Hubert Hurkacz w drugiej rundzie Wimbledonu. Pewna wygrana

Sebastian Warzecha

29 czerwca 2026, 16:51 • 3 min czytania 1

Reklama
Hubert Hurkacz w drugiej rundzie Wimbledonu. Pewna wygrana

Przed dwoma laty Hubert Hurkacz doznał na Wimbledonie kontuzji, która ostatecznie odsunęła go od gry na wiele miesięcy, a po tym jak wrócił – na kolejnych kilka. Wypadł przez to nawet na moment z najlepszej setki rankingu ATP. Teraz wrócił na Wimbledon po raz pierwszy od tamtego urazu – i wygrał, w trzech setach, z Casperem Ruudem.

Reklama

Hubert Hurkacz zaczął Wimbledon od wygranej

Był w tym sezonie moment niski – gdy na kortach twardych przegrał siedem meczów z rzędu. Zmienił potem trenera, zatrudnił Gillesa Cervarę, byłego szkoleniowca Daniiła Miedwiediewa, który doprowadził Rosjanina do mistrzostwa wielkoszlemowego i bycia jedynką rankingu. Na kortach ziemnych coś się delikatnie ruszyło, choć mecz z Francesem Tiafoe, w którym znakomicie walczył, ale przegrał w pięciu setach na Roland Garros, i tak mógł nas nieco zasmucić.

Czekaliśmy jednak na trawę, bo Hubert uwielbia na niej grać. I wyszło, że… niespecjalnie się to w tym sezonie potwierdziło. Hubi rozegrał bowiem mecz w ’s-Hertogenbosch, ale przegrał z Martonem Fucsovicsem. Był też w Halle, gdzie w świetnym stylu pokonał Andrieja Rublowa, ale tylko po to, by potem ulec Danielowi Altmaierowi. A więc: dwa turnieje, trzy mecze, tylko jedna wygrana. To był bilans Huberta na trawie przed Wimbledonem.

Tu sprzyjało mu jednak losowanie. Trafił bowiem na tenisistę rozstawionego, ale tym był Casper Ruud. A Norweg na londyńskiej trawie grać nie umie, nigdy nie wyszedł w tym turnieju poza drugą rundę. Właściwie był to najlepszy możliwy rywal do zgarnięcia z tych rozstawionych właśnie.

Pozostawało liczyć, że Hubert z tego skorzysta.

Reklama

Hurkacz swój mecz zaczął w momencie, gdy na korcie była już Maja Chwalińska… i akurat mniej więcej wtedy doznawała kontuzji, która ostatecznie sprawiła, że spotkanie przegrała. Podzieliła więc w pewnym sensie los Huberta sprzed dwóch lat, choć pozostaje liczyć, że cała sytuacja skończy się lepiej niż w przypadku jej kolegi po fachu. Niemniej: Maja zaliczyła uraz, a Hubi walczył o to, by odegnać wspomnienia związane ze swoją kontuzją. I zrobił to całkiem skutecznie.

W zasadzie dwa pierwsze sety nie miały historii. W obu Hurkacz robił po prostu swoje. Dobrze serwował, wywierał presję, przełamywał Ruuda i zamykał pewnie obie partie. Nie ma sensu tego szerzej opisywać, bo był to typowy Casper Ruud na trawie i dobry na tej nawierzchni Hubert Hurkacz. Jedynie trzeci set miał inny przebieg. Casper podniósł bowiem nieco skuteczność serwisu, lepiej radził sobie przy swoim podaniu. Próbował też łapać się na grę przy podaniu Huberta, miał nawet break pointa, ale nie zamienił go na gema.

Hubert za to zrobił to – w jedenastym gemie. Wykorzystał wtedy czwartą piłkę na przełamanie i wydawało się, że zaraz zamknie seta. Tymczasem właśnie wtedy dał się po raz pierwszy zaskoczyć. W tym meczu, bo w całej karierze Hurkacza to nie wyjątek, że gdy jest o krok od wygrania, to zdarza się przestój. Ten przestój kosztował go na szczęście niewiele – straconego gema i konieczność zagrania tie-breaka. W nim bowiem ostatecznie mecz zamknął, ale… też nie było to takie oczywiste.

Hubert zmarnował bowiem dwie piłki meczowe przy 6:4 i 6:5, potem musiał bronić setballa, którego wypracował sobie Casper. Zrobił to skutecznie i dopiero później zamknął mecz. Można to było zrobić szybciej, prościej, ale Hubert Hurkacz jest, jaki jest.

Reklama

Więc ostatecznie: ważne, że się udało i że w powrocie na te korty Hubi wygrał. A teraz zmierzy się z rywalem nierozstawionym. Tym będzie albo Hamad Medjedovic (ATP 68), albo Sebastian Ofner (ATP 110). Obaj to raczej specjaliści od mączki, ale zdarzały im się dobre występy na trawiastych kortach.

Faworytem jednak powinien być Hubert, niezależnie od rywala. I oby Polak to potwierdził.

Reklama

Hubert Hurkacz – Casper Ruud 6:4, 6:2, 7:6 (7)

Fot. Newspix

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama