Nie sztuką jest błędów nie popełniać, ale najważniejsze to wyciągać wnioski i ich nie powielać. Jeśli przyjmiemy tę uniwersalną maksymę za prawdę, to tegoroczne Galacticos Show wypadło lepiej niż zeszłoroczne Ronaldinho Show. Choć nie wszystko poszło idealnie.
Nie każdy chciał się jednak bawić w pełni, ale o tym za chwilę.
Nie wszyscy dotarli na Galacticos Show w Chorzowie
„Jeśli zamierzają wyciągnąć wnioski na przyszłość, czeka ich wiele pracy” – pisaliśmy przed rokiem po czerwcowej wizycie na Stadionie Śląskim. I wygląda na to, że firma E-Max Events, która w osobie Mirosława Barszowskiego i Jarosława Kwelli stoi za tym wydarzeniem, właśnie odpowiednie wnioski wyciągnęła. Choć można i należy wskazać również kilka minusów.
Ale po kolei.
Wszystko zaczęło się już w piątek, bo tego dnia na Śląsk zjechała większość piłkarzy. Nie udała się ta sztuka wszystkim awizowanym gwiazdom – zabrakło Christiana Abbiatiego, Javiera Zanettiego i Juana Sebastiana Verona.
Ale ok – myślę, że przy ściąganiu kilkudziesięciu osobistości z różnych świata stron w jedno miejsce, można wziąć poprawkę, że niektórym po prostu nałożą się jakieś obowiązki. Nie mówimy tu o graczach z pierwszego szeregu, wokół których budowano całą narrację, więc można przymknąć oko. Ewentualnie najbardziej poszkodowani mogą poczuć się polscy kibice Interu Mediolan, pewnie nastawiający się na ujrzenie swojego legendarnego kapitana.
Nim przeszliśmy jednak do zawodników, w piątkowy wieczór na Stadionie Śląskim odbył się „mecz galaktycznych influencerów”, czyli twórców internetowych zaangażowanych w projekt i przez miesiące promujących wydarzenie wśród swoich odbiorców. Dla kogoś, kto śledzi ten świat, ujrzenie tych wszystkich ludzi z bliska mogło być nie lada wydarzeniem, dla fanów stricte futbolu – raczej ciekawostka i to ta mniej ciekawa.
Ronaldinho wyszedł… po angielsku
Na trybunach stadionu nie pojawiło się wiele osób i po pokazowym meczu wszyscy szybko się rozeszli zdążając na bankiet w salonie SAGA Mercedes, partnera Galacticos Show. I tutaj trzeba już zaznaczyć, że wydarzenie odbyło się z ogromną pompą.
Czerwony dywan, ścianka do robienia zdjęć, a przede wszystkim każdy piłkarz zakontraktowany do gry w sobotnim meczu. Pośród wymyślnych dań, przystawek i drogich alkoholi pojawiła się piłkarska zagraniczna śmietanka.
Największe poruszenie wzbudził oczywiście Ronaldinho. Rozdał kilka autografów i generalnie starał się uśmiechać, ale raczej nie był specjalnie zainteresowany okazaniem szacunku ludziom, którzy płacą mu ciężkie pieniądze. O tym za chwilę.
Wyświetl ten post na Instagramie
Na bankiecie zjawiło się wielu byłych piłkarzy cieszących się z możliwości wzięcia udziału w takim wydarzeniu i to się ceniło. Edmilson, trener Fabio Capello, Marco Materazzi, Nelson Dida czy Maicon chętnie pozowali do zdjęć i rozmawiali z innymi gośćmi.
Wycofaną taktykę obrał Francesco Totti. Flagowa postać Galcticos Show i legendarny kapitan Romy pojawił się na imprezie, ale raczej z dużym dystansem obserwował wydarzenia i niezbyt mocno chciał wchodzić w interakcję. Tutaj musimy mu jednak oddać, że kiedy już ktoś go poprosił o poświęcenie chwili, nie dąsał się i rozdawał autografy czy pozował do zdjęć.
Ronaldinho, jako największa gwiazda, miała prywatnego ochroniarza dbającego o jego prywatność. Brazylijczyk zjadł posiłek, porozmawiał z kolegami przy stoliku i nawet wydawał się zaciekawiony, kiedy na scenę wyszedł Krzysztof Drabik, zwycięzca „Mam Talent”, prezentując swój szalony pokaz żonglerki butelkami.
Problem zaczął się przy części oficjalnej. Najpierw na scenę wywołano Tottiego, który odebrał ufundowany przez sponsorów personalizowany zegarek i nóż do sushi. Ceremonię wręczenia przygotowano ze sporym rozmachem i Włoch w swojej roli wypadł całkiem przyzwoicie. Wiedział, kiedy się uśmiechnąć i komu uścisnąć rękę. Może nie rozpływał się w emocjach, ale zachował klasę.
No ale gorzej było z Ronaldinho. W zeszłym roku o jego kaprysach było głośno – miał opuścić stadion przed końcem meczu i przebierać się w osobnej szatni – teraz też nie zadbał o pozostawienie po sobie wyłącznie pozytywnych wspomnień.
Kiedy Brazylijczyka wywołano na scenę, okazało się, że… nie ma go na sali. Co więcej, miał powiedzieć, że idzie do łazienki, a po prostu… wyszedł z lokalu. Po angielsku. Zjadł, pogadał z paroma byłymi piłkarzami i uznał, że mu wystarczy.
A że płacący mu niemały hajs sponsorzy i organizatorzy potrzebowali go na scenie, ba, chcieli go uhonorować upominkiem? To już się dla niego nie liczyło. Po prostu sobie poszedł, a wieść gminna niesie, że późniejsze godziny wieczorne spędził w hotelu samotnie pałaszując sushi. Smacznego.
Kompletu nie było, ale…
Pomijając kaprysy Brazylijczyka, wszyscy uczestnicy bankietu zapewne wyszli zadowoleni. Mieli okazję spędzić miły czas w gronie piłkarskich gwiazd, z niektórymi sobie porozmawiać czy zrobić zdjęcie. Dla osób zaangażowanych w projekt z pewnością była to nagroda za trud włożony w pracę nad wydarzeniem.
A działania te przyniosły ponad 40 tysięcy ludzi na trybunach Stadionu Śląskiego w Chorzowie. Dużo? Mało? Do kompletu zabrakło kilkunastu tysięcy, więc każdy może odpowiedzieć sobie sam. Organizatorzy ze swojej strony przyznawali, że mierzyli w komplet, więc miało wyjść inaczej, ale…
Wyświetl ten post na Instagramie
Ja patrzę na to z nieco innej perspektywy. Po zeszłorocznym Ronaldinho Show było kilka problemów do rozwiązania, jednocześnie cały czas trwa sezon piłkarski. Wiele osób miało zatem zapewne do wyboru – albo jadę na mecz legend, albo skupiam się na swoim klubie na finiszu ligi, który może gra mecz tego dnia, a może następnego trzeba jechać na wyjazd.
Uważam więc, że wynik frekwencyjny okazał się więc co najmniej bardzo przyzwoity. A czy mecz był właściwie promowany? Tu też można roztoczyć szeroką dyskusję, bo jedni powiedzą, że w ogóle o tym nie słyszeli, a drudzy docenią, że te ponad 40 koła skądś się jednak wzięło.
Myślę, że sami organizatorzy celowali w trochę inny profil kibica niż „fana pełną gębą”, pochłaniającego co weekend kilka meczów na żywo, znającego wszystkie tabele i każde nazwisko. Grali raczej na emocjach, nostalgii, a sama transmisja w TVN – czyli, umówmy się, stacji mocno niepiłkarskiej – ukazuje, że chodziło tu chyba o powalczenie o nieco inne osoby niż te, które co tydzień chodzą na stadiony.
Takie też na pewno na Śląskim się pojawiły, ale jestem przekonany, że organizatorzy w pierwszym rzędzie szukali nabywców biletów gdzie indziej. To byli ojcowie, którzy z piłką może już nie są aż tak bardzo na bieżąco, ale kiedyś byli bardziej. To byli ludzie, którzy usłyszeli o zaangażowaniu wielu gwiazd Internetu czy muzyki – koncert przed meczem grał przecież Skolim – i uznali, że warto w czymś takim wziąć udział.
