześć dni, przeszkolono niemal trzysta osób – chwalą się sukcesem na stronie Born Free USA, powołując się zresztą na ścisłą kooperację z Ministerstwem Wody i Lasów, którego przedstawiciele w głównej mierze odpowiadają za segmenty edukacyjny i praktyczny. – Kampania koncentrowała się na prostych, przystępnych cenowo technikach, które członkowie społeczności mogą natychmiast przyjąć. Opowiedziano o odstraszaczach na bazie chili czy ulepszonych praktykach monitorowania pól – czytamy.
Możliwe, że wszystko to na próżno i Iworyjczycy działania na rzecz ochrony słoni zaczęli zdecydowanie zbyt późno. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie temu, by spróbować odwrócić niebezpieczny trend, wskazujący na to, że jeszcze za naszego życia w Wybrzeżu Kości Słoniowej wymrą ostatnie słonie. Wtedy musieliby zmienić nazwę państwa, innej opcji nie ma.