Grand Prix na żużlu pierwszy raz w Łodzi. Jak wyglądało od środka?

Sebastian Warzecha

02 sierpnia 2026, 12:59 • 13 min czytania 0

Reklama
Grand Prix na żużlu pierwszy raz w Łodzi. Jak wyglądało od środka?

Żużlowy chrzest, czyli piach w zębach. Przynoszenie pecha Bartkowi Zmarzlikowi. Upadki Polaków, w tym jeden, przy którym publika zamarła. Przede wszystkim jednak – zgodnie z oczekiwaniami i zapowiedziami sporo, naprawdę sporo świetnego ścigania. Wpadliśmy na żużlowe Grand Prix na łódzkiej Moto Arenie. Grand Prix wyjątkowe, bo w tym miejscu jeszcze go nie było. Jak więc wypadło to łódzkie ściganie?

Reklama

Żużel. Grand Prix w Łodzi od środka. Jak wyglądała rywalizacja na Moto Arenie?

Pierwszy raz w Łodzi

To było ciekawe doświadczenie – w zasadzie dla wszystkich, choć część zawodników tor na Moto Arenie już przecież miała okazję poznać. Na co dzień to jednak stadion Orła, klubu z drugiej ligi. Teraz miał jednak ugościć rundę najważniejszego cyklu w świecie żużla. Po raz pierwszy do Łodzie zawitało Grand Prix, po raz pierwszy miejscowi kibice mogli na takie wydarzenie dojechać tramwajem czy dojść na własnych nogach.

Strategia na takie wypadki jest prosta: znaleźć hotel niedaleko, najlepiej blisko trasy, którą fani pójdą z pewnością. Tak, żeby wyjść z niego na kilka godzin przed czasem i móc się przyjrzeć temu, co się dzieje dookoła.

W tym przypadku nie do końca wypaliła, bo z powodu obawy o pogodę, odwołano kwalifikacje, które miały się zacząć o 14. Więc wielu kibiców trochę swoje przybycie na stadion opóźniło. Niemniej: i tak warto było się przejść w okolice Moto Areny szybciej, choćby po to, by zobaczyć, co dzieje się w przygotowanej przy niej strefie dla fanów.

Reklama

A tam atrakcje, cuda i niewidy: możliwość cyknięcia fotki z trofeum za wygraną w cyklu GP (radość dla każdego), z maskotką cyklu (Speedym, radość dla dzieciaków) czy z ekipą Monster Energy Girls, która przed startem każdego biegu prezentuje numery żużlowców (radość, z jakiegoś powodu, głównie dla kibiców, niekoniecznie kibicek). Do tego parada motocykli, konkursy, gry, Q&A z niektórymi z zawodników, pokazy palenia gumy i wiele więcej.

Faktycznie skorzystało z tego sporo osób. Ale wiecie, co cieszyło się w tej strefie największym zainteresowaniem?

Reklama

Oczywiście, że grill. Bo sobotni, wakacyjny, ciepły dzień ostatecznie prowadzi Polaków właśnie do tego. Kiełbaska, karkóweczka, napitki wszelkiego rodzaju – ceny gdzieś pomiędzy „olaboga, ale drogo”, a „no drogo, ale bez przesady”, to już zależy od tego, jakie kto ma standardy (pod koniec sierpnia, na Stadionie Narodowym, zapewne będzie trzeba wydać więcej). W każdym razie: grill na tyle przyciągał, że nawet tuż przed zawodami i po kilkuminutowym mocnym deszczu, wciąż stała przy nim spora kolejka.

A w niej ludzie we wszelkiego rodzaju żużlowym anturażu – jedni obmalowani, z szalikami i flagami. Inni w koszulkach Bartosza Zmarzlika, Patryka Dudka czy innych zawodników. Nie tylko Polacy, trafili się Szwedzi, Duńczycy, Brytyjczycy, dało się zauważyć Czecha czy dwóch, podobnie Ukraińców, którzy przecież też mają w stawce swojego człowieka.

Na niczym spełzła jedynie moja misja namierzenia w tłumie Łotysza czy Australijczyka, ale możliwe, że po prostu miałem do nich pecha po „swojej stronie” stadionu.

Jak do tego doszło, czyli łódzki żużel

Gdy już usiadłem na trybunie medialnej, otworzyłem program zawodów. Przywitał mnie w nim między innymi Witold Skrzydlewski, właściciel Orła Łódź (w dalekiej już przeszłości również prezes Widzewa) – postać tyleż ciekawa i zasłużona dla miejscowego speedwaya, co kontrowersyjna. Właściwie kto by o nim nie mówił, to mówi w skrajnościach. Choć zawodnicy zwykle podkreślają, że gdy jeździli dla Orła, to nigdy niczego im nie brakowało.

Reklama

W każdym razie – Skrzydlewski od dawna w ten czarny sport inwestuje, to trzeba mu oddać. I gdyby nie on, to Łódź właściwie na pewno nie miałaby tego Grand Prix. Sam Skrzydlewski podkreślał to we wspomnianym programie:

– Moja rodzina jest zaangażowana we wspieranie czarnego sportu w Łodzi od ponad dwudziestu lat. Doskonale pamiętam nasz stary stadion porośnięty trawą i pustki na trybunach. Zawsze, gdy się w coś angażuję, myślę o najwyższych celach. Moim pragnieniem było stworzenie w Łodzi silnego ośrodka żużlowego z nowoczesnym obiektem goszczącym zawody najwyższej rangi. Można powiedzieć, że dziś moje marzenie się ziściło”.

Marzenie tyleż ambitne, co i ciekawe. Bo Łódź jednak nigdy ośrodkiem żużlowym nie była. Zresztą – gdyby spojrzeć na mapę Polski i przeanalizować, gdzie ten sport najlepiej się trzyma, to wyszłoby, że tam, gdzie albo nie ma wielkiej piłki (Zielona Góra, Gorzów Wielkopolski, Toruń, Grudziądz, Leszno i inne), albo tam gdzie odżyła ona w ostatnim czasie (Częstochowa czy Lublin). Wyjątkiem w Ekstralidze jest w zasadzie tylko Wrocław, gdzie Śląsk w XXI wieku swoje jednak potrafił ugrać na piłkarskich boiskach.

Moto Arena

Reklama

Moto Arena z góry, w trakcie Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostw Ekstraligi. Fot. Newspix

W Łodzi, z dwoma uznanymi markami piłkarskimi, całkiem mocną koszykówką, a w ostatnim czasie też kobiecą siatkówką zdawałoby się, że o miejsce dla żużla trudno. A jednak jakaś luka, nisza się znalazła. Choć zajęło to trochę czasu – bo choć pierwsze kluby powstały tu w 1948 roku, to w 1964 roku rozwiązał się Tramwajarz i przez trzy dekady właściwie speedwaya w tym mieście nie było. Dopiero w 1995 roku żużel tam wrócił, ale też za sprawa projektów, co się chwiały, miały problemy. Orzeł powstał już w XXI wieku i jakoś się trzyma.

Choć i on przez swoje wahania przechodził.

Ważne to jednak o tyle, że to za sprawą Orła powstała Moto Arena. Gdyby nie było tego klubu, nie byłoby i argumentu, żeby ją zbudować. A tak – w 2016 roku rozpoczęto stawianie nowego stadionu, ukończono je z kolei dwa lata później. Po dekadzie od wbicia w ziemię pierwszej łopaty przybył tam największy żużlowy cykl świata.

Reklama

Ładnie się złożyło.

Tor, co lubi ściganie. I zawodnik, który go zna

Zresztą na to łódzkie Grand Prix chyba mało kto narzekał. Dla polskich kibiców to dobra miejscówka – centrum kraju, stosunkowo łatwy dojazd właściwie z każdego miejsca, a i Moto Arena ustawiona tak, że blisko tam czy to z Kaliskiej, czy z Fabrycznej, dwóch największych łódzkich dworców. Przede wszystkim jednak – to po prostu fajny tor.

Słychać to było z ust każdego zawodnika, co miał na nim jakieś doświadczenie. Dobry tor, krótki, ale techniczny, pozwalający na sporo mijanek. Statystyki to zresztą potwierdzały, bo w rozgrywanych tam na przestrzeni ostatnich ośmiu lat turniejach indywidualnych walki zawsze było sporo. W lidze też, choć w tym roku bywało, że w Łodzi mieli pecha do pogody.

Teraz też się tego obawiano, na godzinę przed startem mocno grzmiało, błysnęło też kilka razy. Z dużej chmury przyszedł jednak może nie tyle mały, co stosunkowo krótki deszcz. Na tyle krótki, że plandeki rozłożone na torze spełniły swoje zadanie.

Reklama

I o 19 można było zaczynać ściganie.

Faworytów było rzecz jasna dwóch – Bartosz Zmarzlik, wiadomo, ale też Brady Kurtz, który, jak rok temu, naciska na niego w klasyfikacji generalnej. Kurtz to zresztą dobry znajomy dla łódzkich fanów – przejeździł w przeszłości dwa lata w barwach Orła, gdy akurat znalazł się na zakręcie kariery. Było po pandemii, on miał już 24 lata i jakoś nie mógł odpalić. W Łodzi też nie jeździł najlepiej (choć solidnie), ale pozwoliło mu to potem na zrobienie kroków do przodu, a poza tym – poznał dobrze ten tor.

Objeździł na nim w końcu ponad 100 biegów. Niedawno wygrał też właśnie w Łodzi Indywidualne Międzynarodowe Mistrzostwa Ekstraligi. Zna się z łódzkim obiektem, wie, jak na nim jeździć i po prostu go lubi.

– Powiem szczerze, że gdy tylko dowiedziałem się o rundzie SGP na tym obiekcie, bardzo się ucieszyłem. Poważne. Dla nie to tor z wieloma dobrymi wspomnieniami, a co najważniejsze, także dla kibiców, sprzyjający wspaniałej walce na dystansie. Nie mogę doczekać się tych zawodów. Myślę, że to jeden z najlepszych torów do ścigania w Polsce – mówił przed startem.

Reklama

Tak naprawdę więc w Łodzi to w zasadzie on musiał być uznany za głównego faworyta.

Przynoszenie pecha Zmarzlikowi i żużlowy chrzest, czyli szczypta prywaty

Ale nie wygrał. Bartosz Zmarzlik, ku rozczarowaniu fanów, też nie. Ba – sześciokrotny mistrz świata nie wszedł nawet do finału, co udawało mu się w 14 (!) poprzednich rundach Grand Prix. I tutaj, muszę przyznać, wchodzi w grę moja osobista statystyka. Poprzedni raz na żużlowym GP byłem bowiem w Warszawie, na Stadionie Narodowym, w maju zeszłego roku. Wróciłem dopiero teraz, w Łodzi.

Wiecie, co łączy te dwie rundy?

Oczywiście, że to, że akurat w nich Bartek nie wchodził do finału. Po Warszawie zaczęła się ta znakomita seria, w Łodzi została ostatecznie przerwana. Przepraszam więc polskich fanów. Dowód to w końcu na razie anegdotyczny, ale dość mocny. Na tyle, że w pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno chcę zjawiać się na Drużynowym Pucharze Świata w Warszawie, a potem – na toruńskim finale cyklu Grand Prix.

Reklama

Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że dowód anegdotyczny to żaden dowód, a nauka każe go zbadać. W razie czego przeproszę znowu. Łódzkie Grand Prix było jednak dla mnie ciekawe z jeszcze jednego powodu. W zeszłym roku, po Warszawie, pisałem:

„Przyznam wprost: nigdy wcześniej nie byłem na żużlowych zawodach na stadionie. Choć żużel oglądałem już jako dzieciak, nie był to dla mnie sport pierwszego wyboru. Chodziłem na boiska, korty, stadiony lekkoatletyczne. Na speedway było mi jakoś nie po drodze, może po części dlatego, że ani moje rodzinne strony, ani te, z którym związałem się później w życiu, nie są z nim związane. Ot, pokonała mnie geografia”.

Reklama

Tamte warszawskie zawody trochę mnie rozczarowały. Ani nie były emocjonujące, ani tego żużla w pełni – przez odległość trybuny medialnej od toru – nie poczułem. W Łodzi siedziałem trzy rzędy od wyjścia z łuku. Sypały się na mnie grudki, leciał kurz. Znajomego, co „żużlowy” jest od dziecka, spytałem, czy mogę zaliczyć, że to już odhaczony chrzest. Odpowiedział, że prawie – jak pozgrzytam zębami i poczuję w nich piach, to wtedy.

Godzinę później zaliczyłem sobie i to doświadczenie.

Pytanie: czy kupiłem ten sport w całości w tej formie? I tak, i nie. Faktycznie, jest coś w tym ryku silniku, oglądaniu tego wszystkiego na żywo i z bliska. Bywały biegi, w których unosiłem się lekko z krzesełka i podziwiałem to, jak zawodnicy znajdują na torze przestrzeń, jak układają się na motocyklach, jak myślą w trakcie jazdy. Ostatecznie zdaje mi się jednak, że żużel zostanie dl amnie jednym z tych sportów, które lepiej ogląda się w telewizji.

Natomiast dużo zależy od tego, kto czego od niego oczekuje – jeśli ktoś chce emocji, adrenaliny, zapachu metanolu i całej tej atmosfery, no to niech rusza na trybuny. Bo faktycznie, jest w niej jakaś magia, przyznaję to z miejsca i dodam, że chętnie jeszcze na trybuny wrócę, nawet jeśli miałbym znowu skończyć z piachem w zębach. Jeśli jednak kibic oczekuje po prostu widowiska i chce się skupić na nim – na moje łatwiej obejrzeć to w telewizji, mając po wszystkim dobrej jakości powtórki i więcej możliwości analizy biegu.

Reklama

Na tym skończmy jednak ten wątek prywatny. Wróćmy do Grand Prix samego w sobie, bo przecież o tym chcecie czytać.

Upadki i podium, czyli Polacy w Łodzi

Jako się rzekło: było dużo walki, sporo mijanek, szalał Bartosz Zmarzlik, bo motocykl go nie niósł i szaleć musiał. Momentami zdawało się, że w ostatnich dwóch biegach przyjął prostą taktykę: wóz albo przewóz, byle wejść do biegu barażowego (na bezpośredni finał nie miał już szans). I zadziałało, mówimy w końcu o być może najlepszym zawodniku w historii tego sportu. W półfinale stać go było jednak tylko na drugie miejsce.

Inni Polacy zapisali się w dużej mierze upadkami. Piotr Pawlicki leżał jako pierwszy, ale pozbierał się dość szybko. Fatalnie wyglądał upadek Dominika Kubery, który po prostu zniknął pod bandą – na tyle „udanie”, że przez moment nie mogli go namierzyć medycy. Gdy w końcu się to udało, trzeba było z bandy spuścić powietrze i dopiero zająć się poszkodowanym. Trybuny przez moment były cicho, wszyscy doskonale wiedzieli, że wyglądało to bardzo poważnie… ale Kubera ostatecznie się podniósł i o własnych siłach z szedł z toru,.

A potem jechał dalej. Żużlowcy są zbudowani inaczej, serio.

Reklama

Kolejny dowód dał Kacper Woryna, który w jednym biegu leżał dwa razy, właściwie upadając w tym samym miejscu, na łuku tuż po starcie. W obu przypadkach dochodziło do restartu w pełnym składzie, bo Woryna wracał na kreskę. I co? I za trzecim razem nie tylko nie upadł, ale też wysforował się na prowadzenie i dowiózł ostatecznie trzy punkty. Zresztą niezwykle cenne, pomogły mu w tym, by awansować do biegu barażowego, zresztą tego samego, w którym jechał Zmarzlik.

Drugi z Polaków ostatecznie był w nim jednak trzeci. Też nie wszedł do finału.

Reklama

W tym znalazł się Patryk Dudek, znakomicie dysponowany. To on wygrał fazę zasadniczą i wraz z Bradym Kurtzem awansował do finału. Jeździł „Duzers” świetnie, ale w tym ostatnim biegu nie wygrał… co nie oznacza, że nie dał miejscowej publice radości – ostatecznie był drugi, przywiózł więc na koniec Grand Prix polskie podium. A przy okazji umocnił się w klasyfikacji generalnej, gdzie awansował na piąte miejsce. Dla niego istotne – walczy o kartę na kolejny sezon.

– Spoglądając na sytuację i ścisk w tabeli, a także wykorzystując fakt pecha kontuzjowanych kolegów z toru wiedziałem, że też muszę zdobyć jakąś wysoką pozycję. To się udało i awansowałem w klasyfikacji. Wiadomo, że Bartosz Zmarzlik utrzyma się w cyklu, a Kacper Woryna zapewnił sobie w nim miejsce poprzez Challenge. Nie liczę zatem na dziką kartę i sam muszę się utrzymać w cyklu – mówił*.

Dodawał też, że Łódź, jego zdaniem, śmiało może pozostać w kalendarzu. Pewnie przychyli się do tej opinii Robert Lambert, który wygrał wczorajsze zawody.

I dobrze, że wygrał.

Reklama

Triumf Lambo, czyli mistrzostwa będą ciekawsze

109 punktów ma Brady Kurtz, pierwszy. Dokładnie tyle samo Bartosz Zmarzlik, drugi. I 101, czający się za ich plecami Robert Lambert. To aktualna sytuacja w cyklu Grand Prix, na trzy rundy przed końcem rywalizacji. Przed Łodzią Lambo nie był od Polaka i Australijczyka daleko, oczywiście, ale jednak wydawało się, że ci mogą mu uciec. Teraz już nie ma takiej pewności, wręcz przeciwnie – Brytyjczyk mówił wczoraj, że będzie walczyć do końca.

I ma do tego pełne prawo.

Wczorajszym występem pokazał, że umie się nieco „ukryć”. Nie szalał w fazie zasadniczej, ale punktował solidnie – wywalczył 10 oczek (1, 2, 3, 2, 2) i zajął trzecie miejsce. Dość spokojnie wygrał swój półfinał i awansował do finału, gdzie czekali Patryk Dudek, Brady Kurtz i zwycięzca pierwszego barażu, czyli Michael Jepsen Jensen. Pogodził Lambert ich wszystkich, a więc nie wygrał faworyt publiczności (Dudek), ani ten, na którego stawiano przed zawodami (Kurtz).

Reklama

Robert Lambert świętujący swój triumf. Fot. Newspix

Triumfował Brytyjczyk. I dzięki temu… nadal nikt nie wygrał w tym sezonie dwóch rund Grand Prix. Lista zwycięzców do tej pory wygląda bowiem tak:

  • Grand Prix Niemiec – Kacper Woryna.
  • Grand Prix Czech – Leon Madsen.
  • Grand Prix Wielkiej Brytanii (pierwsze) – Max Fricke.
  • Grand Prix Wielkiej Brytanii (drugie) – Brady Kurtz.
  • Grand Prix Polski (Wrocław) – Bartosz Zmarzlik.
  • Grand Prix Szwecji – Anders Thomsen.
  • Grand Prix Polski (Łódź) – Robert Lambert.

Przed nami jeszcze trzy rundy – w Rydze, za tydzień, i wrześniowe ściganie w Vojens oraz Toruniu – i teoretycznie ktoś wreszcie powinien drugi triumf zgarnąć. W praktyce – ten sezon jest momentami niezwykle wręcz zaskakujący i liderzy cyklu są nimi głównie dlatego, że pozostają regularni. Bo i Brady Kurtz, i Bartosz Zmarzlik byli w finale w sześciu z siedmiu GP. Robert Lambert z kolei, owszem, zanotował kryzys w rundach od drugiej do czwartej, ale w ostatnich trzech dwukrotnie był drugi, a teraz wygrał.

Po raz drugi w karierze.

Reklama

– Czuję się tak dobrze, jak gdy wygrywałem po raz pierwszy. Minęły niemal dwa lata, najpierw długo czekałem na wygraną w Vojens, a teraz wydaje się, że tak samo długo czekałem na ten triumf. Świetnie czuję się w tym momencie sezonu. Gdy w Malilli wygrałem pięć rund, a nie wygrałem GP, to złamało mi serce. Dziś nie spodziewałem się, że wygram, po prostu kocham teraz jeździć na motocyklu i się tym cieszę – mówił*.

A poza tym zapowiadał walkę. I naciski na dwójkę Zmarzlik-Kurtz. Czy mu się to uda? Przekonamy się, ale jeśli tak, to finał cyklu, końcem września w Toruniu, może być niezwykle pasjonujący.

***

*Cytat z Patryka Dudka za Sportowymi Faktami, z kolei ten z Roberta Lamberta za Eurosportem. Choć obu słuchałem na żywo na konferencji prasowej i po niej, to wyzłośliwiła się na mnie technologia – w aplikacji dyktafonu na telefonie wyskoczył mi błąd i zapis nagrania z wypowiedziami zawodników zniknął. Może to za przynoszenie pecha Zmarzlikowi?

Reklama

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Chcielibyśmy, żeby ktoś w nas wierzył tak, jak Papszun w Rajovicia

Mikołaj Duda
2
Chcielibyśmy, żeby ktoś w nas wierzył tak, jak Papszun w Rajovicia

Inne sporty

Reklama