Były sobie dwa państwa, które zorganizowały razem wielki piłkarski turniej. Pojawiła się zatem szansa, że te wspólne mistrzostwa pozwolą zapomnieć o krzywdach sprzed lat. Że historyczne rany wreszcie się zabliźnią. I rzeczywiście, początkowo relacje między gospodarzami imprezy uległy zauważalnej poprawie. Ale wystarczyło kilka lat, by wszystko wróciło do normy. To znaczy: do kłótni, wzajemnych oskarżeń i rozdrapywania starych ran. O jakich krajach mowa? Oczywiście o Korei Południowej i Japonii, organizatorach mistrzostw świata 2002. O skomplikowanej historii i teraźniejszości japońsko-koreańskich relacji opowiada w rozmowie z Weszło dr Marcin Socha.
Marcin Socha jest doktorem nauk politycznych, analitykiem Ośrodka Spraw Azjatyckich Uniwersytetu Łódzkiego i adiunktem w Katedrze Azji Wschodniej UŁ.
***
Korea Południowa i Japonia początkowo rywalizowały o prawo do organizacji mundialu w 2002 roku. Jak to się stało, że w ostatecznym rozrachunku ugościły uczestników turnieju wspólnie?
Japonia po zakończeniu zimnej wojny, na początku lat 90., mocno stawiała na rozwój dyplomacji publicznej. Od dłuższego czasu przymierzała się zresztą do organizacji piłkarskich mistrzostw świata i bardzo długo starała się, by turniej odbył się tylko w Japonii. W tym samym czasie swoją kandydaturę wysunęła również Korea Południowa. Odbył się wówczas swego rodzaju wyścig na uprzejmości względem przedstawicieli FIFA: zarówno Japończycy, jak i Koreańczycy obsypywali ich rozmaitymi upominkami. W końcu zasugerowano jednak dobitnie jednym i drugim, że trzeba te inicjatywy połączyć. Przedstawiciele obu państw nie mieli wyboru i wyrazili na to zgodę. Ta wzajemna niechęć jest głównie efektem zaszłości historycznych, z uwagi na nierozwiązane sprawy z przeszłości. Dlatego później nie obyło się bez problemów. Toczył się na przykład duży spór o to, nazwa którego kraju będzie wymieniana jako pierwsza. Czy to będzie turniej w Korei i Japonii, czy w Japonii i Korei. Zatem FIFA poniekąd zmusiła te kraje do współpracy.
Dziś turniej wspominany jest często przez pryzmat sędziowskich kontrowersji.
Ja sam pamiętam, jak Korea Południowa dotarła do czwartego miejsca. Ten głośno komentowany mecz z Włochami. Był to faktycznie kontrowersyjny mundial, ale z drugiej strony – turniej się generalnie udał. Japończycy i Koreańczycy dokonali czegoś wspólnie, co było przełomowym momentem w relacjach tych państw.
Marcin Socha: FIFA zmusiła Koreę Południową i Japonię do współpracy
Czy można powiedzieć w uproszczeniu, że Japończycy i Koreańczycy byli nieprzyjaciółmi „od zawsze”?
Historycznie – to się zmieniało. Jeśli spojrzymy na czasy bardzo dawne – V wiek, VI wiek – to Korea była takim obszarem, na który Japończycy spoglądali często z zazdrością. To z Korei trafiło do Japonii wiele nowych rozwiązań z zakresu kultury czy polityki. Przede wszystkim: nowinki z Chin. Sam język chiński przyszedł do Japonii wraz z buddyzmem, również z Korei. Japonia była długo postrzegana jako młodszy brat Chin, a przez pewien czas również Korei. Tylko że później Korea znacząco osłabła na skutek walk wewnętrznych, stając się obiektem chińsko-japońskich sporów. A co za tym idzie – najazdów. Po prostu ci sąsiedzi próbowali ją zakotwiczyć w swojej strefie wpływów. No a jednym z najczarniejszych momentów relacji Japonii z Koreą jest oczywiście rok 1910.
Korea została siłą przyłączona do Japonii, powstało Generalne Gubernatorstwo Korei. I ten okres od 1910 do 1945 roku zrodził mnóstwo problemów, które mają znaczenie do dziś. Przede wszystkim: sprawa kobiet pocieszycielek i wykorzystywania koreańskich pracowników. Czyli: przymusowe przesiedlanie Koreańczyków do Japonii, by pracowali w japońskich firmach. Nadal w Japonii mieszka bardzo duża liczba osób pochodzenia koreańskiego, będących potomkami ludzi, którzy zostali przesiedleni w tamtym okresie. Są to tak zwani Zainichi Koreans, którzy od początku swojego funkcjonowania w Japonii cierpieli i cierpią z powodu różnego rodzaju głębokich przejawów dyskryminacji.
To rany, które dalej się jątrzą?
Wielu Koreańczyków uważa, że Japonia nigdy za swoje zbrodnie nie przeprosiła. A do tego mamy jeszcze inne źródła konfliktów, na przykład spór terytorialny o wyspy Dokdo/Takeshima. Tak, że historycznych zaszłości jest bardzo wiele i one często wracają. Nie udało się ich rozwiązać.

trybuny podczas meczu Korea Południowa – Polska na MŚ 2002
A zatem wspólny mundial za bardzo nie pomógł?
Trzeba przyznać, że ten okres zaraz po mistrzostwach świata z 2002 roku to był czas naprawdę kilku lat bardzo dobrych relacji między tymi państwami. Nie tylko politycznych, ale również relacji kulturalnych. Do Japonii zaczęło trafiać mnóstwo produktów koreańskiej popkultury. Właściwie do 2012 roku mówiło się jeszcze w Japonii o sukcesie tej tak zwanej „koreańskiej fali” czyli Hanryū. Te produkty zyskały naprawdę sporą popularność w Japonii. Tylko że ten dobry czas szybko się skończył. Już w 2005 roku pojawiły się zgrzyty, właśnie związane z roszczeniami do wysp Dokdo/Takeshima.
To może wróćmy na dłuższą chwilę do pierwszej połowy XX wieku. Co takiego działo się wtedy na terenie Korei?
Japonią zajęła Koreę i chciała w szybkim tempie doprowadzić do tego, by Korea stała się nieodłączną częścią Cesarstwa Wielkiej Japonii. Narzucono formalny traktat, Japończycy przejęli całkowitą kontrolę administracyjną, prawną i wojskową. Koreańczykom odmawiano wielu podstawowych wolności i praw. Uczestniczenia w procesie politycznym, prawa do swobody wypowiedzi. Oczywiście Japończycy zaczęli też eksploatować gospodarczo półwysep. Ściągnęli stamtąd ogromną liczbę ludności. Koreańczycy stali się po prostu tanią siłą roboczą dla Japończyków. Później wcielano ich także siłą do cesarskiej armii lądowej, ale nie do marynarki z powodu obaw o możliwość dokonania sabotażu. Na to wszystko nakłada się wiele innych problemów, takich jak na przykład kwestia kobiet pocieszycielek. Czyli organizowanie takich wojskowych domów publicznych, do pracy w których zmuszane były głównie Koreanki, a później także Chinki i kobiety z innych podbitych czy skolonizowanych terytoriów.
Czy to ówczesna słabość Chin umożliwiła Japonii taką ekspansję w regionie?
Częściowo tak, choć nie jest to takie proste. Musimy się cofnąć jeszcze kilka kroków, do 1867 roku, gdy w Japonii dochodzi do tak zwanej restauracji Meiji, w efekcie której władzę uzyskuje Cesarz Mutsuhito. W drugiej połowie XIX wieku Japonia została de facto siłą otwarta na kontakty ze Stanami Zjednoczonymi i Europejczykami. Wiązało się to z koniecznością zawarcia wielu nierównych traktatów handlowych z mocarstwami zachodnimi. Cesarz, a zwłaszcza jego doradcy zdawali sobie sprawę, że jeśli Japonia się nie zmodernizuje, podzieli los Chin, w których to zachodnie potęgi rozgrywały wówczas własne interesy. Japończycy byli zdeterminowani, by nie wkroczyć na tę samą ścieżkę, dlatego zaczęli się modernizować w modelu właśnie zachodnim. Ściągali ekspertów, rozwijali gospodarkę, zbudowali nowoczesną armię.
I, jak na ironię, ta zmodernizowana Japonia bardzo szybko zaczyna się zachowywać tak samo, jak mocarstwa zachodnie w polityce zagranicznej i kolonialnej. A jej zapędy dodatkowo podsycają zwycięskie wojny. Szybkie i łatwe zwycięstwo nad Chinami w 1895 roku. A potem triumf w wojnie z Rosją. Państwo azjatyckie pokonało w konflikcie mocarstwo europejskie. To był taki symbol, że modernizacja w kierunku modelu zachodniego się udała i należy dalej podążać tym tropem.
Marcin Socha: Japończycy podbili Koreę. Odmawiali Koreańczykom praw i wolności
Jak rozumiem, apetyt Japończyków rósł w miarę jedzenia.
Dysponowali już w miarę nowoczesną, sprawdzoną w boju armią, więc zachowywali się coraz bardziej agresywnie, wzorem mocarstw zachodnich na przełomie XIX i XX wieku. I to na własnej skórze odczuła Korea, która była zbyt słaba, by się Japończykom przeciwstawić i ich powstrzymać. No ale, jak wiadomo, ostatecznie II wojna światowa przynosi Japonii klęskę, a Amerykanie rozpoczynają okupację kraju.

koreański kibic podczas meczu Francja – Urugwaj na MŚ 2002
W latach 50. dochodzi natomiast do wojny koreańskiej.
Oczywiście Japonia opowiada się po stronie Korei Południowej, po stronie Stanów Zjednoczonych. Ale ten temat również jest dość złożony. Pamiętajmy, że w Japonii wciąż mamy tych Koreańczyków, którzy zostali do tego kraju w wielkiej liczbie, siłą ściągnięci jeszcze przed podziałem Korei na Północną i Południową, wspomnianych Zainichi Koreans. No i nagle oni również muszą się opowiedzieć, czy identyfikują się z Koreą Północną, czy Południową. A nie brakuje wśród nich przecież takich, którzy pochodzą z północnych regionów Korei. To przejawia się na przykład w edukacji. Japonia jeszcze po II wojnie światowej nie pozwalała Koreańczykom na pobieranie nauki w ich języku, więc rodzą się oddolne inicjatywy: szkoły południowo- i północnokoreańskie.
I teraz mamy taką sytuację: przykładowego młodego człowieka, który zostaje przez rodziców posłany do szkoły północnokoreańskiej. Nie przejmuje japońskiego nazwiska, co w bardzo znaczącym stopniu utrudnia, czy wręcz uniemożliwia mu integrację. Taki człowiek ma potem kłopoty ze znalezieniem pracy. Jeśli zidentyfikował się za młodu jako Koreańczyk Północny, nie może także wyjechać poza granice Japonii. Nie uznawano paszportów północnokoreańskich. By uzyskać pełnię praw, musi albo się znaturalizować. To znaczy – przyjąć japońskie obywatelstwo, japońskie imię. Albo przynajmniej odciąć się od tej północnokoreańskiej społeczności i przyjąć tożsamość Korei Południowej. To naprawdę niezwykle skomplikowany proces, wokół którego emocje dodatkowo podsycały doniesienia medialne o próbach rakietowych KRLD. Takim wiadomościom towarzyszyły często informacje o tym, ilu mamy „szpiegów” z Korei Północnej w kraju. Gdzie jako szpiegów zaczęto traktować członków tych północnokoreańskich organizacji czy stowarzyszeń w Japonii. Bo rzeczywiście, reżim KRLD zaczął wśród nich werbować agentów.
Zapytam o kwestię znaną nam skądinąd w Polsce: reparacje. Czy Japończycy zapłacili Koreańczykom za wyrządzone szkody?
To jest bardzo ciekawa sytuacja, która również na Dalekim Wschodzie ostatnio powróciła. Mamy takie porozumienie z 1965 roku, zawarte jako prawna podstawa do wznowienia wzajemnych relacji między Koreą Południową i Japonią. Tam rzeczywiście zostały ustalone reparacje. Jednocześnie jednak na mocy tego dokumentu strona koreańska zrzekła się dalszych roszczeń finansowych w stosunku do Japonii. No i Japończycy tego stanowiska niezmiennie się trzymają.
Koreańczycy nie?
Powiedzmy tak: mamy ten nasz mundial z 2002 roku, kilka lat lepszych relacji i tak dalej. Wspominałem jednak o tym, że w 2005 roku pojawia się zgrzyt. Japońskie władze lokalne ustanowiły specjalne święto: Takeshima Day, mające sygnalizować ich roszczenia do spornych wysp. Wokół tej inicjatywy natychmiast zaktywizowali się japońscy nacjonaliści, na podobne poruszenie wśród nacjonalistów z Korei Południowej nie trzeba było długo czekać. To zakłóca poprawiające się kontakty, choć przecież Japonia i Korea Południowa są poniekąd skazane na współpracę. Wymusza ją zagrożenie generowane nieustannie przez Koreę Północną, naciskają na nią Stany Zjednoczone. To USA są zawsze tym zewnętrznym mocarstwem, które naciska na wygaszanie konfliktów.
Sęk w tym, że spory wybuchają coraz częściej. Około 2012 roku powraca problem kobiet pocieszycielek. Wielu japońskich polityków długo trzymało się stanowiska, że ten problem nie istnieje i że kobiet nie zmuszano do prostytucji, tylko robiły to dobrowolnie. To oczywiście budziło gniew po stronie koreańskiej. Organizacje walczące o pamięć i prawa ofiar zaczęły nawet stawiać pomniki kobiet pocieszycielek jak najbliżej japońskich ambasad czy konsulatów. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że te państwa nigdy się ze sobą nie dogadają, bo kiedy tylko dochodziło do odwilży w relacjach, to wszelkie próby trwałego pojednania były torpedowane właśnie ze względu na ten problem.
Marcin Socha: W relacjach Korei Południowej z Japonią wraca problem kobiet pocieszycielek
Czyli dekadę po mundialowym zbliżeniu, debatę publiczną zdominowały już dawne spory?
Mało tego. W 2012 roku Lee Myung-bak, ówczesny prezydent Korei Południowej, odwiedził sporne wyspy Dokdo/Takeshima. Wybrał się z taką wizytą jako pierwszy prezydent. Mamy więc następną eskalację tego sporu. Niedługo potem do władzy w Japonii wraca premier Abe Shinzō, który w 2015 roku podpisuje z Koreą Południową porozumienie, mające raz na zawsze wyeliminować problem kobiet pocieszycielek z relacji politycznych. Japonia zobowiązuje się do przekazania określonej kwoty pieniężnej na rzecz koreańskich fundacji. Te fundusze mają trafić do jeszcze żyjących ofiar albo ich rodzin. Abe przeprasza za japońskie zbrodnie, ale zaznacza, że kolejne pokolenia Japończyków nie mogą już ponosić za nie odpowiedzialności. Ma to ostatecznie wyeliminować problem kobiet pocieszycielek z relacji dwustronnych.
Wydawało się, że to duży sukces Abe Shinzō. Tylko że prezydent Park Geun-hye, która firmowała to porozumienie ze strony koreańskiej, wkrótce zostaje usunięta z urzędu po potężnym skandalu. A jej następca, Mun Jae-in, zbudował swoją popularność na zdecydowanie antyjapońskiej retoryce.

wyspy Dokdo/Takeshima/Liancourt Rocks fot. WikiMedia
Znowu wszystko na nic?
Nawet gorzej, bo do problemu kobiet pocieszycielek dodano kolejne palące tematy. Prywatnie grupy Koreańczyków zaczęły pozywać japońskie firmy za to, że ich przodkowie byli zmuszani do niewolniczej pracy w japońskich firmach, które nadal są obecne na rynku. Koreańskie sądy przyznają im odszkodowania. Japończycy protestują: twierdzą, że wszystko to jest sprzeczne z traktatem z 1965 roku. To już nie są tarcia, tylko poważny konflikt polityczno-dyplomatyczny. Koreańczycy bojkotują japońskie produkty, a nawet turystyczne wycieczki do Japonii. Do tego dochodzi incydent militarny: Koreańczycy w 2018 roku namierzają samolot Japońskich Sił Samoobrony i traktują to jako element przygotowań do ataku. Kilkanaście lat po mistrzostwach, wszystko w tych relacjach zaczyna się psuć na każdym możliwym froncie. Znowu jedyną siłą, która zmusza Koreańczyków i Japończyków do współpracy, są Stany Zjednoczone.
