Polak był więźniem w DR Konga. „Wożono mnie po Kinszasie jak łup” [WYWIAD]

Michał Kołkowski

17 czerwca 2026, 13:10 • 25 min czytania 9

Reklama
Polak był więźniem w DR Konga. „Wożono mnie po Kinszasie jak łup” [WYWIAD]

Mariusz Majewski przyznaje otwarcie, że w swojej pasji do podróżowania był uzależnionym od mocnych wrażeń egoistą, który w końcu posunął się za daleko. Zawitał do Demokratycznej Republiki Konga w najgorszym możliwym momencie, to znaczy w chwili, gdy władze i obywatele tego kraju kipieli z wściekłości po prezydenckiej wizycie Andrzeja Dudy w skonfliktowanej z Kongiem Rwandzie. Niewiele brakowało, by podróżnik przypłacił tę lekkomyślną wyprawę życiem lub zakończył ją dożywotnią odsiadką w jednym z najniebezpieczniejszych więzień Afryki. – To była sytuacja graniczna. Gdyby zdecydowano, że trzeba ze mną w jakiś sposób skończyć – gdybym został zamordowany – to nikt by się nawet nie dowiedział, gdzie i dlaczego do tego doszło. Mogli zrobić ze mną wszystko – opowiada Majewski w rozmowie z Weszło.

Reklama

Swoje koszmarne doświadczenia Mariusz Majewski opisał w książce „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa”, której współautorem jest Jarosław Kocemba, dziennikarz Wirtualnej Polski. Mariusza znajdziecie także na Facebooku Instagramie.

***

Pomyślałem, że może warto zacząć tę rozmowę nie od początku, ale od końca. Jak się pan dzisiaj czuje? Dwa lata wystarczyły, by w jakiś sposób przeprocesować wszystkie wstrząsające doświadczenia?

Mnie się wydawało, że wystarczy pół roku. To był ten czas, kiedy byłem na terapii PTSD, takiej potraumowej. Ale okazało się, że to jednak wraca. Choć może już nie z taką siłą, takim natężeniem. Są sytuacje, w których zaskakuję samego siebie. Na przykład mam jakiś wywiad albo jakąś prelekcję, opowiadam o tym, czego doświadczyłem i nagle potrafię się wzruszyć, wręcz rozpłakać. Są to sytuacje, które mnie zaskakują, bo przecież mam takie poczucie, że już to wszystko w sobie przepracowałem. Ale tkwi to tam gdzieś głęboko we mnie i czasem jeszcze wydostaje się na wierzch.

Reklama

Sypia pan spokojnie?

Muszę powiedzieć, że już raczej tak. Bardzo rzadko się zdarza jakiś taki koszmarny sen i trudno mi nawet powiedzieć, czy są one powiązane z tymi przeżyciami z Konga. Czy to po prostu koszmar, jakich doświadcza od czasu do czasu każdy człowiek. Na początku, zaraz po powrocie do Polski, tych nieprzespanych i niespokojnych nocy było bardzo dużo. Śniły mi się rzeczy stamtąd, one wracały we śnie. W tej chwili te koszmary są już znacznie rzadsze.

Mariusz Majewski: Kompletna ulga przyszła po przylocie do Polski

Opowiedzenie o tym wszystkim w książce to też forma terapii?

Zdecydowanie. Kiedy pisaliśmy tę książkę, to ja już byłem po terapii, ale pisanie książki i wracanie do tych wspomnień, odtwarzanie ich krok po kroku, też w pewnym sensie było dla mnie terapeutyczne. Bardzo ciekawym doświadczeniem była dla mnie współpraca z Jarkiem [Kocembą], bo te nasze spotkania – bardzo częste – spowodowały, że nawiązaliśmy taką przyjacielską więź. Dlatego mogłem mu opowiadać o bardzo osobistych, wewnętrznych rzeczach.

Reklama

On miał z tym wszystkim pewną trudność: czy traktować mnie jak przyjaciela i czasami mi odpuścić, nie męczyć mnie już więcej, czy pozostać profesjonalistą. Wygrała ta druga opcja, która oczywiście jest lepsza dla książki, bo Jarek pytał mnie o wszystko. Widział czasami, że w trakcie rozmowy jest już ze mną kiepsko. Niełatwo było mu drążyć temat, kiedy ja opowiadałem mu o moich myślach samobójczych w więzieniu. Ale pytał dalej, na przykład o to, w jaki sposób chciałem to zrobić. Zachował taką dziennikarską dociekliwość. Było to trudne dla mnie, dla niego pewnie też, ale myślę, że mnie opowiedzenie tego wszystkiego w detalach wyszło na dobre.

Który moment wspomina pan jako chwilę największej ulgi? Postawienie stopy w Polsce?

Jednak ten przylot do Polski. Ta kompletna ulga przyszła właśnie wtedy. Pierwszą taką chwilę nadziei, takiej większej, przeżyłem jeszcze w Demokratycznej Republice Konga, gdy wyprowadzono mnie na płytę lotniska. Najpierw myślałem, że po prostu będą mnie transportować do innego więzienia, bo tam nie ma dróg i najczęściej więźniów transportuje się właśnie samolotami. Więc sądziłem, że o to chodzi. Przypuszczałem, że z jakichś powodów chcą mnie ukryć w innym więzieniu. Ale zobaczyłem, że prowadzą mnie do samolotu Brussels Airlines. Te samoloty nie latają przecież wewnętrznie po Kongu. Pomyślałem, że może jest szansa. Drugi moment był taki, kiedy przekroczyliśmy rzekę Kongo, która oddziela Demokratyczną Republikę od Konga-Brazzaville. Obserwowałem to na ekranie w samolocie.

Ale cały czas jeszcze obawiałem się, że mogą wrócić. Nawet zawrócić samolot. Ktoś dostanie jakiś telefon i nagle zmienią decyzję. Ja tam byłem nieustannie okłamywany. Bez przerwy przedstawiano mi różne wersje tego, co mnie czeka. Dlatego cały czas nie dowierzałem, że ten samolot nagle nie zawróci. No ale przekroczyliśmy granicę. Pomyślałem: przecież nie namówią teraz tych pilotów i belgijskiej załogi do powrotu. Gdy wylądowaliśmy w Brukseli, ulga była coraz większa. Wciąż jeszcze istniała obawa, że Belgowie proceduralnie mnie cofną, nie wpuszczą do Unii Europejskiej. Ale tak się nie stało. Na lotnisku czekały na mnie panie z polskiej ambasady. No a tę największą ulgę poczułem oczywiście na lotnisku Chopina. Jak zbliżaliśmy się do lądowania, wszystko puściło. Rozpłakałem się.

Reklama

Na lotnisku przygotowywano mnie na kolejne przeżycia. Powoli dopuszczano do mnie ludzi: najpierw moją partnerkę, potem dzieci. Rodzinę, przyjaciół. Zatem dopiero w Polsce tak naprawdę mogłem poczuć, że wszystko co najgorsze jest już za mną. Wróciłem.

Kiedy zaczął pan podróżować?

Ta pasja do podróży zrodziła się jeszcze jak byłem dzieckiem. Wychowywałem się w latach 80. To były takie szare czasy, komunistyczne, więc każda kolorowa rzecz była dla dziecka ciekawa. Ja uwielbiałem przeglądać encyklopedie i mapy polityczne świata. One były fascynująco kolorowe. Ciekawiło mnie, jak może wyglądać życie w innych krajach, na innych kontynentach. Uwielbiałem pierwsze wyjazdy z rodzicami. Strasznie się nimi ekscytowałem, nie mogłem zasnąć przed podróżą. Już myślałem o tym, co mnie w danym miejscu spotka, co zobaczę. A tak się składa, że moja mama bardzo lubiła podróżować. Szczególnie wyjeżdżać w góry. Więc wtedy to się we mnie narodziło, a później, jak każdy turysta, zacząłem odwiedzać najbardziej popularne, znane miejsca na mapie świata.

W końcu zastanowiłem się nad tym i pomyślałem, że skoro byłem już w kilkudziesięciu krajach świata, to może sprawdzę, ile tych krajów właściwie jest. A gdy zorientowałem się, że odwiedziłem połowę z nich, to postanowiłem zawitać do wszystkich. Postawić stopę w każdym kraju świata. Niekoniecznie każdy z nich jakoś eksplorować i zwiedzać, bo to wymaga ogromu czasu, ale po prostu pojawić się w każdym kraju chociaż na chwilę. Znalazłem kluby podróżników. Poznałem ludzi, którzy mają podobne pomysły i cele. No i udało mi się. W 2012 roku postawiłem stopę w ostatnim państwie należącym do ONZ, w jakim mnie wcześniej nie było. Pojechaliśmy z rodziną na wycieczkę do Korei Północnej. Zostałem najmłodszym Polakiem w historii, który odwiedził wszystkie kraje świata. Nie wiem, czy jest to cel każdego podróżnika, raczej nie, ale ja sobie taki obrałem i dokonałem tego. W tej chwili tym osiągnięciem legitymuje się bodajże sześciu Polaków.

Reklama

Demokratyczna Republika Konga - Kinszasa

Demokratyczna Republika Konga

Odwiedzał pan też miejsca niebezpieczne, nawet ogarnięte wojną. Więc zadam to pytanie, które na pewno wielokrotnie pan słyszał również w kontekście feralnej wyprawy do DR Konga. Po co? Po co jeździć do takich miejsc?

To jest miłość do podróży, do przeżywania przygód. Po pewnym czasie takie typowe atrakcje turystyczne stają się zbyt łatwo dostępne i przewidywalne. Można je sobie właściwie obejrzeć z poziomu komputera, zwiedzić je wręcz wirtualnie. Człowiek zaczyna myśleć o tych miejscach, w których nie ma turystów. Do których nie organizuje się wycieczek. I tak zaczęło się to przekraczanie granic w moim wykonaniu. Mam tu też na myśli takie granice mentalne. Zapuszczałem się w coraz trudniejsze tereny, z roku na rok podejmowałem się coraz bardziej ryzykownych wypraw. Byłem w krajach ogarniętych wojną i terroryzmem. A skoro tam byłem i nic mi się nie stało, to w moje poczynania wkradła się rutyna. Podejście na zasadzie: to jest tylko kolejne niebezpieczne miejsce, ale czy naprawdę niebezpieczniejsze od tych, w których już byłem? Ta potrzeba adrenaliny, silnych emocji i wrażeń, ciągnęła mnie do miejsc niedostępnych.

Reklama

Druga sprawa jest taka, że wszystkie te lokalizacje były na mojej liście do eksploracji. Po tym, jak odwiedziłem wszystkie kraje świata, to znalazłem kolejne kluby podróżnicze. Takie, które podzieliły sobie świat na jeszcze więcej destynacji. Bo przecież praktycznie każdy kraj można sobie podzielić na mniejsze obszary. Demokratyczna Republika Konga składa się z kilkudziesięciu, a ja wcześniej byłem tylko w dwóch i to dosłownie przejazdem, przez chwilę. Dlatego pomyślałem, że chciałbym tam wrócić, bo jest tam dużo tych destynacji do odwiedzenia. No i dlatego Kongo. Oczywiście czytałem ostrzeżenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych dotyczące podróżowania do tego kraju, ale nie wydawały mi się one poważniejsze niż te, które już w przeszłości zdarzało mi się ignorować.

Takie przesuwanie sobie granicy to forma uzależnienia?

Myślę, że tak. Ta linia między pasją a uzależnieniem jest cienka i łatwo ją przekroczyć. Ja przekroczyłem. Może nie tyle, jeśli chodzi o odwiedzanie miejsc trudno dostępnych, co w kwestii samego podróżowania. Byłem uzależniony od tego, żeby się przemieszczać. Jednak przez te wszystkie lata spotkało mnie mnóstwo przygód. Jedne fajne, inne mniej, ale takie wrażenia się zapamiętuje, te emocje zostają w człowieku. Uzależniłem się od tej adrenaliny. I chyba nie jestem w tym odosobniony. Przecież wielu reporterów wojennych doświadcza podobnego uzależnienia. Powrócą z jakiegoś konfliktu, chwilę posiedzą w domu i już chcą wrócić w pobliże jakiegoś frontu. Bywa, że i żołnierzy to dotyka. Albo alpinistów. Ja często porównuję to moje podróżowanie do alpinizmu, który również jest bardzo niebezpieczny.

Wchodzenie na szczyt wiąże się zawsze z ryzykiem. Alpiniści mają swoje rodziny, które zostawiają. Wiedzą, że ryzykują. A czasami na tym szczycie niczego tak naprawdę nie zobaczą, bo jest kiepska pogoda. A jednak się tam wdrapują. To jest bardzo podobny temat.

Reklama

Mariusz Majewski: Potrzeba adrenaliny ciągnęła mnie do miejsc niedostępnych

Czy takie poszukiwanie przygód nie jest egoistyczne? Nie jest pan przecież samotnikiem, ma pan rodzinę.

Jest, zgadzam się z tym. Człowiek sobie nie zdaje z tego sprawy, dopóki nie wydarzy się coś złego. Ja po powrocie z Demokratycznej Republiki Konga boleśnie to odczułem. Widziałem, jak moi bliscy, których kocham, ponoszą koszty mojej decyzji. Mojego wyjazdu. Mariola, moja partnerka, również musiała przejść terapię. Mój syn przechodził terapię, mimo to dalej ma kłopoty ze snem. Ja sobie myślałem, że ja ponoszę ryzyko i ewentualne konsekwencje. To było bardzo egoistyczne myślenie. Po powrocie z Konga wszystko się zmieniło. Inaczej teraz podchodzę do życia. Ale cena za tę naukę była wysoka i nie tylko ja ją zapłaciłem. To był egoizm.

Sytuacja w Demokratycznej Republice Konga nie znajduje się w centrum zainteresowania Polaków. To może naszkicujmy całe polityczne tło, które towarzyszyło pana wyprawie w 2024 roku.

Były prezydent, pan Andrzej Duda… Nie chcę jego prezydentury oceniać, chociaż trzeba przyznać, że nie miał najwyższych notowań w temacie polityki zagranicznej. Przytrafiały mu się różne gafy, no i pewną wpadkę zanotował również podczas wizyty w Rwandzie. Bo jestem przekonany, że nie zrobił tego celowo.

Reklama

Pan prezydent odwiedził Afrykę w 2024 roku. Na jego trasie znajdowało się wtedy kilka krajów, ale nas interesuje właśnie ta Rwanda. Kraj, w którym wiele dużych państw robi interesy, bo Rwanda jest raczej przewidywalna, nie ma tam przesadnie dużej korupcji. Więc co do zasady był to dobry kierunek z perspektywy polskiego biznesu. Dobrze, że pan prezydent się tam pojawił. Gorzej, że chciał aż za bardzo przypodobać się Rwandyjczykom i ich prezydentowi. Podczas takiej konferencji prasowej powiedział, że jeśli Rwanda byłaby zagrożona, to my – Polacy – jej pomożemy, tak jak pomagamy Ukrainie.

To jedno zdanie rozwścieczyło Demokratyczną Republikę Konga. Z dwóch powodów. Po pierwsze, Kongijczycy oskarżyli polskiego prezydenta o dwulicowość, bo jeszcze chwilę wcześniej w ONZ głosowaliśmy za tym, że w wojnie między Rwandą a Kongiem to Rwanda jest agresorem. A teraz nagle tam przyjechaliśmy i mówimy, że będziemy im pomagać, gdyby byli zagrożeni. W ten sposób opowiedzieliśmy się po stronie wrogów DR Konga.

Między Kongiem z Rwandą toczy się wieloletni konflikt. Jego obszarem są tereny na wschodzie Konga, bardzo bogate w różne złoża, minerały. Są tam diamenty, złoto, kobalt. Niektóre z tych złóż są unikalne w skali świata. Pewnie zdecydowana większość naszych laptopów czy smartfonów powstaje z wykorzystaniem pochodzącego stamtąd kobaltu. To jest strategiczny teren, na który Rwanda wtargnęła, okupuje go. Od lat dochodzi tam do starć. Kongo jest wściekłe, ale nie ma siły, by Rwandyjczyków na dobre stamtąd wypędzić. Ta wojna się zatem ciągnie, a nasz prezydent – tak to Kongijczycy odebrali – opowiedział się w niej za wrogami DR Konga. To spowodowało, że wybuchły tam protesty. Protesty przeciwko Polsce. Palono polskie flagi na ulicach, były demonstracje. Pojawiło się również w Internecie mnóstwo fałszywych informacji o tym, że Polska już dostarcza Rwandzie broń albo że polscy żołnierze zabijają Kongijczyków.

I – jak rozumiem – to jest ten czas, kiedy w DR Konga pojawia się pan.

Reklama

Dokładnie tak. Nie miałem pojęcia o konsekwencjach wizyty prezydenta Dudy w Afryce. Nie miałem pojęcia, że jestem idealnym obiektem do dokonania zemsty na Polsce. I że w takich okolicznościach od razu zostanę wzięty za jakiegoś polskiego oficera albo szpiega. Wiedziałem, że prezydent był w Afryce, ale przed podróżą bardziej interesowałem się swoimi przygotowaniami, załatwianiem spraw domowych, niż newsami czy polityką. Kompletnie nie wiedziałem, co się dzieje wokół Polski w Demokratycznej Republice Konga, a przekroczyłem jej granicę dosłownie kilka dni po konferencji z udziałem Dudy w Rwandzie. Oczywiście gdybym wiedział, jakie jest wtedy nastawienie Kongijczyków do Polaków, to bym się tam nie wybrał. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że gdzieś w środku Afryki możemy mieć tak zaciekłego wroga. Oni w tamtym momencie nienawidzili nas chyba nawet bardziej niż Rwandę, z którą od wielu lat toczyli wojnę.

Po przekroczeniu granicy DR Konga został pan zatrzymany. 

Zakładałem, że to taki incydent, jakie się w podobnych państwach zdarzają. Standardowa kontrola wojskowa w trakcie przejazdu samochodem. Mój kierowca też nie był tym zaskoczony. W Afryce podobne zatrzymania auta kończą się zazwyczaj tym, że trzeba dać łapówkę i jest po sprawie, można jechać dalej. Ale ta kontrola zaczęła się przedłużać, a sytuacja z godziny na godzinę stawała się coraz gorsza. Dziwiło mnie to, jak ci żołnierze reagują na polski paszport. A potem powoli zaczęło do mnie docierać, że stałem się pionkiem w grze politycznej pomiędzy Polską a Demokratyczną Republiką Konga i nie mam nic do gadania.

Felix Tshisekedi

Reklama

Felix Tshisekedi, prezydent DR Konga

Potrafił się pan dogadać z ludźmi, którzy pana zatrzymali?

To był dodatkowy problem. Jeszcze na początku zakładałem, że łatwo wyjaśnię sprawę i zostanę wypuszczony. Kongo – jako była kolonia Belgów – jest francuskojęzyczne. Angielski zna tam niewiele osób. Kiedy zaczęto mnie wozić od jednostki wojskowej do jednostki, poddawać jakimś przesłuchaniom, nie mogłem wszystkiego wyjaśnić. Ani oni mnie do końca nie rozumieli, ani ja ich. To była pierwsza poważna przeszkoda, by mnie wypuszczono. Choć dziś sądzę, że nawet gdybym potrafił wszystko wytłumaczyć po francusku w tych pierwszych kilku godzinach, to i tak by mnie nie puszczono. Oni po prostu uświadomili sobie, że trafiło im się coś, co mogą wykorzystać od początku do końca. Samotny człowiek. I już nieważne, podróżnik czy szpieg. Samotny człowiek, Polak.

Na dodatek mnie zatrzymano akurat w chwili, gdy chciałem przekroczyć granicę między prowincjami. Kierowałem się akurat do prowincji, która była skonfliktowana z władzami centralnymi, bo według nich to są terroryści. To pewnie był dodatkowy aspekt, który zadziałał na moją niekorzyść. Znalazłem się w złym miejscu, w złym czasie i wszystko układało się przeciwko mnie od samego początku.

Reklama

Jak to w ogóle przyjąć do wiadomości, znalezienie się w takich tarapatach?

Ja nie potrafiłem się z tym pogodzić. Prawda nie miała żadnego znaczenia, moich tłumaczeń albo nikt nie rozumiał, albo w ogóle ich nie słuchano. Oni po prostu robili swoje. To jest strasznie trudne. Nagle wtrącono mnie do aresztu: straciłem wolność, czyli coś, co ceniłem sobie najbardziej w życiu. Bycie wolnym, możliwość przemieszczania się i robienia tego, co zechcę. Zostałem tego pozbawiony, straciłem jakiekolwiek prawa. Już na początku dostałem taką informację: odmówiono mi kontaktów z ambasadą, z prawnikiem, odcięto mnie od świata zewnętrznego. Moja rodzina nie miała pojęcia, czy żyję. Gwałtownie urwał się ze mną kontakt. Nie było żadnej możliwości, bym przekazał informację. W tym więzieniu odbierano ludziom wszystko. O kontakcie ze światem zewnętrznym nie było mowy.

Psychicznie – to była sytuacja graniczna. Poczucie, że nie ma się żadnych szans. Gdyby w tym pierwszym momencie zdecydowano, że trzeba ze mną w jakiś sposób skończyć – gdybym został zamordowany – to nikt by się nawet nie dowiedział, gdzie i dlaczego do tego doszło. Mogli zrobić ze mną wszystko.

Jak wyglądało więzienie, do którego pana wtrącono?

Reklama

Nie będę oczywiście opowiadał szczegółów, bo zachęcam do zajrzenia do książki, tam dokładnie swoje losy opisuję. W każdym razie: byłem łącznie w czterech więzieniach. To pierwsze, tak jak wspominałem – fatalne warunki, pozbawienie kontaktu ze światem. Byliśmy tam torturowani poprzez brak pożywienia i, przede wszystkim, brak wody. Dostawaliśmy pół litra wody na dwa dni. W takiej temperaturze, to są tortury. Pragnienie było nie do wytrzymania. Po pierwsze, odwodnienie powoduje czysto fizyczny ból. Ale wpływa to również na myślenie, które staje się takie zamglone. Po prostu nie można normalnie myśleć. Człowiek marzy tylko o napiciu się. Zaczyna się zastanawiać, czy nie pić własnego moczu. Tak próbowano mnie złamać. Mnie i wszystkich innych, bo to było więzienie dla szpiegów i zdrajców.

Do tego dochodzi brak leków. Ja przez wiele lat, codziennie przyjmowałem leki na depresję, z którą od dawna się zmagam. Mój stan zawsze był stabilny, ale to było spowodowane tym, że regularnie te leki przyjmowałem. Mój organizm po tylu latach nie był przygotowany, że nagle przestanę mu tych leków dostarczać. Zabrakło mi ich po tygodniu czy po dziesięciu dniach. Zabrałem ze sobą akurat tyle, na ile wyjechałem. Z moją psychiką zaczęły się dziać fatalne rzeczy, o co oczywiście nikt nie dbał. Ich to nie interesowało, nawet gdy tłumaczyłem, że dłuższy brak leków może spowodować, że odbiorę sobie życie. Zakładali, że tam nie ma w jaki sposób popełnić samobójstwa. I rzeczywiście, byłoby to trudne. Poza tym wychodzili z założenia, że jeśli ktoś targnie się na swoje życie, to interweniują współwięźniowie.

Mariusz Majewski: Tłumaczyłem, że odbiorę sobie życie

W końcu przetransportowano mnie do więzienia Makala. Wybudowanego dla 1500 więźniów, ale znajdowało się w nim minimum dziesięć razy więcej osób. I wśród tych 15 tysięcy znalazłem się ja: Polak. Jedyny biały. Można sobie wyobrazić, jak codziennie musiałem tam walczyć o życie. Bo taką najważniejszą informacją dla nas, Europejczyków, jest to, że w tym więzieniu nie było ani jednego strażnika. To sobie trzeba wyobrazić. Więzienie, w którym znajduje się 15 tysięcy przestępców, w tym mordercy i gwałciciele, a nie ma w nim strażników. I ja, jedyny biały, którego Kongijczycy oczywiście nienawidzą ze względu na wieloletnią kolonizację przez Belgów, którzy dokonali tam straszliwego ludobójstwa. Już na wstępie zostałem dotkliwie pobity. Choć to akurat było typowe przyjęcie wszystkich nowych więźniów.

Jeśli dobrze sobie przypominam, po tych przenosinach kontaktuje się pan wreszcie z rodziną.

Reklama

Musiałem sobie wykupić możliwość przebywania w jedynym bloku więzienia, w którym były prycze. To był blok numer 8, tak zwany blok VIP-owski, siedzieli w nim ludzie z wyższych sfer społecznych, między innymi niedoszły kandydat na prezydenta DR Konga. Taka więzienna śmietanka. W pozostałych blokach więźniowie spali na posadzkach. Powiedziałem – a byłem wtedy bezpośrednio po tym powitalnym pobiciu – że załatwię pieniądze, tylko muszę zatelefonować do rodziny. I dano mi taką szansę. Jestem przekonany, że gdybym nie dostał się do tego bloku, to po prostu bym tam nie przeżył, może nawet zginąłbym tej pierwszej nocy.

Dalszy pobyt w tym więzieniu to była nieustanna walka o to, by przetrwać następny dzień. Żeby przeżyć, stać się niewidzialnym wśród innych więźniów. Nie rzucać się w oczy. Może znaleźć kogoś, kto mi będzie tam sprzyjał, stanie w obronie w trudnej sytuacji. Kombinowanie, kombinowanie, jeszcze raz kombinowanie. To, że mnie tam nie zabito, określam jako cud. Trudno w ogóle z czymkolwiek porównać tę sytuację, w jakiej się znalazłem. Na szczęście nawet w tym moim bloku tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że jestem Polakiem. Bo gdyby to się rozniosło, gdyby ta informacja trafiła do tych najgorszych przestępców, to na pewno bym nie przeżył. Oczywiście trudniej było ukryć to, że biały pojawił się w więzieniu. W tej desperacji bywały nawet zabawne momenty, kiedy wyobrażałem sobie, że najchętniej to bym się czarną pastą wysmarował, żeby przestać rzucać się w oczy. Generalnie starałem się jak najrzadziej opuszczać mój blok.

Trochę głębiej w to więzienie – żeby zobaczyć, jak to jest – zapuściłem się tylko raz. Kosztowało mnie to bardzo dużo pieniędzy i strachu. No i to, co tam zobaczyłem, zostanie ze mną do końca życia. Ludzie przebywają tam w strasznych warunkach. Widok martwego człowieka na takich ścieżkach, którymi się tam chodzi, to jest normalność. Ludzie umierają tam z głodu i na skutek chorób, ale są również mordowani. Tych obrazów się już z głowy nie pozbędę. Tylko że takie zupełne niewychodzenie z bloku sprawiało, że człowiek odchodził od zmysłów. Potrzebny jest ruch, towarzystwo, robienie czegokolwiek – żeby nie zwariować.

żołnierze DR Konga

Reklama

żołnierze DR Konga

Kiedy stanął pan przed jakimś sądem czy trybunałem?

Gdy skontaktowałem się z Polską, okazało się, że moja rodzina robi bardzo dużo, żeby mnie odnaleźć. Jednak dopiero dzięki mojemu telefonowi dowiedzieli się, gdzie jestem. Polskie władze obiecały moim bliskim, że szybko mnie z tego więzienia wydobędą, ale to się przedłużało. Mijały dni, które zamieniły się w tygodnie. W końcu: w miesiąc. W międzyczasie usłyszałem zarzuty i przeprowadzono proces przed sądem wojskowym. Choć nie mieli oczywiście żadnych dowodów na moje szpiegostwo, to otrzymałem karę śmierci. Dzięki zabiegom dyplomatycznym polskich władz, zamieniono ją jednak na dożywocie. Początkowo nawet tego nie rozumiałem, bo wyrok został wygłoszony po francusku, podobnie jak uzasadnienie. Wiedziałem tylko, że jest bardzo źle, bo wychwyciłem słowa „10 milionów dolarów”.

Pomyślałem sobie: skoro w mojej sprawie zasądzają 10 milionów dolarów kary, to na pewno nie uznali, że jestem niewinny. Także wiedziałem, że kara na pewno jest bardzo wysoka. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro oskarżono mnie o sabotaż i próbę zamachu na prezydenta Demokratycznej Republiki Konga. Jedno i drugie jest karane śmiercią. I teraz zastanawiałem się: czy to dalej jest kara śmierci, a 10 milionów dolarów ma zapłacić – no nie wiem – może państwo polskie? Ale jeśli wykonają ten wyrok, to po co ktoś by miał jeszcze płacić? Wydawało mi się to nielogiczne. Dlatego miałem nadzieję, że to jednak jest dożywocie.

Reklama

Pana proces był czymś w rodzaju pokazówki?

Tak, bo oni chcieli udowodnić, że działają. Że nie są gołosłowni. Ten mój proces był w DR Konga bardzo medialny. Przywieziono mnie na kilka rozpraw, wszystko relacjonowała telewizja, pisano o mnie w Internecie i w gazetach. To był taki komunikat do społeczeństwa: mamy Polaka, mamy polskiego szpiega. Ludzie na mój widok krzyczeli: „kara śmierci, kara śmierci!”. Była wręcz presja społeczna, żeby pokazać nie tylko Polsce, ale i całemu światu, że Demokratyczna Republika Konga to jest kraj, z którym wszyscy muszą się liczyć. Skoro polski prezydent sprzymierzył się z wrogiem Konga, to teraz polski obywatel poniesie karę.

Do mnie to dotarło, że moja sytuacja jest naprawdę beznadziejna. Bo dlaczego władze Konga miałyby mnie nagle ułaskawić, działając wbrew woli społeczeństwa? Najpierw trąbili, że Polska jest wrogiem, a oni złapali polskiego szpiega, no i co? Teraz mieliby tego szpiega wypuścić?

Mariusz Majewski: Karę śmierci zmieniono mi na dożywocie

W pewnym momencie obwożono pana po mieście niczym trofeum. 

Reklama

To było po wyjściu z pierwszego więzienia. Ja marzyłem, żeby je opuścić – gdziekolwiek. Dopóki tam byłem, szansa na skontaktowanie się z bliskimi była zerowa, ta świadomość mnie dobijała. W takich chwilach jest bardzo dużo czasu na myślenie. Zadręczałem się tym, jak wiele spraw spieprzyłem, jak wielu rzeczy nie zrobiłem dobrze. Myślałem, że chcę bardzo wiele w życiu ponaprawiać. Przewartościowałem sobie wtedy życie, od nowa ustawiłem priorytety. Nie chciałem tam umrzeć. Marzyłem o tym, żeby chociaż dać znać dzieciakom, że żyję. Żeby nie było takiej sytuacji, że ktoś je kiedyś zapyta, co się stało z ojcem, a one odpowiedzą: nie wiadomo. Wyjechał i się rozpłynął. Z dnia na dzień zniknął i koniec. Dlatego chciałem stamtąd wyjść za wszelką cenę. Strasznie się wtedy męczyłem.

No i pewnego dnia po mnie przyszli. Powiedzieli, że wracam do domu, że to wszystko faktycznie była pomyłka, a oni mnie teraz odwiozą na lotnisko, ale najpierw do prokuratury, żebym odebrał swoje rzeczy. No i to był kolejny raz, gdy mnie okłamali. Ja się ucieszyłem, płakałem ze szczęścia. Już myślałem o tym, że wkrótce będę z powrotem z rodziną w domu. Co się okazało… Zostałem przerzucony do samochodu, gdzie przykuto mnie kajdankami do naczepy i wożono po Kinszasie. Pokazywano mnie jak skalp, jak łup. To było okropne, bo tam ludzie raczej nie jeżdżą samochodami, głównie poruszają się pieszo. Na ulicach są tysiące przechodniów. I ja stanowiłem dla nich widowisko. Wszystkiego wtedy doznałem. Ludzie celebrowali fakt, że złapali białego. Pluli na mnie, rzucali czym popadnie. W taki sposób zostałem odwieziony do drugiego więzienia. Cała nadzieja prysła. Po raz kolejny mnie okłamali.

Skupienie na bliskich to było dla pana najważniejsze źródło siły?

Tak. Nic namacalnego, fizycznego nie dawało nadziei na to, że wrócę. Myślałem o ucieczce. Myślałem o samobójstwie. Po prostu nie widziałem szans, że się z tego wydostanę. Ludzie tam siedzieli miesiącami, a nawet latami bez procesów, przesłuchań, jakichkolwiek zarzutów. Ale ta tęsknota za najbliższymi, ta miłość do najbliższych spowodowała, że musiałem się trzymać. Nie miałem innego wyjścia. To była nawet taka złość, że jakoś muszę z tego wyjść i wrócić. Żeby ich po prostu jeszcze raz zobaczyć. Żeby to moje życie rozegrać trochę inaczej. Postanowiłem walczyć o tę możliwość.

Reklama

Teraz już pan zapewne wie dokładnie, jak mniej więcej toczył się ten równoległy dramat pana partnerki i dzieci.

O tym właściwie można by było napisać drugą książkę. Oni mieli drugie Kongo tutaj, w Polsce. Długo nie wiedzieli, czy w ogóle żyję. Szukali mnie po szpitalach, po kostnicach. Poruszali niebo i ziemię. W poszukiwania zaangażowali się wpływowi ludzie w Afryce, których personaliów nie możemy nawet ujawniać. Oczywiście do tego doszły oficjalne zabiegi Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Mnóstwo ludzi mnie szukało, a potem – gdy już wyszło na jaw, gdzie jestem – próbowało różnymi sposobami mnie stamtąd wyciągnąć. Moi przyjaciele w Polsce spotykali się codziennie i debatowali wraz z moją rodziną, jakie powinny być następne kroki. Na prośbę MSZ-u w ogóle nie kontaktowali się jednak początkowo z mediami, bo to mogło pogorszyć moją sytuację. Taka była strategia.

Andrzej Duda

Andrzej Duda

Reklama

Gdyby sprawa stała się medialna, Kongijczycy podbijaliby stawkę?

To był jeden z argumentów. Mogliby dojść do wniosku, że schwytali kogoś ważnego, skoro jest o nim głośno. Ale to można różnie interpretować: równie dobrze wiadomości o moim zaginięciu mogłyby się szybko rozmyć. Krótko byłoby to sensacją, ale każdy news ma przecież określoną datę ważności. No ale MSZ miał pewne doświadczenia z przeszłości, kiedy pomagał innym Polakom w tego rodzaju sytuacjach, a my musieliśmy przecież komuś zaufać.

Koniec końców w opuszczeniu DR Konga pomógł panu prezydent Duda.

Tak, to jest najbardziej prawdopodobna wersja wypadków. Mogę powiedzieć, że przez prezydenta Dudę trafiłem do kongijskiego więzienia i dzięki niemu z tego więzienia wyszedłem. Z tego co wiem, to prezydent naszego kraju po sugestiach od MSZ-u i ministra Radosława Sikorskiego, którzy nie mogli już niczego więcej w mojej sprawie zrobić, zdecydował się na taki ostateczny krok w mojej sprawie, czyli osobistą interwencję u prezydenta DR Konga. Najpewniej poprosił wtedy, żebym został uwolniony i zadeklarował, że nie jestem szpiegiem. Przedstawił moją sytuację. Też pewnie do jakiegoś stopnia wytłumaczył się ze słów wypowiedzianych w Rwandzie. Że to nie była jego intencja, że kongijskie media źle odebrały jego wypowiedź. Ale dokładnego przebiegu tej rozmowy nie znam.

Reklama

Wiem tylko, że była długa – trwała godzinę. I przekazano mi też, że stoczono ją w dobrej atmosferze. Dzień po tej rozmowie zostałem wypuszczony z więzienia. Można powiedzieć, że w tym momencie zaczął się już proces mojego powrotu do Polski.

Po powrocie wygłosił pan dość ostry komentarz na temat prezydenta, który został natychmiast podchwycony przez media. To były spontaniczne słowa, a może planował pan to już w trakcie podróży powrotnej?

To było spontaniczne wylanie złości. Niczego sobie nie przygotowywałem, byłem pełen emocji. Po powrocie udzieliłem jednego wywiadu, w którym rzeczywiście powiedziałem, że „w to piekło wpakował mnie nasz prezydent”. Ale w tej samej wypowiedzi zaznaczyłem również, że jestem prezydentowi wdzięczny za interwencję i jego telefon do prezydenta DR Konga. Jeszcze nie znałem kulis tej sprawy, ale już wiedziałem, że prezydent Duda osobiście się zaangażował. Nie wiem, czy prezydentowi tego nie przekazano albo skupił się na tym fragmencie moich słów, który od razu podchwyciły media. Że jestem niewdzięczny. Chyba tak, bo prezydent umówił się na spotkanie z prezydentem Konga w Nowym Jorku parę miesięcy później. Miałem nadzieję, że po tym spotkaniu moja sprawa zostanie zakończona, to znaczy że zostanę formalnie uniewinniony albo ułaskawiony. Ale prezydent Duda już mojego tematu nie poruszył, choć scenariusz rozmów to zakładał.

Myślę, że mógł mieć do mnie żal o tę emocjonalną reakcję i te słowa, że „wpakował mnie w to piekło”. No ale ja to tak widziałem i do dzisiaj tak uważam. W Polsce często wychodzimy z założenia, że kogoś można albo kochać, albo nienawidzić. Ja nie mam takiego podejścia. Uważam, że prezydent popełnił jakiś tam błąd, ale przecież nie chciał wpakować mnie, Majewskiego, w kłopoty. Potem zadzwonił i ratował zwykłego obywatela. Mógł mnie zostawić, mogłem tam resztę życia spędzić. Jestem mu wdzięczny. Właściwie zawdzięczam mu życie, tak to można ująć. Dlatego moja złość nie wyklucza wdzięczności. Dziękuję mu.

Mariusz Majewski: Moja złość na prezydenta Dudę nie wyklucza wdzięczności

Te pierwsze dni z bliskimi po powrocie to musiała być ogromna radość.

Tak, na początku są łzy, szczęście, przytulanie, przebywanie ze sobą non stop. Ale mam takie doświadczenia jak inni, którzy wracają z podobnych miejsc. Ten świat, do którego się wraca po jakimś czasie, po traumatycznych przeżyciach, staje się obcy. Człowiek niby wie, że wrócił do domu, ale ma poczucie, że ten dom za sobą zostawił. Że to więzienie stało się moim domem. Mimo że wcześniej myślałem tylko o tym, żeby stamtąd uciec, żeby się wydostać. To jest ta specyfika ludzkiej natury, że przyzwyczajamy się do wszystkiego. Nawet do miejsca, w którym jest nam źle, w którym jesteśmy dręczeni. To stało się częścią mojej traumy. Nauczyłem się tych więziennych realiów, miałem tam coraz mniej problemów. A po powrocie spadło mi na głowę mnóstwo spraw.

Okazało się, że wszystko mnie w tym codziennym życiu przeraża. Nie potrafię rozwiązywać problemów. Moje dziecko nie może spać, moja partnerka się rozkleiła, a ja nic nie potrafię z tym zrobić. Mamy potężne długi, moja firma upada. Człowiek ma takie myśli, że chciałby wrócić do tego więzienia. To mija, ale ten powrót wcale nie jest taki łatwy. Mimo że nie można sobie wyobrazić niczego bardziej szczęśliwego. Ale ma to też swoją ciemną stronę. Takie jest moje doświadczenie.

Ochota, by eksplorować świat, jeszcze się w panu po tym wszystkim tli?

Zmieniło się to. Przez pół roku nie chciałem w ogóle słyszeć ani rozmawiać o jakimkolwiek wyjeździe. Potem powróciła chęć podróżowania, której się chyba już nigdy nie wyzbędę – tej dziecięcej ciekawości świata, która dalej we mnie jest. I może to i dobrze, powrót do podróży jako do gwarancji przygody. Ale już nie chcę tak silnych emocji. Nie wybieram niebezpiecznych kierunków i sądzę, że to zmieniło się we mnie na stałe.

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl

9 komentarzy
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mistrzostwa Świata 2026

Reklama