Buenos dias z Meksyku, drodzy czytelnicy! Ślę serdeczne pozdrowienia z mojego trzeciego mundialu w dziennikarskiej karierze. Na Weszło będziecie mogli przeczytać moje relacje z turnieju w formie luźnych wpisów, a na Kanale Zero – obejrzeć materiały opowiadające o kulisach. Nie zamierzam zanudzać Was piłką nożną, zajmę się raczej wszystkim tym, co jest dookoła niej. No to lecimy!
Czułem podskórnie, że to będzie najbardziej popieprzony mundial w historii i po pierwszym dniu spędzonym w stolicy jednego z organizatorów dochodzę do wniosku, że intuicja mnie nie myliła. Miejscowi zastanawiają się, czy kibice w ogóle dotrą na mecz otwarcia. Powód? Tego dnia w okolicy Estadio Azteca, gdzie odbędzie się mecz, zaplanowano siedem protestów i demonstracji.
Grupy matek poszukujące zaginionych dzieci. Nauczyciele, którzy protestują w mieście Meksyk już trzeci tydzień. Emeryci pracujący w przeszłości dla państwowych koncertów naftowych i energetycznych. Organizacje zajmujące się transportem. Rolnicy. Pracownicy służby zdrowia. I pozostałe organizacje społeczne, łączące siły w ramach jednego marszu. Oni wszyscy zdecydowali się zablokować ulice prowadzące na stadion na kilka godzin przed meczem otwarcia. Oznaczać to może jeden wielki paraliż.
Zresztą, przedsmak tego paraliżu oglądamy już teraz. Plac Zocalo to centralny punkt miasta Meksyk. Zahacza o niego każdy turysta, przez cały dzień przewijają się przez niego uliczni artyści, tancerze czy sprzedawcy pamiątek. Organizowane są tam koncerty, targi, festiwale czy inne wydarzenia kulturalne, a w trakcie mundialu – będzie tam utworzona strefa kibica na pięćdziesiąt pięć tysięcy osób.
Na dwa dni do meczu otwarcia w mieście Meksyk doszło do przedziwnej sytuacji. Ścisłe centrum, skupione wokół placu Zocalo, jest kompletnie wyłączone z użytkowania. Na uliczki otaczające plac może wejść dosłownie nikt. Od trzech tygodni rozbijają się wokół niego nauczyciele, którzy protestują przeciwko zbyt niskim płacom i przeciwko aktualnej formie świadczeń emerytalnych. Przedstawiciele oświaty przyjeżdżają z całego kraju, zabierając ze sobą dzieci, które śpią w namiotach porozstawianych na uliczkach wokół placu. Protestujących nie da się w żaden sposób przegonić.
Gdyby rozbili się na Zocalo, miasto Meksyk nie mogłoby zorganizować strefy kibica. Żeby więc żaden z protestujących nie przedostał się w pobliże centralnego miejsca… wyłączono z użytkowania całe centrum. Restauratorzy żalą się, że w momencie, kiedy powinni mieć największy utarg – w końcu zjeżdżają się kibice z całego kraju! – żaden z turystów nie może przedostać się w pobliże ich knajpy z powodu barykady. Ba, nawet sami restauratorzy nie są przepuszczani do swoich lokali, tak na wszelki wypadek.

Pierwsi kibice już docierają do miasta Meksyk
To wszystko generuje ogromne napięcia. Tych, którzy chcieliby sprzedać jedzenie, ale i tych, którzy chcieliby je zamówić. A to dopiero początek piekła, które może za chwilę się rozpętać. Mieszkańcy Meksyku nie czują się najbardziej zaopiekowani przez rząd, który od lat trawiony jest korupcją i układami z kartelami. Dla wielu z nich mundial nie jest świętem piłkarskim, a okazją, żeby zmusić władze państwa do tego, by ktoś wreszcie pochylił się nad ich losem.
Bezradność państwa widać zwłaszcza w kontekście walki z zaginięciami, które są największym problemem społecznym dzisiejszego Meksyku. Ludzie rozpływają się w powietrzu na wielką skalę. Na ten moment w całym kraju 134 tysiące osób uznanych jest oficjalnie za zaginione. – Rzeczywista liczba może być nawet trzy razy większa, ale większość rodzin boi się zgłaszać zaginięcia ze względu na strach przed konsekwencjami ze strony karteli – mówi nam Humberto Guerrero z organizacji Fundar zajmującej się prawami człowieka. To przerażająca skala. Sprawa jest, niestety, bardzo świeża, bo połowę zaginięć zarejestrowano po 2019 roku. W samym 2025 zanotowano ich ponad dwanaście tysięcy. Daje to około trzydziestu trzech porwań dziennie.

Na zdjęciu widzicie najlepszy dowód na to, jak wielka jest skala zaginięć w Meksyku. To La Glorieta de la Palma, które dziś znane jest w meksykańskiej stolicy jako rondo zaginionych. Zdesperowane rodziny osób, które przepadły jak kamień w wodę, przyklejają tu plakaty z wizerunkami swoich pociech (najczęściej porywane są młode osoby), licząc na to, że przejeżdżający przez rondo kierowcy jakimś cudem je rozpoznają. – Dla jednych to sposób na upamiętnienie bliskich, a dla drugich komunikat wysłany do rządu lub świata o skali tego problemu. Wiele z tych rodzin wciąż wierzy w szczęśliwe odnalezienie bliskich, mimo że od lat nie ma z nimi kontaktu – mówi nam Guerrero.
Rondo to tylko symboliczny przykład. Cała stolica jest obklejona plakatami z wizerunkami zaginionych osób. Jak na dłoni widać, że Meksyk ma dziś znacznie większe problemy niż mundial.

A na mecz otwarcia, uwierzcie, nawet bez protestów byłoby ciężko dojechać. Umawiam się na wywiad w centrum (efekty obejrzycie w materiale w Kanale Zero). Rozmówca proponuje godzinę 9:00. Odpisuję, że mój samolot ląduje o 7:05, więc jeśli nie będę miał nieprzewidzianych przygód, to bez problemu powinienem zdążyć.
– Nie, nie… To lepiej umówmy się na 10. Albo nawet 11 – czytam po chwili w mailu.
Jeszcze nigdy w życiu nie byłem w mieście, w którym przemieszczanie się byłoby tak trudne, jak w mieście Meksyk. W różnych przewodnikach piszą, że to najbardziej zakorkowana aglomeracja świata. Przeciętny kierowca spędza tu w korkach 227 godzin w roku, co daje w przeliczeniu dziewięć dni. Dziewięć bitych dni w korkach! Jeśli ktoś jeździ autem przez czterdzieści lat, będzie to oznaczało, że jeden rok swojego życia spędzi w aucie i to stojąc w miejscu.
Po jednym dniu w mieście Meksyk już doskonale rozumiem, dlaczego mój rozmówca chciał spotkać się o 10. Na umówione miejsce docieram z opóźnieniem. – Co, korki? – rzuca na powitanie. Pięć kilometrów przemierzasz w czterdzieści minut. Nieważne, czy drobna uliczka, czy wielka arteria – zbyt duże natężenie aut łapie cię dosłownie na każdym kroku. Jakie rozwiązanie tego problemu ma Meksyk? Chce jak najbardziej udrożnić drogi poprzez zwolnienie dzieci z lekcji tego dnia i wystosowanie prośby do prywatnych firm o zaordynowanie pracy zdalnej. Władze miasta liczą, że to udrożni ulice.
Pytanie, czy bardziej skorzystają z tego kibice, czy jednak protestujący.