Brazylia jak Neymar. Płacze za wielkością, którą rozmieniła na drobne

Sebastian Warzecha

06 lipca 2026, 17:34 • 8 min czytania 11

Reklama
Brazylia jak Neymar. Płacze za wielkością, którą rozmieniła na drobne

W całej historii mundiali tylko na samym początku – w latach 1930-1958 – Brazylia czekała na tytuł tak długo, jak czekać będzie już na pewno teraz. Ba, od poprzedniego mistrzostwa, w 2002 roku, nie była nawet w finale. Canarinhos śnią dziś sny o potędze, które nie mają usprawiedliwienia w faktach, a przebudzenia z każdym kolejnym mundialem stają się bardziej brutalne. Dzisiejsza Brazylia ma w zasadzie twarz Neymara: powinna być wielka (największa?), a absolutnie nie jest. Zdaje się, że pora, by zdała sobie sprawę z tego, jaką zajmuje aktualnie pozycję w świecie futbolu.

Reklama

Brazylia wciąż śni o wielkich rzeczach. Wbrew rzeczywistości

Nie jest łatwo zrozumieć kibicom, że ich ukochana drużyna podupadła. Albo inaczej: łatwo jest to zrozumieć, trudniej nie mieć nadziei, gdy zaczyna się kolejny sezon czy wielki turniej. To zawsze ten sam mechanizm, ta sama wiara – że przecież tym razem musi być inaczej, że piłkarze przypomną sobie o tym, jakiego klubu czy reprezentacji koszulki noszą. Odmiana losu ma wynikać z historii, z przeszłej wielkości.

Ale to tak nie działa. Nie może tak działać.

Czasem jest wręcz inaczej. Dzisiejsza Brazylia, można by tak przyrównać, jest mniej więcej w takim miejscu, w jakim była Hiszpania sprzed 2010 roku. Ekipa predestynowana do wielkości, która tej wielkości osiągnąć nie może. O La Furia Roja mówiono przecież niezmiennie, że „gra jak nigdy, przegrywa jak zawsze”. Kolejne porażki nie pozwalały o tym sloganie zapomnieć, choć nie zawsze był prawdziwy – czasem Hiszpanie po prostu grali i przegrywali, jak każda inna, „pospolita” drużyna.

Reklama

Brazylijczycy, oczywiście, są nieco innym zespołem… choć też pospolicie przegrywają. Na koszulce mają jednak pięć gwiazdek, pod tym względem nikt nie może się z nimi równać. Gdy ponoszą porażki, zawsze mogą się do tego odwołać. Pod ręką są Pele, Garrincha, Didi, Ronaldo, Rivaldo, Romario, ba, nawet Zico czy Socrates, którzy mistrzostw nie wygrywali, ale byli wielcy i podziwiani. Ale może to gorzej? Może to utrudnia im życie jeszcze bardziej niż Hiszpanom, którzy do wielkości, do mistrzostwa dopiero aspirowali?

Ronaldo i Rivaldo

Czasy dawno minione, a wciąż upragnione – Ronaldo i Rivaldo świętują mistrzostwo świata z 2002 roku. Fot. Newspix

Brazylijczycy – podkreślmy to jeszcze raz – zdobywali je pięciokrotnie. Nikt im do tej pory nie dorównał. Nikt też nie stworzył tylu legendarnych piłkarzy, tylu magików, przez których piłka nożna musiała być regularnie definiowana na nowo.

Reklama

Ale to była inna Brazylia.

Uśmiech jak symbol

Obrazek z wczoraj, ten, który w zasadzie stał się symbolem. Rzut karny w końcówce, do piłki podchodzi Neymar. Na ustach ma ironiczny uśmieszek, dyskutuje z (genialnym) Orjanem Nylandem. Strzela, trafia, po czym postanawia jeszcze tę wymianę zdań kontynuować. I nadal się uśmiecha, jakby zapomniał, że ten gol niczego nie zmienia, a Canarinhos odpadną zaraz z mundialu, co zresztą się dzieje.

Neymar staje się symbolem tej porażki.

Nie to, że winić trzeba jego. Carlo Ancelotti mógł (powinien!) nie wpuszczać go na boisko. Neymar w zasadzie nie biegał, co przy szybkich i ruchliwych Norwegach było problemem w fazie defensywnej. Jego obecność w tamtym momencie meczu wręcz pomogła rywalom w przeprowadzaniu ataków. Po jego wejściu zdobyli dwie bramki. A jednak włoski trener się ugiął. Ugiął, bo Neymara chcieli fani, chcieli oficjele, chcieli wszyscy. Neymar miał być na tych mistrzostwach symbolem – to akurat się zgadza.

Reklama

Miał to być jednak symbol wielkiego odrodzenia, triumfu. A jednak – znowu – wyszło zupełnie inaczej.

Jakie jednak miała Brazylia podstawy, by w to odrodzenie wierzyć? Na wpół emerytowanego gwiazdora? Kiepską obronę, którą dość łatwo było naruszyć (nawet w poprzednich meczach Alisson notował wiele interwencji)? Środek pola z brakującą kreatywnością? W zasadzie zdaje się, że wiara opierała się na Viniciusie, Raphinhi (który już na starcie mistrzostw doznał urazu), młodych Endricku oraz Rayanie i… historii. Bo jako się rzekło: trudno jest o wielkości zapomnieć.

Reklama

Brazylia jednak powinna.

Brazylia wierzy w iluzję

Teza: ostatnim wielkim brazylijskim piłkarzem był Kaka.

Takim, który magię połączył z piłkarską skutecznością, który wspiął się na absolutne szczyty piłkarskiego świata. Był to jednak pobyt krótki, bo potem przyszły urazy, spadek formy, transfer do Realu Madryt ostatecznie nie pomógł, a wręcz zaszkodził. I jemu w kadrze w zasadzie jednak wiele nie wyszło (jest mistrzem świata, ale w 2002 roku zagrał ledwie 18 minut w jednym meczu).

Szansa była w 2006 roku.

Reklama

Możliwe, że ostatnia taka, że po raz ostatni była to Brazylia wielka. Jednak już wtedy się chwiała. To była kadra weteranów. Ze składu, który wybiegł na ostatni na tamtym mundialu mecz z Francją po trzydziestce byli Dida, Roberto Carlos, Cafu, Ze Roberto i Juninho, a Ronaldo i Gilberto Silva kończyli 30 lat kilka miesięcy później. Nadzieję na lepsze czasy dawali tacy gracze jak Robinho czy Adriano, ale obaj przegrali karierę poza boiskiem, z zupełnie różnych powodów. Podobnie Ronaldinho, podobnie Ronaldo, którzy przecież w teorii mogli jeszcze być istotni w 2010 roku.

Brazylia się rozpadała. W 2010 roku w zasadzie mocna była tylko jej obrona, a im bliżej ataku, tym gorzej to wszystko wyglądało. W 2014 był Neymar, z kolei ostatni brazylijski magik, ale jego kontuzja (i brak Thiago Silvy) sprawiła, że w półfinale wszystko się sypnęło. W 2018 roku znów była kadra bez balansu, kadra z wyrobnikami, kadra wybitnie niebrazylijska, a i Neymar już nie był tym samym piłkarzem. W 2022 roku pojawiła się nadzieja w postaciach Viniciusa, Rodrygo czy nawet Richarlisona, ale ostatecznie zabrakło drużyny.

W 2026, tak się zdaje, ostatecznie było podobnie.

Owszem, Brazylia powinna była wygrać ten mecz z Norwegią. Miała ku temu okazje, wykreowała ich znacznie więcej od rywali. I pewnie wygrałaby w 1958, 1962, 1970, 1994 czy 2002 roku. Dziś to jednak inni Canarinhos. Obciążeni historią, a równocześnie wciąż przekonani o wielkości, której jednak potwierdzić nie potrafią. To Brazylijczycy zmuszeni oglądać, jak ich najwięksi piłkarscy wrogowie triumfują.

Reklama

Brazylijczycy, którzy są ja wielu ich piłkarzy, z Neymarem na czele – uważają, że powinni być wielcy, że mają wszystko, by tę wielkość osiągnąć. I w zasadzie cały piłkarski świat też tak to widzi, jakby w zbiorowym zaślepieniu.

Potem przychodzi bowiem test i okazuje się, że samo przekonanie to czasem za mało. Wielkość Canarinhos to w tym momencie iluzja, pusty slogan.

Magia wyparowała

Możliwe, że najgorsze nie jest jednak to, że od 24 lat nie było Brazylii w finale mistrzostw świata. Możliwe, że najgorsze nie są bolesne porażki. Że ani ta Norwegia, ani Chorwacja sprzed czterech lat, ani nawet to 1:7 od Niemców. Możliwe, że najgorsze nie jest dla tamtejszych fanów to oglądanie triumfujących Argentyńczyków w Katarze i potencjalna powtórka z tego na amerykańskich boiskach.

Najgorsza jest świadomość, że to nie tylko brak trofeów, ale i brak magii.

Reklama

To dlatego w tej kadrze był – musiał być! – Neymar. O ile Kakę nazwałem ostatnim prawdziwie wielkim, o tyle Neymar to ostatni wspaniały brazylijski magik. Taki, który zatrzymał się tuż pod tym absolutnym piłkarskim szczytem (nie wszedł na niego w zasadzie wyłącznie dlatego, że w najlepszym momencie kariery grał w cieniu Leo Messiego), a dotarł tam czarując, bawiąc się, robiąc z piłką rzeczy niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Można by napisać, że to ostatni wielki piłkarz jak z Copacabany, przedstawiciel gatunku na wyginięciu, którego być może nie uda się już przywrócić piłkarskim murawom.

Dzisiejsi Brazylijczycy grają bowiem inaczej. Vinicius bywa wspaniały, to prawda. Potrafi dryblować, pięknie strzelać czy rozgrywać. Ale jego atutem jest szybkość, przyspieszenie, eksplozywność. Raphinha w najlepszej formie bywał wspaniały, ale jest znacznie bardziej schematyczny, wplątany w ramy taktyczne. Endrick może stać się genialny, ale to – jak u Viniego – piłkarz raczej eksplozywny, opierający się na nagłych „wybuchach”, nie tej niezwykłej, urzekającej magii.

Magii, której Brazylia była ojczyzną. Bastionem, opierającym się coraz to większemu i większemu naporowi nowoczesnej piłki. Tej opartej na taktyce, na wpisaniu wszystkich zawodników w określone pozycje i „ugnieceniu” ich do określonych ról.

Dziś jednak i Canarinhos pękli. I od Neymara w zasadzie nie „wyprodukowali” już nikogo takiego. Nie ma nowych Pele, Garrinchów, Ziców, nie trafił się kolejny Ronaldo, Ronaldinho czy choćby Kaka – piłkarz-łącznik, magiczny, ale i znacznie bardziej „ukształtowany” nowocześnie, do wpisania w taktyczne ramy. Są Richarlison, Gabriel Jesus, Bruno Guimaraes. To w zasadzie przeciwieństwo magii, zupełnie inny typ piłkarzy. Nawet Viniciusowi daleko do największych czarodziejów piłki.

Reklama

Trzeba powtórzyć: to już nie ta Brazylia. Ani magicy, ani mistrzowie.

Płacze Neymar, płacze Brazylia

Brazylijczycy muszą się na nowo zdefiniować. Zrozumieć, w którą stronę iść i co zrobić. Argentynie udało się to pod przewodnictwem Lionela Scaloniego… ale Albicelestes mają Leo Messiego. On dostarcza magii, reszta jest w zasadzie od tego, by tego Leo otoczyć najlepszą możliwą pomocą. Canarinhos nie mogą, bo nie mają podstaw, pomyśleć, że i im uda się zrobić coś podobnego (może więc powinni przypomnieć sobie rok 1994 i tamtą kadrę – pełną piłkarzy twardych, zadaniowych, ale zbalansowaną i skuteczną w swojej grze?).

Ich magia odeszła. Ten ostatni mundial i ostatni mecz Neymara to zamknięcie pewnego rozdziału, który – tak po prawdzie – domknięty powinien być już jakiś czas temu.

Neymar i jego łzy są jak łzy całej Brazylii. To łzy smutku z powodu porażki, łzy, że jeszcze raz się nie udało, ale i łzy wywołane faktem, z którym trudno się pogodzić – że w ostatnich dwóch dekadach Brazylia rozmieniła na drobne swoją wielkość i wszystkie jej próby powrotu na szczyt spełzły na niczym. Neymar w swojej karierze nie umiał się pogodzić z faktem, że nie jest największy i własnymi decyzjami tę karierę po wielokroć „zabijał”.

Reklama

Brazylijska federacja, trenerzy i inni piłkarze też podejmowali złe decyzje, które nie pozwalały im osiągnąć szczytów. I dziś, gdy odchodzi Neymar, odchodzi też chyba finalnie ten mit o tym, że Canarinhos nadal są wielcy. Bo nie są. I nie będą, dopóki ponownie nie udowodnią, że na postrzeganie ich w tych kategoriach.

Może potrwa to cztery lata, a może kilka kolejnych dekad, ale prawda jest jedna – na dziś Brazylia to mundialowy średniak, którego ostatni moment chwały miał miejsce 24 lata temu. W zasadzie całe piłkarskie pokolenie temu.

Reklama

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

11 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama