Reprezentacja Polski w siatkówce po raz 11. z rzędu zagra w półfinale międzynarodowej imprezy. Czy to Liga Narodów, czy mistrzostwa świata, Europy, a nawet – choć na razie tylko raz – igrzyska olimpijskie, wszędzie jesteśmy w grze o medale i te medale zdobywamy. To niezwykła regularność. Pytanie brzmi: czy jest wystarczająco doceniana? Czy to nie tak, że już nam się te sukcesy znudziły?
Siatkarze znów w strefie medalowej. Wypada to docenić
Gdyby wybudzić teraz ze śpiączki siatkarskiego fana, który tkwił w niej od 2005 roku, ten za nic nie uwierzyłby w to, co stało się z polską siatkówką. Po pierwsze nie potrafiłby zrozumieć tego, jak to możliwe, że tak posypała się ta kobieca – w 2003 i 2005 roku mieliśmy przecież mistrzynie Europy, a od tego czasu tylko jeden brąz, a dopiero ostatnio kilka medali Ligi Narodów. I to pewnie by go zmartwiło.
Z drugiej strony oszalałby ze szczęścia, gdyby spojrzał na wyniki męskiej kadry.
Bo to naprawdę niesamowita sprawa, jak przez dwie dekady rozwinęła się ta nasza męska siatkówka. W 2006 roku byliśmy na początku okresu wzrostu – dwa lata wcześniej były igrzyska w Atenach, niezły występ, trwało jednak oczekiwanie na pierwszy sukces od lat. Ten przyszedł właśnie w 2006, gdy kadra Polski pod wodzą Raula Lozano zdobyła srebro mistrzostw świata. Co jednak najważniejsze – poszły za tym kolejne osiągnięcia.
Nie było w nich jeszcze wielkiej regularności. Wiele imprez nam nie wychodziło – na przykład ME 2007 (11. miejsce) czy MŚ 2010 (13.) – ale inne przynosiły medale. Było złoto mistrzostw Europy w 2009 roku i brąz trzy lata później, wywalczony odmłodzoną (częściowo z konieczności) kadrą. Długo było to jednak sinusoidalne – Liga Światowa 2012 i triumf w niej ucieszyła wszystkich, ale niedługo potem był zawód na igrzyskach. Podobnie było z mistrzostwem świata z roku 2014, ale dwa lata później znów zabrakło sukcesu olimpijskiego.
Polacy bywali wielcy, ale bywali też nijacy.
Od pięciu (!) lat nie ma jednak imprezy, na której nie bylibyśmy w półfinale. To niezwykła wręcz rzecz w świecie wielkiej siatkówki.
Nikt nie jest tak regularny
Można, oczywiście, powtarzać, że to sport, w którym po medale sięga ledwie kilka ekip, a więc i tyle dochodzi do półfinałów. Nie do końca tak jest, szczególnie w ostatnich latach, bo kilka ekip wprowadziło nieco zamieszania do tej siatkarskiej rzeczywistości. Faktycznie jednak – rządzą ostatnio Polska i Włochy, potem dochodzą do tego grona Francuzi (wielcy na igrzyskach), Brazylijczycy czy Amerykanie, a za nimi takie nacje jak Słowenia, Japonia czy (ostatnio znacznie słabsi) Serbowie.
Niemniej: nikt przez tych pięć lat nie dochodził na tych międzynarodowych imprezach – jak Polacy – niezmiennie do półfinału.
Najbliżej byli Włosi, którzy robili to na turniejach mistrzowskich – byli w półfinale igrzysk (ale skończyli bez medalu), krążki zgarniali na ME 2021 i 2023 oraz MŚ 2022 i 2025 (aż trzy z nich były złote). Od 2022 roku włącznie kiepsko wiedzie im się jednak w Lidze Narodów. I wiadomo, to ta najmniej istotna impreza – tak. Ale medal jest medal, a sukces w LN też jest wartościowy. Szczególnie, że Polacy osiągają je robiąc regularne przeglądy kadr, wprowadzając nowych graczy.
Włosi też tak postępują – a jednak medali w LN nie zgarniają, choć w teorii mają najmocniejszą aktualnie reprezentację świata. I w praktyce w zasadzie też – dwa razy z rzędu zgarniali przecież tytuł mistrzów globu.
Francuzi, którzy niespodziewanie dwukrotnie zostali mistrzami olimpijskimi, gubią się w innych imprezach – odżyć potrafią jeszcze w Lidze Narodów. Brazylijczycy, wiadomo, niezmiennie są w finale mistrzostw Ameryki Południowej (bo realną konkurencję stanowi tam dla nich tylko Argentyna), ale spuścili z tonu poza nimi. Reprezentanci USA podobnie mają na swoim kontynencie, ale w światowej stawce też bywa z nimi gorzej. Słoweńcy są całkiem regularni, ale po prostu nie na tym poziomie.
Reszta ekip odpada w przedbiegach. Do Polaków nie mają startu, po prostu.
Czekaliśmy na to. A teraz… narzekamy?
Przez dekady czekaliśmy na ten złoty okres polskiej siatkówki.
Można sobie żartować, że to sport świetlicowy, można powtarzać frazesy o kilku krajach, w których gra się w to na poważnie. W zasadzie jednak – co z tego? Polacy cieszyli się sukcesami (i nadal cieszą) w skokach narciarskich i w sumie nigdy nie znudziły im się one, gdy osiągał je Adam Małysz. A to przecież podobna rywalizacja – jasne, indywidualna, konkurencja w pewnym sensie jest większa.
W gruncie rzeczy jednak liczba krajów w rywalizacji na najwyższym poziomie jest bardzo podobna.
Mistrzostwo świata z 2014 roku było powszechnie świętowane. To z 2018 roku – w zasadzie też. Zdaje się jednak, jakby potem złamał wielu kibiców brak sukcesu w Tokio. A gdy medale zaczęły wpadać regularnie, to nagle okazało się, że liczy się tylko złoto. Wiadomo, że brąz bywa czasem rozczarowaniem, ale z drugiej strony – kurczę, jeszcze kilkanaście lat temu byliśmy w sytuacji, w której cieszył nas każdy krążek.
Czy naprawdę możemy sobie pozwolić na to, by tak szybko przejść do „złoto albo nic”? Czy nie potrafimy docenić regularności? Czy fakt, że cały czas gramy o medale – i je zdobywamy! – niewiele znaczy, jeśli nie zostajemy przy tym za każdym razem mistrzami Europy, świata czy olimpijskimi?
Wydaje się, że dla wielu osób – tak. A powinno być inaczej.
Jedyny taki sport?
W końcu ile jest dyscyplin czy konkurencji, w których jesteśmy tak wybitni, jak w siatkówce właśnie? Aktualnie to w polskich warunkach fenomen.
Udało się nam stworzyć cały system, w którym mocna jest nie tylko kadra, ale i liga, a do tego – a nawet przede wszystkim – regularnie pojawiają się kolejni znakomici gracze. To nie wypadkowa szczęśliwych dla nas przypadków – to efekt tego, że sukces z roku 2006 stał się motorem napędowym dla polskiej siatkówki, przynajmniej tej męskiej. Częściowo przed nim, a w dużej mierze tuż po udało się zbudować system, który teraz daje nam sukcesy.
W dodatku nie zwalniamy. Za każdym razem, gdy wydaje się, że kończy się wielkie pokolenie, pojawiają się następcy. Każdy znakomity siatkarz ma kogoś gotowego wskoczyć w jego miejsce. Owszem, może nie mamy aktualnie nikogo najlepszego na świecie na swojej pozycji, ale każda z nich ma co najmniej jednego gościa z TOP 5, maksymalnie TOP 10 takich rankingów.
Każda.
Nie ma drugiego takiego sportu. Przez moment – kilka sezonów – byliśmy tego bliscy w skokach narciarskich, gdy zbiegły się wielkie chwile Kamila Stocha ze wzrostem formy Dawida Kubackiego i Piotra Żyły. Na żużlu mamy kilku zawodników na wysokim poziomie, ale ciągnie to wszystko ostatecznie sam jeden Bartosz Zmarzlik. Blisko siatkówki – patrząc na olimpijską rodzinę – są też kajakarstwo czy wioślarstwo, ale obie te dyscypliny spuściły ostatnio z tonu.

W lekkiej atletyce zdarzył się nam fenomen rzutu młotem i to w sumie chyba najbliższe temu, co przeżywamy na siatkarskich parkietach, bo tam też niezmiennie wpadały medale i to przez kilkanaście lat. Inna sprawa, że… w sumie na to też chwilami narzekano, podważając te osiągnięcia.
A teraz? Teraz odchodzą powoli Paweł Fajdek, Wojciech Nowicki, a przede wszystkim Anita Włodarczyk. I nagle w tych konkurencjach brak nam następców. W siatkówce oni są cały czas, pojawiają się, a kadra nie zwalnia tempa. Nikola Grbić ma może kilka mniejszych lub większych wpadek za uszami, ale odkąd jest selekcjonerem, 10 na 10 razy był w półfinale imprezy reprezentacyjnej i w 9 poprzednich przypadkach kończył z medalem.
Na tych mistrzostwach będzie pewnie 10. W latach 2006-2021 – czyli od medalu na MŚ 2006 do początku kadencji Grbicia – Polacy zdobyli tych medali 11 (14, gdyby liczyć Puchar Świata, ten już jednak nie istnieje, Serb nie miał więc szans powalczyć i w nim). W trzy razy krótszym okresie Grbić niemal tamten wynik wyrównał, a zrobił to, bo polska siatkówka jest aktualnie potęgą.
I powtórzmy: można pisać o słabości rywali. O ich małej liczbie. Podważać na sto tysięcy sposobów i ten sport, i te sukcesy. Liczby mówią jednak swoje – jesteśmy wielcy. I w sumie warto byłoby to wreszcie tak naprawdę docenić.
Bo kiedyś może nam tych sukcesów – które dziś bierzemy za pewnik – zabraknąć.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix