Polacy w piekle rewolucji haitańskiej. „Kilkuset zostało na wyspie” [WYWIAD]

Michał Kołkowski

13 czerwca 2026, 09:35 • 21 min czytania 4

Reklama
Polacy w piekle rewolucji haitańskiej. „Kilkuset zostało na wyspie” [WYWIAD]

Fejkowa informacja o „polskiej fladze” na mundialowych koszulkach reprezentacji Haiti zrobiła szokującą furorę w mediach społecznościowych. Trzeba jednak przyznać, że fejk padł na podatny grunt, ponieważ polscy legioniści na początku XIX wieku rzeczywiście odegrali pewną rolę w rewolucji haitańskiej. Czy faktycznie przyłączyli się do powstania niewolników z Saint-Domingue? Czy czuli się wystawieni do wiatru przez Napoleona, gdy ten wysłał ich na Karaiby? – Wiadomo, że Jean-Jacques Dessalines, kiedy już ogłosił niepodległość Haiti w 1804 roku, dysponował kilkudziesięcioosobowym oddziałem Polaków. Przyznam jednak, że ja sam jestem sceptykiem. Nie wierzę w masowe przechodzenie legionistów na stronę powstańców – mówi w rozmowie z Weszło prof. Jarosław Czubaty.

Reklama

Profesor Jarosław Czubaty jest historykiem Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w dziejach XVIII i XIX wieku.

„Polska flaga” i polityczny przekaz. O co chodzi z koszulkami Haiti?

***

Wydaje mi się, że musimy zacząć tę opowieść jednak w Europie. W 1789 roku wybucha rewolucja francuska – wstrząs dla kraju, wstrząs dla kontynentu. Czy te fale sejsmiczne docierają również za ocean?

Reklama

Musiały dotrzeć. Należy sobie od razu powiedzieć, że kolonie karaibskie – w tym Saint-Domingue, czyli to dzisiejsze Haiti – były dla Francji niesłychanie ważne. One były bardzo dochodowe. Tamtejsze plantacje cukru, produkcja rumu i tak dalej – to były towary luksusowe, mocno wtedy poszukiwane i przynoszące pokaźne dochody. I dodajmy też, że Saint-Domingue jest francuską części wyspy Hispanioli. Ta druga część to dawna kolonia hiszpańska, dzisiejsza Dominikana.

Po stronie francuskiej mamy do czynienia z bardzo skomplikowaną sytuacją społeczną i etniczną. Mamy co najmniej trzy kategorie mieszkańców Saint-Domingue. Pierwsza to biali Francuzi. Po części plantatorzy, ale również urzędnicy, rzemieślnicy. Już w tej pojedynczej grupie struktura społeczna jest bardzo zróżnicowana. Druga kategoria to czarni niewolnicy, którzy pracują na plantacjach. Przy czym nieczęsto się zdarza, by byli to niewolnicy z dziada-pradziada, którzy się już na tej wyspie zasiedzieli i niejako tkwią w tym niewolnictwie od pokoleń. Wynika to stąd, że na Saint-Domingue panuje dość wysoka śmiertelność. Składa się na nią wiele czynników: niezwykle ciężka praca, złe wyżywienie, choroby – jak choćby żółta febra. Więc te kontyngenty niewolników są ciągle uzupełniane, sprowadza się kolejne grupy z Afryki. To będzie miało dla całej historii pewne znaczenie.

Zostaje nam trzecia kategoria mieszkańców.

To są Mulaci, ulokowani gdzieś pośrodku tej społecznej drabiny. Ludzie pochodzący z małżeństw mieszanych, którzy są ludźmi wolnymi. Na przykład podoficerami w wojskach kolonialnych, tych francuskich. Zostają też urzędnikami niższego szczebla, administratorami na plantacjach. Możemy ich określić personelem pomocniczym. Najważniejsze jest jednak to, że mają wolność osobistą. Znają też francuski, co w przypadku niewolników bynajmniej nie jest normą. Ta znajomość języka sprawia, że oni są dosyć otwarci na świat zewnętrzny. I to oni są właśnie tą grupą, do której – poza białymi Francuzami – docierają echa rewolucji francuskiej.

Reklama

Idee rewolucji, z punktu widzenia tej spetryfikowanej struktury społecznej, wydają się być niebezpieczne dla tych, którzy na Saint-Domingue rządzą i zarabiają. Mamy hasło: wolność, równość, braterstwo. I już mniejsza o to braterstwo, które można interpretować na różne sposoby, no ale co powiedzieć o wolności osobistej i równości wobec prawa? Rewolucja francuska ma je na sztandarach, a to jest dokładnie coś, czego na wyspie nie ma.

I dodajmy jeszcze jedno. Ze względu na charakter pracy na plantacjach – wysoką śmiertelność, wycieńczającą pracę, brutalne kary fizyczne – a jednocześnie samą topografię wyspy, pełną gór, lasów i innych terenów trudno dostępnych, tam właściwie od dziesięcioleci panuje zjawisko zbiegostwa. Są niewolnicy, którzy po prostu w którymś momencie mają dość i uciekają z plantacji. Próbują się jakoś tam samodzielnie utrzymywać: kradną żywność, czasami łączą się w bandy rozbójnicze. To jest dość istotne, ponieważ zwiastuje pewien potencjał do tego, że jeśli na Saint-Domingue spadnie jakaś iskra, to może się to skończyć poważniejszym wybuchem.

Jarosław Czubaty: Saint-Domingue było dla Francji niesłychanie ważne

I tak się dzieje pod koniec XVIII wieku?

Tak naprawdę od końca lat 90. XVIII stulecia mamy do czynienia z takim pełzającym powstaniem. Raz na mniejszą, raz na większą skalę. Bunty wybuchają w różnych regionach Saint-Domingue, są tłumione, ale nie na długo. A sytuację poważnie komplikuje zniesienie niewolnictwa decyzją konwentu w Paryżu w 1793 roku. W tej sytuacji całe funkcjonowanie gospodarki wyspy staje pod poważnym znakiem zapytania. Plantatorzy zadają sobie pytanie, jak mieliby zastąpić niewolników? A może płacić im za pracę? Ale po co, przecież to niewolnicy. Dlatego potężne lobby plantatorskie działa w Paryżu i próbuje przekonać władze republiki – bo po ścięciu Ludwika XVI w 1793 roku mamy już do czynienia z Republiką Francuską – że w warunkach Saint-Domingue zniesienie niewolnictwa jest finansowym, gospodarczym samobójstwem. Przedstawiają swoje racje elitom żyrondystów, później jakobinów. Ale ponoszą porażkę. Tutaj wchodzą w grę pewne pryncypia republiki.

Reklama

W końcu o zniesieniu niewolnictwa dowiadują się czarni mieszkańcy Saint-Domingue. I wybucha regularne powstanie, na czele którego staje François Toussaint L’Ouverture, a później Jean-Jacques Dessalines. Ono nie od razu wywraca sytuację na wyspie do góry nogami, ale staje się problemem. Politycznym i militarnym. W międzyczasie zmienia się też sytuacja polityczna we Francji – od 1799 roku rządzi nią Pierwszy Konsul Napoleon Bonaparte, który w 1804 roku koronuje się na cesarza Francuzów. I to właśnie Napoleon wysyła w 1802 roku do Saint-Domingue korpus ekspedycyjny generała Leclerca. No, powiedzmy: korpusik. Zadanie, jakie ma przed sobą Leclerc, jest oczywiste: chodzi o definitywne stłumienie powstania. Tylko że to nie bardzo się udaje.

Saint-Domingue

mapa Saint-Domingue

Natknąłem się na informację, że powstańcy byli zaprawionym w bojach przeciwnikiem, ponieważ ci czarnoskórzy mężczyźni zwożeni do Saint-Domingue to byli często jeńcy, sprzedawani w niewolę po rozmaitych wojnach w Afryce.

Reklama

Było bardzo różnie. Przez cały XVIII i XIX wiek wielu władców państw afrykańskich po prostu żyło ze sprzedaży niewolników białym. To był pewien proceder. Taka długa linia, ale u jej początku były najazdy jakichś tam władców afrykańskich na terytorium sąsiadów po to, żeby pojmać jak najwięcej niewolników, niewolnic, a potem sprzedać, bo to był chodliwy towar. Więc oczywiście ci niewolnicy na Saint-Domingue to mogli być jeńcy z jakichś lokalnych wojen, ale bardzo często było to dużo prostsze. To znaczy: byli to zwyczajnie ludzie porywani w niewolę przez autorów takich łupieżczych wypraw. Z polskiej perspektywy może to odrobinę przypominać zagony czambułów tatarskich w XVII wieku na terytorium Rzeczpospolitej. Wtedy też chodziło o to, żeby rabować, ale i zabrać jak najwięcej ludzi, których potem się sprzedawało gdzieś na rynkach Konstantynopola. Oczywiście na plantacje w Saint-Domingue trafiali przede wszystkim młodzi i zdrowi mężczyźni.

Tu wracamy do kwestii śmiertelności. Na tych plantacjach mieliśmy do czynienia z taką mieszanką wybuchową: ciężkiej pracy, złego traktowania, poczucia krzywdy. A jeszcze nałożyła się na to świadomość, że to wszystko jest w ogóle bezprawne, ponieważ niewolnictwo zostało zniesione i zapanowały równość oraz braterstwo. Ludzi poddanych takiemu traktowaniu nietrudno przekonać do tego, by chwycili za broń. Co oni mieli do stracenia?

A czy inne kolonialne imperia Europy nie patrzyły na Saint-Domingue z apetytem w tym chaotycznym okresie?

Były próby interwencji w wykonaniu Hiszpanów i Brytyjczyków, ale na przykład Brytyjczycy bardzo szybko się zorientowali – bo to pragmatyczni ludzie – że tego bałaganu się, kolokwialnie rzecz biorąc, nie da łatwo opanować. Po prostu się z tego wycofali. Pamiętamy jeszcze o jednym: ten okres między 1802 a 1803 rokiem to jest taki czas, gdy Europa chwilowo nie jest pogrążona w wojnie. Mamy pokój w Lunéville między Francją i Austrią, pokój w Amiens między Francją i Wielką Brytanią. W takich okolicznościach nie można za bardzo ingerować w sytuację na terytorium kolonialnym państwa, z którym się właśnie zawarło traktat pokojowy.

Reklama

Jak wysoko na liście priorytetów Napoleona były interesy Francji w koloniach?

Powiedziałbym, że znajdowały się na drugim planie, ale Napoleon doceniał znaczenie kolonii. A już na pewno miał pełną świadomość, że Saint-Domingue to taka perła w koronie kolonialnego imperium Francji. On miał zresztą szeroko zakrojone plany. Pamiętajmy, że wyprawa egipska w 1798 roku była związana, po pierwsze, z próbą likwidacji wpływów brytyjskich w tej części Morza Śródziemnego, a po drugie – z pewnym planem, trochę oszałamiającym z dzisiejszej perspektywy, ekspedycji do Indii. Odebrania Indii Brytyjczykom. Z tego ostatecznie nic nie wyszło, Bonaparte zorientował się, że sytuacja we Francji otwiera przed nim pewne perspektywy. Ale znaczenie kolonii generalnie doceniał.

Jarosław Czubaty: Tropikalne choroby dziesiątkowały siły Europejczyków

Pan profesor już wspomniał, że powstańcze zrywy na Saint-Domingue się powtarzały i nigdy nie udawało się ich tak do końca stłumić. W którym momencie sytuacja stała się – z perspektywy Francuzów – naprawdę podbramkowa?

W latach 1802-1804 po stronie powstańców mamy już do czynienia z licznymi siłami, pewnie nawet liczącymi dziesiątki tysięcy żołnierzy. One są już przyzwoicie wyszkolone: trochę czasu minęło, zdążyli opanować umiejętność posługiwania się bronią palną, co jeszcze na początku nie było takie oczywiste. I sprawiają w ten sposób Francuzom coraz większe kłopoty. Tym bardziej że te walki toczone są w trudnych warunkach terenowych. Jak mówiłem: często w terenach górzystych, bez dobrych dróg, przy wysokich temperaturach. Tropikalne choroby dziesiątkują siły Europejczyków, przede wszystkim żółta febra zbiera straszliwe żniwo. Przeciwnik okazał się znacznie bardziej wymagający niż początkowo przypuszczano. Stąd kolejne uzupełnienia: czy to siły francuskie, czy to Polacy, którzy trafiają tam w 1803 roku.

Reklama

No to dotarliśmy do sedna. Skąd ci Polacy biorą się na Saint-Domingue?

Jak pamiętamy, po III rozbiorze i upadku Rzeczpospolitej, pewna część polskich polityków i wojskowych znalazła się na emigracji. Prowadziła tam debaty na temat tego, jak można dalej służyć sprawie polskiej, jakiego rodzaju zabiegi można podjąć w celu odzyskania własnego państwa. I w tych staraniach Republika Francuska wydawała się naturalnym sojusznikiem. To było państwo, które toczyło właśnie wojnę z tak zwaną starą, monarchiczną Europą. Czyli z cesarzem Austrii, z Katarzyną II i Pawłem I z Rosji, przez jakiś czas z Prusami. Dlatego te zabiegi, by odtworzyć polskie siły zbrojne poza Polską, mogą przynieść efekt w 1797 roku.

To jest moment, w którym generał Napoleon Bonaparte – wtedy jeszcze nikomu prawie nieznany – otrzymuje pierwsze samodzielne dowództwo nad tak zwaną Armią Włoską. To były francuskie oddziały operujące na terenie Półwyspu Apenińskiego. Miał to być drugorzędny teatr działań wojennych, którzy odciąży teatr główny, ten nad Dunajem. Sądzono powszechnie, że to tam odbędzie się decydujące starcie. Natomiast Bonaparte wszystkich zaskoczył, bo w krótkim czasie opanował ogromne tereny Półwyspu Apenińskiego i zadał poważne, wręcz upokarzające klęski Austriakom i ich sprzymierzeńcom. Wtedy dotarł do niego generał Jan Henryk Dąbrowski, który uzyskał od niego zgodę na tworzenie polskich jednostek, tak zwanej Legii Włoskiej, która miała być taką jednostką pomocniczą na żołdzie włoskim. Najpierw Republiki Lombardzkiej, później Republiki Cisalpińskiej. Początkowo to są w ogóle dwie legie. Dwa pułki piechoty, liczące po około osiem tysięcy ludzi.

Oficerowie są ochotnikami, którzy znaleźli się na emigracji albo zaczęli przybywać z kraju po odezwie Dąbrowskiego. Natomiast jest problem: co z szeregowcami, podoficerami? Problem, jak się okazało, możliwy od rozwiązania. To był jeden z argumentów Dąbrowskiego w negocjacjach z Bonapartem.

Reklama

Otóż w armii austriackiej, z którą Bonaparte wtedy walczył, służyło z pewnością ponad 100 tysięcy poborowych z Galicji. Czyli: z terenu zaboru austriackiego. Wiele tysięcy znalazło się we francuskiej niewoli. I trochę nie było wiadomo, co z nimi zrobić. Siedzieli w obozach jenieckich we Francji. Właśnie wśród nich przeprowadzono rekrutację. I stąd wzięły się tysiące szeregowców i podoficerów chłopskiego pochodzenia, którzy trafili potem do Legionów. No bo przecież lepiej służyć we własnym mundurze, pod polską komendą, z polskimi oficerami, niż przymierać głodem w obozie jenieckim. Dodatkowo w 1799 roku te siły uzupełniono o jeszcze jedną polską formację, tym razem organizowaną na niemieckim teatrze działań wojennych. Tak zwaną Legię Naddunajską: około sześciu tysięcy żołnierzy, piechota i kawaleria.

Generał Jan Henryk Dąbrowski na czele Legionów

generał Jan Henryk Dąbrowski na czele Legionów (obraz Juliusza Kossaka)

Tylko że potem w Lunéville sprawa polska zostaje pominięta.

Reklama

Ano właśnie. W 1801 roku kończy się wojna Francji z Austrią. Bonaparte, już jako Pierwszy Konsul, zawiera pokój, na który składa się między innymi punkt mówiący o tym, że umawiające się strony nie będą popierać w przyszłości wrogów wewnętrznych przeciwnika. W przypadku Austrii oznacza to, że nie będzie oficjalnie wspierać rojalistów, francuskich emigrantów. Że nie będzie tworzyć z nich oddziałów wojskowych ani reprezentować ich politycznie. Natomiast Bonaparte ma kłopot: musi coś zrobić z kilkunastoma już tysiącami polskich żołnierzy. Część służy na żołdzie włoskim, ale pod jego komendą, a Legia Naddunajska służy wręcz na żołdzie francuskim. Te dwie włoskie legie i Legia Naddunajska zostają zatem przeorganizowane w tak zwane półbrygady na wzór francuski. Jednak z nich trafia na służbę włoską. Zostaje w Europie. A dwie pozostałe zostają wysłane na Saint-Domingue, by skończyć z niewolniczym powstaniem.

Ilu Polaków tam trafia?

Około pięciu tysięcy, wysłanych w dwóch transzach.

Jarosław Czubaty: Znam przykład oficera, który prosił, by wysłać go do Saint-Domingue

I jak to odbierają legioniści? Chyba nie o to im chodziło, żeby walczyć po drugiej stronie oceanu w powstaniu, które nie jest ich sprawą.

Reklama

To jest bardzo złożona kwestia. Złożona dlatego, że wiemy coś tylko na temat poglądów i nastrojów oficerów. Kadra oficerska Legionów rekrutowała się w przeważającej mierze z przedstawicieli średniej i drobnej szlachty. Trochę mieszczaństwa. Sporadycznie są to chłopi. Co do zasady, są to ludzie wykształceni przynajmniej w stopniu podstawowym. Piszą więc listy, pamiętniki, znamy ich opinie. W tym gronie jest spora grupa, która uważa, że pominięcie sprawy polskiej w traktacie pokojowym w Lunéville oznacza koniec nadziei na odzyskanie niepodległości u boku Francji. I w ogóle: po co myśmy walczyli? Oni składają dymisje.

Sztandarowym przykładem jest generał Karol Kniaziewicz, twórca Legii Naddunajskiej, jedna z wybitnych postaci tej epoki. Kolejny przykład to kapitan Cyprian Godebski – poeta, pisarz, który po latach zginie w bitwie pod Raszynem w 1809 roku. Oni składają dymisje na znak protestu. Wracają do kraju. Tam próbują jakoś ułożyć sobie życie. Jest to ewidentne, że dymisja była ich wyborem politycznym, pewną formą sprzeciwu.

Ale są i tacy, którzy zostają. Prawdopodobnie dlatego, że nie mają do kogo wracać. Oni są już zawodowymi oficerami. Służba w armii francuskiej daje im pewne perspektywy życiowe. Jeśli nie to, w takim razie co w zamian? Znam przykład pewnego starszego wiekiem oficera, który został odesłany na coś w rodzaju urlopu zdrowotnego z połową żołdu. On pisał podania z prośbą, żeby przyjąć go do oddziałów wypływających do Saint-Domingue. Najwyraźniej jego sytuacja życiowa, aspiracje i plany wiązały się z dalszą służbą wojskową. I to mniej więcej tyle, ile wiemy na temat stosunku kadry oficerskiej do tego wyjazdu.

A szeregowcy?

Reklama

Ta grupa jest dla nas trochę enigmatyczna. Oni nie piszą, nie zostawiają po sobie jakichś wyraźnych świadectw. Pewną wskazówkę może stanowić fakt, że polskich legionistów pakowano na statki pod eskortą piechoty francuskiej, więc najwyraźniej obawiano się jakiejś próby buntu. Natomiast generalnie, jak się rzuci okiem na raporty z okresu tuż przed zaokrętowaniem, to nie wskazują one na przykład na zjawisko nasilonej dezercji w gronie szeregowców. Po prostu wsiedli na statki i popłynęli. Ja zakładam, że również nie mieli lepszych perspektyw. Pewnie nawet nie do końca wiedzieli, dokąd płyną.

Część oficerów przypuszczalnie wiedziała, że udają się gdzieś, gdzie będzie gorąco. Że to taka wyspa, gdzie się produkuje rum. I to w zasadzie tyle. Biorąc pod uwagę dostępność informacji i to, co pisano wtedy w prasie, naprawdę nie sądzę, by ktokolwiek faktycznie spodziewał się, w jakich realiach przyjdzie mu funkcjonować.

Jaką sytuację zastają zatem Polacy po zejściu na ląd Saint-Domingue?

Sytuacja wygląda bardzo źle. Misja generała Leclerca nie przynosi rezultatów. Sam Leclerc zresztą w listopadzie 1802 roku umiera na żółtą febrę. Tych ognisk zapalnych na wyspie jest już w tym momencie mnóstwo. Mamy kilka pamiętników legionistów, którym udało się wrócić i z tych zapisków naprawdę da się odczuć narastającą grozę. Klimat jest tak niesprzyjający, a tropikalne choroby zbierają tak duże żniwo, że to budzi w tych ludziach lęk, na który nakłada się bezsilność związana z tym, że powstania wciąż nie udaje się stłumić. Można je przydusić, ale zaraz wybucha gdzieś indziej. Pamiętajmy też, że pewną część tych sił tłumiących powstanie stanowią Mulaci oraz czarni. To są sojusznicy mocno niepewni. Coraz częściej zdarzają się przypadki przechodzenia całych oddziałów nas stronę powstańców.

Reklama

Bitwa na San Domingo (obraz Januarego Suchodolskiego)

bitwa na San Domingo (obraz Januarego Suchodolskiego)

A ile jest prawdy w tym, że Polacy przyłączyli się po powstańców?

Sprawa jest dość skomplikowana, są dwie wersje tej historii. Właściwie do dziś toczą się w tej sprawie spory. Istnieje pewna legenda… No dobrze, może nie legenda, istnieje wersja, że pewien oddział polskich legionistów po prostu w całości przeszedł na stronę powstańczą. Niektórzy wiążą to z faktem odmowy wykonania zbiorowej egzekucji na czarnych sojusznikach. Jeden z francuskich generałów, który otrzymał doniesienia o tym, że te czarne oddziały zamierzają przyłączyć się do powstania, nakazał tych ludzi rozbroić i wymordować bagnetami. Według czarnej legendy w polskiej pamięci historycznej, legioniści ten rozkaz wykonali. Ale funkcjonuje też legenda biała, że odmówili i to miało ich popchnąć do walki po stronie powstańców. Wydaje się, że było to możliwe, ale przekazy na ten temat są niejasne, trochę sprzeczne. Rzeczywiście było zjawisko, że Polacy wśród powstańców się pojawiali. Tylko że nie wiemy, jak się tam znaleźli.

Reklama

W pewnych przypadkach na pewno byli to jeńcy, którym – z takiego czy innego powodu – darowano życie. Co do zasady powstańcy obchodzili się bowiem z jeńcami w sposób straszny. Ale to działało też w drugą stronę, Francuzi dokonywali na Saint-Domingue potwornych egzekucji. Makabrycznych, na przykład przy użyciu psów. To była bardzo brutalna wojna, żołnierz europejski czegoś takiego wcześniej nie doświadczył. Tak czy inaczej wiadomo, że Jean-Jacques Dessalines, kiedy już ogłosił niepodległość Haiti w 1804 roku, dysponował kilkudziesięcioosobowym oddziałem Polaków. Przyznam jednak, że ja sam jestem w tej dyskusji sceptykiem. Nie wierzę w masowe przechodzenie legionistów na stronę powstańców. To byłoby trochę niewykonalne. Nie bardzo sobie wyobrażam w ogóle taką możliwość.

Jarosław Czubaty: Nie wierzę w masowe przechodzenie legionistów na stronę powstańców

Dlaczego?

To by przecież wymagało jakichś negocjacji. Trudno sobie wyobrazić legionistów, którzy z białą flagą udają się do stanowisk powstańczych i mówią, że my jesteśmy Polakami i też kochamy wolność. Oczywiście w szeregach wojsk powstańczych była świadomość tego, że Polacy to nie są Francuzi. Że są trochę inni, że posługują się innym językiem. Ale to właściwie tylko tyle. Choć wydaje się, że legioniści mieli świadomość pewnego okrutnego paradoksu historii, który polegał na tym, że służbę w Legionach Dąbrowskiego rozpoczynali z takim hasłem, które mieli po włosku wypisane na naramiennikach: „ludzie wolni są braćmi”.

No a teraz ich zadaniem jest tłumienie powstania niewolników, którzy właśnie o swoją wolność walczą. Znamy wstrząsający list pewnego porucznika, który był oblężony w niedużym forcie razem ze swoim niewielkim oddziałem przez powstańców. Ponosił coraz większe straty, nie miał właściwie szans na doczekanie pomocy. No i on po prostu popełnił samobójstwo, zostawiając pożegnalny list. Tłumaczył w nim, że popełnił samobójstwo, bo „nie chce wpaść w ręce czarnych, walczących o swoją wolność”. Czyli miał świadomość, o co toczy się ta walka. Czy to dotyczyło wszystkich, nie wiem. Każda wojna jest brutalna, ale niektóre są bardziej okrutne od innych. Tego typu wojna też ma swoją logikę. Strony zachowują się inaczej, niż w czasie konfliktu w Europie. Dlatego nie jestem pewien, czy tutaj było miejsce na jakieś powszechne współczucie, zrozumienie dla aspiracji czarnych niewolników ze strony polskiego żołnierzy.

Reklama

Jest też charakterystyczna anegdota, zapisana w jednym z pamiętników po kilkudziesięciu latach. Otóż w walkach na Saint-Domingue brał udział major Ignacy Blumer, dowódca grenadierów. 190 centymetrów wzrostu, potężne chłopisko. Za zasługi w trakcie tej wojny został awansowany na pułkownika. On przeżył Saint-Domingue, wrócił do Europy. Zresztą miał też nadzwyczaj barwne epizody w drodze powrotnej, bo został na kilka miesięcy piratem na Morzu Karaibskim. Służył potem w polskiej armii w czasach Księstwa Warszawskiego, a następnie w armii Królestwa Polskiego dowodzonej przez wielkiego księcia Konstantego. I tenże Konstanty miał zapytać Blumera, czy to prawda, że powstańcy lepiej traktowali polskich jeńców.

Co na to Blumer?

Odpowiedział: „tak, po prostu ich wieszali”. Mógł to być oczywiście przejaw grenadierskiego poczucia humoru, tego nie rozstrzygniemy, ale najwyraźniej nie miał za wiele do powiedzenia na temat lepszego traktowania polskich jeńców niż jeńców francuskich na Saint-Domingue.

Jean-Jacques Dessalines

Reklama

Jean-Jacques Dessalines

Jednak Dessalines już po proklamowaniu niepodległości Cesarstwa Haiti oszczędził Polaków, zgadza się?

To jest ciekawe i to jest faktycznie argument. Powtórzę: rozmawiamy o kwestiach, które nie są do końca uchwytne, bo brakuje nam źródeł. Ale rzeczywiście nadana przez Dessalinesa konstytucja stanowiła, że wszyscy Francuzi muszą opuścić wyspę. Dla Polaków i Niemców – których też tam trochę było – zrobiono jednak wyjątek. Co by wskazywało, że jednak dostrzegano różnicę w stosunku Europejczyków do tego powstania. Może to też był wynik osobistych doświadczeń samego Dessalinesa, który mógł się wcześniej spotkać z tymi właśnie Polakami, którzy jako jeńcy czy dezerterzy stanęli po jego stronie. Rzeczywiście kilkuset legionistów skorzystało z możliwości pozostania na wyspie po zakończeniu wojny.

Jak się właściwie kończy ta wojna? Dochodzi do jakiejś rozstrzygającej bitwy czy strona francuska jest już po prostu wyczerpana?

Reklama

To była wojna na wyczerpanie. W którymś momencie w Paryżu uznano, że nie da się dłużej skutecznie prowadzić tych działań. Siły francuskie kapitulują. Tylko części Francuzów udaje się opuścić wyspę i wrócić do kraju. Natomiast dla Polaków cała ta ekspedycja kończy się bardzo źle. Do Saint-Domingue trafiło ich pięć tysięcy, a do Europy wraca kilkuset. W dużej mierze oficerów. Wiemy, że od 200 do 300 zostało na wyspie, to jest mniej więcej ten rząd wielkości. Ale większość legionistów po prostu tam zginęła albo umarła. Część z tych, którzy przeżyli, osiedliła się w Ameryce Północnej. Udało im się dostać na statki i dopłynąć do Stanów Zjednoczonych. Niektórzy trafili do niewoli brytyjskiej, bo przechwycono ich na morzu. Oni zostają wcieleni do brytyjskiej armii.

To ciekawe, że w latach 1808-1809 żołnierze z polskich oddziałów walczących po stronie Napoleona w wojnie w Hiszpanii kilkukrotnie brali do niewoli „angielskich” żołnierzy, którzy okazywali się Polakami. Właśnie tymi legionistami, zagarniętymi przez flotę brytyjską po zakończeniu powstania.

Jarosław Czubaty: Ta ekspedycja źle się zakończyła dla Polaków

Dessalines ogłosił się cesarzem Haiti, ale długo władzy nie utrzymał. Jego rządy były ponoć nadzwyczaj okrutne.

Przyjęcie tytułu cesarza Jakuba I to był efekt oddziaływania wzorców napoleońskich. Francuska republika stała się republiką pod rządami cesarza i bardzo podobne rozwiązania ustrojowe próbował zastosować Dessalines. Być może uznając, że w tych warunkach społecznych i etnicznych bardzo mocna władza wykonawcza, skoncentrowana w jednym ręku, będzie po prostu sprzyjać stabilizacji państwa. Sam przykład Napoleona też musiał po prostu inspirować. To była jednak postać, która niezwykle pobudzała wyobraźnię polityczną ludzi tamtej epoki. Oddziaływał choćby na elity amerykańskie, a nawet – jak widać – na Saint-Domingue.

Reklama

A czy Dessalines rzeczywiście mówił o Polakach: „biali Murzyni Europy”?

To jest cytat osadzony w pewnej tradycji, ale trudno rzecz jasna dociec, czy on rzeczywiście coś takiego powiedział. Może i mógł to powiedzieć, może to by w jakiś sposób też wyjaśniało wyjątkową pozycję Polaków w konstytucji państwa haitańskiego. Wiemy, że w XX wieku coś takiego o Polakach powiedział niesławnej pamięci haitański dyktator François Duvalier. Czy on to wziął od Dessalinesa? Czasami są takie historyczne zdania, wypowiadane przez pewne postaci, które krążą, są obecne w tradycji, w pamięci historycznej, ale bardzo trudno jest zweryfikować ich prawdziwość.

Na udział Polaków w tej ekspedycji możemy spoglądać z pewnym rozgoryczeniem. Napoleon potraktował legionistów instrumentalnie?

Istnieją dwie legendy Napoleona. Biała i czarna. Saint-Domingue było takim fundamentem tej czarnej legendy Napoleona, która funkcjonowała wśród Polaków bardzo mocno na początku XIX wieku. W późniejszych dziesięcioleciach ona się zatarła i zaczęła przeważać legenda biała, na którą wpłynęło zauroczenie chwałą napoleońskiego oręża i szansami politycznymi dla Polaków, jakie się z nim wiązały. Ale jeszcze Stefan Żeromski w „Popiołach” przywołuje przecież Saint-Domingue i przedstawia tę mroczną wersję ekspedycji.

Reklama

Przyznajmy jedno: z polskiej perspektywy wygląda to wszystko źle. Natomiast z perspektywy rządzącego Francją Pierwszego Konsula, późniejszego cesarza, wysłanie Polaków na Saint-Domingue było rozwiązaniem pragmatycznym. Oczywiście tej czarnej legendzie Napoleona towarzyszy przekonanie, że cała ta ekspedycja z góry była pomyślana w takim kontekście, że legioniści nigdy do Europy nie wrócą. Że zostali wysłani na pewną śmierć. To wydaje się jednak nieprawdą. Na pewno Napoleon chciał się ich pozbyć, to znaczy: tak trochę odsunąć z pola widzenia po podpisaniu traktatu pokojowego z Austrią. Ale nie skazywał ich na zagładę samą tą ekspedycją. Ja myślę, że wielu decydentów w Paryżu długo postrzegało tę wyprawę jako taką łatwą, egzotyczną wojenkę w miłym klimacie. Wyobraźmy sobie, że ktoś dopiero co wojował z Austriakami, z Rosjanami. To jakim przeciwnikiem mogą być dla niego zbiegli niewolnicy? Sądzono, że to jest akcja niemalże policyjna.

Jest jeszcze jeden argument, który wskazuje, że Bonaparte nie zakładał większych trudności na Saint-Domingue. Wspomniany już generał Leclerc był jego dobrym znajomym z kampanii włoskiej i mężem jego ukochanej siostry Pauliny. Ona popłynęła z mężem na Saint-Domingue. A to była naprawdę ukochana siostrzyczka Napoleona, był do niej bardzo przywiązany. Z całą pewnością by jej tam nie puścił, gdyby to była straceńcza wyprawa. Myślę, że realia wojenne na wyspie zaskoczyły wszystkich. Co oczywiście nie świadczy najlepiej o tym, jak Francuzi się do tej wojny przygotowali i jak rozpoznali sytuację.

O mundialu przeczytasz również w najnowszym wydaniu Magazynu Zero. Znalazło się w nim ponad 100 stron o mistrzostwach świata – Magazyn zamówisz TUTAJ.

Polskie akcenty w Haiti przetrwały do dziś.

Reklama

To jest bardzo ciekawe. Rzeczywiście istnieje do dziś pewien obszar położonych w górach – jeśli dobrze pamiętam, to przede wszystkim miejscowość Cazale i kilka okolicznych wsi – gdzie żyją potomkowie legionistów, którzy uważają się za Polaków. Noszą nazwiska, które wskazują, że mogą to być zniekształcone w przeszłości polskie nazwiska. Kultywują też pewne kojarzące się z Polską obyczaje. Z badań etnologów wynikało, że jeszcze kilkanaście lat temu popularny był tam taniec będący pewnym wariantem polki. Istnieje też pewien sposób zaczesywania włosów przez kobiety, bardzo zbliżony do tego, jak to mogło wyglądać w XIX-wiecznej Polsce. Ci ludzie mają też pewne powiedzenia, które wskazują na te polskie tradycje. Na przykład: „robić jak w Krakowie”. To znaczy, że została wykonana solidna robota. Albo: „szarżować jak Polak”. Choć po polsku nie mówią, ani zapewne nigdy w Polsce nie byli, to mają pełną świadomość swej odrębności. Uważają się za Polaków.

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl / WikiMedia

4 komentarze
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mistrzostwa Świata 2026

Reklama