Ale idzie to jak po grudzie: w roku 2019 dochodzi do kolejnego masowego bojkotu japońskich produktów w Korei, a Japończycy wprowadzają ograniczenia w eksporcie kluczowych materiałów dla Korei Południowej. Konflikt handlowy przybiera na sile. Udaje się go załagodzić tak naprawdę dopiero w 2022 roku. Powiedziałbym, że obecnie jesteśmy ponownie w fazie zwrotu w kierunku pojednania. Wznowiono dialog, głównie w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Chin. Również Korei Północnej, ale głównie Chin. Te państwa po prostu zdają sobie sprawę, że muszą współpracować ze sobą i Stanami Zjednoczonymi ze względów bezpieczeństwa.
Zastanawiam się: na ile powszechne są te wzajemne resentymenty, a na ile są one rozdmuchiwane przez politycznych radykałów?
One są oczywiście powszechne, tak, ale trzeba na to zwrócić uwagę, że za każdym bardziej znaczącym pogorszeniem w relacjach dwustronnych stoją grupy nacjonalistyczne. Zarówno w Korei Południowej, jak i w Japonii. Tak to wyglądało, kiedy władze prefektury Shimane wymyśliły Takeshima Day. Albo kiedy wspomniany, koreański prezydent Mun Jae-in budował swoją popularność w kampanii wyborczej na krytykowaniu Japonii. Niestety, teraz w Japonii – zwłaszcza w rządzącej Partii Liberalno-Demokratycznej – również rośnie liczba polityków, którzy swoją pozycję starają się umacniać na historycznym rewizjonizmie. Aczkolwiek skupiają się aktualnie na Chinach, mniej na Korei Południowej. Niemniej, tendencje nacjonalistyczne zaczynają przeważać.
W Korei Południowej widać wyraźne próby naprawy relacji dwustronnej. Wprawdzie obecny prezydent Lee Jae-myung w teorii powinien być antyjapoński, ale ja tego rodzaju tendencji nie dostrzegam. Przeciwnie: strona koreańska obecnie do problemów historycznych podchodzi bardzo powściągliwie, współpraca przebiega dobrze. Niestety zawsze nad tymi relacjami wisi zagrożenie, że kiedy zaczyna się kampania wyborcza, kiedy politycy walczą o głosy, to uciekają się do tych nacjonalistycznych akcentów.
Marcin Socha: Tendencje nacjonalistyczne zaczynają przeważać w Japonii
Niezbyt optymistyczna konkluzja.
A zatem, żeby nie pozostawiać całkowicie negatywnego obrazu tych relacji, warto zwrócić uwagę na wymianę kulturową, która rozwija się bardzo dobrze. Animacje, filmy, koreańskie i japońskie seriale, oczywiście K-pop. W listopadzie zeszłego roku byłem w Tokio na dużej imprezie artystycznej, poświęconej wyłącznie koreańskim twórcom. Popkultura i sztuka mogą być bardzo dobrym forum budowania relacji. Ale mogą być też oczywiście wykorzystywane przez grupy nacjonalistyczne. Również sport, jest obszarem, na który trzeba patrzeć z nadzieją, bo przecież w japońskich drużynach pojawiają się zawodnicy koreańskiego pochodzenia.
A jakie jest podejście obu krajów do kwestii bezpieczeństwa? Tu też można nawiązać do futbolu, bo od czasu do czasu słyszymy o piłkarzach z Korei Południowej, którzy muszą odsłużyć swoje w armii.
Rzeczywiście – dużo się mówi też o tych wielkich tragediach, gdy rozpada się jakiś zespół K-popowy, bo członkowie muszą odbyć obowiązkową służbę wojskową.
To jest kwestia być albo nie być dla tego kraju: zagrożenie ze strony Korei Północnej sprawia, że muszą być w nieustannej gotowości. To nie tylko służba wojskowa, ale też ćwiczenia, manewry. Pamiętajmy, że oficjalnie Korea Południowa cały czas jest w stanie wojny. Natomiast w Japonii mamy oczywiście ten słynny artykuł 9. konstytucji, wyrzeczenie się wojny i posiadania sił zbrojnych, ale Japonia rzecz jasna armię posiada, tylko nazywa ją Siłami Samoobrony. Mniej więcej od 2015 roku trwają próby doprowadzenia do zmiany konstytucji w taki sposób, żeby ten artykuł 9. usunąć, albo go przynajmniej zmodyfikować. Ale jest to trudne zadania, nikomu jak dotąd nie udało się zebrać odpowiedniej większości do wprowadzenia zmian w konstytucji. Amerykanie po to ją zresztą w taki sposób skonstruowali. Dlatego stosuje się rozmaite sztuczki, by konstytucję obchodzić. Za rządów premier Sanae Takaichi popularność zyskuje koncepcja samoobrony prewencyjnej.

Sanae Takaichi, premier Japonii
Co to oznacza?
Na przykład: mamy informację, że Korea Północna albo Chiny szykują się do ataku, to możemy wcześniej ostrzelać ich z bazy w ramach samoobrony. Trwa wiercenie dziur w konstytucji, tak żeby z artykułu 9. za wiele nie zostało. Słowem: Korea Południowa musi się zbroić, Japonia też przyspiesza na tym polu. To już w zasadzie oficjalnie wynika z japońskich dokumentów rządowych, że muszą się dozbroić w odpowiedzi na rosnącą pozycję Chin. Tym bardziej w obliczu tego, co mówi Donald Trump. Współpraca ze Stanami Zjednoczonymi dalej jest istotnym elementem architektury bezpieczeństwa w tych krajach, ale wątpliwości będą coraz większe. Po prostu coraz mniej Koreańczyków i Japończyków wierzy w amerykańskie gwarancje, dlatego wydatki na zbrojenia rosną. Warto zresztą wspomnieć, że Koreańczycy już sprzedają uzbrojenie do Polski, a Japończycy teraz zmienili swoje prawo i także będą mogli eksportować coraz więcej uzbrojenia własnej produkcji.
No właśnie, Donald Trump. Widzę, że na Dalekim Wschodzie wzbudza podobne odczucia jak w naszej części globu.
Jest dużym problemem dla wszystkich swoich sojuszników, szczególnie dla Japonii. Jeszcze za pierwszej kadencji Trumpa, premier Abe Shinzō nieźle się z nim dogadywał. Układ był prosty: nie nakładaj na nas ceł, a my będziemy kupować więcej uzbrojenia w USA. Zapłacimy wam za bezpieczeństwo. Tylko że po powrocie do władzy Trump politykę celną zaostrzył, nałożył je na wszystkich, więc trzeba było zawrzeć z nim nowe porozumienia. Tym razem na zasadzie: okej, kupujemy dalej bardzo dużo uzbrojenia ze Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo jeszcze więcej gazu, plus nasze firmy zainwestują w USA docelowo 250 miliardów dolarów. Albo jeszcze więcej. To miało uspokoić Amerykanów, tylko potem Trump nagle komunikuje, że Stany w zasadzie nie mają żadnych sojuszników, na których mogą polegać. Więc Japonia cierpliwie realizuje kolejne oczekiwania prezydenta USA, a poczucie niepewności – zamiast maleć – rośnie.
Jeśli spojrzymy na badania opinii publicznej w Japonii, to już teraz znaczna większość Japończyków nie wierzy w to, że Stany Zjednoczone ruszyłyby z pomocą w przypadku ataku Chin na Tajwan czy właśnie na Japonię. A przecież sojusz z USA jest fundamentem całej tej układanki bezpieczeństwa w regionie. Panikę widać było zwłaszcza przy okazji ostatniej wizyty Donalda Trumpa w Chinach. Wielu japońskich komentatorów zupełnie wprost wyrażało obawy, że Trump w imię dogadania się z Xi Jinpingiem poświęci Tajwan.
Marcin Socha: Japonia przeciwstawia się wzrostowi Chin. Korea Południowa się waha
Czy Chiny to wspólny wróg dla Korei Południowej i Japonii?
Takiego określenia bym nie użył. Na pewno Chiny są największym wyzwaniem, a co za tym idzie – również zagrożeniem. Wspólnym wrogiem prędzej mógłbym jednak nazwać Koreę Północną, natomiast kwestia Chin jest bardziej skomplikowana. Japonia od dłuższego czasu próbuje się wzrostowi Chin przeciwstawiać. Buduje sojusze, stara się antagonizować Chińską Republikę Ludową z państwami regionu. Bardzo głośno alarmuje w przypadku konfrontacyjnych aktywności Chin względem Tajwanu. Głośno mówi też o tym, co się dzieje na Morzu Południowochińskim, o budowie przez Chiny sztucznych wysp. Japończycy ostrzegają, że zwiększająca się obecność chińskiej marynarki na tych wodach stanowi zagrożenie dla swobody żeglugi, że jest to próba zmiany status quo w regionie.
Tymczasem Korea Południowa się waha. Chiny są jej absolutnie kluczowym partnerem gospodarczym i handlowym. Japonia od kilkunastu lat stara się te zależności redukować na wszelkie możliwe sposoby, natomiast Koreańczycy jeszcze się na to nie zdecydowali. Te relacje handlowe są dla nich tak istotne, że nie chcą otwartego antagonizmu z Chinami. Mało prawdopodobne, by mieli w najbliższej przyszłości postawić na trwale i jawnie antychińską politykę i na tym polu współpracować z Japonią czy Stanami Zjednoczonymi. Korea Południowa stosunkowo mądrze usiłuje zachować względną neutralność. Nie będziemy krytykować, nie będziemy pchać się przed szereg, ponieważ chcemy dalej z Chinami robić interesy.
O mundialu przeczytasz również w najnowszym wydaniu Magazynu Zero. Znalazło się w nim ponad 100 stron o mistrzostwach świata – Magazyn zamówisz TUTAJ.
Mówimy dużo o historii i geopolityce, a jak – z pana obserwacji – układają się dziś te koreańsko-japońskie relacje na poziomie międzyludzkim? Może więcej w tym politycznej naparzanki niż prawdy?
Zależy, w co tak naprawdę uwierzymy. Tak jak wspominałem, mieliśmy w ostatnich latach ogromny bojkot japońskich produktów w Korei Południowej. Naprawdę ogromny. Koreańczycy podpisujący się pod hasłem „No Japan” to nie byli wyłącznie nacjonalistycznie radykałowie. Sprzedaż piwa japońskiego w pewnym momencie spadła w Korei praktycznie do zera. Drastycznie skurczył się też ruch turystyczny. To nie mogło wziąć się znikąd. No a politycy oczywiście te emocje rozgrzewają, jeśli to pomoże im w najbliższych wyborach. Jeżeli mniej więcej 30% koreańskiego społeczeństwa deklaruje nastawienie antyjapońskie, no to jest już pokaźna grupa elektoratu, którą warto zagospodarować. Generalnie powiedziałbym, że wina leży po obu stronach.
W obu krajach mamy polityków, którzy grają na tych resentymentach, co jest szczególnie widoczne we współczesnych mediach społecznościowych. Mamy zalew fake newsów, często tworzonych z wykorzystaniem AI. Na przykład przedstawiających osoby pochodzenia koreańskiego czy chińskiego jako odpowiedzialne za większość przestępstw w Japonii. Co oczywiście nie jest prawdą. Albo przedstawiających wszystkie koreańskie stowarzyszenia jako komórki szpiegowskie reżimu Korei Północnej. Na szczęście jest też odpowiedź na ten zalew fejków w postaci takiego, powiedziałbym, zdroworozsądkowego myślenia. Na zasadzie zrozumienia i zdrowego rozsądku: mamy ogromną liczbę Koreańczyków mieszkających w Japonii, sami ich tu sprowadziliśmy, więc po prostu musimy teraz razem funkcjonować. Chodzi o to, by nie wierzyć w każdą narrację, jaka pojawia się w Internecie i nie słuchać wszystkiego, co opowiadają politycy w kampaniach wyborczych.
ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. NewsPix.pl