Sześciu Polaków zagra w drabince głównej Wimbledonu. Dziś odbyło się jej losowanie i nasi zawodnicy poznali rywali, z którymi się zmierzą. Na kogo wpadną Iga Świątek, obrończyni tytułu, Maja Chwalińska, która niedawno zachwyciła w Roland Garros, i cała reszta? Jakie mają szanse? I czy możemy spodziewać się kolejnego znakomitego wyniku dla polskiego tenisa?
Wimbledon. Świątek rusza po obronę tytułu, reszta Polaków też zna rywali
Trzeba przyznać, że rozpieszcza nas ostatnimi czasy polski tenis. Iga Świątek, jasne, gra nieco gorzej, ale wciąż jest jest w czołówce najlepszych tenisistek świata. Maja Chwalińska dopiero co zaliczyła przełom, dochodząc do finału Roland Garros i jest na Wimbledonie rozstawiona. Kamil Majchrzak wygrał niedawno turniej rangi ATP 250, pierwszy w karierze w głównym tourze. A do tego dochodzą jeszcze Hubert Hurkacz, Magda Linette i Magdalena Fręch.
Wszyscy oni poznali dziś rywali na Wimbledonie. Z kim się zmierzą?
Wygrać jak rok temu? Będzie trudno
Nie jest Iga Świątek w najlepszej formie. Na Roland Garros odpadła w IV rundzie, w Bad Homburg przegrała w pierwszym meczu z Emmą Navarro – co zdarzyło jej się już drugi raz w tym sezonie, po tym, jak w Miami ograła ją Magda Linette. Wcześniej nie było takiej sytuacji przez… cztery lata. Iga ewidentnie wciąż szuka dobrej dyspozycji, a przede wszystkim – równej. Bo problemem są jej wahania formy we właściwie każdym meczu, gdy kilka gemów gra znakomicie, by potem zagrać fatalnie kolejne dwa czy trzy.
I tu pojawia się dla Igi wielkie wyzwanie: na Wimbledonie ma bowiem bronić 2000 punktów.
Zeszłoroczny triumf był piękny, ale teraz stał się problematyczny. Wtedy Iga grała z luźną głową, bez napięcia, bo nikt nie sądził, że jest jedną z faworytek, znając jej stosunek do trawy. Teraz? Mimo słabszej formy faworytką musi być, bo broni tytułu – tak to działa. A z tytułem wspomnianych 2000 punktów. To dużo, bardzo dużo. Każda strata będzie dla Igi bolesna. Nawet gdyby miała stracić tylko połowę, zleci w rankingu. Nie wypadnie z TOP 10 – to raczej się nie wydarzy nawet, gdyby przegrała w pierwszej rundzie, ale zajmie miejsca w niższych rejonach dyszki.
Stąd warto, by doszła jak najdalej. Pierwsze rundy powinny jej to na to pozwolić. Na start zagra z Taylor Townsend. Choć może to być pewna pułapka – Taylor świetnie gra w debla, potrafi zachować się przy siatce, umie atakować. Na trawie to cenne, ale mimo wszystko nie może Iga bać się takich rywalek. Później może zrobić się ciekawie, w drugiej rundzie czekać może bowiem albo utalentowana Tereza Valentova, albo była finalistka Wimbledonu w osobie Karoliny Pliskovej, której serwis bardzo na tych kortach pomaga. Obie są do ogrania, możliwe, że stosunkowo łatwo, ale obie też mogą okazać się wyzwaniem.
Dalej? Alexandra Eala albo… Serena Williams. Amerykanki raczej się w trzeciej rundzie nie spodziewamy, więc Eala, która w przeszłości potrafiła już Igę pokonać. To jedna z tych tenisistek, po których niczego nie da się przewidzieć – raz gra mecze wielkie, raz fatalne. Na pewno jednak jej styl gry jest na tyle różnorodny, że może utrudnić życie Polce. Potem rywalek dla Igi robi się, oczywiście, sporo – w czwartej rundzie potencjalnie są to Jasmine Paolini, Diana Sznajder czy Clara Tauson. I tu już na pewno zaczną się schody.
A o ćwierćfinale – z Eliną Switoliną, Martą Kostiuk czy Emmą Navarro – nawet nie ma co pisać. Niech Iga najpierw do niego dotrze, bo – jak przekonaliśmy się w ostatnich miesiącach – bywa z tym różnie.
Co pokaże Maja?
Maja Chwalińska zszokowała… w sumie to cały świat tenisa, gdy doszła do finału Roland Garros. Wielokrotnie w trakcie tamtego turnieju podkreślano jedno: że jej styl jest idealny na mączkę, że dzięki temu to wszystko się udało. Prawda jest jednak taka, że duża różnorodność gry, slajsy, pomysłowość, pewna tenisowa intuicja – to wszystko działało od lat i działa nadal na trawie. Jasne, zwiększa się tu przewaga zawodniczek grających szybko i płasko, ale prawda jest też taka, że trawa teraz, a trawa 20 lat temu to nie to samo – ta obecna jest wolniejsza.
Innymi słowy: Chwalińska może wierzyć, że i w Londynie coś pokaże. Przecież to właśnie tam – cztery lata temu – pierwszy raz zagrała w drabince głównej turnieju wielkiego szlema. Wygrała też wówczas pierwszy mecz, pokonując wówczas notowaną na 79. miejscu Katerinę Siniakovą. I to był już jakiś dowód na to, że wiele Maja może na trawie ugrać, bo Siniakova to też tenisistka sprytna, świetna deblistka, wiele potrafi odegrać i utrudnić życie rywalce.
Tak więc: możemy trochę po Mai oczekiwać, ale… spokojnie. Po tak wielkim i nieoczekiwanym sukcesie, a do tego w zasadzie bez gry na trawie, nawet porażka w pierwszej rundzie nie będzie zaskoczeniem. Maję wypada teraz oceniać w dłuższej skali.
Niemniej: z kim na Wimbledonie zagra?

W pierwszej rundzie jej rywalką będzie Mananchaya Sawangkaew. Tajka jest już znana w tenisowym świecie, ale na Wimbledonie przeszła przez kwalifikacje, bo notowana jest aktualnie w okolicach 170. miejsca. Niemniej: w tym roku debiutowała w Szlemie, zalicza niezły sezon. Jej styl gry opiera się na kontrach i operowaniu z linii końcowej – oraz niezłym serwisie – co może okazać się problemem dla… niej samej. Bo tak najlepiej gra się z zawodniczkami, które uderzają mocno. Czyli nie z Mają.
Druga runda, jeśli przejść Tajkę się uda? Alycia Parks z USA albo Brytyjka Alicia Dudeney, która otrzymała dziką kartę. Raczej ta pierwsza, bo Dudeney od kilku dobrych lat próbuje przebić się w tourze i właściwie przestała już jakkolwiek rokować (nie to, że ją skreślamy – patrzcie na… Chwalińską właśnie – ale dziwi, że to akurat jej trafiła się ta karta) i zdecydowanie nie będzie faworytką w starciu z całkiem doświadczoną Parks. Z drugiej strony – Amerykanka tylko raz przeszła na Wimbledonie do drugiej rundy – w 2023 roku. W każdym razie: Maja w starciu z obiema będzie faworytką.
I dopiero wtedy zaczną się prawdziwe schody. Trzecia runda to bowiem dla Mai najpewniej mecz z Karoliną Muchovą. Czeszka zdaje się odzyskiwać formę, a do tego wiadomo, że grać potrafi i skutecznie, i pięknie, na pewno posiada więc narzędzia, by neutralizować wszystko to, co Chwalińska przerzuci jej przez siatkę. Dlatego tutaj zrobimy stop. Wypada bowiem napisać, że ta potencjalna trzecia runda to już byłby sukces. Nie możemy bowiem aktualnie oczekiwać od Mai zbyt dużo, patrzenie przez pryzmat tylko Roland Garros byłoby błędem. Do Paryża przecież w trzeciej rundzie Szlema Maja… jeszcze nie była!
Tamten finał to anomalia. Teraz chodzi o równą, dobrą grę i utrzymanie się na pewnym poziomie. A przy okazji – być może kolejne wyskoki.
Spore wyzwania
Trudniej od koleżanek po fachu będzie mieć trójka naszych reprezentantów… dlatego napiszemy tylko o pierwszej rundzie w przypadku każdego z nich. No bo tak: Magda Linette trafiła na Mirrę Andriejewą… i czy właściwie trzeba tu cokolwiek tłumaczyć? Rosjanka dopiero co wygrała Roland Garros, wciąż jest nastolatką, a już jest wielka. Linette potrafiła pokonać ją w przeszłości, ale to było dwa lata temu, na igrzyskach w Paryżu. Na trawie szansy upatrywać może co najwyżej w tym, że wielokrotnie mistrzowie i mistrzynie z Paryża, mieli problemy, by i w Londynie zagrać na poziomie.
Inna sprawa, że Linette też się z trawą przesadnie nie lubi – Wimbledon to jej „najgorszy” Szlem. W głównej drabince grała tam 10 razy, a wygrała tylko siedem spotkań. Na ogół odpada w pierwszej rundzie. I trudno przypuszczać, by tym razem miało być inaczej.
Magdalena Fręch – ostatnio w słabej formie, podkreślmy – też zadowolona nie będzie, choć nie trafiła aż tak źle. Jej dostała się rodaczka Mirry, Anna Kalinska. Niedawno w Paryżu pokonała ją Maja Chwalińska, ale ona grała tam genialnie, a Fręch… no cóż, nie radzi sobie – w tym sezonie jej bilans meczów to 13-17, w zasadzie fatalny. Na trawie też nie odżyła, bo w Berlinie najpierw przegrała w kwalifikacjach, a potem w 1. rundzie, do której weszła jako szczęśliwa przegrana. W Bad Homburg w przerywanym meczu ograła ją z kolei Naomi Osaka.
Okej, Kalinska na Wimbledonie gra rożnie. Ale trudno sobie wyobrazić, by Fręch nagle tak odmieniła swój tenis lub by Anna zagrała tak słabo, że to Polka wyszłaby górą z tego starcia.
Trudno może też mieć Hubert Hurkacz… choć głównie na papierze. W pierwszej rundzie „oberwało” mu się Casperem Ruudem, który z Wimbledonem wybitnie się nie lubi. To dobry tenisista, nawet bardzo dobry. Ale trawę zwykle odpuszcza, robi sobie wtedy sezon wakacyjny. W zasadzie nie gra, przyjeżdża tylko do Londynu. W tym sezonie też tak było – Norweg nigdzie się od Roland Garros nie pojawił. I o ile w swojej karierze był Casper w trzech finałach wielkoszlemowych, o tyle na Wimbledonie nigdy nie przeszedł drugiej rundy.
Hubert będzie więc faworytem tego starcia i tylko od niego zależy, czy z tego skorzysta. A fakt, że trafił mu się rozstawiony Ruud oznacza, że potem dostanie rywala nierozstawionego – albo Sebastiana Ofnera, albo Hamada Medjedovicia. Serb nigdy nie wygrał na Wimbledonie meczu w głównej drabince. Ofnerowi się to udawało, ale to raczej specjalista od mączki i kortów twardych (choć jedyny finał turnieju ATP ma akurat na trawie!). Obaj potrafią być groźni, ale akurat w Londynie Hubi powinien być w stanie ich ograć.
A wtedy czeka go zapewne mecz z Tommym Paulem. I tam już się stanie, co ma się stać. Niemniej: trzecia runda jawi się jako wymóg. Tym bardziej, że Hubert jak wody potrzebuje punktów rankingowych – w ostatnich zestawieniach jest na skraju najlepszej setki. Teraz czeka go co prawda okres bez obrony rankingowych oczek, bo rok temu w tym samym czasie po prostu nie grał – warto z tego skorzystać i na powrót zbudować swoją pozycję.
Kamil przed szansą
Kamil Majchrzak dostał szansę podwójną: na awans i rewanż. Zmierzy się bowiem w I rundzie Wimbledonu z Alejandro Tabilo, który ograł go w tej samej fazie Roland Garros. Tam jednak Majchrzak był po urazie, nie grał najlepiej. A teraz jest po triumfie w turnieju ATP 250, największym w karierze. Przebił też granicę TOP 50 rankingu… i w sumie to tego będzie w Londynie bronić, bo w zeszłym sezonie doszedł na tamtejszych kortach do IV rundy, musi się postarać, by nieco punktów dodać i w tym roku – tak by uniknąć strat albo nie stracić zbyt wiele.
Tabilo zdaje się tu rywalem, który może w tym pomóc. Owszem, akurat tak się złożyło, że w tym jedynym finale Ofnera w cyklu ATP, to Alejandro go ograł, ale poza tym nie jest to specjalista od trawy. Nie to, że nie potrafi na niej grać, bo umie, jest do tego solidnym zawodnikiem. Ale Kamil w formie takiej, jaką zaprezentował w 's-Hertogenbosch powinien poradzić sobie z nim stosunkowo łatwo – a przynajmniej na to liczymy. I tu bonus: Tabilo jest rozstawiony, z „30”, więc tak jak Hurkacz, tak i Majchrzak może uniknąć topowego rywala do trzeciej rundy.
W drugiej potencjalnie zagra bowiem z Zachary Svajdą (Amerykanin ostatnio pozytywnie zaskoczył w Paryżu) albo Mattią Belluccim. Pisząc najkrócej jak się da: żadnego z nich Polak nie ma prawa się na londyńskich kortach przestraszyć.
Zresztą podobnie jak rozstawionego z „5” Alexa de Minaura, potencjalnego rywala z trzeciej rundy, bo to… właśnie Australijczyka ograł ostatnio po świetnym meczu w finale turnieju w 's-Hertogenbosch. Ma więc Kamil drabinkę, co do której wie, że może z niej skorzystać. I oby to zrobił, bo warto utrzymać tendencję wzrostu, jaką w ostatnim czasie wokół siebie wykreował.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix