Aktywność Korony na rynku to jasny sygnał, że klub zamierza w przyszłym sezonie powalczyć o coś więcej niż środek tabeli. Transfer Patrika Hellebranda z Górnika Zabrze robi wrażenie, pozyskanie Kamila Jakubczyka z Arki Gdynia też, a kolejny spodziewany ruch – sprowadzenie Ariela Mosóra z Rakowa Częstochowa – wygląda co najmniej obiecująco. Duże ambicje widać też w próbach ściągnięcia Dawida Kownackiego. Tylko czy kilka transferów, nawet kosztownych i jakościowych, sprawi, że Kielczanie z miejsca doskoczą do czołówki?
Marzec 2025 to czas małej rewolucji właścicielskiej w Ekstraklasie. Wtedy to oficjalnie Widzew trafił w ręce Roberta Dobrzyckiego, Alex Haditaghi przejął Pogoń Szczecin przeprowadził ruch, który bardziej przypominał hitowy film niż transakcję zakupu klubu piłkarskiego, a Łukasz Maciejczyk kupił od miasta Koronę Kielce. Ostatni z wymienionych biznesmenów działał jak dotąd nieco skromniej (choć podkreślmy, wciąż całkiem konkretnie) od pozostałej dwójki, ale wygląda na to, że po ponad roku za sterami klubu Ekstraklasy i on ma ochotę sięgnąć głębiej do kieszeni.
Korona Kielce działa z rozmachem. To wystarczy, by zmienić status klubu?
Pogoń Haditaghiego postawiła na zawodników z zagranicy – niektórych obiecujących i z niezłymi CV, jak Sam Greenwood, innych tylko ze znanymi nazwiskami, jak Benjamin Mendy. Portowcy wydali na wzmocnienia niemało, ale skuteczność transferową mieli być może najgorszą w całej Ekstraklasie. Z letniego zaciągu totalnym niewypałem nie okazał się w zasadzie tylko Paul Mukairu. Pomijamy tutaj Rajmunda Molnara, któremu przytrafiła się kontuzja. Mimo to wierzono, że ta ekipa odpali, trzeba dać jej tylko lepszego trenera. Pożegnano, chyba dość pochopnie, Roberta Kolendowicza, a jego następca, Thomas Thomasberg nie pozostawił po sobie niczego, za czym moglibyśmy tęsknić.
Widzew? O jego polityce transferowej powiedziano już chyba wszystko. Łodzianie przepalili miliony euro, czego symbolem było pięć baniek wydane na Osmana Bukariego – gościa, który nawet nie zachwycał specjalnie w swoim poprzednim klubie i w Ekstraklasie wciąż nie ma bramki ani asysty, a w końcówce sezonu nawet nie łapał się do składu. To wszystko w atmosferze ciągłych zmian trenerów, aż wreszcie zbudowaną za grube pieniądze kadrę przejął Aleksandar Vuković, który musiał przestawić ją na siermiężny pragmatyczny futbol, byle tylko uratować ligowy byt. Z czasem jednak w ruchach Widzewa zaczęły być widoczne zalążki strategii. Poza tym, że Widzew Vukovicia wreszcie stał się jakiś (trudny do oglądania, ale jednak jakiś), wypaliły w nim transfery reprezentantów Polski – zwłaszcza Przemysław Wiśniewski, ale i Bartłomieja Drągowskiego można ocenić raczej pozytywnie. Widzew sięgnął więc po kolejnego, Karola Świderskiego. Widać zatem, że w Łodzi postawili na rozwiązania sprawdzone.
I Korona wydaje się iść podobną drogą. Patrik Hellebrand to czołowy pomocnik ligi, nie ma zresztą przypadku w tym, że według doniesień medialnych chciał go również Widzew. Ariel Mosór? Ponad setka występów w Ekstraklasie. Kamil Jakubczyk wypromował się w Arce, chciało go kilka innych polskich klubów. Kielczanie ewidentnie kierują wzrok ku zawodnikom, których najlepsza liga świata niczym nie zaskoczy. Widać to również w tym, że interesują się Dawidem Kownackim. W Niemczech napastnik prezentował poziom wystarczający na 2. Bundesligę, niekoniecznie na pierwszą, ale to zupełnie wystarcza by być wyróżniającym się w piłkarze w Ekstraklasie, do tego zna naszą elitę doskonale.
Tę tendencję do wyborów „bezpiecznych” było zresztą widać w pewnym stopniu już w minionym sezonie. Transfer Mariusza Stępińskiego – nawet jeśli miał dziesięcioletnią przerwę od Ekstraklasy – raczej nazwiemy postawieniem na zawodnika znanego w Polsce niż kogoś wyszperanego przez skauting. Również obcokrajowiec, Simon Gustafsson, miał być gwarantem wniesienia do zespołu określonej jakości, stabilnym i solidnym (akurat Szwed jak na razie nie objawił swojej jakości na polskich boiskach).
