Socceroos raczej nie słyną z bycia futbolową potęgą, ale i oni mają w historii mistrzostw świata swój, co najmniej jeden, wielki moment. Moment, który sam jego autor zwykł później nieco deprecjonować, udając, że wcale, nigdy przenigdy, nie będzie gotów nazwać tego gola absolutnie najpiękniejszym w swojej karierze. A chyba jednak powinien – Tim Cahill po meczu Australii z Holandią stał się legendą i twarzą mundiali. Jeśli nie widzieliście jego atomowego uderzenia, to znaczy, że od dwunastu lat żyjecie pod kamieniem.
– Tak, to jeden z najlepszych goli, jakie strzeliłem – mówił Cahill, którego po latach przepytywał w tej kwestii Jamie Carragher. – Strzeliłem kilka innych naprawdę ważnych bramek w mojej karierze – i dla mojego kraju, i moich klubów – ale tu pewnie chodzi wszystkim o sposób, w jaki piłka wpadła do siatki – zauważał Australijczyk. Na gorąco był jednak bardziej podekscytowany, nawet mimo ostatecznej porażki z Oranje. W 2014 roku mówił bowiem tak:
– To wspaniały moment, siadła mi pięknie. Jeśli chcesz mieć szansę na takiego gola, po prostu musisz pozwolić temu momentowi płynąć. I po prostu czułem się w całej tej akcji dobrze, więc uderzyłem przepięknie. W piłce o to właśnie chodzi, o tworzenie momentów. Ten jest jeszcze jednym w mojej karierze, z którego jestem naprawdę dumny.
FIFA chowa tego gola jak może, ale jeśli tylko klikniecie w „Obejrzyj na YouTube”, to waszym oczom ukaże się magia!
Tim Cahill ma miejsce wśród sław. O tej legendzie trudno zapomnieć
Prawdę powiedziawszy Cahill ma w tym lekkim deprecjonowaniu jednego gola z Holandią trochę racji. W końcu właściwie wszystko co dobre w australijskiej piłce wydarzyło się przy jego udziale. To on zdobył pierwszego gola Socceroos na mundialach – w 2006 roku z Japonią, wtedy zresztą zaliczył dublet. Tylko tamtym meczem ostatecznie zapisał się w annałach rodzimego futbolu, kibice z miejsca zrobili z niego niemal półboga. Wydarzenia boiskowe sprzyjały budowie legendy Cahilla, powiedzmy sobie otwarcie. Do 84. minuty zespół z antypodów przegrywał 0:1, a mecz skończył wygraną 3:1.
Moment formacji Australii jako drużyny, która na mistrzostwa świata jeździ, zamiast oglądać je z domu. Wcześniej Kangury grały w największej imprezie czterolecia raz, w roku 1974. Od mundialu w Niemczech meldują się na najważniejszej światowej arenie nieprzerwanie.
A pamiętać trzeba, że swoimi bramkami z Japonią Cahill wyciągnął nawet Socceroos do fazy pucharowej, co uznać należało za wynik wyśmienity. Szczególnie, że tam przyszli mistrzowie świata – Włosi – wygraną z Australią ratowali dopiero w samej końcówce meczu, kiedy kontrowersyjnego karnego na gola zamieniał sam Francesco Totti. Ekipa z Półwyspu Apenińskiego grała wówczas przez większość drugiej połowy w osłabieniu po czerwonej kartce dla Marco Materazziego, przez co tamto spotkanie pozostaje w świecie australijskiej piłki największym „co by było gdyby” w historii.
Grosso padający w polu karnym śni się pewnie Australijczykom po nocach
Kolejny wyjątkowy gol i trofeum
Choć myśląc o Cahillu mamy przed oczami TAMTO trafienie z Holandią, australijscy kibice równie dobrze mogą wspominać inne, z ich perspektywy dające drużynie nieco więcej.
– Ponowne wstrzelenie piłki głową w pole karne przez Ivana Franjicia nie wyglądało na zagranie, które może sprawić jakieś problemy chińskiej defensywie. Przynajmniej do momentu, w którym do roboty nie zabrał się Cahill. Timmy wymyślił spektakularne uderzenie nożycami i posłał piłkę prosto do siatki – przypomina kolejny magiczny moment oficjalna strona Socceroos.
Cahill znów ustrzelił dublet, tym razem w ćwierćfinale Pucharu Azji w roku 2015. W całym turnieju trafiał w sumie trzykrotnie, do swojego konta dorzucił jeszcze bramkę w meczu grupowym z Kuwejtem. Po starciu z Chinami były jednak kolejne wielkie momenty Kangurów.
Półfinał przeciwko Zjednoczonym Emiratom Arabskim. I finałowe starcie z Koreą Południową, która w dogrywce musiała uznać wyższość Australijczyków. Tamten triumf w mistrzostwach kontynentu azjatyckiego – rozgrywanych zresztą na innym kontynencie, bowiem to właśnie Australijczycy byli wówczas gospodarzami zawodów, to trochę skomplikowane, zaraz wytłumaczymy co i jak – smakował wyśmienicie i naznacza trwającą złotą erę Australijskiej piłki.

Tim Cahill z kolegami cieszyli się z tytułu najlepszej drużyny w Azji. A nawet nie są z Azji
W poszukiwaniu wyzwań. Cahill trafił na doskonały moment
Erę zapoczątkowaną, jako się rzekło, dubletem Cahilla z Japonią, lecz zbiegł on się w czasie z innym wyjątkowo ważnym wydarzeniem. Przez lata australijska federacja zaliczała się do grona ekip zrzeszonych pod egidą OFC (Oceania Football Confederation). Cóż, jest w tym sporo sensu, geograficznie w sumie jest tego sensu najwięcej. Szkopuł w tym, że w swoim regionie Socceroos nie mieli godnych sobie rywali, a nic tak nie hamuje rozwoju jak przeciwnik, który nie zmusza cię do wytężonego wysiłku. Na sześć startów w Pucharze Oceanii Australia wygrywała turniej czterokrotnie. Dwa razy noga powinęła jej się w finale, gdy jedyny poważny rywal – Nowa Zelandia – potrafił się realnie postawić.
Generalnie szkoda było jednak czasu i potencjału o wiele lepszej drużyny na mecze z Fidżi, Tahiti czy Vanuatu. Przytoczmy tylko wyniki z ostatniej edycji Pucharu Oceanii, w której Australia wzięła udział.
- Vanuatu – Australia 0:3
- Australia – Tahiti 9:0
- Australia – Fidżi 6:1
System rozgrywek i tak chronił najlepsze ekipy regionu przed starciami z takimi tuzami jak Wyspy Cooka czy Tonga – początkowa faza grupowa nie uwzględniała rozstawionych Australii i Nowej Zelandii. Nie udało się jednak uniknąć kuriozalnego finału z Wyspami Salomona, rozgrywanego w formie dwumeczu.
Na wyjeździe w Honiarze Kangury wygrały 5:1. U siebie w Sydney 6:0. No finał przez wielkie F, naprawdę.

Tamta drużyna też zdobyła trofeum. Ale to tak, jakbyś w dzieciństwie pokonał w koszykówkę młodszego o kilka lat brata (fot. World Football Galleries)
Trudno się dziwić, że australijska federacja postanowiła działać dla dobra tamtejszej piłki. Wygrywanie jest fajne, ale nie zawsze ma sens. Dlatego rok po tamtym „triumfie” Socceroos zdecydowali się na przenosiny do AFC – ich decyzja spotkała się z aprobatą FIFA i od początku 2006 roku Australia jest już piłkarsko częścią Azji. Nieco to zagmatwane, ale wszystko zbiegło się też idealnie w czasie z narodzinami największej kariery znanej australijskiej piłce.
Cahill debiutował w kadrze w 2004 roku. We wspomnianych już meczach z Tahiti czy Fidżi doskonale się bawił – tu dublet, tam hat-trick, sama frajda. Wśród bardziej wymagających rywali poprzeczka naturalnie poszła w górę, ale w erze piłkarza Evertonu wszystko było jakieś takie naturalne. Obecność na mundialu, mocna pozycja w Azji, kilka momentów zdecydowanie godnych zapamiętania. Może to wszystko jeszcze zbyt świeże, ale za kilka lat coraz więcej osób będzie przyznawać, że współczesna australijska piłka to po prostu Tim Cahill. Ten facet, co strzelił Holandii niezapomnianą bramkę.
Fot. Newspix.pl