Jedenaście. Na tylu stoi aktualnie licznik ekip, które pojawiły się na mistrzostwach świata, ale nigdy nie wywalczyły na nich choćby remisu. Aż sześć z nich może to jeszcze w Ameryce Północnej zrobić. W dodatku czterem innym już się udało. Kto więc należy do tych maluczkich? I czy możemy oczekiwać, że za cztery czy osiem lat już wszyscy będą mieć w dorobku chociaż symboliczny punkcik?
Outsiderzy. Byli na mundialach i… to tyle
Być na mistrzostwach świata oznacza – zazwyczaj – zagrać trzy mecze. Zazwyczaj, bo jest tu jeden wyjątek, sprzed wielu, wielu lat. Niemniej: są to też trzy szanse na punktowanie. Wykorzystać choć jedną? Można wierzyć, że się uda. A jednak są i kadry, które grały po cztery czy nawet sześć (!) razy na mundialach i punktu nie mają. Jest też taka, która na mistrzostwach świata zagrała trzy mecze, a nie ma nie tylko punktu, a nawet… gola.
Często piszemy o tych najlepszych. O ich wygranych, porażkach, sukcesach i rozczarowaniach. A zapominamy o tych najmniejszych, gdzie sukcesem jest każdy gol, a tym bardziej – każdy punkt. Dlatego opowieść o tych, którym punktów brakuje, zacznijmy od ekip, jakie na tegorocznych mistrzostwach już wywalczyły chociaż remis, który dla nich był wielkim wydarzeniem.
A tych kilka się znalazło.
Wyrównane rachunki i punkt w pierwszym meczu
Zróbmy to chronologicznie. Piątek, 12 czerwca. Na boisko wychodzą gracze Bośni i Hercegowiny oraz Kanady. Bośniacy na mundialu są po raz drugi, ale już debiut – w roku 2014 – przyniósł im wygraną nad Iranem i trzy punkty, dla tamtejszej kadry absolutnie historyczne. Kanadyjczycy kronikę pobytów na mundialach mają minimalnie bogatszą i starszą. Na pierwszy dostali się bowiem w 1986 roku.
Zagrali wtedy trzy niezłe mecze, ale przegrali wszystkie. 0:1 z Francją, 0:2 z Węgrami i też 0:2 ze Związkiem Radzieckim. Nie zdobyli więc nawet bramki i 36 lat – do 2022 roku – czekali na kolejną okazję, by tego dokonać.
No i tak – bramkę faktycznie wtedy strzelili. Nawet dwie: jedną Chorwacji, drugą Maroku. Problem w tym, że ci pierwsi wbili im cztery, a drudzy – dwie. Do tego doszli Belgowie, którzy trafili raz, ale niczego nie dali sobie wbić z tyłu. I wyszło, że Kanada po sześciu meczach nadal nie miała choćby punktu. Choć trudno było zarzucić im, że mieli rywali, z którymi powinni byli ten remis (albo wygraną) wywalczyć. Było trudno, po prostu.
Ale na tych mistrzostwach się już udało i to w sumie dwa razy. W pierwszym meczu Kanadyjczycy wyrwali remis – a może powinni i więcej? – przeciwko Bośni i Hercegowinie. Z kolei w drugim rozbili Katar, czyli… inną ekipę, która do amerykańskich mistrzostw nie miała jeszcze punktu. Ale już ma.
Nie zdobyli go Katarczycy w starciu z Kanadą, rzecz jasna, bo w nim polegli całkowicie – 0:6. Nie udało im się to też na mistrzostwach w ich kraju, zostali więc pierwszym gospodarzem, który tak zakończył turniej o mistrzostwo świata. Katar przegrał wtedy 0:2 z Ekwadorem, 1:3 z Senegalem (historyczny gol!) i 0:2 z Holandią. I tak wyszło, że na swój pierwszy remis musieli reprezentanci Kataru poczekać niespełna cztery lata.
Wywalczyli go – sensacyjnie – ze Szwajcarią. Rywale prowadzili długo i przeważali, ale nie potrafili wykorzystać żadnej z wielu, naprawdę wielu okazji. A Katarczycy na to: „nie chcecie wygrać wysoko? To nie wygracie w ogóle”. No i sami wiecie, co się stało – gol w końcówce zaskoczył Helwetów, a zawodnicy z Półwyspu Arabskiego zgarnęli punkcik.
Kanadyjczycy jednak pokazali Szwajcarom, że była to głównie ich „zasługa”.
Największa sensacja tych mistrzostw wydarzyła się jednak 15 czerwca, gdy na boisko wyszli Hiszpanie i reprezentanci Wysp Zielonego Przylądka. Ci drudzy debiutowali na mundialu, na papierze byli kompletnymi outsiderami. I co? I nic, bo podopieczni Luisa de la Fuente pokpili sprawę. Klepali, klepali, mało kreowali, mieli może z dwie-trzy dobre okazje i nie wykorzystali ani jednej. Ba, to gracze z Afryki mieli być może najlepszą w tym meczu sytuację na zdobycie bramki, po dośrodkowaniu w końcówce.
Bohaterem i symbolem meczu został Vozinha, bramkarz RZP. Ale tak naprawdę cała linia defensywy, a i reszta graczy – bo ci z pomocy i ataku też się dołączali – grała genialnie, znakomicie neutralizując zagrożenie ze strony Hiszpanów. W efekcie Kabowerdeńczycy zrobili to, co nie udało się Katarczykom i Kanadyjczykom – od razu, w pierwszym meczu, zdobyli punkt. I nie potrzebowali do tego bramki.
CZYTAJ TEŻ: BABCIA BOHATEREM TURNIEJU! VOZINHA ZOSTAŁ LEGENDĄ
I wreszcie ta być może najlepsza historia. Gracze z Demokratycznej Republiki Konga, kiedyś – Zairu. Kiedyś też wyśmiewani, w sumie w dużej mierze przez jedną sytuację, gdy Mwepu Ilunga wybił piłkę, zanim Brazylijczycy zdołali wznowić ją z rzutu wolnego, za co otrzymał żółtą kartkę. Dopiero po czasie wyszło, że zawodnicy byli pod ogromną presją swojego rządu, grożono im wręcz, co może się stać w przypadku złych rezultatów.
Chodziło więc o to, by jak najniżej przegrać. I to się – w tamtym meczu – udało. Bo wcześniej Zairczycy przegrali z Jugosławią aż… 0:9. Z Brazylią dostali trzy bramki w plecy. A najbliżej punktu byli na otwarcie – Szkoci wbili im wtedy tylko jednego gola. Bilans tamtejszej kadry wynosił więc 0 punktów, 0 goli strzelonych i aż 13 straconych w trzech spotkaniach. Dopiero po 52 latach dostali szansę, by to zmienić.
I od razu skorzystali. Z przeraźliwie słabą Portugalią mogli nawet wygrać, ale skończyło się na remisie 1:1, który – co nie dziwi – tamtejszych kibiców niezwykle ucieszył. A kto wie, może to nie ostatnie słowo Kongijczyków i pójdą bardziej w ślady Kanady niż Kataru?
W każdym razie: to oni byli czwartą do tej pory reprezentacją, która na północnoamerykańskich boiskach wywalczyła co najmniej punkt. Zrobić to może jednak jeszcze sześć kolejnych.
Przejdźmy więc do nich.
Debiutanci. Jeszcze nie zapunktowali
Nie dziwi, że mundial na 48 zespołów przyciąga nowe ekipy. Debiuty zdarzały się i tak właściwie co mistrzostwa – w XXI wieku tylko w 2010 roku zabrakło na mundialu zupełnie nowego zespołu – ale w 2018 były to dwie ekipy (Panama i Islandia), w 2022 jedna (gospodarze, Katar), a teraz – aż cztery. Poza wspomnianą już Republiką Zielonego Przylądka, awansowały też bowiem Uzbekistan, Jordania i Curacao.
Marzyć o punkcie powinni szczególnie ci ostatni. W kwalifikacjach strefy CONCACAF mocno skorzystali bowiem na tym, że cała trójka gospodarzy – USA, Kanada i Meksyk – grę w mistrzostwach miała zapewnioną. W przyszłości będzie zapewne piłkarzom z Karaibów trudniej, tak więc każdy punkt wywalczony na boiskach w Ameryce Północnej może okazać się historyczny na naprawdę dłuuuuugo.
Historyczny na pewno był już gol, bo strzelony Niemcom, w dodatku na 1:1. I co, że skończyło się 1:7? Tej chwili radości fanom z Curacao nikt już nie zabierze. A w dodatku – pokazał ten moment, że tamtejsi (choć to słowo to rzecz w tym przypadku mocno naciągana) piłkarze swoje jednak potrafią. Teraz w dodatku czekają ich mecze nieco łatwiejsze – już nie wielcy Niemcy, a Ekwador i Wybrzeże Kości Słoniowej. Też nie ogórki, ale nikt nie zabroni podopiecznym Dicka Advocaata – najstarszego trenera w historii mundiali – marzyć.
Marzyć o punktach mogą jednak też dwie ekipy z Azji i ich pierwsze mecze pokazały, że tkwi tu jakiś potencjał.
Trudniej zapewne będzie mieć Jordania… choć niewykluczone, że jej się uda. O ile z Argentyną – która (choć głównie Leo Messi) pokazała swoją moc w pierwszym meczu – raczej nikt nie oczekuje po graczach z Bliskiego Wschodu cudów, o tyle w starciu z Algierią, na koniec fazy grupowej, wydarzyć może się naprawdę wiele. Tym bardziej, że Jordania z Austrią grała naprawdę równy mecz, ba, miała nawet więcej strzałów. I wynik – 1:3 – nie do końca oddaje to, co działo się na boisku. Ostatecznie wygrało po prostu doświadczenie Austriaków.
Podobnie było w przypadku Uzbekistanu, choć ten od Kolumbii jednak nieco odstawał. Długo jednak byli w stanie Uzbekowie się rywali trzymać, a w 60. minucie nawet wyrównać stan rywalizacji. I tak jak Jordania, tak i oni trzecią bramkę dostali dopiero w końcówce, a wcześniej – walczyli, próbowali, starali się. Wydaje się jednak, że trafili na najmocniejszą ekipę w swojej grupie. Bo poza tym są w niej Portugalia (jeśli zagra tak jak z DRK, to Uzbekistan będzie mógł marzyć o remisie, a nawet wygranej), no i Demokratyczna Republika Konga.
Uzbekowie mają więc pełne prawo myśleć o tym, by swój debiut na mistrzostwach zakończyć z punktami. A może nawet powalczyć o to by, choćby z trzeciego miejsca, wyjść z grupy.
Walczą po raz drugi
Haiti na mundialu? Wiadomo, że rok 1974 i mecz z Polską! W ogóle był to rok debiutów, bo to wtedy na mistrzostwach grał przywoływany już Zair, ale i Australia oraz Niemcy Wschodnie, które też wcześniej nie miały takiej okazji. Haitańczycy – wracając do nich – awansowali wówczas do finałów, wygrywając sześciozespołową grupę, która przy okazji stanowiła mistrzostwa strefy CONCACAF. Udział w nich brali też piłkarze z Trynidadu i Tobago, Meksyku, Hondurasu, Gwatemali oraz Antyli Holenderskich.
Cały turniej odbywał się w Port-au-Prince, co, wiadomo, pomogło gospodarzom. I możliwe, że nie tylko to, bo w meczu z Trynidadem i Tobago – który ostatecznie skończył rozgrywki na drugie pozycji – sędzia anulował gościom aż cztery(!) bramki, wszystkie z powodu spalonych. Sędzia główny i jeden z liniowych otrzymali potem dożywotnią dyskwalifikację od FIFA… ale Haiti zagrało na mistrzostwach. Inna sprawa, że mecz z Trynidadem i Tobago był drugim dla Haitańczyków w tamtych eliminacjach, nikt nie mógł przewidzieć, jak ułoży się tabela.
W każdym razie: w RFN, gdzie turniej się odbywał, Haiti nie miało już tyle szczęścia do sędziów. I do rywali też nie – ci byli bezlitośni.
No, prawie. Włosi bowiem w 46. minucie dali Haiti wyjść na prowadzenie, a Emmanuel Sanon, który strzelił wówczas bramkę, został bohaterem narodowym. Potem jednak reprezentanci Italii się pozbierali, ostatecznie wygrywając 3:1. O meczu z Polską nie ma co pisać – to słynne w naszym kraju 7:0, gdy Biało-Czerwoni rozbili egzotycznych dla nich rywali. Ale z Argentyną znów udało się Haitańczykom strzelić i jeszcze raz trafił Sanon. Tym razem była to co prawda bramka honorowa, przy 0:3 (skończyło się 1:4), ale też fetowana.
W dodatku, co warto podkreślić, Haitańczycy nie byli wtedy najgorszą drużyną mundialu, bo dzięki dwóm strzelonym golom wyprzedzili… Zair. Obie ekipy miały bowiem tyle samo straconych (po 14), ale zawodnicy z Afryki ani razu nie trafili do siatki.
Już na tegorocznym mundialu, gdy Haiti zaliczyło powrót po ponad pięciu dekadach, piłkarze z Karaibów byli bliscy zdobycia punktu – mecz ze Szkocją przegrali tylko 0:1. I niestety, zdaje się, że to była dla nich największa szansa. Teraz czeka ich bowiem (już dziś w nocy) starcie z podrażnioną Brazylią, a potem znakomicie zorganizowane Maroko.
Cztery mecze na mundialach rozegrał też Irak. I to również po części odległa historia, bo Irakijczycy grali na mundialu w 1986 roku. Grali, trzeba to przyznać, naprawdę nieźle, imponując pracą w defensywie. Na otwarcie przegrali 0:1 z Paragwajem, potem 1:2 z Belgią (bramkę strzelili już przy wyniku 0:2), a na koniec znów 0:1 – tym razem z gospodarzami z Meksyku. Ledwie cztery stracone gole w trzech meczach? Naprawdę solidna rzecz.
Swoją drogą Irakijczyków trenował wtedy słynny Evaristo, jeden z pierwszych piłkarzy z Brazylii, którzy postanowili wyjechać do Europy i w 1957 roku trafił do Barcelony (gdzie grał przez pięć lat i świetnie sobie radził), a potem – wypchnięty przez klub z powodów administracyjnych – trafił do… Realu Madryt. Tam, niestety, doznał kontuzji kolana i grał mało. A wylot do Europy – i kilka przejść po drodze – oznaczało też dla niego koniec reprezentacyjnej kariery.
Wracając jednak do Iraku – w 1986 roku się nie udało, więc może uda się w tym? Na otwarcie zbyt dobrze nie było – na otwarcie 4:1 ograła Irakijczyków Norwegia, a piłkarze z Azji po części sami byli winni tego wyniku, popełnili bowiem wiele prostych błędów. A dalej? Najpewniej nie będzie łatwiej. To znaczy: na pewno nie będzie przeciwko Francji, z którą zagrają teraz. O punkty mogą jednak – tak się zdaje – powalczyć z Senegalem, o ile poprawią defensywę. Łatwo jednak nie będzie.
Historia najnowsza to z kolei Panama. Zawodnicy z Ameryki Środkowej historyczny awans zaliczyli w 2018 roku. Czy grali źle? No niekoniecznie. Nie wyszły im dwa pierwsze mecze, oczywiście, ale ich rywale, czyli Belgia (0:3) i Anglia (1:6) zmierzyli się potem ze sobą w meczu o 3. miejsce, po prostu byli mocni. Z kolei w ostatnim starciu zawodnicy z Panamy naprawdę solidnie powalczyli z Tunezją, z którą prowadzili od 33. do 51. minuty, a do 66. trzymali się jeszcze remisu. Gdy jednak stracili drugiego gola, nie zdołali odpowiedzieć. I odpadli z mistrzostw bez choćby punktu.
W tym roku zaczęli od meczu z Ghaną i… mogli po nim rozpaczać. Grali bardzo dobrze, mieli nawet swoje okazje, umiejętnie się bronili, a ekipa z Afryki wydawała się nie być w stanie nic zrobić. Aż do 95. minuty, gdy piłka wreszcie wpadła do panamskiej bramki. I możliwe – a wręcz pewne – że to moment, który zdecyduje o tym, że Panama po sześciu meczach też nie będzie mieć punktu na mistrzostwach świata. W środę czeka ją bowiem mecz z Chorwacją, a w sobotę starcie z Anglikami.
Ale to piłka nożna, niczego wykluczyć nie można. Jest natomiast pięć ekip, które poczekać będą musiały co najmniej do 2030 roku… a pewnie i dłużej.
Nie mają punktów… i szansy
Jest rok 1938. Indonezja co prawda jeszcze nie istnieje, ale ma swoją reprezentację piłkarską. I dostaje się na mistrzostwa świata jako Indie Holenderskie. Przy czym słowo „dostaje” zostało użyte nieprzypadkowo, bo jeszcze-nie-Indonezja nie musiała się na tamten turniej kwalifikować. Teoretycznie, owszem, były rozpisane mecze eliminacyjne przeciwko Japonii. W praktyce reprezentanci Kraju Kwitnącej Wiśni z rywalizacji się wycofali.
Efekt? Indonezja weszła na turniej, przegrała 0:6 z Węgrami w 1/8 finału (czyli I rundzie) i wróciła do siebie. A potem nigdy już na mistrzostwa się nie dostała… choć w tegorocznych kwalifikacjach walczyła długo i zdaje się, że coś w tamtejszym futbolu powoli się rusza.
Indonezja zagrała jeden mecz. Po trzy rozegrały trzy z czterech ekip, które nam tu zostały. Więc po pierwsze: Zjednoczone Emiraty Arabskie. Najgorszy statystycznie zespól mistrzostw świata 1990 we Włoszech. W grupie z Kolumbią, Jugosławią i RFN zawodników z Półwyspu Arabskiego stać było na zdobycie dwóch bramek… ale stracili 11. Dwie wbili im – bez odpowiedzi – Kolumbijczycy, pięć Niemcy, cztery ekipa z Bałkanów. W dwóch ostatnich przypadkach reprezentanci Emiratów odpowiadali, łapiąc kontakt (bramką na 1:2), ale potem rywale dokładali kolejne trafienia.
Ciekawostką jest tu głównie fakt, że Zjednoczone Emiraty Arabskie prowadził wtedy Carlos Alberto Parreira, który niedługo potem objął stery reprezentacji Brazylii i w 1994 roku – na kolejnym mundialu – poprowadził ją do mistrzostwa świata.
Równe 20 lat po ZEA, na mundialu pierwszy i ostatni raz w historii zameldowało się Togo. Miał wówczas ten kraj swoje złote pokolenie, to na pewno… ale wiele ono nie zdziałało. Natomiast gracze tacy jak Moustapha Salifou, Eric Akoto, Mohamed Kader, Assimiou Toure czy zwłaszcza Emmanuel Adebayor pograli w niezłych klubach. Wielu reprezentantów zresztą wyciągano z lig – bo niekoniecznie tylko z pierwszej – we Francji, bo to tego kraju kolonią było w przeszłości Togo.
Awansowali więc Togijczycy na mistrzostwa świata w 2006 roku… i w sumie trudno napisać, by zagrali w grupie jakoś źle. Owszem, bez punktów. Owszem, bilans bramek 1:6. Ale już na otwarcie długo prowadzili z reprezentacją Korei Południowej po golu w 31. minucie i dopiero po przerwie stracili dwie bramki. Szwajcarzy co prawda wyszli z nimi na prowadzenie w 16. minucie, ale mecz drugim trafieniem zamknęli ostatecznie dopiero w 88., a po drodze Togijczycy mieli kilka okazji. No, a potem czekał ich jeszcze mecz z Francją, która też wygrała 2:0.
I tyle, mundial bez punktów. A od tamtego czasu – żadnego kolejnego. I wygląda, że Togo będzie miało w kolejnych latach tylko trudniej, by na mistrzostwa wrócić, bo w Afryce wiele reprezentacji urosło w siłę.
W międzyczasie na mistrzostwa weszły też Chiny. To był 2002 rok, a występ Chińczyków jest być może… najbardziej bezbarwnym w historii. Bo serio, trudno tu pisać o czymkolwiek pamiętnym. Chińczycy pojawili się na mundialu, ale przyćmiły ich występ inne azjatyckie ekipy, na czele z Koreą Południową, która doszła do półfinału (z pomocą sędziów, ale jednak). A Państwo Środka? Trzy mecze, trzy porażki, bilans bramkowy 0:9.
Chińczycy oberwali wtedy nawet od Kostaryki (0:2, choć oba gole po przerwie), potem skarciła ich Brazylia (0:4, a strzelali wszyscy na R: Roberto Carlos, Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo) i wreszcie Turcja (0:3). Oczywiście, to była mocna grupa, bo Kostaryka była w stanie wywalczyć remis z Turkami i odpadła z turnieju przez różnicę bramek, ale Chiny nie zaprezentowały w zasadzie niczego, przez co można by wspominać ich występ.
I by tęsknić za ich obecnością na mundialu.
Czy tęsknić można z kolei za Salwadorem? Trudno powiedzieć, ale na pewno ciekawie byłoby ich zobaczyć, bo… to rekordziści. Byli na mistrzostwach dwukrotnie, rozegrali sześć meczów. I dalej nie mają nawet punktu! Możliwe, że po tej edycji ktoś jeszcze do nich dołączy, ale najpewniej nie przebije ich bilansu bramkowego, który wynosi 1:22. Ten jeden jedyny gol padł przy okazji ich drugiego występu.
Bo w 1970 roku – gdy debiutowali – przegrali bezbramkowo wszystkie mecze w swojej grupie. 0:3 z Belgią, 0:4 z Meksykiem i 0:2 z ZSRR. Salwador był wtedy też świeżo po wojnie futbolowej z Hondurasem, w której występował w roli agresora. Honduranie pewnie z uśmiechami słuchali o wynikach salwadorskiej ekipy. Czy 12 lat później też? Niekoniecznie, bo wtedy w Salwadorze bardziej zajęci byli walkami wewnątrz kraju – junty (wspieranej zagranicznymi, głównie z USA, pieniędzmi) z lewicowymi partyzantkami. Wybuchła tam regularna wojna domowa, która trwała dobrych 12 lat.
I to właśnie w takich okolicznościach salwadorska kadra po raz drugi dostała się na mistrzostwa. Swoją drogą ze strefy CONCACAF awansował wtedy również… Honduras – zresztą to właśnie ta ekipa była gospodarzem turnieju kwalifikacyjnego. Wracając jednak do sedna: Salwador znów zagrał trzy mecze i znów nie zdobył punktu. Na domiar złego – zapamiętano go głównie z jednego spotkania.
To był dla Salwadorczyków mecz otwarcia tamtych mistrzostw, ich rywalami byli Węgrzy, których chwała jednak dawno już przebrzmiała. Dobra okazja, by zdobyć punkcik? Niekoniecznie, bo rywale nie mieli dla Salwadoru litości – do przerwy było 3:0, ale to po niej rozpoczął się festiwal strzelecki. Węgrzy dorzucili siedem kolejnych bramek (w tym trzy Laszlo Kiss), a piłkarze z Ameryki Środkowej tylko jedną. 10:1 to do dziś jedyna(!) dwucyfrówka w historii mistrzostw świata.
Salwador, o dziwo, się po tej demolce podźwignął. Z Belgią grał równy, dobry mecz, przegrał 0:1, a potem 0:2 z Argentyną, choć tu mecz w dużej mierze ustawił rzut karny z 22. minuty, który wykorzystał Daniel Passarella. Gdyby z Węgrami nawet i przegrali, ale, dajmy na to, 1:3, to cały występ byłby, owszem, bez punktów, ale oceniany znacznie lepiej. A tak – cóż, Salwador jest pamiętany głównie z tego, że został zdemolowany.
I to zupełnie po nic – Węgrzy bowiem nawet z tej grupy nie wyszli.
Ostatecznie powstaje jednak pytanie: czy lepiej być takim Salwadorem, co dwa razy był na mistrzostwach i dwa razy odpadł, raz zbierając do tego solidny oklep, czy też – na przykład – sąsiednią Gwatemalą, która nigdy nie miała okazji na tym turnieju zagrać?

ZOBACZ RÓWNIEŻ
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix