Reprezentacja Finlandii jest największym zaskoczeniem siatkarskich mistrzostw Europy. Podopieczni Ollego Kunnarego awansowali do półfinału, w meczu 1/4 pokonując gospodarzy i głównych faworytów do złota – Włochów. O tym spotkaniu, ale też o przeszłości, obecnym rozwoju i przyszłości fińskiej siatkówki w rozmowie z Weszło mówi Kamil Sołoducha, od lat pracujący w Finlandii, obecnie w roli analityka i taktyka tamtejszej kadry. Polak z bliska oglądał więc to, co doprowadziło Finów do najlepszej czwórki w Europie. Był świadkiem historii.
Największa sensacja mistrzostw Europy. Rzecz o fińskiej siatkówce
Finowie byli jednymi z gospodarzy fazy grupowej. Na własnym terenie spokojnie uporali się z zadaniem wyjścia do dalszej fazy turnieju – pokonali 3:0 Danię, wygrali po zaciętym meczu z Belgią (3:2, a Belgowie to inna z ekip, które idą ostatnio w górę), potem znakomicie poradzili sobie z cieniującą Serbią (3:0), a po niej pokonali jeszcze bardziej dołującą Holandię. Choć w tym meczu nie wszystko wyglądało już idealnie, stąd wygrana tylko 3:2.
Ten mały kryzys epilog miał w ostatnim meczu fazy grupowej – porażce 2:3 z Estonią.
Niczego jednak ta wpadka nie zmieniła – Finowie wyszli z grupy z drugiego miejsca, za Belgią. W 1/8 finału trafili dzięki temu na Greków. Grali już w Turynie i było to bardzo, ale to bardzo zacięte spotkanie. Grecy wygrali pierwszego i trzeciego seta, ale Finowie byli w stanie odwrócić losy meczu i wygrać po tie-breaku, w którym triumfowali 15:13. Pokazali więc, nie pierwszy raz w tym turnieju, że w tej decydującej rozgrywce sobie radzą.
Ćwierćfinał miał być jednak końcem ich przygody z turniejem. Nikt ich zbyt poważnie nie traktował. Mieli bowiem zagrać z Włochami, być może najlepszą ekipą ostatniej dekady w reprezentacyjnej siatkówce. I to na ich terenie. A jednak – choć przegrali pierwszego seta – to wygrali spotkanie. Nie podłamali się pierwszą partią. Nie „zabiła” ich czwarta, w której Włosi wyrównali stan meczu i nie zrobił tego też kiepski początek tie-breaka.
Sensacyjnie wygrali. Ale jak? W jednym secie nawet ośmieszyli Italię.
Niespodzianka turnieju. Co zdecydowało?
– Było kilka aspektów tego meczu – mówi Sołoducha. – Pierwszy to to, że mimo że przegrywaliśmy w pierwszym secie, to nie zostaliśmy przez Włochów stłamszeni. I dzięki temu, po walce, wygraliśmy drugiego seta. A to z kolei dało nam wiarę w to, że możemy wygrać kolejnego, po którym wyszliśmy na prowadzenie 2:1. W tie-breaku przegrywaliśmy trzema punktami, ale byliśmy w stanie odrobić straty i wygrać całe spotkanie. To jest jedna rzecz – taka nieustępliwość z naszej strony, którą w tym spotkaniu mieliśmy. Włochom po prostu nie udało się nas złamać. Myślę, że to zresztą cecha narodowa Finów – bardzo rzadko widać, by się poddawali. Tu się walczy do końca. Finowie to mają.
Aspekt drugi, jak mówi, to fakt, że Włochom po prostu w pewnym momencie brakowało planu. Szczególnie w trzecim secie, wygranym przez Finów sensacyjnie wysoko – do 16. Próbowali rywale serwować mocniej, ale popełniali sporo błędów na zagrywce, a co przeszło, to i tak na ogół było podbijane. Reprezentanci Finlandii byli w stanie z kolei cały czas serwować na solidnym poziomie i odrzucić rywali od siatki. Potem za to skutecznie pracowali blokiem – nawet nie punktowym, a po prostu przedłużającym akcje i pozwalającym na kontry.
Kluczem więc było tak naprawdę to, by łatwego życia nie miał genialny rozgrywający Włochów, Simone Giannelli, a co za tym idzie – by trudniej było atakującym. Udało się. To tym ważniejsze, że reprezentanci Italii w pierwszym secie pokazali, co się dzieje, gdy dobrze przyjmują – po skutecznym odbiorze mieli… 100 procent skuteczności w ataku! Na przestrzeni całego meczu nadal rewelacyjne 85 procent.
Gdy jednak przyjmowali słabo, liczby te malały drastycznie. Finowie potrafili bowiem to gorsze przyjęcie wywołać i je wykorzystać. Przede wszystkim jednak: nie tylko walczyli do końca, ale też w kluczowych momentach zachowali ogromny spokój. Taki… no właśnie, północny stoicyzm.
– To była chyba najważniejsza rzecz, jaką mogliśmy zrobić i zrobiliśmy w tym meczu. Tak naprawdę ani przed tym spotkaniem nie byliśmy, ani przed żadnym z kolejnych nie będziemy faworytami, więc nie mamy na sobie presji, że za wszelką cenę musimy wygrać. My po prostu – zresztą nie tylko w tych meczach – wychodzimy z przeświadczeniem, że chcemy zagrać naszą najlepszą siatkówkę. A jeżeli dzięki temu wygramy – to świetnie. Jeśli jednak nie wygramy, ale zagramy dobrze, to też nic się nie dzieje. To nie tak jak w Polsce, że trzeba wygrywać każdy mecz za trzy punkty – mówi Sołoducha.
Na Włochów takie podejście okazało się skuteczne. Finowie tym samym wyrównali najlepszy wynik w historii swojej kadry – w 2007 roku, też sensacyjnie, zagrali w półfinale. Skończyli jednak bez medalu.
Ale to pokolenie, które – tak się wydaje – było dla nich niezwykle ważne.
Generacja, od której się zaczęło
Grupę wtedy wygrali. Przegrali co prawda z Włochami na otwarcie, ale po świetnym meczu, zakończonym tie-breakiem. Potem byli jednak w stanie pokonać outsiderów z Chorwacji i, zadziwiająco łatwo (w końcu byli to brązowi medaliści MŚ sprzed roku) Bułgarów, których ograli 3:0. Weszli do drugiej fazy grupowej, w której na otwarcie – to niemiłe wspomnienie – też do zera pokonali Polaków.
I znów: medaliści mistrzostw z 2006 roku, w dodatku srebrni. A Finowie poradzili sobie stosunkowo gładko.
Po nas ulegli im Belgowie, a Rosjanie okazali się lepsi dopiero w tie-breaku. Finlandia weszła do półfinału z drugiego miejsca w grupie kosztem… Włochów, którzy mieli taki sam bilans meczów (3-2), ale gorszy stosunek setów (13-7 do 11-10). W półfinale Finowie stoczyli pasjonujący mecz z Hiszpanami. Wygrali rywale z Półwyspu Iberyjskiego, ale po pięciosetowej batalii. Można się zastanawiać, co czuli Suomi, gdy ich półfinałowi rywale sensacyjnie zdobywali potem złoto. To mogli być przecież oni…
Tym bardziej, że oni sami nie sięgnęli po medal – w meczu o trzecie miejsce lepsi byli Serbowie.
Niemniej: to był sukces, który – z perspektywy czasu – wiele rzeczy napędził. Niezłą pakę mieli wtedy w Finlandii. Grali tam Mikko Oivanen (znany potem też z polskich parkietów), Mikko Esko, który, podobnie jak Matti Hietanen oraz Simo-Pekka Olli, grał we włoskiej lidze. Był też Janne Heikkinen, gracz bełchatowskiej Skry, a do tego przyszli selekcjonerzy – Tuomas Sammuelvo i Olli Kunnari. I kilku innych zawodników, mniej kojarzonych na europejskich parkietach, choć nadal solidnych.

Olli Kunnari po raz drugi jest w półfinale mistrzostw Europy. 19 lat temu sam grał, teraz prowadzi Finów. Fot. Newspix
Prowadził ich wtedy Mauro Berruto. Włoch, który okazał się dla fińskiej siatkówki nieoceniony, bo na pracy z tą kadrą spędził pięć lat. To czwarte miejsce przypadło na środek tego okresu, było jego szczytem, ale nie sposób nie doceniać całości działań Berruto.
– To jest bardzo podobna historia, jak z Raulem Lozano w reprezentacji Polski – mówi Sołoducha. – Musiał przyjść ktoś, kto zrobił rewolucję w siatkówce, zwrócił uwagę na te duże rzeczy, ale też wiele małych. Generalnie zmienić wszystko. I wtedy zaczęło to funkcjonować, gdy ta maszyna została w taki sposób naoliwiona. Po Berruto, który to zrobił, przejął to Daniel Castellani. A on był niezwykle dobrym psychologiem. Świetnie czuł ludzi, rozumiał, jak do nich dotrzeć i z Finami też mu się to udało. Daniel pomógł pewne rzeczy ustabilizować, a potem przejął pałeczkę Tuomas, który przecież doskonale wiedział, jak w tym środowisku funkcjonować.
Zbiór owoców zasianych przed laty
Sam Polak zaczął pierwszy okres pracy w Finlandii w 2012 roku, wtedy trenerem kadry był Castellani. Rok później przejął od niego pałeczkę – przechodząc na ławkę bezpośrednio z parkietu – Sammuelvo i zatrzymał Sołoduchę w sztabie. Obaj pracowali do 2018 roku i, co być może kluczowe, Finlandia dwukrotnie w tym czasie awansowała na mistrzostwa świata. Nie wykręciła tam może cudownych rezultatów (w 2014 roku skończyła na 9. miejscu, w 2018 na 16. miejscu), ale była.
A to istotne, bo czekali na ten awans Finowie od 1982 roku!
– Dzięki tamtej generacji zawodników, mamy to dzisiejsze pokolenie – mówi Sołoducha. – Bo to ludzie, którzy zaczynali bawić się w siatkówkę, gdy my w tym 2014 roku występowaliśmy na mistrzostwach świata. Właśnie tamto pokolenie to napędziło. Finlandia to też kraj, który działa bardzo systematycznie – krok po kroku, bez żadnego hurraoptymizmu, ale też bez załamywania rąk i złości po przegranych meczach czy turniejach. Zamiast tego jest analiza tego, co się wydarzyło i wyciąganie wniosków.
Dlatego też gdy pytam, czy wykorzystano potencjał pokolenia, które było na mistrzostwach Europy czwarte przed 19 laty, mówi, że może nie w pełni, ale w dużej mierze tak. Bo efekty tamtego sukcesu widać było w 2014 oraz 2018 roku, a z kolei tamte wyniki zaczynają przynosić owoce teraz.
I Finowie – jak się okazuje – wyhodowali te owoce naprawdę smaczne.
Siatkówka się otwiera
Coraz więcej krajów zaczyna się liczyć w świecie siatkówki. Może jeszcze nie w kwestii walki o złoto, ale zaczepiają się na poważne granie. W tym gronie są i Finowie, ale nie tylko oni – Bułgarzy i Czesi byli w półfinałach ubiegłorocznych mistrzostw świata. Dobrze przędą Belgowie i Ukraińcy, obie te nacje niedawno weszły do Ligi Narodów. A można szukać i mniejszych przykładów.
– To jest pokłosie rozszerzenia mistrzostw świata i Europy. Jest więcej zespołów, ogólny poziom możliwe, że nieco się obniżył, natomiast dawanie szansy krajom słabszym jest po prostu promocją siatkówki. Nawet jak spojrzymy na siatkówkę europejską, to dzięki tym mistrzostwom zaczyna wychodzić na to, że Estończycy, którzy przez lata byli obecni w siatkówce, mieli zmianę generacji i coś tam zaiskrzyło w fazie grupowej. Mam nadzieję, że wrócą na wyższy poziom. Druga ekipa, która nieźle się pokazała to Szwedzi, a trzecia – najlepsza z nich – to Duńczycy, którzy nie tylko wyszli z grupy, ale w pierwszym secie z Włochami zagrali bardzo fajnie. Potem opadła im chyba nieco wiara w siebie – mówi Sołoducha.
Dodaje, że północ Europy zaczyna się siatkarsko budzić i kto wie, czy nie będzie to kolejne miejsce – patrząc na całą Skandynawię i Finów z Estonią – w którym ta siatkówka zawita na w miarę wysokim poziomie na dobre. Przynajmniej reprezentacyjnie, bo ligowo raczej nikt nie ma zamiaru tworzyć tam potęgi. Natomiast kadry faktycznie, jakby rosły w siłę i umiejętności.
– Myślę, że to efekt dwóch rzeczy. Po pierwsze niezłego szkolenia młodzieży jak na warunki – szczególnie finansowe – jakie te kraje mają. A druga – zawodników wypycha się tam do grania zagranicą. Kilku Duńczyków grało na przykład w lidze japońskiej, teraz dwóch zagra w Polsce. Szwedzi występują w lidze niemieckiej. Finowie mieli najgorsze lata, gdy wszyscy grali u siebie, a zaczęło się robić lepiej, kiedy wyjechali do innych lig, grać na wyższym poziomie. Zebrali doświadczenie, zobaczyli, jak ta siatkówka wygląda w innych krajach. To jest coś, co powinien robić każdy kraj mniej „siatkarski” od Polski czy Włoch – mówi polski statystyk.

Reprezentacja Finlandii po meczu z Włochami. Fot. Newspix
Efekt tego jest zresztą dwojaki, bo w siłę rosną też ligi – takie jak niemiecka czy francuska – gdzie pojawiają się dobrzy gracze z innych krajów. Możliwe, że za jakiś czas rywalizacja w Lidze Mistrzów nie będzie już tyczyć tylko polskich i włoskich klubów, czasem z dodatkiem któregoś z Turcji. Ale to przyszłość.
Fińska przyszłość. Kolorowa?
Natomiast w tę przyszłość chyba trzeba zerkać. W Finlandii – jak twierdzi Sołoducha – istnieje jeden centralny ośrodek szkolenia, ale poza tym opiera się to na klubach. Te raczej wychodzą z mniejszych ośrodków, bo w dużych miastach królują piłka nożna, hokej i koszykówka, ale to w zasadzie ma sens – w Polsce też przecież wiele klubów powstało tam, gdzie inne sporty nie stały zazwyczaj na najwyższym poziomie. W tym te najlepsze jak (niestety upadły) Jastrzębski Węgiel, Skra Bełchatów, ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Warta Zawiercie czy Asseco Resovia.
Finowie w dodatku myślą o stworzeniu czegoś na miarę naszych Siatkarskich Ośrodków Szkolnych, ale to melodia – no właśnie – przyszłości. Już teraz widać jednak, że w rocznikach, które będą wchodzić do seniorskiej siatkówki też mają kilku niezłych graczy. A poza tym ich kadra jest młoda, ma jeszcze kilka dobrych lat grania przed sobą. Najstarszym graczem jest u nich równiutko 30-letni Antti Ronkainen.
Ich średnia wieku to – rocznikowo – w zasadzie niemalże równe 25 lat.
Warto też podkreślić to, o czym była mowa wcześniej – żaden z nich nie gra w ojczyźnie… i to dobrze. Na mistrzostwa Europy przyjechali gracze z ligi rumuńskiej, belgijskiej, niemieckiej, francuskiej, tureckiej, włoskiej, a nawet polskiej, bo Voitto Koykka to zawodnik gdańskiego Trefla. To ta ekipa (z opcjonalnymi kilkoma zmianami) wprowadzi też Finów tam, gdzie jeszcze ich nie było – do Ligi Narodów. Zadebiutują tam w przyszłym roku, po tym jak dwukrotnie byli najlepsi w Lidze Europejskiej.
– Patrząc na ranking FIVB, to w Lidze Europejskiej właśnie wiele ryzykujemy, bo każda porażka może nas sporo kosztować, ale też łatwiej wygrywać. Występy w Lidze Narodów z kolei są ryzykowne o tyle, że poziom jest wyższy i trudniej może być gromadzić punkty. Natomiast jeśli chcemy iść w górę, to po prostu musimy to zrobić – mówi Sołoducha.
Zrobią więc. I przekonają się, jak dobrze poradzą sobie z najlepszymi na świecie na dłuższym dystansie.
Ale zanim to nastąpi – zagrają kolejny mecz z jedną z czołowych ekip. O finał mistrzostw Europy.
Mecz o marzenia
Z Francją grali rok temu na mistrzostwach świata. Wygrali po tie-breaku, wyrzucili tym samym Trójkolorowych z turnieju, bo ci odpadli w fazie grupowej. To była dla tamtej Francji tragedia i dlatego właściwie nie ma sensu – choć wiele osób to robi – odwoływać się do tamtego spotkania.
– Francja zeszłoroczna i tegoroczna to dwa różne zespoły. Obecnie jest tylko sześciu zawodników, a dwóch z podstawowej szóstki z poprzedniego sezonu. Bo Francuzi po tym, jak nie wyszli z grupy na MŚ, postanowili odmłodzić kadrę, wprowadzić nową generację. Przez to będzie to inny mecz. Natomiast ja uważam, że jak z Włochami nie byliśmy faworytami, to nie będziemy nimi i jutro. Oni są pretendentami do medalu, natomiast to jest siatkówka. I co się wydarzy, to tego nikt dziś nie wie – mówi Sołoducha.
Podejście Finów, jak twierdzi, będzie standardowe – wyjść, zagrać najlepiej, jak potrafią i przekonać się, co to da. Oczywiście, pewnie gdzieś są marzenia: wejść do finału, zapewnić sobie medal, napisać historię. W gruncie rzeczy jednak liczy się właśnie to, by grać swoją siatkówkę. Sołoducha mówi wprost – taktyka Finów jest jasna: dać ze swojej strony wszystko, bez rozdrabniania się na szczegóły.
Siłą Finów może być jednak coś… w zasadzie niecodziennego. I paradoksalnego, bo chodzi o brak gwiazdy. Nie mają bowiem jednej wielkiej postaci. Zamiast tego każdy dokłada tam coś od siebie. I w kluczowym momencie piłka może pójść wszędzie. Rywale o tym wiedzą i mają problem – bo gdy gra się z wieloma innymi ekipami, to jest w nich gość od kończenia najważniejszych punktów. W Finlandii jest kilku.
– Tak mają na przykład Bułgarzy, gdzie jest Nikołow. To często zbawienie, a czasem przekleństwo tych zespołów, mieć kogoś takiego. U nas faktycznie nie ma wielkich gwiazd, mamy niezły poziom ogólny – jest niewielka różnica między naszym najlepszym a najsłabszym graczem. Może być tak, że z tej perspektywy trudno się przeciwko nam gra. To też atut Polaków, bo przecież żaden z polskich zawodników nie widnieje w rankingach najlepiej punktujących, bo ta „dystrybucja” jest bardzo równomiernie rozłożona. Nie trzeba eksploatować żadnego gracza – mówi Sołoducha.
Do walki o medale przystępuje więc ekipa niecodzienna. Młoda. Z kraju, który dopiero zaczyna tę siatkówkę na powrót rozwijać. Równa, bez gwiazd. I w dodatku taka, która w zasadzie od 1/8 finału niezmiennie jest underdogiem.
Ale kto wie, może to właśnie taki psiak znów solidnie ugryzie faworytów?
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix