Oliver Neuville ma na koncie 69 meczów w reprezentacji Niemiec. Zdobył srebrny medal na mistrzostwach świata 2002, a cztery lata później sięgnął po brąz. Grał też w finale Ligi Mistrzów 2002 (Bayer Leverkusen – Real Madryt). W 2006 roku w Dortmundzie zabrał nam marzenia i w samej końcówce to on zdobył bramkę przeciwko reprezentacji Polski w dramatycznych okolicznościach. Neuville w rozmowie z Weszło wspomina grę na mundialach i dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat obecnej reprezentacji.
Rozmowa odbyła się 15 maja, w rocznicę finału Ligi Mistrzów 2002, w którym Neuville zmierzył się z Realem Madryt. Publikujemy ją:
a) w 20. rocznicę gola Neuville’a z Polską na MŚ 2006
b) w dzień meczu Niemcy – Curacao
***
Oliver Neuville: 8:0 z Arabią to był sygnał, że będziemy się liczyć
Kamil Rogólski: Dokładnie 14 lat temu grałeś w finale Ligi Mistrzów przeciwko Realowi Madryt. To było 16 dni przed meczem otwarcia mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii. Istnieje teoria, według której przez to ci najlepsi zawodnicy byli zmęczeni. Wcześnie odpadli faworyci. Zmęczenie miało dotknąć takich piłkarzy jak Zinedine Zidane czy David Beckham. Z Bayeru Leverkusen byłeś ty, Michael Ballack, Bernd Schneider, Carsten Ramelow i Hans-Jörg Butt. Czy czułeś, że czasu na regenerację jest naprawdę mało?
Oliver Neuville: Tak, pamiętam tamten czas bardzo dobrze. W Lidze Mistrzów były wtedy dwie fazy grupowe. Grało się dwa razy po sześć meczów, a potem ćwierćfinał. Musieliśmy jeszcze grać eliminacje do fazy grupowej z Crveną zvezdą. Doszliśmy też do finału Pucharu Niemiec. W sumie rozegrałem 56 meczów w tamtym sezonie tylko w klubie. Dochodzą eliminacje z reprezentacją i baraże z Ukrainą, które musieliśmy grać, bo zajęliśmy drugie miejsce w grupie za Anglią. Nie, żebym się skarżył, po prostu takie były realia. Piłkarze są hojnie wynagradzani za swój wysiłek. Teraz jeszcze bardziej, ponieważ piłka nożna stała się jeszcze szybsza, jeszcze bardziej wymagająca. Za tym poszły większe zarobki, więc coś za coś. Zresztą teraz masz tak samo. Kilkanaście dni po finale LM jest mecz otwarcia MŚ.
Przed MŚ 2002 mieliście słabe eliminacje. Przegraliście u siebie z Anglią aż 1:5. Niejako za karę był barażowy dwumecz z Ukrainą. Wcześniej na Euro 2000 nie wyszliście z grupy. Czy odczuwaliście presję niemieckich mediów?
Jeszcze jak. Presja w Niemczech zawsze jest duża, a po porażce 1:5 z Anglią była ogromna. To była plama na honorze. Każdy też wiedział, że z Ukrainą nie będzie łatwo. Ukraińcy mieli wtedy naprawdę dobrą drużynę. W Kijowie zremisowaliśmy 1:1, a w rewanżu w Dortmundzie, dzięki Bogu, było 4:1 dla nas. Nikt z nas nie chciał przejść do historii jako ten, który pierwszy raz w historii nie zakwalifikował się na mundial z reprezentacją Niemiec. Wierz mi, że po rewanżu z Ukrainą wszystkim spadł kamień z serca.
Na mistrzostwach świata zaczęliście od 8:0. Bramki: Ballack, Jancker, Linke, Bierhoff, Schneider oraz hat-trick Miroslava Klose. To do dziś najwyższe zwycięstwo na MŚ w XXI wieku. Jeśli po Ukrainie kamień spadł wam z serca, to po Arabii Saudyjskiej również.
To był wręcz fundament. OK, byliśmy dużym faworytem z Saudyjczykami, ale mimo wszystko wynik 8:0 robił wrażenie na wszystkich. To był taki dobry omen i sygnał, że będziemy się liczyć. Natomiast ogólnie tamta faza grupowa była bardzo wymagająca. W następnym meczu z Irlandią daliśmy się dopaść, bo Robbie Keane strzelił nam gola na 1:1 w doliczonym czasie. To podkopało naszą pewność siebie. Kamerun – kolejny wymagający rywal. Potrzebowaliśmy wtedy punktu. Porażka eliminowała nas z turnieju. Momentem kulminacyjnym była czerwona kartka Carstena Ramelowa jeszcze w pierwszej połowie, mimo której wygraliśmy 2:0 i awansowaliśmy.
Z Kamerunem 16 żółtych kartek i dwie czerwone po obu stronach. To był ówczesny rekord mistrzostw świata. Co się tam takiego stało, że było tak brutalnie?
Tam była druga czerwona kartka? Poważnie?
Tak, dla Kamerunu. Patrick Suffo w 77. minucie.
To szczerze mówiąc tej drugiej czerwonej kartki nie zapamiętałem. Pamiętam, że sędzia ustalił niski próg dla żółtych kartek. Wydaje mi się, że choć było gorąco, to mecz był mniej brutalny niż mogłoby się wydawać. Ale ogólnie z Kamerunem stresu było co niemiara, bo grając w dziesiątkę przy presji wyniku różne myśli przeszły przez głowę.
W 1/8 finału nadszedł twój pierwszy indywidualny moment chwały. Graliście z Paragwajem i w samej końcówce strzeliłeś gola na 1:0. Bernd Schneider dośrodkował z prawego skrzydła, pobiegłeś na bliższy słupek i wyprzedziłeś paragwajskich obrońców. To był instynkt?
Jest taka zasada, że jak masz dośrodkowanie i gra się na dwóch napastników, to jeden zawsze biegnie na bliższy słupek. Niezależnie, czy piłka leci do bramki. Dzisiaj jako asystent trenera w Borussii Moenchengladbach mówię chłopakom to samo. Biegnij do bliższego słupka, nawet jeśli w 9 na 10 akcji nie dostaniesz piłki, to za dziesiątym razem strzelisz gola. W pozostałych sytuacjach zrobisz miejsce drugiemu napastnikowi. Mam takie powiedzenie, że pieniądze zarabia się przy bliższym słupku. Zresztą w meczu z Polską w 2006 roku było tak samo. Wcelowalem piłkę właśnie przy bliższym słupku. W tej sytuacji z Paragwajem to też nie była żadna filozofia. Poza tym z Berndem Schneiderem znaliśmy się jak łyse konie, grając ze sobą w Leverkusen i on dobrze wiedział, gdzie pobiegnę.
Dobrze, że wspominasz o grze na dwóch napastników, bo tworzyłeś duet z Miroslavem Klose, który z 16 golami do dziś jest najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata. Jak byłem dzieckiem, to zastanawiałem się, jak to jest, że Klose nie gra na przykład w Realu Madryt, tylko w Werderze Brema. Potem przychodzi mundial i facet jest najlepszą dziewiątką na świecie. W 2002 roku strzelił pięć goli, wszystkie głową. Jak ty go zapamiętałeś z boiska?
Z Miro Klose przyjemnie się grało. Był niedoceniany, bo oprócz strzelania goli, harował na boisku dla całej drużyny. Mieliśmy dobry kontakt nie tylko sportowo, bo poza boiskiem to super facet. 1.FC Kaiserslautern i Werder Brema to nie były czołowe kluby w Europie, to prawda, ale z drugiej strony z Werderem grał w Lidze Mistrzów i klubowo Klose mierzył się z najlepszymi. Potem był Bayern Monachium. Miro strasznie imponował swoim instynktem do strzelania goli. To było coś nieprawdopodobnego. To wzór dla całego pokolenia w Niemczech.
Oliver Neuville: Ta świadomość, że gdyby bramkarz nie sparował mojego wolnego na słupek, to moglibyśmy być mistrzami świata, jest w mojej głowie do dzisiaj
W ćwierćfinale trafiliście na Stany Zjednoczone. Spadła na was duża krytyka. Amerykanie mieli przewagę, wygraliście 1:0 po męczarniach. Komentujący ten mecz dla niemieckiej telewizji Marcel Reif straszną wam szpilę wbił. Czy krytyka stylu na takim turnieju w ogóle was obchodziła?
Szczerze? To, że mistrzostwa miały miejsce w Korei i Japonii miało dla nas jedną szczególną zaletę. Byliśmy daleko i po prostu nie czytaliśmy gazet. Odnośnie USA powiem ci, że na każdym turnieju przychodzi mecz, w którym trzeba mieć trochę szczęścia i dla nas to był mecz z Amerykanami. Oni grali naprawdę dobrze i tak, mieliśmy to szczęście. Amerykanie byli lepsi, Oli Kahn bronił jak w transie. Naprawdę każdego dotyczył słabszy moment. Brazylijczycy męczyli się z Turcją w półfinale. Z drugiej strony, w poprzednim meczu z Paragwajem, mimo że wygraliśmy też tylko 1:0, to awansowaliśmy zasłużenie. Mieliśmy takie podejście, że skoro nie tracimy goli, to ważne, żeby strzelić chociaż jednego i przechodziliśmy dalej. To zadziałało też z Koreą Południową, bo tam też było tylko 1:0, ale byliśmy lepsi. Zgodzę się z krytyką za mecz z USA, ale na pewno nie za grę z Paragwajem i Koreą Południową.
Meczom Korei Południowej w 2002 roku towarzyszyły straszne kontrowersje. Z Włochami i Hiszpanią sędziowie pchali ich w ekstremalny sposób. Rozmawialiście o tym między sobą przed meczem? Albo trenerzy uczulali was, że mogą się tam dziać dziwne rzeczy?
Kompletnie nie. Całkowicie skupiliśmy się na sobie. Półfinał był momentem, gdy naprawdę uwierzyliśmy w siebie. Przed turniejem nikt nie postawiłby centa, że reprezentacja Niemiec awansuje do TOP 4. Po 1:5 z Anglią w eliminacjach i barażach z Ukrainą nie byliśmy końmi, na które warto stawiać, więc na szczeblu półfinału z samej otoczki niewiele nas obchodziło. Chcieliśmy wyjść na boisko i po prostu zwyciężyć. Byliśmy już w takim gazie, że nie pozwolilibyśmy sędziemu na wywieranie wpływu. Też trzeba jasno powiedzieć, że w naszym meczu z Koreańczykami akurat nie było żadnych kontrowersji. Z tego, co pamiętam, wszystko było OK. Poza tym mam ogromny szacunek do koreańskich fanów. Dopingowali głośno, fanatycznie, a na trybunach w Seulu było czerwono, ale jednocześnie wszystko było fair. Kibicowali swoim. Nie było żadnego ubliżania ani kotła, który byłby do nas wrogo nastawiony. Atmosferę do dzisiaj pamiętam i była super.
Półfinał miał dla was jedną szczególną konsekwencję. Michael Ballack dostał żółtą kartkę po taktycznym faulu na Lee Chun–soo. Wcześniej złapał kartkę z Paragwajem i był zawieszony na finał.
Musiał go sfaulować. Jak popatrzysz sobie na tamtą sytuację, nie było innego wyjścia. Michael poświęcił się dla drużyny. Mam do niego ogromny szacunek. Grałem z Michaelem Ballackiem w Leverkusen i był to czysty talent. W “mojej” epoce to był jeden z najbardziej skutecznych pomocników na świecie. Strzelał dużo goli, ale grał zespołowo. Zespół był dla niego nadrzędny i ta sytuacja z faulem jest tego przykładem. Nie miał czasu na kalkulację. Z boiska do teraz pamiętam, że drugi Koreańczyk wychodził na czystą pozycję na skrzydle i serce zadrżało. Wiadomo, Michael to później przeżywał, ale każdy rozumiał, że to było konieczne, mimo gorzkich konsekwencji.
Finał z Brazylią. Ronaldinho wrócił na finał. Ronaldo po przejściach miał dobrą formę strzelecką. Rivaldo fruwał. Nie twierdzę, że się baliście, ale czy mieliście w głowie coś takiego, że jesteście underdogiem? Trafiliście na najsilniejszą Brazylię w XXI wieku.
Nie baliśmy się, ale ogromny szacunek wobec nich mieliśmy. Ich kaliber był niesamowity. Brazylijczycy mieli takie petardy, szczególnie na flankach. Piłkarzy ofensywnych wspomagali z obrony Cafu i Roberto Carlos. Wiadomo, wyszliśmy w Jokohamie, żeby wygrać, ale jednocześnie każdy z nas zdawał sobie sprawę ze skali wyzwania. W pierwszej połowie mieliśmy trochę szczęścia, bo Ronaldo zmarnował swoje sytuacje, do tego jeszcze poprzeczka Klebersona. W drugiej udało nam się te siły wyrównać. Z rożnego podałem do Jensa Jeremiesa, który miał sporo miejsca, ale Edmilson zablokował jego strzał. Potem miałem rzut wolny z daleka i ich bramkarz sparował mój strzał na słupek. Kto wie… Gdyby nam to wpadło, może bylibyśmy mistrzami świata… Ta świadomość została mi do dzisiaj.
O ten rzut wolny chciałem zapytać. Tam było ponad 30 metrów do bramki. Kalkulowałeś jak uderzyć? To finał mundialu i musiałeś czuć to na swoich barkach, a zalutowałeś konkretnie.
W telewizji widać taki moment, gdy komunikuję się z Berndem Schneiderem. Powiedziałem mu, że to nic, że jest daleko i będę strzelał. Zawsze mówię, że uderzyłem całkiem dobrze. A Jens Jeremies mi na to, że gdybym uderzył dobrze, piłka wpadłaby do bramki, a nie odbiła się od słupka. I co tu dużo gadać, on ma rację. Bramkarz obronił, a piłka po odbiciu od słupka nawet nie wleciała w pole karne z tylko poszła w boczny sektor.
Pierwsza bramka dla Brazylii to błąd Olivera Kahna. Nie złapał piłki i Ronaldo ją dobił. Kahn już przed meczem został uznany piłkarzem turnieju i trudno się dziwić, bo czyste konto w pięciu meczach robi wrażenie, ale pomylił się. Mam taki obraz przed oczami, że siedzi załamany przy słupku.
Byliśmy rozczarowani, a on najbardziej, bo wiedział, jak świetnie bronił wcześniej. Widać było, że cierpi. Jestem przekonany na tysiąc procent, że nie doszłoby do tego, gdyby nie sytuacja, która miała miejsce niedługo wcześniej. Rivaldo nadepnął na rękę Kahna. Nieumyślnie, ale efekt był taki, że ta ręka go bolała. Przez kilka minut nie miał w niej odpowiedniego czucia, co spowodowało ten błąd. Ale żeby było jasne – na Oliego nikt nie był zły. Wszyscy wiedzieliśmy, że bez niego nie byłoby nas w finale. Po meczu pocieszał go Pierlugi Collina. Ze względu na swoją charyzmę Collina to był unikat i wbrew pozorom można było z nim normalnie pogadać. Miał aurę i bardzo dobry kontakt z piłkarzami. Lubił z nami rozmawiać, był ludzki w swojej pracy. To jeden z najlepszych sędziów w historii. To, że poszedł pocieszyć Kahna dużo o nim mówi jako człowieku. W dodatku mogłem komunikować się z nim po włosku, bo nauczyłem się tego języka od mojej mamy.
Rudi Voeller po finale powiedział, że przegrać z taką Brazylią to nie wstyd. Czy z perspektywy boiska ktoś od nich zrobił na tobie szczególne wrażenie?
Ronaldo. Był już po ciężkich kontuzjach i mógł mieć traumę po zapaści przed finałem MŚ we Francji, a i tak przeciwko nam był genialny. Miał pseudonim „Il Fenomeno” i naprawdę był fenomenem. To mówi wszystko. Młody Ronaldinho już wtedy pokazywał, że ma ogromny potencjał. Roberto Carlos na pewno. Cafu już wtedy był legendarny.

Oliver Neuville i jego łzy po przegranym finale mistrzostw świata 2002. Fot. Newspix
W ciągu półtora miesiąca przegrałeś finał Ligi Mistrzów i finał mistrzostw świata. Rozczarowanie musiało być ogromne. Jak z perspektywy czasu patrzysz na tamte wydarzenia?
Jeszcze po drodze przegrałem finał Pucharu Niemiec przeciwko Schalke. Bolało jak cholera, ale uważam, że to był dla mnie dobry rok. Niewielu piłkarzy może powiedzieć o sobie, że grali w finale Ligi Mistrzów i mundialu, dlatego jestem z tego dumny. Rozgoryczenie jest na pewno, gdy myślę, że nie czuliśmy się gorsi ani od Realu Madryt w Glasgow, ani od Brazylii w Jokohamie. Ostatecznie zostałem w karierze jedynie mistrzem Szwajcarii z Servette (śmiech), ale takie jest życie i tego już nie zmienimy.
Oliver Neuville: Klose i Podolski bardzo przeżywali mecz z Polską
W 2006 roku byliście gospodarzem turnieju. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że presja w porównaniu z 2002 rokiem była gigantyczna. Na wasz mecz otwarcia z Kostaryką zorganizowano strefę kibica między Bramą Brandenburską a Kolumną zwycięstwa. Przygotowano miejsce dla 100 tysięcy ludzi, a chętnych było 300 tysięcy.
Lato 2006 było tak piękne. W Niemczech często jest kapryśne, a akurat wtedy była piękna pogoda przez całe mistrzostwa. Atmosfera turnieju była wszędzie, na ulicy, daleko poza stadionem. Myślę, że ogólnie jako kraj pokazaliśmy się wtedy bardzo dobrze przed światem. Z kibicami nakręcaliśmy się nawzajem. Czuliśmy entuzjazm z ich strony. 4:2 z Kostaryką na otwarcie jeszcze to wszystko spotęgowało.
W mediach na świecie było głośno na temat rywalizacji o miejsce w waszej bramce. Oli Kahn wiadomo, legenda. Ale Jens Lehmann miał za sobą świetny sezon w Arsenalu. W jaki sposób to się rozstrzygnęło na korzyść Lehmanna?
Ta rywalizacja nie była problemem w naszej szatni, ale dało się odczuć, że Kahn i Lehmann to wielkie osobowości. Jeden różny od drugiego. Byli nastawieni na sportową walkę między sobą i przez to obaj stali się jeszcze lepsi. To pomagało całej naszej drużynie. Wydawało się, że Oli Kahn jest nie do usadzenia na ławce, ale z drugiej strony Jens Lehmann nie był człowiekiem bez historii. Grał na bardzo wysokim poziomie w Arsenalu, jak i wcześniej w Borussii Dortmund. Chcę podkreślić, że po rozstrzygnięciu tej rywalizacji Oli Kahn zachowywał się bardzo fair. Może pamiętasz, że przed karnymi z Argentyną Oli podszedł do Jensa, chłopaki podali sobie ręce i wymieniali informacje, kto i jak z Argentyny może strzelać. Wszyscy to podziwiali.

Oliver Kahn i Jens Lehmann odbierają brązowe medale. Fot. Newspix
A jakim trenerem był Jurgen Klinsmann? Mówiono o nim, że przywiózł metody ze Stanów Zjednoczonych. Treningi jak w NHL, szeroka opieka psychologiczna.
Klinsmann był rewolucjonistą, innowatorem dla całego futbolu w Niemczech. Został naszym selekcjonerem w 2004 roku. Podśmiewano się z jego amerykańskich metod i tego, co w 2026 roku jest już normalne. Chodziło o rodzaj treningu i przyrządy, które dzisiaj są już powszechne. Na przykład trackery. Dziś każda drużyna tego używa, a wtedy to była nowinka technologiczna. Klinsmann nauczył wszystkich, żeby zacząć myśleć inaczej i być otwartym na nowe rzeczy, które przychodzą ze Stanów. I tak trend jest taki, że jak coś się pojawia w amerykańskim sporcie, to za 6-7 lat to jest już w Europie, więc lepiej zacząć od razu. Ale przede wszystkim był znakomitym motywatorem. Potrafił do nas trafić i pociągnąć za sobą grupę.
No dobra. 4:2 z Kostaryką na otwarcie. Potem mecz z Polską. Pamiętasz nazwisko bramkarza, który wtedy bronił w reprezentacji Polski?
Nie pamiętam. Ale pamiętam, że był potężny i dobrze bronił.
Polacy stworzyli wam jakieś problemy? Mieliście przewagę i wynik 1:0 nie odzwierciedla przebiegu.
Jeśli pytasz, czy w jakimś stopniu zlekceważyliśmy Polaków, to nie, absolutnie nie. Przeanalizowaliśmy waszą reprezentację jak każdego, ale też nie był to zwykły mecz. W Dortmundzie była niesamowita atmosfera również ze względu na waszych kibiców. Pamiętam, że było was tam 20 tysięcy, a może i więcej. My też znamy kontekst rywalizacji między Niemcami a Polską. Wiedzieliśmy, że Miro Klose i Lukas Podolski urodzili się w Polsce, obaj przeżywali to spotkanie. Mimo że byliśmy od was lepsi, wygraliśmy tylko 1:0. To nie było łatwe. Nadal mam ten mecz z Polską przed oczami.
Zmieniłeś Podolskiego w 71. minucie, było 0:0 i czas was gonił. Gdy szła akcja od Schneidera, przez Odonkora do ciebie, wybił już czas doliczony i uratowałeś Niemcy. Zawsze mnie zastanawiało, czy zachowanie piłkarzy w takich sytuacjach to efekt wytycznych, czy czysta improwizacja.
Nie było żadnego ustalonego planu, poza tym, co powiedziałem ci o golu z Paragwajem w 2002. Miałem nawyk zbiegania na bliższy słupek i David Odonkor tam posłał piłkę, ale to nie było tak, że umawialiśmy się na tę jedną konkretną akcję. To była końcówka, brak czasu na nic i po prostu próbowaliśmy wszystkiego. Gdy gra się na dwóch napastników, jeden musi zejść do bliższego słupka przy dośrodkowaniu i wszyscy wiedzieli, że zwykle ja to robię. Przed podaniem byłem na to nastawiony i pomyślałem, że nawet jeśli nie strzelę, to pociągnę za plecami co najmniej jednego obrońcę i zrobię miejsce dla Miro Klose. Tak się stało, że to ja strzeliłem.
Lukas Podolski niedawno wygrał Puchar Polski z Górnikiem Zabrze. Na MŚ 2006 został uznany przez FIFA najlepszym piłkarzem młodego pokolenia, efekt m.in. dwóch bramek ze Szwecją w 1/8. Ty obserwowałeś go w reprezentacji Niemiec od samego początku.
Mam wielki szacunek do jego kariery. Przyjechał do nas na zgrupowanie jako taki młody chłopak z Kolonii i już wtedy strzelał lewą nogą jak z armaty. Podolski w Kolonii był wielkim bohaterem. W Bayernie nie było tak dobrze, bo tam nie ma miejsca na zadyszkę, trzeba cały czas strzelać. Wrócił do Kolonii, swojego miejsca na ziemi i kontynuował dzieło. Niesamowitą karierę zrobił i jestem pozytywnie zaskoczony, że jeszcze gra w piłkę.
W ćwierćfinale trafiliście na Argentynę. Zacięty mecz, remis 1:1 i seria rzutów karnych. Jak to jest strzelać jedenastkę w ćwierćfinale MŚ, gdy oczekiwania całego narodu są na twoich barkach?
Dużo osób mówi, że można ćwiczyć rzuty karne. Uwierz mi, że nie można. Przyzna to każdy, kto znalazł się w takiej sytuacji. Podszedłem do Jurgena Klinsmanna i powiedziałem mu, że podejdę do pierwszego i strzelę, nie ma innej możliwości. Lukas Podolski też chciał, ale Klinsmann postawił na mnie. Zawsze powtarzałem, że karne trzeba uderzać wewnętrzną częścią stopy, ale wtedy czułem, że muszę coś zmienić. Powiedziałem Berndowi Schneiderowi, że kopnę prostym podbiciem z całej siły. To był pierwszy raz, kiedy wybór sposobu strzału stanowił dla mnie problem, ale nie można było kalkulować. Jak szedłem wtedy do punktu jedenastek, to metr po metrze bramka stawała się coraz mniejsza. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że ona się zmniejsza. Do ostatniego momentu kotłowały mi się myśli i czułem ogromny stres. Gdy trafiłem, poczułem wielką ulgę.
Ostatecznie nikt z waszej drużyny się nie pomylił. Z Argentyńczyków pomylili się Roberto Ayala i Esteban Cambiasso. Wszyscy patrzyli na Jensa Lehmanna, który w getrach miał karteczkę ze ściągą, kto i jak strzela. To obrosło legendą. Argentyńczycy twierdzili, że to blef i ta karteczka była pusta. Według nich to była prowokacja, która pewnie miała też usprawiedliwić ich nerwy, bo po wszystkim doszło do szamotaniny i Leandro Cufré dostał czerwoną kartkę za bójkę z Perem Mertesackerem.
Jak mam być szczery, to nawet nie rozumiem kontrowersji wokół tego. Była analiza strzałów Argentyńczyków przed meczem i Jens Lehmann po prostu miał to pod ręką. Ta karteczka nie była pusta, tam rzeczywiście miał rozpisane strzały, ale i tak trzeba było trochę szczęścia, bo nie jest powiedziane, że rywal będzie strzelał tam, gdzie wybiera najczęściej. Nie rozumiem pretensji i tej rzekomej prowokacji. Dzisiaj coś takiego jest zupełnie normalne. Na przykład umieszcza się taką karteczkę na butelce z wodą, ale to niczego nie gwarantuje.
W półfinale przegraliście z Włochami. Porażka w Dortmundzie przed własnymi kibicami musiała być bolesna. Oni kończyli dogrywkę z trzema napastnikami: Gilardino, Iaquintą i Del Piero. Czujesz coś takiego, że zabrakło wam ryzyka?
My też zrobiliśmy zmiany. Wszedłem na ostatnie 10 minut, ale na pewno było to pewne zaskoczenie. Włosi kojarzą się z defensywną grą, istnieje stereotyp catenaccio, a tam Marcelo Lippi rzucił trójkę, którą wymieniłeś. Żeby być sprawiedliwym, oni mieli okazje, żeby zamknąć ten mecz już wcześniej i zasłużenie weszli do finału. Pamiętasz, co powiedziałem ci o tym jednym meczu w turnieju, który trzeba wycierpieć? My w 2002 roku mieliśmy taki ze Stanami Zjednoczonymi, a w 2006 Włosi męczyli się z Australią w 1/8 i wtedy im dopisało szczęście.
Mecz o trzecie miejsce w Stuttgarcie zapamiętałem jako wasz popis. Pokonaliście Portugalię 3:1 i pokazaliście dużo ochoty do gry. Wielki mecz Bastiana Schweinsteigera, zresztą sam asystowałeś przy jego bramce na 3:0. Co lepiej smakowało? Srebro w Japonii, czy brąz w Niemczech?
Wolałbym oba złote (śmiech). Oba medale mają różny kontekst. W 2002 roku nikt na nas nie stawiał i nie wierzył w jakikolwiek medal. W 2006 były duże oczekiwania i jeszcze większe rozczarowanie po przegranym półfinale, ale podkreślam jeszcze raz, że Włosi na ten sukces zasłużyli. Mimo wszystko trudno mówić o jakiejś goryczy, gdy czujesz, że ktoś był po prostu lepszy.
Oliver Neuville: W grupie jesteśmy faworytem. Oczekuję awansu z pierwszego miejsca
W 2010 roku w RPA ciebie już nie było, też zakończyło się na brązowym medalu, ale pojawili się genialni piłkarze, którzy cztery lata później doprowadzili reprezentację Niemiec do złota. Mam na myśli przede wszystkim Mesuta Oezila, Thomasa Mullera i Toniego Kroosa. Czy dziś w Niemczech widzisz trójkę o takim potencjale?
Widzę takich dwóch: Jamal Musiala i Florian Wirtz. Wiem, że pierwszy sezon Wirtza w Liverpoolu nie przekonuje do tego, ale i tak uważam, że to piłkarz, który dla Niemiec robi różnicę. Jamal Musiala to taki sam kaliber, mimo wahań formy. W obronie dużo będzie zależeć od Nico Schlotterbecka. Nie jest może najmłodszy, ale może być liderem również na MŚ 2030. Oprócz nich, filarem będą ci najbardziej doświadczeni jak Joshua Kimmich.
A Lennart Karl? On miał świetne wejście w Bayernie, zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Niemiec. Powiedział, że chciałby grać kiedyś dla Realu Madryt, co zostało odebrane bardzo negatywnie przez kibiców i trochę spuścił z tonu.
Karl to supertalent. W zeszłym roku widziałem go tutaj u mnie w Moenchengladbach w półfinale turnieju mistrzostw Niemiec U-17 i był rewelacyjny. A ta wypowiedź o Realu Madryt była po prostu szczera. Bez względu na odbiór kibiców należy to przyznać, bo to bardzo młody człowiek. W Bayernie ma szaloną konkurencję, odniósł kontuzję i też ton całej gry ofensywnej w Monachium nadają tacy piłkarze jak Luis Diaz i Michael Olise, więc na to wszystko trzeba wziąć poprawkę, jednak Karl przyszłościowo dla Niemiec to absolutnie ktoś ważny, zgadzam się.
(Niestety, już po rozmowie Lennart Karl doznał kontuzji w trakcie treningu reprezentacji i Niemcy nie będą na niego liczyć na mundialu)
Niemcy na nadchodzącym mundialu mają grupę z Curaçao, Ekwadorem i Wybrzeżem Kości Słoniowej. Na co was stać?
Nie ma co ukrywać, że w grupie jesteśmy faworytem i oczekuję awansu z pierwszego miejsca. W fazie pucharowej jest jak na moich turniejach. Mieliśmy zawsze opinię drużyny turniejowej i nawet gdy nie byliśmy faworytem, z dobrą formą dnia mogliśmy pokonać każdego. Oprócz piłkarzy, których wymieniłem, reprezentacja ma jeszcze jeden ogromny atut – to Manuel Neuer, który wraca i nadal jest bramkarzem klasy światowej. W 2002 roku z Olim Kahnem mogliśmy skutecznie budować drużynę od tyłu i zajść daleko. Z Neuerem dziś jest tak samo. W moich czasach kadra na mistrzostwa świata liczyła 23 piłkarzy. Teraz ta liczba wzrosła do 26. Doradziłbym, żeby pozostali jednością. Reprezentacja Niemiec była silna tylko wtedy, gdy była zjednoczona. Na turnieju mogą się wydarzyć różne rzeczy i w każdej sytuacji trzeba mieć na sercu dobro grupy. Jeden musi skoczyć w ogień za drugim.
ROZMAWIAŁ: KAMIL ROGÓLSKI