Ronaldinho wygrał z Tottim, ale pucharu nie odebrał
Sam mecz? Cóż, wydaje mi się, że gdybym oglądał go w telewizji, to bym się nie zachwycił. Niektórzy w lepszej formie fizycznej – jak Edmilson, Dida, Saviola czy Maicon – drudzy zapuszczeni, jak Frey, Olisadebe czy nawet sam Ronaldinho. Brazylijczyk starał się dać parę niekonwencjonalnych podań, ale wątpię, że wykonał więcej niż jeden czy dwa krótkie biegi przez cały swój występ.
Organizatorzy zadbali o pewne urozmaicenia, jak gol w ostatnich pięciu minutach połowy liczący się podwójnie, ale generalnie nie dało się uciec od faktu, że w dużej mierze był to pojedynek starszych panów. Bez większego tempa, czasami z dość kwadratowymi ruchami, ale jednak nazwiska robiły robotę.
Sam moment wprowadzenia w mecz, wyczytania poszczególnych zawodników, ich prezentacja, fanfary wokół – top. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania, ze swojej strony zadbali o to, aby ci piłkarze poczuli się jakby wychodzili na finał Ligi Mistrzów.
A że nostalgiczne tematy były w modzie, oprócz Skolima wystąpiła także Oceana. Wątpię, żeby miała w Polsce wielką rzeszę fanów, ale kiedy śpiewała hit Euro 2012 „Endless Summer”, w człowieku odblokowywała się jakaś nutka tęsknoty za czasami, które już nie wrócą.
Po meczu również odpowiednio uhonorowano zwycięską drużynę (ekipa Ronaldinho pokonała drużynę Tottiego 9:4), ale już bez jej kapitana. Brazylijczyk jak w zeszłym roku opuścił boisko w trakcie drugiej połowy, pomachał kibicom i tyle go widzieli. Może prysznic też już weźmie dopiero w Rio, żeby go nie męczyli o te podpisy i zdjęcia w zamian za zapewne kilkaset tysięcy euro przelane mu przez organizatorów?
Zdobywca Złotej Piłki 2006 miał swoje kaprysy, foszki i przekonania, przez które znów chodził swoimi ścieżkami. Czy to mogło się podobać? Nie – przy okazji takiego eventu, oczekiwałbym człowieka bardziej otwartego na innych ludzi. Ale czy bez niego by się to udało? Też nie, bo Ronaldinho – nawet przy tych wszystkich dziwnych historiach – to wciąż największy magnes.
Wyświetl ten post na Instagramie
Gwiazdy i gwiazdeczki
Przy okazji takich wydarzeń można też sporo dowiedzieć się o tych wszystkich gwiazdach i ich podejściu. Nie są już aktywnymi piłkarzami, nie spędzali czasu na Śląsku również prywatnie. Byli bardzo dobrze opłacanymi pracownikami, których wynagradzano właściwie za robienie sobie zdjęć, dawanie autografów i uśmiechanie się do ludzi.
Byliśmy też pod hotelem Marriott w Katowicach, gdzie spali ci wszyscy zawodnicy i potem wychodzili do autokaru, żeby pojechać na stadion. Tam doskonale można było zauważyć, kto i z jakim nastawieniem przyjechał do Polski.
Robert Pires, Nelson Dida, Djibril Cisse, Edmilson – pełna klasa. Również Polacy, jak Marek Citko czy Grzegorz Mielcarski, potrafili poświęcić ludziom te pięć minut na zdjęcia i podpisy. Ludziom, którzy często spędzali przy barierkach po dobrych kilka godzin, bo tak im zależało na chwilowym przecięciu się z idolem.
Na drugim biegunie Buc Wydarzenia, czyli przyznane przeze mnie tu i teraz miano Edgarowi Davidsowi. Przejrzała gwiazdka zachowywała się jakby był Cristiano Ronaldo w swoim prime. Zero zdjęć, żadnych rozmów. Niektórzy zagadywali do niego nawet po niderlandzku. Nic.
I ktoś teraz powie – no i ok, miał prawo. A moim zdaniem nie – nie miał prawa. Bo chociaż dobrych manier i grzeczności żaden kontrakt do końca nie ujmie (choć Neymar potrafił sobie przytulać premie za klaskanie kibicom PSG), to żaden z tych graczy na Śląsku nie był prywatnie. Organizatorzy wszystkim płacili kupę siana właśnie za te uśmiechy i kontakt z ludźmi.
Niektórych to przerosło i zachowywali się tak wyniośle, że zbierało na wymioty. No ale to chyba nieuniknione, jak spotyka się tyle nazwisk i ego.
Plusy i minusy
Najwięcej wniosków organizatorzy wyciągnęli chyba w kwestii składania deklaracji i obietnic. Nie można już było wykupić udziału w meczu na boisku. Na minus musimy jednak odnotować fakt, że wiele osób poczuło rozczarowanie z powodu braku „rundy honorowej”. Spiker zapowiadał, że gracze przejdą się wokół stadionu i pozdrowią fanów, do czego ostatecznie nie doszło. Wielu piłkarzy starało się jednak zadowolić tych, którzy siedzieli najbliżej barierek i podawali do podpisu szaliki czy zdjęcia.
Jasne – z takiego wydarzenia nie każda z ponad 40 tysięcy osób wyjdzie zadowolona. Jedni byli zawiedzeni, że piłkarze nie poświęcili więcej czasu swoim fanom po meczu. Inni pewnie polowali na autografy, których nigdy nie dostali. Ale generalnie jeśli ktoś zainwestował swoje pieniądze po prostu w odblokowanie pokładów piłkarskiej nostalgii, chcąc nacieszyć oko wspomnieniami młodości czy po prostu „tamtej” piłki – to właśnie to dostał.
Na pewno można teraz się licytować, czy Francesco Totti powinien spędzić na boisku więcej czasu, czy zawodnicy nie podeszli do gry zbyt luźno i tak dalej, i tak dalej. Konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością zawsze będzie przebiegała na różnym poziomie i to już zależy od indywidualnych przypadków.
Bardzo ciekawy był także pomysł z zaangażowaniem influencerów, ustawieniem ich w pobliżu boiska. Dzięki temu mogli tworzyć dla swoich odbiorców ciekawsze treści, a niektórzy z nich – jak chociażby Kacper Misztal „Qesek” – dostali nawet szansę bezpośredniego wzięcia udziału w meczu.
Wyświetl ten post na Instagramie
Kończąc już, nawet jak dysponuje się sporym budżetem i ściąga do Polski znane piłkarskie nazwiska, nie jest łatwo zapełnić kilkudziesięciotysięczny stadion. Skala trudności wzrasta, kiedy w ten sam weekend konkuruje się z „prawdziwą” piłką i rozgrywkami ligowymi. Sądzę, że z tego wyzwania organizatorzy wyszli z tarczą, a nie na niej.
A że niektóre gwiazdy zachowywały się raczej jak gwiazdeczki i to z takimi nienaostrzonymi ramionami? Cóż, to jest pewnie wpisane w ten biznes, bo tylu ego w jednym miejscu po prostu się nie ogarnie.
Galacticos Show 2026 interesowało dokładnie tych, których miało interesować i nie wzbudziło ciekawości tych, wśród których tej ciekawości wzbudzić nie miało. Powolne ruchy piłkarskich emerytów będą wyglądały raczej średnio w powtórkach telewizyjnych, ale przy tym ludzie, którzy pojawili się na stadionie, raczej nie żałują swojego pomysłu na ostatnią kwietniową sobotę.
Czy po ściągnięciu tylu nazwisk, można się pokusić w Polsce w przyszłym roku o coś mocniejszego w aspekcie meczów legend? Pewnie będzie trudno, ale ruchom organizatorów będziemy przyglądać się z ciekawością, bo pokazali, że uczą się na błędach i wielu ludziom zapewnili niezapomniane przeżycia.
A jak po tekście jesteście ciekawi także obrazu i dźwięku, zapraszamy wkrótce na WeszłoTV. Tam pokażemy wam Galacticos Show 2026 od środka.
MARCIN DŁUGOSZ
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Kolarze w oparach Czarnobyla. Wyścig Pokoju po katastrofie
- Goncalo Feio miał słowne spięcie z fanem Tondeli. „Kochają ten klub”
- Wielka kompromitacja blisko. Dlaczego Widzew może spaść?
Fot. Newspix