Jako zawodnicy, nigdy nie należeli do ścisłego światowego topu. Jako trenerzy, nie mogą się pochwalić szczególnie znaczącymi dokonaniami na arenie klubowej. Wreszcie – jako selekcjonerzy, starają się nie koncentrować uwagi opinii publicznej na sobie. Można ich nawet uznać za nudziarzy. Co jeszcze łączy Lionela Scaloniego i Luisa de la Fuente? Przede wszystkim: nadzwyczajna sprawność w konstruowaniu zgranej, skutecznej i zwycięskiej drużyny narodowej. Argentyńczyk ma już na koncie dwa triumfy w Copa America, do których może zaraz dołożyć także drugie złoto mundialu. Podobnej serii sukcesów nie zanotował jeszcze nikt w dziejach światowego futbolu. Natomiast Hiszpan jest mistrzem Europy i na wielkich turniejach notuje jak dotąd z reprezentacją bilans trzynastu zwycięstw i jednego remisu w czternastu spotkaniach.
Scaloni i De la Fuente solidarnie udowadniają, że sukces w rozgrywkach międzypaństwowych może zagwarantować trener bez imponującego CV. W finale mistrzostw świata 2026 jeden z nich naturalnie musi przegrać, ale nie zmienia to faktu, że obaj w roli selekcjonerów sprawdzili się doskonale.
Mimo że – na papierze – niewiele na to wskazywało.
Maradona kpił ze Scaloniego. „Nie nadaje się nawet do kierowania ruchem”
– Widzieliśmy efekty jego pracy, dlatego postanowiliśmy zaproponować mu kontrakt przynajmniej do Copa America – poinformował opinię publiczną w listopadzie 2018 roku prezes argentyńskiej federacji Claudio Tapia. Robiąc oczywiście dobrą minę do złej gry. Lionel Scaloni – wcześniej asystent Jorge Sampaolego, który to jako selekcjoner Albicelestes poległ na całej linii podczas mistrzostw świata w Rosji, zrobił z siebie durnia i w niesławie opuścił kadrę – miał być tylko opcją tymczasową. Szkoleniowcem zatrudnionym na przeczekanie. Federacja potrzebowała bowiem czasu, by ściągnąć do reprezentacji trenera z pomysłem, z autorytetem, z charyzmą. Krótko mówiąc: kogoś z nazwiskiem. Szkoleniowca będącego na topie, który zdoła pozbierać rozklekotany zespół z powrotem do kupy.
Wtedy o Scalonim nawet w tym kontekście nie rozmawiano. Wydawało się, że to zwyczajnie nie ten rozmiar kapelusza.
W czasach zawodniczych nie dał się on przecież poznać jako boiskowy przywódca, a jako trener nie miał żadnego doświadczenia w samodzielnym prowadzeniu drużyny. Tymczasem Argentyna czekała na nowe otwarcie i sternika, który opłynął już kilka razy świat. Nie nowicjusza, nieodróżniającego rufy od burty i szalupy od kajuty. W medialnych spekulacjach przewijały się zatem wielkie nazwiska. Pisano o Diego Simeone czy Mauricio Pochettino. Wymieniano trenerów odnoszących sukcesy w krajowych rozgrywkach. Tylko że żaden z nich jakoś się nie palił do podjęcia współpracy z targanym skandalami Argentyńskim Związkiem Piłki Nożnej.
Simeone na łamach hiszpańskiej prasy jednoznacznie odciął się od pogłosek łączących go z kadrą. – Uważam siebie dzisiaj za trenera klubowego. Mój staruszek ma już ponad 70 lat i ciągle mnie pyta, kiedy poprowadzę wreszcie reprezentację. Powtarza, że niewiele mu już czasu zostało, a chce mnie zobaczyć w roli selekcjonera. Mogę mu odpowiedzieć jedynie: wciąż tego nie czuję. Czuję natomiast potrzebę codziennej pracy z drużyną. Jest wiele aspektów, w których muszę się jeszcze ukształtować. Chcę być gotowy do takiej misji w przyszłości, ale jeszcze nie teraz – powiedział Cholo (Carlos Simeone zmarł w marcu 2022 roku).
– Myślę, że gdybym poprowadził reprezentację Argentyny, to później nie czekałoby mnie już nic. Żadne porównywalne wyzwanie – dodał trener Atletico Madryt. – Kiedy przejmujesz kadrę, pierwszego dnia wszyscy ci gratulują. I od tego momentu stają się twoimi krytykami. Będą cię krytykować, dopóki nie zostaniesz mistrzem. Tylko pozostanie w bliskiej relacji z zawodnikami pozwala ci się zbliżyć do triumfu. Dlatego nie dziwi mnie, że powierzono drużynę komuś, kto ją znał.

Lionel Scaloni w 2018 roku
Dużo mniej zrozumienia dla Scaloniego wykazał Diego Maradona.
– Scaloni to fajny chłopak, ale nie nadaje się nawet do kierowania ruchem. Jak można powierzyć reprezentację Scaloniemu? Pamiętając, jacy trenerzy przed nim połamali sobie na tej drużynie zęby i karki, Scaloni ma zrobić coś więcej? On mówi: jestem gotowy. Jakoś nie widziałem go nigdy gotowego, gdy sam grał w kadrze. Strzelił coś kiedyś dla Argentyny? Bez urazy. Mogę z nim urządzić grilla, bo to fajny gość. Ale Scaloniemu w roli trenera reprezentacji Argentyny mówię – nie.
W podobne tony uderzył Oscar Ruggeri, 97-krotny reprezentant Argentyny. – Scaloni selekcjonerem? Przecież to niepoważne.
Kiedy Albicelestes wypadli blado na Copa America 2019, ocierając się o kompromitującą klęskę w fazie grupowej turnieju, los Scaloniego zdawał się być przesądzony. Trener został medialnie zmasakrowany za taktyczną niekonsekwencję i kompletny chaos selekcyjny.
– Podejmował bardzo dziwne decyzje. Jednak obarczanie go całą winą wydaje się bezsensowne – zauważył natomiast Jonathan Wilson na łamach Sports Illustrated. – Scaloni jest objawem kryzysu, a nie jego źródłem. Argentyna kształci trenerów wysokiej klasy, osiągających sukcesy w rozgrywkach klubowych. Na mistrzostwach świata w Rosji pracowało pięciu argentyńskich trenerów. A jednak sama reprezentacja Argentyny – wskutek niekompetencji i nędzy własnej federacji – powierzyła stery człowiekowi bez żadnego doświadczenia. W efekcie zespół prezentuje się fatalnie, łącząc w sobie wszystkie najgorsze możliwe problemy. Brak kreatywności w ofensywie, przewidywalność w środku pola i brak solidności w grze obronnej. Każda kontra rywali wygląda groźnie przy tej defensywie.
Przedłużenie kontraktu ze Scalonim wielu dziennikarzy potraktowało jako kapitulację kierownictwa AFA. Zwiastun wielkiej smuty w ekipie Albicelestes. Nawet najwięksi optymiści nie przypuszczali, że kadencja Scaloniego nie będzie żadną smutą, tylko złotą erą reprezentacji Argentyny. I że to właśnie ten trener – przedstawiany jako selekcjoner z przypadku, mięczak i nudziarz – zbuduje zespół niezłomny mentalnie, który pragnie nie tylko pokonać rywali, ale i wdeptać ich w murawę.
De la Fuente poległ w 3. lidze. Był bezrobotny prawie przez dwa lata
Kiedy Luis de la Fuente zastąpił Luisa Enrique w roli selekcjonera reprezentacji Hiszpanii po nieudanych mistrzostwach świata w Katarze, wielu fanów La Roja załamało ręce. Bo skoro Enrique nie zdołał przywrócić hiszpańskiej kadry na szczyt, to jakie właściwie szanse miał De la Fuente? Ten pierwszy był przecież najpierw wielkim piłkarzem, 62-krotnym reprezentantem kraju, a następnie został wielkim szkoleniowcem. Tak samo charyzmatycznym na ławce trenerskiej, jak wcześniej na murawie. Ten drugi zawodnikiem był natomiast najwyżej solidnym, a jego dokonania w roli trenera na arenie klubowej, delikatnie rzecz ujmując, nie imponowały.
Karierę zaczął jeszcze w latach 90., na poziomie regionalnym. Potem długo działał w strukturach Sevilli i Athleticu Bilbao, aż wreszcie latem 2011 roku postanowił spróbować swoich sił w trzecioligowym Deportivo Alaves. Postawiono przed nim jasne zadanie: awans na zaplecze hiszpańskiej ekstraklasy.
Przetrwał na stołku tylko do połowy października. Wyleciał po jedenastu spotkaniach.
Po tym niepowodzeniu De la Fuente nie był w stanie znaleźć posady przez kilkanaście miesięcy. Znalazł się pod ścianą. Jasne, z jednej strony: mógł spędzać więcej czasu z bliskimi, wypoczywać w rodzinnych stronach, a do tego dokształcać się jako trener podczas kolejnych staży i konferencji. Nie dysponował jednak wystarczająco dużą poduszką finansową, by w nieskończoność czekać na oferty. Obawiał się, że jak tak dalej pójdzie, to bezpowrotnie wypadnie z trenerskiej karuzeli i przyjdzie mu się przebranżowić w wieku 50 lat, co nigdy nie jest prostym i przyjemnym procesem. Dlatego w pewnym momencie postanowił schować dumę do kieszeni. Gdy zauważył w prasie ogłoszenie, że hiszpańska federacja szuka trenera młodzieży, odezwał się do jednego ze starych kumpli, który załatwił mu rozmowę kwalifikacyjną w RFEF.

Luis de la Fuente w 2023 roku
De la Fuente zaprezentował się w swoim stylu: jako stonowany, raczej łagodny, bardzo merytoryczny szkoleniowiec. Było to jednak za mało, by od razu okazano mu w federacji pełne zaufanie. Hiszpan podpisał zatem krótkoterminowy kontrakt, niejako na próbę. Szybko się jednak okazało, że jest nie tylko kompetentnym trenerem, ale i cierpliwym nauczycielem, a ta kombinacja uczyniła zeń znakomitego selekcjonera reprezentacji młodzieżowych.
Przez lata pracował z kadrą U-19. Później przeskoczył piętro wyżej, do drużyny U-21, a także zaliczył epizod z kadrą olimpijską.
Pod jego skrzydłami grali:
- Rodri
- Mikel Merino
- Unai Simon
- Mikel Oyarzabal
- Ferran Torres
- Marc Cucurella
- Dani Olmo
- Fabian Ruiz
- Martin Zubimendi
- Alex Baena
Wszystko to rzecz jasna gracze, których możemy oglądać podczas tegorocznego mundialu. Zostali gwiazdami hiszpańskiej piłki. Wielu z nich traktuje De la Fuente niczym swojego futbolowego ojca. Albo przynajmniej jednego z najważniejszych szkoleniowców, na jakich natknęli się na swojej piłkarskiej drodze. – On trafił do reprezentacji U-19 w ramach pewnej prowizorki. Miał świadomość, że jego kadencja może się zakończyć właściwie w każdej chwili. Miał bardzo mało czasu, nie znał dobrze drużyny, a od razu trafił w wir eliminacji do mistrzostw Europy. Była to dla niego próba – wspomina dziennikarz Eduardo Verdu na łamach UEFA.com. – Myślę, że przyjął tę pracę w 2013 roku, bo bał się przyznać: wypadam z gry. Groziło mu wypadnięcie na margines.
Wtedy De la Fuente martwił się o przedłużenie trzymiesięcznej umowy z kadrą U-19. Teraz jego zmartwieniem jest to, czy do tytułu mistrza Europy uda mu się również dołożyć mistrzostwo globu, czy może jednak będzie się musiał zadowolić srebrnym medalem mundialu.
Profesor kontra student. Zbliżyła ich do siebie normalność
Choć style gry reprezentacji Hiszpanii i Argentyny mocno się od siebie różnią, to pewne posunięcia Luisa de la Fuente i Lionela Scaloniego są łudząco podobne. Przede wszystkim, obaj szkoleniowcy postawili zdecydowany nacisk na zacieśnianie więzi między zawodnikami. Wychodzą z założenia, że podczas turnieju rangi mistrzowskiej błyszczeć ma przede wszystkim drużyna. Rzecz jasna kiedy masz w składzie Leo Messiego albo Lamine’a Yamala, to wiadomym jest, że uwaga publiczności i mediów będzie się na nich skupiać. Ale przecież Yamal nie rozgrywa nie wiadomo jak wybitnych mistrzostw, a mimo to reprezentacja Hiszpanii w wielkim stylu awansowała do finału imprezy. Natomiast Messi może spacerować po murawie, ponieważ jest otoczony grupą lojalnych partnerów, gotowych wybiegać brakujące kilometry za niego.
Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Niby oczywista oczywistość, a jednak wielu selekcjonerów ma problem z wcieleniem tej zasady w życie.
W sumie trudno się tym podobieństwom dziwić, skoro Scaloni to… uczeń De la Fuente. Blisko dziesięć lat temu, gdy Argentyńczyk zdobywał trenerskie papiery, jednym z jego wykładowców na kursie UEFA był Hiszpan. – Był moim profesorem. Bardzo pomagał nam, którzy robiliśmy wtedy kurs – wspominał Scaloni przed dwoma laty, cytowany przez TyC Sports. – Jest świetnym facetem. Wspaniale jest obserwować, jak zawodnicy grają dla niego, jak dobrze sobie radzą pod jego wodzą.
Z kolei De la Fuente docenił selekcjonera Albicelestes za zaangażowanie na zajęciach. – Zawsze siadał w pierwszej ławce. Teraz łatwo mówić, ale on już wtedy się wyróżniał.
Ostatnio Hiszpan dodał też na łamach „La Gazzetta dello Sport”: – Kto by wtedy pomyślał… Żadnemu z nas nie dano niczego za darmo. Mimo różnicy wieku, podążyliśmy ze Scalonim podobną drogą: dorastaliśmy do roli selekcjonerów. I dopiero nasze zwycięstwa przypieczętowały nasze pozycje. […] Zawsze czułem, że mamy ze sobą coś wspólnego. Lionel jest osobą, która mówi i robi wszystko z wielką normalnością. Ta normalność nas do siebie zbliżyła.
Finałowe starcie Hiszpanii z Argentyną będzie jednocześnie pierwszą konfrontacją Scaloniego z De la Fuente. Obaj legitymują się obecnie kosmicznymi statystykami: ten pierwszy przegrał tylko 9 ze 103 spotkań w roli selekcjonera, ten drugi ma na koncie zaledwie 3 porażki w 48 spotkaniach.
Który – profesor czy student – poprawi, a który pogorszy te liczby w potyczce decydującej o mistrzostwie globu?
Przekonamy się już niebawem.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix.pl