W Stanach Zjednoczonych od pewnego czasu trwa dyskusja nad sensem ciągnięcia NBA All Stars w obecnym formacie. Czyli takim, w którym najlepsi koszykarze w lidze zbierają się w jednym miejscu i robią coś, co absolutnie nie przypomina tego sportu. Wszyscy atakują, nikt nie broni. Radosna ofensywa, zero taktyki. Skoro mundial odbywa się w USA, to piłkarze skorzystali z okazji, żeby pokazać, jak wyglądałby taki event w ich wydaniu. W meczu o trzecie miejsce na świecie.
***
Mundiary to nasz pamiętniczek, cykl codziennych tekstów komentujących to, co wydarzyło się na Mistrzostwach Świata 2026.
***
Wszystko się tu przecież zgadza. Na boisku zobaczyliśmy absolutną śmietankę piłkarskiego świata. Wiadomo, gdybyśmy wyselekcjonowali faktycznie samych najlepszych z najlepszych, składy byłyby nieco inne, bardziej różnorodne narodowościowo. I pewnie nie załapałby się do nich Malo Gusto. Nie ma jednak wątpliwości, że Anglia oraz Francja wystawiły do gry absolutną elitę, nawet jeśli obaj selekcjonerzy zrezygnowali z optymalnych jedenastek, których trzymali się przez cały turniej.
Mecz, który nam zaserwowano, też w niczym nie przypominał dyscypliny, którą uczestnicy tego wydarzenia uprawiają na co dzień. Czasami trafia się w niej PSG – Bayern z tegorocznych półfinałów Ligi Mistrzów, ale nawet tam było więcej dyscypliny, organizacji taktycznej niż w omawianym przypadku. Totalne odpięcie wrotek zapewniło nam kapitalne widowisko, sinusoidę emocji na wciąż kosmicznym poziomie.
Żaden benefis, żaden mecz gwiazd, które po latach wracają na boisko, nie dałby takiej frajdy. Jeśli mecze o trzecie miejsce mają tak wyglądać, to wystarczy, żeby obronić tezę, że jednak są potrzebne światu.
Mistrzostwa Świata 2026. Mecze o 3. miejsce mają sens. Thomas Tuchel już się o tym przekonał
Zresztą – dowodów na to mamy znacznie więcej. Rozumiem malkontentów i narzekaczy, spojrzenie, które na łamach Weszło wyraził przed pierwszym gwizdkiem kolega Kuba Radomski, stając trochę po stronie potęg, które odpadły w półfinale i nie miały motywacji, ale… fundamentalnie się z tym nie zgadzam. Wręcz bawi mnie Thomas Tuchel ględzący coś o tym, że nie chciałby grać tego spotkania. W porządku, zwróć medal, przekaż FIFA, że w sumie to powinni przyznać Francji walkower, bo ten mecz nie miał sensu. Choć może zrobić się problem, bo… Didier Deschamps mówił to samo.
Oczywiście po meczu Tuchel zjadł własny język. Już nie płakał, że beznadziejny format mundialu sprawił, że muszą grać niepotrzebne nikomu spotkanie. Teraz trochę niby odnosił się do półfinałów, ale jednak podkreślał z dumą, że to największy sukces Anglików od sześćdziesięciu lat. Sukces, o który przed momentem, szanowny kolego, nie chciałeś przecież nawet zawalczyć.
Szczerze mówiąc, uważam, że piłkarze, którym przyszło grać o brąz, powinni z czystej przyzwoitości darować sobie takie wylewy przed pierwszym gwizdkiem. I nie, to nieprawda, że taki punkt widzenia mogą zrozumieć tylko ci, którzy profesjonalnie uprawiali sport i znaleźli się w tej sytuacji. Wystarczy posłuchać odpowiedzi Davora Sukera – tak się składa: brązowego medalisty mundialu – który pokazał, czym faktycznie jest ambicja i szacunek dla miejsca, w którym jesteś. Ludzi, których reprezentujesz.
– To bogaci nie chcą grać, gdy przegrywają. W 1998 roku walka o trzecie miejsce była dla nas powodem do dumy. Niektórzy mają tyle trofeów, są tak nasyceni, że ten mecz nic dla nich nie znaczy. Zamknijcie się i uszanujcie pozostałych uczestników. Świat nie należy tylko do was. Należy do średnich i małych, którzy po prostu cieszą się piłką. Zapewniam was, że ktokolwiek wygra, za dwadzieścia lat będzie wspominał ten medal. Tuchel nie ma znaczenia, mówi bzdury.
Ma rację. Jak nie uznać za bzdury słów o tym, że szansa na pierwszy od pół wieku medal nie ma znaczenia?

Thomas Tuchel przeżywa mecz o 3. miejsce zupełnie tak, jakby miał on jakieś znaczenie…
Medal dla czwartego bramkarza i Konate, który napluł na życiową szansę
Nie da się tego lepiej oddać, ubrać w słowa. Zresztą, Anglicy nie potrzebowali dwudziestu lat, żeby się o tym przekonać. Zaraz po meczu apelowali, żeby medal zawisł na szyi Jasona Steela, czwartego bramkarza, którego powołano na treningi. Zabieg znany w Polsce, bo u nas tę rolę pełnił w Katarze Kacper Tobiasz. Steel brązowy krążek dostał, pękał z dumy i szczęścia. Oby tylko w hotelu Tuchel nie kazał wyrzucić mu go do kosza, tłumacząc, że przecież ten mecz nie ma znaczenia…
Wyzłośliwiam się, ale uważam, że zasłużenie. I nawet nie chodzi o to, żeby ładować w samych Anglików, bo Francuzi skompromitowali się tym bardziej. Za ich słowami o meczu bez znaczenia poszedł przecież występ, który poświadczył, że naprawdę tak myślą. W czterdzieści pięć minut wielu z nich udowodniło, że naprawdę miało w czterech literach szansę na medal mistrzostw świata.
Kylian Mbappe się za to kajał, ale on akurat nie musiał. Winien to zrobić ktoś taki jak Ibrahima Konate. Co prawda zasłaniał się tarczą z kartonu: że obowiązki, szacunek do barw narodowych, ale jednak rzucił, że nie ma ochoty grać o brąz. Po czym wyszedł na boisko i tarcza z kartonu zniknęła – wyglądał tak, jakby nawet nie chciało mu się udawać, że walczy, że gra. Konate, który na mundialu rozegrał czternaście minut, zwyczajnie napluł na szansę, którą otrzymał. Tak wygląda peak braku ambicji sportowca. Sportowca, który został przecież latem graczem Realu Madryt.
Nasyceni, jak nazwał ich Suker, są dziś nieświadomi. Ibrahima Konate może jeszcze nie zdawać sobie sprawy, że w ten sposób pożegna się z mistrzostwami świata. Albo z występami w fazie pucharowej, w meczach o medal mundialu. Przy takim poziomie rywalizacji za cztery lata może obudzić się ze zżerającym wstydem w głowie, świadomością, że zszedł ze sceny kompletnie jako facet, który powiedział, że nie chce mu się grać, po czym zagrał tak, że zjechał do bazy w przerwie, z czwórką w plecaku.
Dla każdego człowieka ze szczątkową choćby ambicją byłby to najgorszy możliwy scenariusz.

Oto dureń – portret Ibrahimy Konate
Mecz o 3. miejsce mistrzostw świata – historyczne wydarzenie dla większości uczestników
Gdyby mecze o brąz mundialu nie istniały, Polska nie miałaby swoich bohaterów (choć de facto nie były to wtedy mecze o brąz), którzy pokonali Brazylię czy Francję, żeby napisać historię. Rozdanie medali przegranym półfinałów to nie rozwiązanie, sport nie powinien niczego dawać ci za darmo, zwłaszcza po porażce. Gdyby mecze o trzecie miejsce nie istniały, medal mistrzostw świata na szyi miałby Cristiano Ronaldo. Jego ambicję przez kolejne lata napędzała raczej chęć wygrania mistrzowskiego turnieju, ale brąz byłby jakimś tam pocieszeniem. Nie jest, bo go sobie nie wywalczył, więc pozostanie niespełniony.
Nawet jeśli ma to wyglądać tak, jak w przypadku spotkania Francja — Anglia: czysta zabawa, po amerykańsku, będzie to lepsze, właściwsze, niż spakowanie jednych i drugich do domu bez końcowego rozstrzygnięcia. W najgorszym wypadku widzowie dostaną przyjemny piłkarski festiwal bicia rekordów. Nieprzypadkowo przecież przynajmniej dziesięć goli w meczu mistrzostw świata padło po raz pierwszy od 1982 roku akurat w tym spotkaniu, w którym presja całkowicie zeszła z uczestników.
Pamiętajmy jednak, że z sytuacją, w której o brąz walczy dwóch „sytych” (choć po prawdzie określenie Sukera i tak średnio pasuje do Anglików, którzy przez pół wieku osiągnęli na mundialu mniej niż Turcy) mamy do czynienia stosunkowo rzadko. Częściej były to spotkania, gdzie o medal rywalizowały nacje, dla których takie osiągnięcie okazywało się największym lub jednym z największych wydarzeń w historii:
- 2022 – Chorwacja i Maroko: nawet jeśli uznamy, że finaliści wcześniejszego mundialu medalowo byli usatysfakcjonowani na kilka pokoleń do przodu, to jednak dla Chorwacji każdy krążek mistrzostw świata ma ogromne znaczenie (że dla Maroka tym bardziej, to oczywiste).
- 2018 – Belgia i Anglia: Belgowie grali o to, żeby złote pokolenie było przynajmniej brązowe, o pierwszy medal w historii; Anglicy o pierwszy medal od pół wieku.
- 2010 – Niemcy i Urugwaj: Urugwaj grał o pierwszy medal w najnowszej historii, w XXI wieku.
- 2006 – Niemcy i Portugalia: Portugalia grała o pierwszy medal od 40 lat.
- 2002 – Turcja i Korea Południowa: oba zespoły grały o pierwszy medal w historii.
- 1998 – Chorwacja i Holandia: Chorwacja grała o pierwszy medal w historii, niedługo po uzyskaniu niepodległości.
- 1994 – Szwecja i Bułgaria: Szwecja grała o pierwszy medal od blisko 40 lat, Bułgaria o pierwszy w historii.
- 1986 – Francja i Belgia: Belgia grała o pierwszy medal w historii.
- 1982 – Polska i Francja: oba zespoły grały o drugi medal w historii.
- 1974 – Polska i Brazylia: Polska grała o pierwszy medal w historii.
- 1966 – Portugalia i ZSRR: oba zespoły grały o pierwszy medal w historii.
- 1962 – Chile i Jugosławia: oba zespoły grały o pierwszy medal w historii.
- 1958 – Francja i RFN: Francja grała o pierwszy medal w historii.
- 1954 – Austria i Urugwaj: Austria grała o pierwszy medal w historii.
- 1950 – Szwecja i Hiszpania: oba zespoły grały o pierwszy medal w historii.

Davor Suker, któremu nikt nie powiedział, że wygrał mecz, który nie ma sensu, więc wygląda jak pijany lub niespełna rozumu.
Wiadomo, że im bliżej początków mundiali, tym łatwiej było o historyczną szansę na medal. Warto jednak zauważyć, że przykładowa Hiszpania na kolejną szansę na krążek czekała sześćdziesiąt lat, Portugalia – czterdzieści. Austria nie doczekała się takiej już nigdy, Chile zresztą też. Sami nie łudzimy się, że jeszcze kiedykolwiek znajdziemy się w takim miejscu, podobnie muszą myśleć Turcy, Bułgarzy czy Koreańczycy.
Mecze o trzecie miejsce mają sens. Nie zabierajmy ambitnym sportowcom szansy na wygranie medalu na boisku. Może niektórzy zrozumieją wagę tego wydarzenia dopiero po latach, ale gwarantuję, że jednak zrozumieją.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix