– Tego dnia wydarzyło się na boisku coś, co dalece wykraczało poza futbol – przekonywał nie bez odrobiny przerażenia w głosie Emmanuel Petit, gdy wspominał spotkanie Francji z Senegalem z mistrzostw świata w Korei i Japonii. Lwią część tamtego niepowodzenia Trójkolorowych, którzy sensacyjnie przegrali z afrykańską reprezentacją 0:1, Francuz zrzucił na działania lekarzy-czarowników, którzy zwani są marabutami. Do dziś Petit jest pewnie przekonany, że zagrał pod wpływem rzuconego nań uroku i… może ma rację?
To mundialowy cykl „Kilka minut w…”, w ramach którego na parę chwil zabieramy was do krajów-uczestników tegorocznych mistrzostw świata. Opowieści, ciekawostki, wspomnienia – jedna historia na jedną reprezentację marzącą o podbiciu największej futbolowej sceny.
– Rok przed mistrzostwami świata w 2002 roku byłem na plaży we Francji i spotkałem jakiegoś Senegalczyka. Podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, mundial, który zostanie rozegrany za 12 miesięcy. Francja spotka się z Senegalem. Senegal wygra 1:0, ponieważ nasi lekarze-czarownicy są bardzo silni. Zobaczysz”. Nie byłem niczego pewien, dopóki to się naprawdę nie stało rok później – wspomina Emmanuel Petit na antenie radia RMC Sport.
Nawet jeśli wówczas był to tylko jakiś głupi żart, który w rzeczywistość przeistoczył się całkowicie przypadkowo, to trudno Petitowi wytłumaczyć, co sprawiło, że faktycznie Francuzi przegrali wówczas z Senegalczykami. Nie trzeba dodawać, że to Les Bleus byli absolutnymi faworytami tamtego meczu, różnica klas między oboma zespołami nie pozostawiała zbyt wiele pola do dyskusji nad wynikiem. Trójkolorowi mieli wygrać i już.
Ale pod wpływem magii…

Emmanuel Petit (na zdjęciu w tle) był w szoku, gdy Trójkolorowi stracili gola. Tej porażki nie spodziewał się chyba nikt
Marabut. Przez Petita nazywany „lekarzem-czarownikiem”
Dla skołowanego francuskiego piłkarza marabut był i jest tylko jakimś odległym koszmarem. Dziwny facet, który w niewytłumaczalny sposób potrafi wpływać na wydarzenia dzięki swoim nadprzyrodzonym umiejętnościom – nic tylko bać się kogoś takiego i umieszczać go w jednym rzędzie z krasnoludkami, elfami i innymi skrzatami. Senegalski lekarz-czarownik – w głowie Petita najłatwiej było nadać mu taką przedziwną rangę – to dla zachodniego świata nikt więcej niż tajemniczy szarlatan.
Podczas gdy w Senegalu ma status doprawdy wyjątkowy, zajmując ważne miejsce w kulturze, wierze i nawet polityce. Marabuci swój ślad w Afryce zaczęli zostawiać już w VIII wieku, czyli naprawdę dawno temu. Dziś silnie łączy się ich z religią muzułmańską, ale wówczas po prostu uznawano ich za kogoś na kształt mędrców. Szybko znaleźli sobie swoje miejsce w strukturach afrykańskich społeczeństw, dzięki nabytej na wschodzie rozległej wiedzy stając się nauczycielami, uzdrowicielami czy lokalnymi wróżbitami. Wystarczyło, że marabuci potrafili pisać i czytać, a samo to sprawiało, że sprawowali w afrykańskich wioskach najważniejsze role, nierzadko ustępując w „ważności” jedynie wodzom.
To też nie zawsze, bo przecież status tych, którzy wykazywali się w swoich małych społecznościach największą wiedzą musiał z czasem stawać się coraz poważniejszy.

Zachodnioafrykańscy marabuci z czasem zyskali spore wpływy. Wielu twierdziło, że utrzymanie władzy bez ich poparcia było wręcz niemożliwe
Istotną rolę dla lokalnych społeczności marabuci odgrywali w szczególności w okresie kolonizacji, kiedy ich wschodnie korzenie stały się już głównie dawną historią. W Senegalu francuski okupant miał spory problem z zapanowaniem nad rdzenną ludnością głównie przez działalność tych lekarzy-czarowników, którzy byli dla ludzi największymi autorytetami i zarazem wymykali się wszelkim naciskom. Odrzucali władzę jako taką, nie potrzebowali apanaży, od zawsze żyli w ascezie – trudno było ich w jakikolwiek sposób przekupić, przez co nie dało się ich kontrolować.
Francuzi musieli więc uznać marabutów za pewną nieformalną władzę na afrykańskich terenach i zamiast ich tępić – taki plan skazany byłby zresztą na porażkę wobec szerokiego społecznego poparcia, jakim marabuci się cieszyli – postanowili się z nimi jakoś dogadać. W zamian za drobne, doraźne przysługi kolonizatorzy nie oponowali, gdy marabuci na terenach zachodniej Afryki budowali coraz silniejsze zarzewie kultury i religii islamskiej. Teraz nie przez przypadek tamten rejon globu nazywa się często najbardziej religijnym na świecie.
Rządy z tylnego siedzenia
Współcześnie Senegal szczyci się też swoim demokratycznym ustrojem, ale w praktyce nadal wiele spraw zależnych jest od nieformalnej władzy marabutów. – Ważne decyzje są ostatecznie podejmowane przez marabutów, którzy służą jako pośrednicy między ludźmi a Allahem. Nauczyciele religijni w szkołach Koranu są czczeni w tym społeczeństwie, które aż w 95% składa się z muzułmanów. Niektórzy marabuci są w stanie wspiąć się w hierarchii do uznania ogólnonarodowego i budować relacje wzajemnego poparcia z przywódcami politycznymi. Nic dziwnego, że w kraju występuje korupcja – pisze Samantha MacFarlane, która w zachodniej Afryce spędziła kilka lat i współpracuje z Georgetown University.
Wspomniana przez nią korupcja jest jednak z założenia jednostronna – to marabuci przekupują polityków, wiedząc, jakie ci mają słabości. Będąc w teorii jedynie sufickimi duchownymi o rozległej wiedzy dawno stali się kimś więcej i owe założenia w niektórych przypadkach odeszły do lamusa. Znane są przypadki wielkich marabutów, którzy zwyczajowe skromne życie porzucili na rzecz bogactwa i luksusów. Przy czym ich wpływy pozostały niezachwiane.

Każdy marabut ma w Senegalu niezachwiany status od lat. Śmiało można powiedzieć, że w wielu miejscach kraju to osoba o największym wpływie na społeczeństwo
I takimi pozostaną, bo o ich uznanie i uwagę zabiegają w Senegalu właściwie wszyscy. Marabuci stali się dla niektórych swego rodzaju ziemskimi bogami, ale ich mit podtrzymują kolejne wielkie dzieła, których dokonują. O tym mówił Petit, o tym mówi wielu zwyczajnie wierzących w magię, którą duchowi przywódcy senegalscy mieli ujarzmić. Ten wyjątkowy miks islamu i dawnych senegalskich tradycji i wierzeń powoduje, że to jednostki naprawdę wyjątkowe, ale… czary?
Magia marabuta. „Ma urok dopasowany do każdej okazji”
– W Senegalu są setki marabutów. Tak jak Amerykanin może skonsultować się z psychoterapeutą, tak dla każdego szanującego się Senegalczyka podobnie oczywistym wyborem są ci muzułmańscy światli mężczyźni. Specjalizują się w duchowym przewodnictwie, rozwiązaniach zdrowotnych, szczęściu, magii i wróżbach. Niezależnie od problemu, niezależnie od tego, czy chodzi o pieniądze, o trudności małżeńskie, fałszywych przyjaciół, problemy z pracą czy niepłodność – twój marabut ma urok dopasowany do każdej okazji – przekonuje Jane Labous w BBC. Jej mąż, urodzony w Dakarze rodowity Senegalczyk, zwykł prosić marabutów o pomoc i duchowe wsparcie wielokrotnie.
Jej teściowa, kobieta głęboko wierząca, również. W swojej relacji Jane wspomina, jak kobieta przerażona zostawionym przez kogoś przed drzwiami jej domu jajkiem – to wyjątkowo zły omen – popędziła do marabuta, aż się za nią kurzyło. – Potrzebny był jej kontr-czar – stwierdza Labous. Tak, jakby to było kompletnie oczywiste. Tak jak noszenie gris-gris, czyli amuletów rozdawanych przez marabutów jako zwiastun szczęścia czy powodzenia. Albo zwolnienie nielubianej szefowej, o które marabut miał zadbać.
– Cherif, marabut mojego męża, modlił się o nasz sukces w pracy i moje wyzwolenie od nieżyczliwej szefowej. Kiedy szefowa, o której mowa, złożyła rezygnację, było to, co najmniej, niepokojące. I od tego czasu przezwyciężyłem trochę mojego sceptycyzmu – przekonuje w swojej relacji Jane.

Współcześnie marabut może wyglądać na tle innych mieszkańców Afryki jak zwykły facet. Senegalczycy wierzą jednak, że ma on niezwykłe moce
Silny jest też związek sportowców z marabutami. Dość powiedzieć, że często głównym winnym ewentualnego niepowodzenia w zawodach nie są ci, którzy brali w nich udział. Nie, gdzie tam. Wówczas pierwszym winnym jest marabut, który nie był w stanie odpowiednio zadbać o sukces. Ciężka praca jest ważna, ale magiczne obrzędy odgrywają jeszcze większą rolę. Zapaśnicy noszą na zawodach gris-gris, oczywistość. Czary poszczególnych marabutów ścierają się na arenach z taką samą intensywnością jak ciała zawodników, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Marabuci toczą tym samym korespondencyjne bitwy i niektórzy mogą być po prostu lepsi od innych. Nawet jeśli wszyscy cieszą się niezachwianym i gigantycznym szacunkiem, a wiara w ich moce nawet w przypadku porażek nie ustępuje.
Koszmar Petita. Francuz pewnie wzdryga się na samo wspomnienie
– Marabut prawdopodobnie przyczynił się do naszej porażki – twierdzi Emmanuel Petit. Piłkarz jest przekonany, że grał z Senegalem pod wpływem uroku i został przeklęty już podczas spotkania z tym tajemniczym facetem na plaży w Saint-Tropez. A może nawet wcześniej. – Tak, mogli użyć wobec nas czarów – mówi Francuz.
Jego silne przeświadczenie dotyczące wydarzeń z 2002 roku podtrzymuje fakt, że sam był zamieszany w stratę gola, który ustalił wynik meczu. Większą przytomnością wykazał się strzelający ostatecznie bramkę Papa Bouba Diop, a Petit nie był w stanie nic zrobić. Po latach powie, że czuł tego dnia jakiś ciężar.
Jedna z ważniejszych bramek reprezentacji Senegalu w historii jej udziałów w mistrzostwach świata
Przyzna też jednak w kilku wywiadach, że od zawsze był przesądny – do tego stopnia, że zdarzało mu się co jakiś czas rozsypywać sól w progu drzwi swojego domu, na szczęście. W jego towarzystwie nie można też pod żadnym pozorem otworzyć w domu parasola, bo to oczywiście przynosi pecha. Kto wie, może Petit ma już nawet jakiś swój gris-gris, wierząc, że o niektóre sprawy muszą zadbać siły znajdujące się całkowicie poza granicami zrozumienia?
Jedno jest pewne – marabuci są postaciami na tyle wyjątkowymi, że mogą budzić niepokój osób nawet mniej bojaźliwych niż były reprezentant Francji. Już sama mieszanka religii, czarów i politycznych wpływów wystarczy, by zadziałać na wyobraźnię nawet tych, którzy z natury są wobec takich cudów sceptyczni. No bo jak to tak? Nielubiana szefowa odeszła z pracy? To muszą być jakieś czary!