Jednocześnie takie transfery poniekąd streszczają strategię klubu: sprowadzamy piłkarzy, którzy z miejsca mają wnieść jakość i chcemy wyników. To, że Korona jest w stanie przekonać do siebie piłkarza z tej półki co Hellebrand, jest imponujące i świadczy, że finansowo ten klub nie chce ustępować czołówce. Tyle że takie podejście (choć realizowane na różne sposoby) czy to w Pogoni, czy to w Widzewie – zawiodło.

Zdaje się jednak, że w kieleckich gabinetach to właśnie w jakości sprowadzanych zawodników, upatruje się głównej przyczyny niezadowalających wyników w ubiegłym sezonie. Świadczy o tym, poza samymi transferami, zmiana na stanowisku dyrektora sportowego – pożegnanie Pawła Tomczyka i zatrudnienie Pawła Golańskiego.
Łukasz Maciejczyk wykazał z kolei cierpliwość do Jacka Zielińskiego. W końcówce sezonu, w której Korona drżała o utrzymanie, wszystko wskazywało na to, że doświadczony trener po ostatniej kolejce straci pracę. Szkoleniowiec spotkał się jednak z właścicielem klubu i przekonał go, że warto mu jeszcze zaufać. Zmiany objęły innych członków sztabu – wymieniono asystentów, pojawił się nowy trener przygotowania fizycznego.
Skoro przyrównujemy Koronę do Widzewa i Pogoni, to tutaj trzeba Kielczan docenić. Zieliński robił z Koroną dobre wyniki wtedy, gdy niespecjalnie można było się ich spodziewać. Z pewnością zasłużył, by popracować w realiach większych możliwości kadrowych. Zastąpienie go trenerem z karuzeli – a właścicielowi doradzano ponoć zatrudnienie Piotra Stokowca, Adama Majewskiego lub Macieja Stolarczyka – trudno byłoby rozpatrywać w kategorii wizjonerskiego ruchu, który oznaczałby dla klubu wejście na wyższy poziom. A tak można wierzyć, że ciągłość pracy jednego szkoleniowca się obroni.
To będzie dla Korony przełomowy sezon? Oczekiwania będą duże
W ubiegłym sezonie, gdy Korona była rewelacją początku rundy jesiennej, traktowaliśmy to w kategoriach pozytywnego zaskoczenia, a teraz – jeśli Kielczanie dopną jeszcze zapowiadane w mediach wzmocnienia i jednocześnie się nie osłabią – trzeba już będzie od niej wymagać więcej. Zachwycaliśmy się wysoką formą zawodników nieoczywistych, jak Wiktor Długosz czy Dawid Błanik. Takiemu Patrikowi Hellebrandowi raczej będziemy patrzeć na ręce (i nogi).
I to jest właśnie ten najtrudniejszy moment w zmianie statusu z klubu walczącego o utrzymanie na taki, który chce się bić o wyższe cele. Wydawać duże pieniądze jest łatwo, osiągać tym efekty – już nie. Widzew i Pogoń to świeże przykłady klubów, które liczyły, że kilka wzmocnień od razu zrobi robotę i srogo się zawiodły. Raków Częstochowa to również klub bazujący na środkach możnego właściciela, po którym widzimy – choć to drużyna, która na stałe wskoczyła do czołówki – że równie ważny co drogie transfery (być może ważniejszy?) jest trener i pomysł. Lech Poznań do miejsca, w którym jest, doszedł cierpliwie realizując założoną strategię, po drodze będąc krytykowanym za minimalizm, a wręcz skąpstwo. Dziś dzięki temu może sobie jednak pozwolić na więcej.
Korona z pewnością ma długofalową strategię, Łukasz Maciejczyk w końcu kładzie nacisk na rozwój klubowej akademii i infrastruktury, jednak obecne ruchy dotyczące pierwszej drużyny to wciąż działania doraźne. Oczekiwania w tym względzie raczej dotyczą szybkiego zwrotu z inwestycji niż tworzenia czegoś na przyszłość. Kielczanie mogliby zbudować kadrę „po kosztach”, przekonywać, że budowa silnego zespołu to długi proces i można by było to zrozumieć. No ale skoro swoimi ruchami sugerują, że chcą zrobić dobry wynik tu i teraz, to nie ma miejsca na wymówki – i tego należy po nich oczekiwać.
W teorii Korona po przeprowadzeniu wszystkich zaplanowanych transferów (szczególnie, jeśli ściągnie Kownackiego lub kogoś o porównywalnej jakości) może być traktowana nawet jako kandydat do gry o puchary, ale – no właśnie – to tylko teoria. W praktyce nawet najrozsądniej wyglądające wzmocnienia bez właściwego planu mogą okazać się stratą pieniędzy. Podkreślmy – transfery Korony wyglądają naprawdę sensownie. Tyle że wiele z tych, które zeszłego lata przeprowadził Widzew też się takimi wydawało. A potem wyszło jak wyszło.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix