Brazylia swój mundial rozpoczęła od wywalczonego remisu z Marokiem. Haiti było bliskie pierwszego punktu w MŚ w swojej historii, ale przegrało 0:1 ze Szkocją. Obie ekipy mogły więc mieć poczucie niedosytu, ale dziś faworyt był jeden. I każdy inny wynik niż wysoka wygrana Canarinhos byłby uznany za niespodziankę lub sensację. Powodów, by używać takich słów jednak nie było – podopieczni Carlo Ancelottiego wygrali stosunkowo pewnie, a błyszczeli Vinicius i Matheus Cunha.
Czy Brazylia w meczu z Marokiem przekonywała? Zdecydowanie nie. Świetnie zorganizowana taktycznie afrykańska ekipa była w stanie uprzykrzyć życie tej z Ameryki Południowej, a o tym, że Canarinhos zgarnęli punkt, zdecydował ostatecznie przebłysk geniuszu Viniciusa i jego znakomity gol. Poza tym Brazylia grała jednak dość niemrawo, nieco przypominając pod tym względem Real Madryt, gdy prowadził go właśnie Carlo Ancelotti. Królewscy jednak w turniejowej formule – a więc Lidze Mistrzów – odnajdywali się znakomicie.
Może więc Brazylia też rozkręci się, gdy będzie to najbardziej potrzebne? Bo z Haiti – mimo wygranej – tak naprawdę tego nie zrobiła.
20 minut święta na Haiti
W 2004 roku Haiti było pogrążone w wojnie domowej, a inne kraje organizowały tam misję pokojową. Przewodziła jej Brazylia. I to Brazylijczycy też postanowili zorganizować na Haiti mecz piłkarski między tamtejszą reprezentacją, a swoją drużyną narodową. Canarinhos przylecieli więc na karaibską wyspę i to w najmocniejszym możliwym składzie. Wygrali 6:0 (trzy bramki strzelił Ronaldinho), ale nie o wynik wtedy chodziło, a o sam fakt, że takie spotkanie odbyło się na Haiti, że choć na chwilę oderwało tamtejszą ludność od grozy konfliktu, dało radość i nadzieję.
Nazwano tamto starcie Meczem Pokoju. Najzupełniej słusznie.
Pierwsze 20 minut dzisiejszego spotkania też wyglądało jak mecz pokoju… albo spokojny – Brazylijczycy bowiem grali nieśpiesznie, jakby nie chcieli skrzywdzić swoich rywali strzeloną im bramką. I to był w sumie równocześnie najlepszy okres Haiti w całym meczu. Owszem, Raphinha wpakował raz piłkę do siatki, ale był na spalonym, a potem – w drugiej, podobnej sytuacji – przestrzelił i… jeszcze raz odgwizdano mu ofsajd, ale wydaje się, że tego akurat w tej sytuacji mogło nie być. Poza tym jednak Brazylijczycy byli bezzębni, jakby jechali na niskim biegu i mieli nadzieję, że ostatecznie dojadą do mety.
Przez tych 20 minut fani Haiti na trybunach świętowali (a zresztą i do końca dobrze się bawili). Kamery co i rusz pokazywały tamtejszych kibiców rozradowanych faktem, że ich ekipa – która rozgrywała piąty mecz w historii swoich występów na mistrzostwach świata, a jeszcze nie wywalczyła choćby remisu – rywalizuje z Brazylią i nie traci bramek. Wartość to była tym większa, że Haitańczycy przecież całe eliminacje grali poza domem, że ich trener, Sebastian Migne, nigdy nawet nie był na tej wyspie, bo tam znów problemy: gangi, przemoc i zbrodnie.
CZYTAJ TEŻ: AUTODESTRUKCJA PO HAITAŃSKU. MORDERSTWO NA ŚNIADANIE, OBIAD I KOLACJĘ
Takie 20 minut to więcej radości niż Haiti dostaje czasem przez dobry tydzień, o ile nie miesiąc. A nawet nieco ponad, bo konkretnie – to 22 minuty z sekundami. Wtedy bowiem Brazylijczycy – a właściwie Vinicius – postanowili przestać się krygować.
I podkręcili tempo.
Canarinhos potańczyli
Nie była to akcja tak dobra, jak ta z Marokiem. Ale bardzo w jego stylu. Vini był po lewej stronie pola karnego, leciutko trącił piłkę, żeby nawinąć obrońcę i uderzył zza niego. Zasłonięty Johny Placide odbił piłkę przed siebie, a tam czyhał już na nią Matheus Cunha, który – nie do końca spodziewanie – wyszedł na boisko w podstawowej „11”. Miał przy tym napastnik Brazylii nieco szczęścia – obrońca Haitańczyków trącił piłkę, ta odbiła się od kolana Cunhi i wpadła do bramki.
Było 1:0, a Brazylijczycy odtańczyli przy linii swój taniec. Jeszcze nie zwycięstwa, ale na pewno radości.
𝐌𝐀𝐓𝐇𝐄𝐔𝐒 𝐂𝐔𝐍𝐇𝐀 wyprowadza Brazylię na prowadzenie w meczu z Haiti 🔥
🔴 📲 OGLĄDAJ #BRAHAI ▶️ https://t.co/yX7kNpTAOL pic.twitter.com/NIy4UpPoBm
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 20, 2026
Drugi raz zatańczyć mogli w 36. minucie. Matheus Cunha odzyskał wtedy piłkę w środku pola, podał do Viniciusa, ten ją podholował, a potem idealnie obsłużył wychodzącego na pozycję… Cunhę. Znakomicie czuł się dziś bowiem na boisku napastnik Manchesteru United, a jego strzał – soczyste uderzenie z lewej nogi w okienko – był tego najlepszym dowodem. Znów więc Vini, znów Cunha i znów można było się ucieszyć. Trzeci raz z kolei – tuż przed przerwą, już w doliczonym czasie gry.
Wtedy piłkę z głębi pola rzucił do Viniciusa Lucas Paqueta. Vini zabrał się z nią, wyszedł na sam na sam z bramkarzem i… w sumie to nie uderzył najlepiej, ale skutecznie, pod haitańskim golkiperem. Vini do asysty dołożył więc gola, drugiego w tym turnieju.
𝐕𝐈𝐍𝐈 𝐉𝐑 strzela swojego drugiego gola na tym mundialu!
🔴 📲 OGLĄDAJ #BRAHAI ▶️ https://t.co/yX7kNpTAOL pic.twitter.com/0wchvXXK2c
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 20, 2026
I to było ostatnie trafienie w tym meczu.
Brazylii tryb ekonomiczny
Canarinhos wystarczyło bowiem 25 minut, by spotkanie rozstrzygnąć po swojemu. W drugiej połowie, owszem, mieli sytuacje, ale też problemy z ich finalizacją, a Carlo Ancelotti po kolei ściągał swoich liderów – zeszli Cunha, Paqueta, w końcu też Vinicius. Ostrożność nie dziwi, bo jeszcze w pierwszej połowie z urazem boisko opuścił Raphinha, wyglądało, że to problemy z mięśniem dwugłowym. Na boisku pojawił się przy tej okazji między innymi niezwykle wyczekiwany przez fanów z Brazylii Endrick.
I niedługo potem strzelił bramkę. Tyle że – nie po raz pierwszy w tym spotkaniu – sędziowie gola odwołali. Młody gracz Realu Madryt był bowiem na minimalnym spalonym.
Tak naprawdę ciekawiej w drugiej połowie było głównie wtedy, gdy do przodu z piłką wyrywało się Haiti, kilkukrotnie zmuszając do interwencji Alissona. Serio, trzeba docenić to, co robili Haitańczycy, bo do końca walczyli ambitnie, choćby o gola, ale golkiper Liverpoolu jednak z ich próbami sobie poradził (a ze dwa razy wymagało to znakomitych interwencji) i nie pozwolił strzelić sobie bramki. Haiti po dwóch meczach pozostaje więc na tym mundialu bez tej chwili radości wynikającej z trafienia do siatki rywala i już na pewno nie ma szans na wyjście z grupy.
Brazylia za to może się cieszyć, bo taki wynik właściwie gwarantuje jej awans. Jednak to ostatni mecz ze Szkocją zdecyduje, z którego miejsca, a finalnie mogą to zrobić nawet bramki strzelone – i dlatego Canarinhos jednak mogą żałować, że nie dołożyli w drugiej połowie więcej trafień.
Inna sprawa, że Carlo Ancelotti nigdy nie zwykł przejmować się drabinką. Więc może jego podopieczni też nie planują.
Zmiany:
Legenda
Ocena atrakcyjności meczu: 3/6
Fot. Newspix