Reklama

Mistrz i buntownik. Historia Billa Russella

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

03 sierpnia 2022, 20:23 • 29 min czytania 13 komentarzy

Oczywiście jego historię można próbować opowiedzieć liczbami. Ma w dorobku pięć nagród dla najbardziej wartościowego zawodnika sezonu zasadniczego NBA. Dwunastokrotnie wybierano go do Meczu Gwiazd. Cztery razy został najlepszym zbierającym ligi. W sumie zanotował blisko 22 tysiące zbiórek (średnio 22,5 na mecz), co plasuje go na drugim miejscu w klasyfikacji wszech czasów. W 1960 roku udało mu się zebrać 51 piłek w trakcie jednego spotkania. Tylko jak wiele to wszystko tak naprawdę mówi nam o Billu Russellu?

Mistrz i buntownik. Historia Billa Russella

Dzisiejsza koszykówka w niewielkim stopniu przypomina grę z lat 50. czy 60. Trudno w ogóle o pełne nagrania meczów z tamtego okresu. Warunki fizyczne legendarnego centra – 208 centymetrów wzrostu, 224 centymetry zasięgu ramion – również nie robią już obecnie piorunującego wrażenia. Jednak fenomen Russella to coś więcej niż statystyki, nawet te najbardziej wyśrubowane. Coś więcej niż nagrody, nawet te najcenniejsze.

Coś więcej niż koszykówka.

Bill Russell – historia legendy Boston Celtics

Egoistyczny altruista

Bill Russell to nie tylko najbardziej utytułowany koszykarz w historii NBA z jedenastoma mistrzowskimi tytułami na koncie, ale w ogóle jeden z największych czempionów w dziejach amerykańskiego sportu. Center zatriumfował bowiem również dwukrotnie w koszykarskich rozgrywkach uniwersyteckich NCAA, a także przywiózł złoty medal z Igrzysk Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. W sumie – licząc zarówno zmagania akademickie, jak i (przede wszystkim) zawodowe – w latach 1956-1969 drużyny z Russellem w składzie tylko dwa razy nie odniosły końcowego zwycięstwa. W 1958 roku, gdy Boston Celtics polegli w finałach NBA z St. Louis Hawks, a także w roku 1967, kiedy Philadelphia 76ers okazali się lepsi od „Celtów” w finałach dywizji wschodniej. A trzeba dodatkowo pamiętać, że w pierwszym z wymienionych przypadków Russell nie zdołał dać z siebie wszystkiego z powodu kontuzji kostki.

Reklama

Dwa ostatnie tytuły Amerykanin zgarnął jako grający trener. Był pierwszym czarnoskórym szkoleniowcem w dziejach ligi.

Na czym opierał się zatem sukces Russella?

Złośliwi powiedzieliby, że występował po prostu w najlepszym zespole w całej NBA. Ostatecznie w składzie Celtics w latach 60. roiło się od wielkich gwiazd. Bob Cousy, Sam Jones, John Havlicek, Tom Heinsohn, Bill Sharman… Wszystko to doskonali, legendarni dziś zawodnicy. Nie sposób jednak nie zauważyć, że przed startem złotej ery Russella ekipa z Bostonu nie była w stanie dotrzeć do finałów NBA. Zaraz po odejściu centra Celtics też wpadli w kilkuletni dołek.

Fundamentalnym aspektem, który pozwolił Billowi osiągnąć aż tak wiele, było jego przygotowanie mentalne. Russell na parkiet wychodził wyłącznie po to, by zwyciężyć. Za wszelką cenę. Nieszczególnie interesowały go ozdobniki w postaci indywidualnych rekordów i nagród. Pod tym względem całkowicie różnił się zresztą od swojego najsłynniejszego oponenta, Wilta Chamberlaina. Żeby dobrze to zrozumieć, warto cofnąć się do 1965 roku. Russell – mający już wtedy w dorobku osiem pierścieni mistrzowskich – na łamach magazynu „Sports Illustrated” zdradził niektóre ze sposobów, pozwalających mu przełamywać opór rywali. Tekst jest tym bardziej interesujący, że koszykarz posługiwał się konkretnymi przykładami, opisując swoje przemyślenia niezwykle obrazowo.

– Psychologia jest pomocna. Powiedzmy, że gramy z Baltimore, więc ich center Walt Bellamy jak zawsze sprawia mi kłopoty – opowiadał Russell. – Mógłbym udawać przy nim zmęczonego, dysząc ciężko, ale on na pewno poznałby się na takiej prowokacji. Oddycham więc lekko i cicho, żeby uśpić jego czujność. Jednocześnie – nie biegnę do jednego z kontrataków, by ponownie go zmylić. On dochodzi do wniosku, że tak naprawdę jednak jestem zmęczony, ale starałem się to ukryć. Zaczyna czuć się pewnie. Kiedy tylko dostrzegę tę jego pewność, atakuję z całą mocą. Mordujemy go. Oczywiście ta metoda może zadziałać tylko raz czy drugi w trakcie spotkania, a dwa dodatkowe punkty nie zapewnią ci zwycięstwa. Jednak jest to tylko przystawka przed specjalnością naszego zakładu.

Reklama

– K.C. Jones podaje mi piłkę, po czym mnie obiega. Obaj zatrzymujemy się na ułamek sekundy, przygotowując podwójną zasłonę dla Sama Jonesa. Sam nadbiega w moim kierunku, więc oddaję mu piłkę. Jest bezpieczny za zaporą, jaką dla niego stworzyliśmy. Z łatwością zdobywa punkty. Ekipa Baltimore staje się niespokojna. A o to nam właśnie chodzi. Następnym razem pozornie ustawiamy tę samą zagrywkę. K.C. podaje do mnie, obiega. Zatrzymujemy się, nadciąga Sam. Jeśli zrobimy to wystarczająco sugestywnie, przeciwnicy siłą rzeczy przeginają z koncentracją na Samie. A wtedy ja kieruję piłkę z powrotem w ręce K.C., który ścina pod kosz. Możecie mówić, że to przestarzałe sztuczki taktyczne. Sekret tkwi w tym, że w momencie, gdy K.C. do mnie zagrywa, nasza drużyna ma tak wiele opcji do przeprowadzenia akcji, że zaczynamy serię mini-meczów psychologicznych. Każdy z nich trwa ułamek sekundy – dodał center.

– Zmyłki, zasłony, ruchy fałszujące prawdziwe intencje. To również jest psychologia – spuentował. – Ich trener zaczyna wrzeszczeć: „kto, do cholery, krył Jonesa?”. Gracze Baltimore patrzą po sobie ze wstydem. Włącznie z tymi, którzy nie wiedzą, czy trenerowi chodzi teraz o K.C. Jonesa, czy może jednak o Sama.

Jednym z moich podstawowych zadań w drużynie jest rola sternika. Działam trochę jak ci kolesie, którzy zwabiają przechodniów do lokali z tańczącymi dziewczynami. Z wyjątkiem paru super-gwiazd, największych spryciarzy, jestem w stanie każdego zawodnika skierować w tę stronę, na której mi zależy

Bill Russell

Artykuł ze „Sports Illustrated” świetnie oddaje ogólne podejście Russella do koszykówki. Niewiele gwiazd tak ochoczo wzięłoby przecież na siebie rolę – jak to Bill malowniczo opisał – „kolesia wabiącego przechodniów do klubu ze striptizem”. On tymczasem wręcz się z tą rolą obnosił. Rzeczywiście każdą akcję, każde najdrobniejsze starcie z oponentem traktował niczym osobny mecz, który trzeba było rozegrać nie tylko na boisku, ale i w głowie. Lubował się w gierkach psychologicznych. Nakładając tym samym na siebie olbrzymią presję, która z jednej strony go wyczerpywała – ponoć nawet po wielu latach spędzonych na parkietach NBA zdarzało mu się wymiotować ze stresu – a z drugiej była jego paliwem.

– Serce mistrza poznaje się po motywacji i po tym, jak dobrze twój umysł i ciało zareagują na ciśnienie. To jest koncentracja. Wykonywanie swoich zadań pod presją i mimo bólu – stwierdził Russell, cytowany przez Billa Simmonsa.

Dlatego właśnie Celtics w latach 60. nie zadowolili się drugim, czwartym czy siódmym mistrzostwem NBA. Wiecznie głodny zwycięstw Bill nie miał zamiaru pozwolić swoim partnerom na poczucie nasycenia. Jako lider, był piekielnie wymagający. Niestrudzenie parł w stronę kolejnych sukcesów, wyznając filozofię całkowitego poświęcenia stricte indywidualnych ambicji dla dobra drużyny. Między innymi dlatego dziś tak często podważa się jego sportową klasę. „Może i wygrał ligę jedenastokrotnie, może i doskonale grał w obronie, ale jego ofensywne statystyki są gorzej niż przeciętne” – argumentują krytycy Russella.

Trudno wszak ująć w suchych liczbach mentalną supremację legendy Celtics nad ligową konkurencją.

Gdy w 1999 roku działacze „Celtów” poprosili go o wygłoszenie motywacyjnej przemowy w szatni dołującego wówczas zespołu, sam Russell dobitnie przekonał się o tym, że kolejnym pokoleniom zawodników NBA coraz trudniej przychodzi wcielanie w życie ideałów, które przyświecały niegdyś jemu.

– Powiedziałem im, że byłem największym egoistą, jakiego tylko można spotkać. Mimo tych wszystkich artykułów, przedstawiających mnie jako boiskowego altruistę. Zobaczyłem nerwowe uśmieszki na ich twarzach. Nie wiedzieli, do czego zmierzam. Uśmiechy zniknęły, gdy dodałem: „wiecie, jaka jest różnica między waszym ego, a moim? Moje ego nie jest osobiste. To ego drużyny. Moje ego pożąda – dla mnie – sukcesu mojego zespołu. Drużynowe osiągnięcia traktuję jako osiągnięcia indywidualne. Największym rozczarowaniem w trakcie mojej kariery był moment, gdy złapałem kontuzję i nie zdobyliśmy mistrzostwa”. Słuchający mnie młodzi ludzie zrobili wtedy dziwne miny. Czułem jednak, że czytam w ich myślach. Oto stanął przed nimi Bill Russell, z jedenastoma pierścieniami na dziesięciu palcach, który próbuje ich przekonać, że liczył się dla niego wyłącznie zespół – wspominał koszykarz w książce „Russell Rules”. – Ale ja dokładnie to chciałem im przekazać. Po tych wszystkich latach żal mi tylko tamtych przegranych finałów. Statystyki, kontrakty, nagrody – nie dbałem o nie.

No dobra, na koniec Amerykanin trochę się już zagalopował. Kiedy w 1965 roku Wilt Chamberlain zawarł trzyletni kontrakt z Philadelphia 76ers, gwarantujący mu 100 000 dolarów zarobku, Russell w trybie natychmiastowym zażądał od władz Celtics podwyżki. Przypomniał działaczom o wywalczonych trofeach i zagroził, że przejdzie na emeryturę, jeśli jego oczekiwania nie zostaną spełnione. Dopiął swego. Podpisał umowę opiewającą na… 100 001 dolarów.

Czwarty pierścień przepustką Stepha Curry’ego do TOP10 wszech czasów?

Pokraka z potencjałem

Czy od początku było jasne, że Bill Russell wyrośnie na wybitnego koszykarza? Niekoniecznie. A właściwie, to niewiele na to wskazywało. Choć rzecz jasna Amerykanin już w młodym wieku imponował warunkami fizycznymi na tle rówieśników, a także uchodził za znakomitego atletę. Był zdumiewająco szybki, niebywale skoczny, obdarzony wielką wytrzymałością, a także wyposażony w naprawdę potężnych rozmiarów dłonie, pozwalające mu z łatwością chwytać piłkę. Problem w tym, że chłopak nie wiedział, jak zrobić z nich właściwy użytek. Pierwsze występy w licealnych drużynach koszykarskich czyniły z niego wręcz pośmiewisko. Jako nastolatek, Russell zdawał się kompletnie nie panować nad własnym ciałem. Nie przyswajał też nawet podstawowych założeń taktycznych. Większość osób przyglądających się jego boiskowym wyczynom bez chwili zastanowienia wydawała wyrok: „ten olbrzym to zupełne beztalencie”.

Russell był zawodnikiem numer szesnaście w drużynie złożonej z piętnastu graczy. Musiał się dzielić strojem z drugim z najsłabszych koszykarzy w zespole. Kiedy mecz dobiegał końca, a jego ekipa wysoko przegrywała, kibice zaczynali skandować: „chcemy Russella, chcemy Russella!”. Skoro i tak nie było już szans na zwycięstwo, to fani chcieli się przynajmniej pośmiać, obserwując pokraczne ruchy Billa

Aram Goudsouzian w książce „King of the Court”

Trener George Powles ze szkoły średniej McClymonds, wbrew wszelkim przesłankom, dostrzegał jednak w Billu wymagający oszlifowania diament. Z podziwu godnym uporem mobilizował więc niemrawego, pozbawionego wiary w siebie podopiecznego do rozwijania podstawowych koszykarskich umiejętności. Russell nigdy wcześniej nie spotykał się z tego rodzaju traktowaniem, zwłaszcza ze strony białego mężczyzny. Dorastał w cieniu zdolniejszego, popularniejszego brata, co zaniżało jego poczucie własnej wartości. Odnosił też wrażenie, że nauczyciele na ogół starają się podcinać mu skrzydła. Kiedy tylko sugerował któremuś z nich, że chciałby pójść na studia, oni w odpowiedzi zalecali mu praktyki w sklepie albo w jakimś zakładzie przemysłowym. Gdy mówił, że fascynują go historia oraz filozofia, kiwali głową z lekkim politowaniem. Komunikat był oczywisty – jesteś czarny, więc nie celuj zbyt wysoko. Znaj miejsce w szeregu. Nawet dziewczyny nie traktowały go poważnie. Kiedy przełamał lęk i zaprosił jedną z rówieśniczek na randkę, pojawiła się na miejscu w towarzystwie innego chłopaka, upokarzając Billa.

Tymczasem Powles niestrudzenie zapewniał nastolatka, że tkwi w nim olbrzymi potencjał. Wysłał go na lekcje tenisa stołowego, by Russell przy stole pingpongowym poprawił swoją koordynację ruchową. W końcu Bill poczuł się pełnoprawnym członkiem licealnego zespołu. Choć pod względem wyszkolenia technicznego wielkich postępów nie robił. W ostatnim meczu rozegranym dla drużyny McClymonds zdobył 14 punktów. Był to jego rekord życiowy. – Russell miał wszelkie powody, by sądzić, że wraz z końcem szkoły średniej zakończy się też jego koszykarska przygoda – pisze Aram Goudsouzian, biograf Amerykanina.

– Nie poznałem zacniejszego człowieka niż George Powles. Nie potrafię wyrazić, jak wiele mu zawdzięczam – wspominał sam zawodnik.

Przełom w karierze Russella nastąpił w 1952 roku. 18-letni wówczas Amerykanin załapał się do drużyny złożonej ze świeżo upieczonych absolwentów szkół średnich, zabranej przez kalifornijskiego biznesmena Sterlinga Lindleya „Bricka” Swegle’a na koszykarskie tournée po regionie.

Nowe towarzystwo zainspirowało Billa. Tutaj nikt nie pamiętał bowiem o jego pokracznych, budzących zażenowanie początkach. Wszyscy widzieli w nim po prostu wyrośniętego gladiatora, zdolnego zablokować każdy rzut i wygrać walkę o każdą zbiórkę. Koledzy wręcz ekscytowali się jego defensywnymi możliwościami, fetując kolejne spektakularne bloki niczym efektowne wsady. Russell zapomniał więc wreszcie o kompleksach i zaczął czerpać dziką radość z zatrzymywania oponentów pod koszem. Zrozumiał, że swoją grę w ofensywie może rozwijać poprzez naśladowanie partnerów, natomiast w obronie to on jest tym gościem, który nieustannie podnosi poprzeczkę pozostałym zawodnikom. – Wszystko zaczęło mi się wydawać takie proste… – wspominał center. – W wieku osiemnastu lat po raz pierwszy poczułem się pewny siebie jako sportowiec. Po powrocie z wyjazdu powiedziałem mojemu ojcu: „teraz umiem już grać”.

Postępy nastolatka nie umknęły uwadze skautów. Naturalnie czołowe uczelnie w Kalifornii nie pokusiły się o ściągnięcie Russella, ale przedstawiciele nieco skromniejszego University of San Francisco dali chłopkowi szansę. – Był cholernie niezgrabny, ale potrafił skakać. Chryste, ależ on skakał! – wspominał po latach Phil Woolpert, trener San Francisco Dons. Bill został jednym z zaledwie dziewięciu czarnoskórych studentów USF.

Woolpert jako szkoleniowiec kładł mocny nacisk na solidną organizację gry w defensywie. Russell natychmiast poczuł się zatem w ekipie Dons jak ryba w wodzie, wyrastając na obrońcę budzącego największy postrach w całych rozgrywkach uniwersyteckich. Definitywnie przestał być jednym z tych lekko przygarbionych, chuderlawych dryblasów, jak gdyby nieustannie zawstydzonych z powodu własnego wzrostu. Przepoczwarzył się w prawdziwego przywódcę. Dominatora strefy podkoszowej. Poruszał się zwinnie, co pozwalało mu nadążać za dynamicznymi dryblerami. A jednocześnie w czysto siłowych starciach z centrami pozostawał twardy jak skała. Wykazywał się także niespotykanym zapałem, jeśli chodzi o – ujmijmy to – studiowanie gry. Poznawał bowiem mocne i słabe strony swoich przeciwników. Ich zwyczaje, ulubione zagrania. Wypytywał kogo tylko się da, by zgromadzić jak najwięcej informacji, które potem wykorzystywał na parkiecie. Badał też swego rodzaju geometrię koszykówki. Nikt nie wyczuwał tak dobrze jak on, gdzie spadnie odbita od obręczy lub tablicy piłka.

Nie wierzę w „urodzonych liderów”. Przywództwo to umiejętność, którą można nabyć. Jednak, podobnie jak w przypadku pływania, liderowania można się nauczyć tylko w praktyce. Sama obserwacja na niewiele się zda

Bill Russell

San Francisco Dons w latach 1955-1956 dwukrotnie zatriumfowali w NCAA. Russell pojechał też jako reprezentant Stanów Zjednoczonych na Igrzyska Olimpijskie do Melbourne, skąd przywiózł złoty medal. Przy tej okazji wziął nawet udział w oficjalnym spotkaniu z prezydentem Dwightem Eisenhowerem. Zrobiło się wokół niego tyle szumu, iż Abe Saperstein – właściciel słynnej drużyny Harlem Globetrotters – spróbował go namówić do występów w swojej ekipie.

Center mógł zarobić naprawdę niezłe pieniądze i przeżyć przygodę życia, gdyby zaakceptował propozycję. Znał zresztą szefa Globetrotters od paru lat i wydawało mu się, że istnieje między nimi szczera nić sympatii. Zmienił jednak zdanie w momencie, gdy Saperstein zaczął go kokietować, demonstrując… pornograficzne fotografie kobiet. – Widzisz? Możesz to wszystko mieć, jeśli do nas dołączysz. To wszystko będzie twoje, a nawet jeszcze więcej – gorliwie zapewniał mężczyzna. Russell zrozumiał wtedy, że Saperstein tak naprawdę wcale go nie lubi. Widzi w nim tylko naiwnego, czarnego 22-latka, którego można łatwo zmanipulować, pokazując mu kawałek nagiego cycka. Na dodatek w kwestiach finansowych właściciel Globetrotters chciał negocjować tylko z przedstawicielami uczelni.

Dla koszykarza zarezerwował rubaszne żarty i protekcjonalne poklepywanie po plecach. – Nie miałem zamiaru odgrywać roli jego murzyńskiej maskotki – wspominał Russell w rozmowie z Alem Hirshbergiem. – Lubiłem żartować i głośno się śmiać, ale nie byłem klaunem.

Jeremy Sochan u progu ziemi obiecanej. Jak Polak spełniał marzenie

Przyjaciel czy manipulator?

Tym samym Bill Russell w 1956 roku zgłosił się do draftu w NBA. Wzbudzając rzecz jasna spore zainteresowanie, ale też nie ma co z tym przesadzać. Wciąż mówimy o centrze, który w ofensywie grał raczej kiepsko, podczas gdy w tamtych czasach najwyższych zawodników traktowano jako maszynki do zdobywania łatwych punktów. Coś więcej w nietuzinkowym graczu dostrzegł jednak niewątpliwie Red Auerbach, trener Boston Celtics. Wykorzystał on bowiem cały swój legendarny spryt, by ściągnąć Russella do stanu Massachusetts. – Postawiłem wszystko na jedną kartę. Chciałem odmienić zespół. Albo na lepsze, albo na gorsze.

Celtics dysponowali odległym wyborem w drafcie. Nie było najmniejszych szans, by Russell pozostał w puli tak długo. Auerbach zdecydował się zatem na brawurowe posunięcie. Obiecał, że odda ekipie St. Louis Hawks dwóch niezwykle cennych zawodników, Cliffa Hagana i Ed Macauleya, jeżeli w zamian otrzyma od Hawks gracza wybranego z numerem dwa. Wciąż istniało wszakże ryzyko, że Russell zostanie wybrany z jedynką. Ale i na ten kłopot znany z przebiegłości Auerbach znalazł receptę. Jedna z wersji opowieści głosi, że zmobilizował do działania prezydenta Celtics, Waltera Browna, który był jednocześnie właścicielem grupy teatralno-łyżwiarskiej Ice Capades. Efektowne widowiska prezentowane przez tych artystów cieszyły się wówczas olbrzymią popularnością w Stanach Zjednoczonych. Brown obiecał ponoć właścicielowi Rochester Royals, posiadającemu pierwszy wybór w drafcie, że Ice Capades przez bity tydzień będą występować w jego hali za darmo i bez żadnego udziału w zyskach. Rzecz jasna jeżeli tylko Royals w dniu draftu zostawią Russella w spokoju.

Ryba najwyraźniej połknęła haczyk. Ekipa z Rochester – która, dodajmy, i tak niespecjalnie miała ochotę, by wypłacić Russellowi pokaźną premię za podpisanie kontraktu – sięgnęła po niejakiego Sihugo Greena. Ten okazał się przeciętnym zawodnikiem, ale to już nie należało do zmartwień Auerbacha. Russell w ramach wymiany trafił do Celtics i natychmiastowo uczynił z Bostonu największą potęgę w NBA. Już jako debiutant świętował pierwszy mistrzowski tytuł.

Co było dalej – wiadomo.

Center nawiązał szczególną więź z Auerbachem, którego zastąpił potem na ławce trenerskiej „Celtów”.

– To jedna z niewielu osób, które wpuściłem do wąskiego kręgu moich przyjaciół. Dogadywaliśmy się, bo obaj wiedzieliśmy, czym jest przyjaźń – opisywał Russell w książce „Red and Me. My coach, my lifelong friend”. – Przyjaźń nie polega na równości. Chodzi o to, że ja zapewniam tobie to, co potrafię, a ty mnie to, co ty potrafisz. Nie zawsze dajemy z siebie tyle samo. Nie ma magicznego zaklęcia na przyjaźń idealną. Najważniejsze jest jednak to, by pozwolić drugiej osobie być twoim przyjacielem. Brzmi to jak oczywistość, ale wcale nie jest takie proste i powszechne. Wymaga chęci i zaangażowania, by dowiedzieć się o drugiej osobie wszystkiego, co możliwe, a jednocześnie pozwolić jej pozostać tym, kim jest. Bez stawiania jej jakichkolwiek warunków.

W 1959 roku do ligi trafił zaś zawodnik, którego Bill Russell również będzie nazywał przyjacielem, aczkolwiek opinie o łączącej ich relacji są do dziś podzielone. Z pewnością jednak mówimy o najgroźniejszym przeciwniku, jakiego gwiazdor Celtics kiedykolwiek napotkał na swojej drodze. Wilt Chamberlain. Jeszcze wyższy od Russella, jeszcze silniejszy, jeszcze bardziej muskularny. Także zdolny do znakomitej gry w obronie, a jednocześnie bez porównania skuteczniejszy w ofensywie.

Dekada lat 60. w NBA upłynęła pod znakiem elektryzujących konfrontacji tej dwójki. Już ich pierwsze starcie rozgrzało sportowe media w Stanach Zjednoczonych do czerwoności. „Mały Goliat kontra Wielki Goliat”. „Bitwa Tytanów”. „Starcie Gigantów”. „Wielkie Zderzenie”. To tylko niektóre z prasowych nagłówków, zapowiadających mecz Philadelphia Warriors z Boston Celtics w listopadzie 1959 roku. Większość ekspertów spodziewała się jednak, że Chamberlain – znany z występów w Harlem Globetrotters i uznawany dość powszechnie za najwszechstronniej uzdolnionego sportowca w kraju – zmiażdży Russella w bezpośrednim starciu. Jak wspomina John Taylor w książce „The Rivalry”, jeden z publicystów zapytał nawet w swym felietonie: „czy koszykówka przetrwa erę Chamberlaina?”. To tylko potwierdza, że Wilta w tamtym czasie traktowano niczym herosa. Russell na tym tle wypadał ubogo – był przecież „tylko” genialnym defensorem.

Przed meczem Russell podjął jedną decyzję. Uznał, że nie będzie spoglądał Chamberlainowi w oczy. Był przyzwyczajony do tego, że to on patrzy na wszystkich z góry. Nie ma nic bardziej deprymującego dla wysokiej osoby, niż znalezienie się w towarzystwie kogoś jeszcze wyższego

John Taylor w książce „The Rivalry”

Zawodnik Celtics na parkiecie dowiódł jednak, że jest w stanie stawić czoła Chamberlainowi. Ekipa z Bostonu wygrała 115:106. Oczywiście Wilt zrobił swoje, zanotował bowiem aż 30 punktów, ale trafił ledwie 12 z 38 rzutów z gry. W drugiej połowie był już tak głęboko sfrustrowany nieustępliwą defensywą Russella, że raz za razem podejmował na parkiecie nierozważne decyzje, kompletnie zapominając o taktycznych założeniach swojego zespołu. Bill delektował się tym widokiem. Sam zapisał na swoim koncie 22 oczka i 35 zbiórek. Udało mu się też skutecznie wykonać wszystkie (8/8) rzuty osobiste, mimo że generalnie był w tym elemencie bardzo kiepski. Zrozumiał, że nie ma powodu, by truchleć na widok Chamberlaina. Mało tego. Doszedł do wniosku, iż występując przeciwko takiemu rywalowi on sam staje się jeszcze lepszym zawodnikiem. Zaczął więc wyczekiwać kolejnych konfrontacji z graczem, którego cała reszta centrów w NBA bała się jak ognia.

W sumie Chamberlain i Russell starli się ze sobą 94 razy. Boston Celtics wyszli z tych batalii górą w 57 przypadkach. Co najistotniejsze, tylko raz zespołowi Wilta udało się wyrzucić za burtę „Celtów” w play-offach. W 1967 roku, gdy jego Philadelphia 76ers wygrali serię 4:1.

Pokonany Russell wszedł do szatni filadelfijczyków, uścisnął dłoń rywala i powiedział krótko: – Świetnie.

Wieloletnia rywalizacja Russella z Chamberlainem jest fascynująca przede wszystkim z tego względu, że choć obu koszykarzy łączyła pozycja, na jakiej występowali w NBA, to dzieliło ich prawie wszystko inne. Bill całą karierę spędził w Bostonie, podczas gdy Wiltowi zdarzało się zmieniać przynależność klubową. Ba, San Francisco Warriors oddali go w 1965 roku do Philadelphia 76ers na zasadzie wymiany. Zwyczajnie się go pozbyli, co w przypadku Russella byłoby absolutnie nie do pomyślenia. Jako się rzekło, center Celtics był też graczem skoncentrowanym przede wszystkim na ciężkiej harówie w obronie, podczas gdy w ofensywie zadowalał się rolą trybiku w bostońskiej machnie. Natomiast Chamberlain pragnął błyszczeć po obu stronach parkietu. Potrafił zablokować kilkadziesiąt rzutów w trakcie jednego spotkania, fakt, lecz przede wszystkim interesował go atak, gdzie wszystko musiało się kręcić wokół niego. Partnerzy nie mieli nic do powiedzenia.

Kosmiczna średnia punktowa, osiągnięta przez Wilta w sezonie 1961/62 (50,4 na mecz), nie wzięła się przecież z niczego. Chamberlain dosłownie nie schodził wówczas z parkietu – jeżeli groziło mu przekroczenie limitu przewinień, po prostu przestawał pracować w defensywie, byle tylko dotrwać na parkiecie do końcowej syreny i dorzucić jeszcze kilka oczek. Myślał wyłącznie o swych indywidualnych statystykach. Tymczasem Russell na tego typu cyferki w ogóle nie zwracał uwagi. Dla niego mogłyby w zasadzie nie istnieć, ważne były mistrzowskie tytuły. Zresztą rzut oka na najsłynniejsze rekordy obu koszykarzy mówi chyba wszystko. Wilt? Sto punktów zanotowane w marcu 1962 roku przeciwko New York Knicks. Bill? Jedenaście pierścieni. Priorytety.

Dodajmy jeszcze do tego wizerunek.

Chamberlain cieszył się reputacją hulaki. Gwiazdora i ekscentryka. Szalonego bawidamka, który doliczył się w swoim życiu 20 tysięcy kochanek i przekonywał na łamach jednej z autobiografii, że żadna stewardessa nie umiała mu odmówić seksu oralnego na pokładzie samolotu. Dziennikarze uwielbiali przeprowadzać z nim wywiady, ponieważ każdego z nich gotowy był uraczyć jakąś pikantną anegdotą albo budzącą kontrowersje przechwałką. Russell dziennikarzy i kibiców traktował zaś oschle. A właściwie, to na ogół po prostu chamsko ich spławiał. Aktywnie zaangażował się natomiast w walkę z dyskryminacją rasową w Stanach Zjednoczonych. Popierał ruch Black Power. Stanął w obronie Muhammada Alego, gdy ten odmówił odbycia służby wojskowej w trakcie wojny wietnamskiej.

Równolegle Wilt stronił od ekstremizmów. W dobie gigantycznych napięć na tle rasowym, które wstrząsały Ameryką w drugiej połowie lat 60., potrafił otwarcie odciąć się od radykałów z Partii Czarnych Panter. Na pogrzebie Martina Luthera Kinga pojawił się w towarzystwie Richarda Nixona, walczącego o prezydenturę z ramienia Partii Republikańskiej. Nixon wygrał zresztą wybory, lecz w tak zwanych „czarnych dzielnicach” otrzymał ledwie 5% głosów.

Pan Nixon przez całe życie nazywany był wielkim przegranym. Człowiekiem, który w najważniejszych momentach zawsze ponosi klęskę. To nas łączy

Wilt Chamberlain w 1968 roku

Mimo wszystkich tych różnic i niekończących się, często bardzo ostrych koszykarskich potyczek, Russell i Chamberlain się zaprzyjaźnili. Mieli nawet zwyczaj spędzania razem Święta Dziękczynienia. Ich wyśmienite relacje szlag trafił jednak w 1969 roku, po ostatnich finałach NBA z udziałem Billa. Boston Celtics – wyraźnie nadszarpnięci zębem czasu i skazywani na porażkę przez media – pokonali 4:3 Los Angeles Lakers. Choć w zespole z „Miasta Aniołów” występowały aż trzy wielkie postaci amerykańskiego basketu – Jerry West, Elgin Baylor, no i właśnie Wilt Chamberlain. Mało tego, bostończycy decydujący triumf odnieśli w Kalifornii. Pewni swego gospodarze przed startem spotkania umieścili pod dachem hali tysiąc balonów z napisem: „Mistrzowie Świata Lakers”.

Te pierdolone balony nigdzie nie pofruną – warknął na ten widok Russell podczas rozgrzewki.

I miał rację.

W trakcie siódmego meczu serii Chamberlain pechowo upadł, uszkodził kolano i musiał na dłuższą chwilę opuścić parkiet. Chciał wprawdzie wrócić do gry na ostatnie dwie minuty (przy stanie 103:102 dla Celtics), lecz trener Butch van Breda Kolff oznajmił, iż zespół nieźle sobie w tej chwili radzi i zmiana na pozycji centra może wprowadzić niepotrzebne zamieszanie. Wilt nie podniósł się zatem z ławki, a „Celtowie” dowieźli prowadzenie do końca. Tym samym Russell spuentował swoją zawodową karierę jedenastym mistrzostwem NBA. Chamberlain miał wtedy na koncie zaledwie jeden tytuł (finalnie zgromadził dwa).

Nie oznacza to naturalnie, że center Lakers pogniewał się na kumpla, bo ten go znów zwyciężył na boisku. Eksplozja nastąpiła z opóźnionym zapłonem. Kilka tygodni po finałach, podczas spotkania ze studentami w Wisconsin, Russell został nieoczekiwanie zaatakowany przez jednego ze słuchaczy. Młody człowiek stwierdził, że Bill tak naprawdę nie dorasta Wiltowi do pięt. Że zdobył tak wiele tytułów tylko ze względu na znakomitych partnerów w składzie Celtics. Wreszcie – że gdyby nie pechowy uraz Chamberlaina, to Lakers zostaliby mistrzami NBA w sezonie 1968/69. Sprowokowany Russell dość konkretnie się zagotował i odpowiedział atakiem na atak: – Wilt uciekł przed odpowiedzialnością w tym meczu. Nie miał złamanej nogi. Ani złamanego kręgosłupa. Wykręcił się. No ale skoro już powiedział trenerowi, że uszkodził kolano, to trudno się dziwić, że nie dostał potem zgody na powrót do gry. Też bym go nie wpuścił.

– Koszykówka to gra zespołowa. Chodzi o wywalczenie mistrzostwa. Wychodzę na parkiet po to, by wydobyć to co najlepsze z moich kolegów. Czy chcesz mi wmówić, że Wilt pozwolił rozkwitnąć Jerry’emu [Westowi] i Elginowi [Baylorowi]? – grzmiał dalej Amerykanin. – Wilt sam się prosi o krytykę. On najgłośniej opowiada o swojej wielkości, więc niech się nie dziwi, gdy ludzie jej po nim oczekują. Dużo mówi o tym, co zamierza osiągnąć. Ale w tej grze liczy się wyłącznie to, czy wygrywasz, czy przegrywasz. A on notorycznie przegrywa, trudno temu zaprzeczyć. Wydaje mu się, że jest wyjątkowym geniuszem. Nie jest.

Bill nie mógł wiedzieć, że obecny na sali reporter jednej z lokalnych gazet skrzętnie notuje każde jego słowo. Tyrada wkrótce stała się głośna w całym kraju. „Russell uważa Wilta za mięczaka”! „Legenda Celtics powątpiewa w kontuzję centra Lakers”! Oczywiście z medialnymi doniesieniami zapoznał się prędko sam Chamberlain, który – dodajmy – wciąż zmagał się z bólem kontuzjowanego kolana. Był zszokowany. Przez całe życie doskwierało mu bowiem poczucie, że wszyscy wokół życzą mu porażki, ponieważ jest tak olbrzymi, silny i utalentowany, że każdy z jego przeciwników z miejsca jawi się kibicom jako underdog. No i okazało się, że człowiek, którego uważał za przyjaciela, również wpisuje się w tę narrację. Że on też widzi w nim dryblasa bez charakteru, umiejącego zwyciężać jedynie poślednich rywali.

Wyobraźcie sobie, że na Twitterze pojawia się nagranie, na którym Cristiano Ronaldo przekonuje expressis verbis, iż „Leo Messi nadaje się tylko do obijania Eibarów i Leganesów”? Albo że Rafael Nadal pokpiwa z piłek meczowych, zmarnowanych przez Rogera Federera? Podobny kaliber.

Panowie nie porozmawiali ze sobą ani razu aż do 1993 roku. Pogodzili się cztery lata później. Russell wydusił nawet z siebie publiczne przeprosiny, choć nie był w tym względzie zbyt wylewny. Nie znosił przyznawać się do błędu. – Powiedziałem coś, czego nie powinienem był powiedzieć. Nie chcę wnikać w ten temat.

Chamberlain zmarł dwa lata później. We własnym łóżku, z powodu niewydolności serca. Jego agent Sy Goldberg wspominał, że Russell był jedną z pierwszych osób, które usiłowały się doń dodzwonić w poszukiwaniu zaprzeczenia lub potwierdzenia ponurych wieści. – W pewnym sensie Russell czuł, że tylko Chamberlain tak naprawdę go rozumiał. I odwrotnie. Sądził, że tylko on potrafił rzeczywiście zrozumieć Chamberlaina – pisze John Taylor w „The Rivalry”. – Tylko oni dwaj wiedzieli, jak to jest – być jednocześnie: czarnoskórym; człowiekiem tak wysokim, że wciąż nazywają cię „gigantem”; najlepszym w tym, co robisz; bogatym i sławnym; pierwszą czarną super-gwiazdą poza boksem. A jednocześnie żyć w społeczeństwie, gdzie istnieje segregacja rasowa. Obaj, gdy zaczynali swoje kariery, nie mogli mieszkać w tym samym hotelu, co biali zawodnicy, choć niektórzy z nich na treningach mogli tylko nosić za nimi sprzęt.

Część dziennikarzy twierdzi natomiast, że Russell traktował Chamberlaina instrumentalnie. Pewne światło rzuca na tę kwestię wypowiedź Kobe’ego Bryanta z wywiadu dla The Ringer. – Rozmawiałem z Billem Russellem w 2000 roku – wspominał Kobe. – Wyznał mi, że grał z Wiltem twardo tylko do momentu, gdy wynik spotkania nie był jasny. Jeśli jeden z zespołów uzyskiwał bezpieczną przewagę, odpuszczał. Wiedział, że Wilt sobie porzuca w końcówce, nabije licznik i będzie szczęśliwy. Nawet w razie porażki. Russell wierzył, że gdyby sprawiał Wiltowi zbyt dużo problemów, ten odebrałby to jako wyzwanie. I wtedy by go zniszczył.

A zatem przyjaźń, czy kolejna z psychologicznych gierek Russella? Tego się już nie dowiemy.

Jak Jeremy Sochan wpasuje się w San Antonio Spurs?

Buntownik

William Felton Russell przyszedł na świat 12 lutego 1934 roku w Monroe w stanie Luizjana. Jak każdy czarnoskóry chłopak, dorastający w południowej części kraju, doświadczał rasizmu w zasadzie codziennie. W najdrobniejszych sprawach. Chłopcu szczególnie głęboko w pamięci zapadła scena, gdy jego ukochana mama Katie została doprowadzona do łez przez policjanta, któremu nie spodobał się jej ubiór. Stróż prawa uznał, że czarna kobieta nie ma prawa iść po ulicy w sukience, gdyż jest to stylizacja odpowiednia jedynie dla białych pań. Innym razem grupa mężczyzn oddała serię strzałów z broni palnej w kierunku ojca Billa. Nie chcieli go zabić, po prostu setnie ich bawiło obserwowanie czarnoskórego człowieka, który gna na oślep w ucieczce przed świszczącymi pociskami.

Takie opowieści można mnożyć. Innym razem Charlie Russell w drodze powrotnej do domu zahaczył w towarzystwie synów o stację benzynową. Pracownicy nie chcieli go jednak obsłużyć, dopóki nie skończą zajmować się białymi klientami. Nawet tymi, którzy zajechali nieco później. Zniecierpliwiony ojciec Billa uznał w końcu, że odjedzie i zatankuje w innym miejscu. Wówczas właściciel stacji wymierzył weń strzelbę i zabronił ruszać się z miejsca.

– Czarni w Monroe posiadali minimalne możliwości. Lokalne prawa ograniczyły im dostęp do zawodów wymagających kwalifikacji. W praktyce nie mogli zostać elektrykami, maszynistami czy drukarzami. W 1936 roku jeden z kandydatów na burmistrza obiecał nawet, że w ogóle odetnie czarnoskórym możliwość ubiegania się o tego rodzaju dobrze płatne stanowiska pracy. Dla świętego spokoju, większość czarnej elity Monroe – głównie lekarze, właściciele firm pogrzebowych i restauratorzy – zgadzała się na segregację. Po latach Russell wypowiadał się o tych ludziach bardzo krytycznie – dowodzi Aram Goudsouzian. – Podczas rodzinnych spotkań Bill godzinami słuchał opowieści o czasach niewolnictwa. O linczach i bohaterskich buntach.

Aż w końcu sam został buntownikiem.

W 1943 roku rodzina Russellów przeprowadziła się do Oakland w stanie Kalifornia. Tam czarnoskórym żyło się znacznie bezpieczniej niż w Luizjanie, lecz wciąż trudno było mówić o w pełni równych prawach dla przedstawicieli wszystkich ras. Dojmujące poczucie niesprawiedliwości nieustannie prześladowało więc Billa. I nie opuściło go nawet wtedy, gdy został już gwiazdą uniwersyteckiej drużyny San Francisco Dons. Po wywalczeniu pierwszego mistrzostwa NBA także nie zniknęło.

Kiedy latem 1958 roku Drużyna Gwiazd NBA ruszyła w tournée po kraju, by rozegrać kilka pokazowych meczów i zarobić trochę kasy w trakcie wakacji, hotelarze z Karoliny Północnej odmówili zakwaterowania czarnoskórych graczy razem z białymi. Po latach Russell pisał o tym doświadczeniu tak: – Okazało się, że wciąż istnieje mur, którego nie możemy przebić. Jesteś Murzynem. Jesteś kim gorszym. Czuć to. Pokrywa cię tłusta, cuchnąca, żrąca substancja. Coś podobnego spotkało koszykarza przed zaplanowanym meczem pokazowym w Dallas. Organizator imprezy nie potrafił pojąć, dlaczego Russell postanowił wyjechać, gdy tylko się dowiedział, że białych i czarnych graczy ulokowano w osobnych hotelach. Bill opluł mężczyznę, kiedy ten spróbował podać mu rękę na zgodę.

Rok 1961, Lexington w stanie Kentucky. Czarnoskórzy partnerzy Russella z zespołu Celtics nie zostali obsłużeni w restauracji. Od kelnerki słyszą po prostu, że „tutaj nie przyjmuje się Murzynów”. To samo spotkało zresztą później graczy St. Louis Hawks. Bill, gdy tylko się o tym dowiedział, namówił kolegów do zbojkotowania meczu. Koszykarze zwyczajnie wyjechali. – Walczymy o nasze prawa. O przetrwanie w zmieniającym się świecie. Ja też walczę – powiedział Russell. Nie mógł jednak liczyć na otwarte wsparcie ze strony władz ligi. Szefostwo NBA obawiało się, że rozgrywki mogą zacząć się za bardzo kojarzyć z czarnoskórymi.

Na trybunach dominowali przecież biali widzowie. To oni mieli kasę do wydania na bilet oraz hot-doga.

Im bardziej zaogniała się sytuacja w kraju, tym ostrzejsza stawała się retoryka Russella. W połowie lat 60. koszykarz nie gryzł się już w język. Wprost mówił, że nie lubi większości białych ludzi. Że amerykański system sportowy skonstruowany został w ten sposób, iż tylko drużyny posiadające w składzie co najmniej kilku białych zawodników są w stanie zyskać popularność, bo media cały czas poszukują jakiejś „wielkiej nadziei białych”, która przyćmi czarnych sportowców. Nawet niektórzy z jego bliskich znajomych zaczęli mu wytykać, iż widzi rasizm nawet tam, gdzie go nie ma. Reakcjami fanów Boston Celtics Bill się natomiast zupełnie nie przejmował. Oni i tak nigdy za nim nie przepadali. Wprawdzie zapewnił klubowi jedenaście mistrzowskich tytułów, ale prawdziwymi bohaterami Boston Garden byli Bob Cousy czy John Havlicek. Billa oklaskiwano jako członka zwycięskiej drużyny, nigdy jako lokalnego ulubieńca.

Pierwszą rzeczą, jakiej musimy się nauczyć jako czarni, jest odejście od poglądu, że sport to konkurs popularności. Ja nie pracuję dla poklasku. Sympatia kibiców nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Nie przyjmuję do wiadomości, jakobym był cokolwiek winien publice. Powiedzmy sobie jasno – jestem winien fanom tyle samo, ile oni mnie – nic. Dlatego nie mam zamiaru uśmiechać się jak na zawołanie i być milutkim dla dzieci

Bill Russell na łamach The Saturday Evening Post

Z tak grubej rury nie walił chyba nawet Cassius Clay/Muhammad Ali.

Na ripostę lokalnej społeczności nie trzeba było długo czekać. Wkrótce potem włamano się do domu Russella. Napastnicy zdemolowali posiadłość, ze szczególnym uwzględnieniem mebli, w tym stołu bilardowego, oraz gabloty z trofeami. Ściany pokryli napisami: „CZARNUCH”. No i… zdefekowali koszykarzowi do łóżka. Policja nie była jednak zbyt chętna, żeby zbadać sprawę. Śledczy doszli do wniosku, że zniszczenia mogły być dziełem niesfornych szopów praczy. Po latach Russell odkrył, że stróże prawa przedstawiali go w swych raportach jako „aroganckiego Murzyna, który wszystkich traktuje z góry i odmawia autografów białym dzieciom”. – Nigdy nie grałem dla miasta Bostonu. Grałem dla Celtics. Kibice mogą sobie na ten temat myśleć, co chcą – stwierdził buńczucznie Bill. – Kiedyś klub zrobił ankietę wśród mieszkańców miasta. Działacze chcieli zrozumieć, dlaczego przeciętny zespół hokejowy Boston Bruins przyciąga na widownię tak wielu kibiców, a my – mimo sukcesów – nie. Ponad połowa ankietowanych stwierdziła, że w Celtics gra zbyt wielu czarnych koszykarzy.

Russell Westbrook jak… Cristiano. Trudne czasy starzejącej się gwiazdy

Legenda – mimo wszystko

Po zakończeniu kariery zawodniczej w 1969 roku, Russell natychmiast zmył się z Bostonu. Trzy lata później nie przyjął zaproszenia na galę, w trakcie której klub zastrzegł jego numer. Z kolei w 1975 roku nie uświetnił swoją obecnością uroczystości włączenia go do koszykarskiej Galerii Sław. Można było odnieść wrażenie, iż Amerykanin pragnie, by o nim zapomniano. Doprowadzało to do furii wielu miłośników Celtics, którzy podkreślali, że właśnie w tym zespole Russell stał się przecież jedną z najlepiej opłacanych gwiazd sportu w Stanach Zjednoczonych. Nie musiał dorabiać w wakacje przy handlu ubezpieczeniami, jak wielu jego kumpli. Pod skrzydłami trenera Reda Auerbacha i prezesa Waltera Browna nie brakowało mu ptasiego mleka. Skąd zatem te liczne afronty względem „Celtów”?

Relacje na linii Russell – Celtics udało się wyprostować dopiero po kilkudziesięciu latach. W bieżącym stuleciu Amerykanin już dość często uczestniczył w rozmaitych kampaniach medialnych, organizowanych przez klub oraz ligę. W lutym 2009 roku ówczesny komisarz NBA David Stern ogłosił, że nagroda dla MVP finałów od tej chwili będzie nosić imię Billa Russella. Dwa lata później Barack Obama odznaczył zaś eks-koszykarza Prezydenckim Medalem Wolności. Russell stał się więc kimś w rodzaju sędziwego ambasadora NBA. Trochę dowcipkującego, trochę filozofującego. Roztaczającego wokół siebie pozytywne wibracje. Porzucił konfrontacyjną retorykę, aczkolwiek pozostał aktywistą. Gdy wielu amerykańskich sportowców klękało na jedno kolano na znak protestu, dołączył do nich.

Zmarł 31 lipca 2022 roku. – Bill Russell był pionierem. Jako gracz, jako mistrz, jako pierwszy czarny trener w historii NBA i jako aktywista. Przetarł szlak i dał przykład każdemu czarnoskóremu graczowi, który pojawił się w lidze po nim, w tym mnie – pożegnał legendarnego centra Michael Jordan.

CZYTAJ WIĘCEJ O NBA:

fot. NewsPix.pl / WikiMedia

źródła książkowe: John Taylor – „The Rivalry”, Aram Goudsouzian – „King of the Court”, Bill Russell, Alan Steinberg – „Red and Me”, Bill Russell, David Falkner – „Russell Rules”, Gary M. Pomerantz – „The last pass”, Bill Simmons – „Wielka Księga Koszykówki”

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Zwrot w sprawie przyszłości Barcelony. „To nie jest ostatnie El Clasico Xaviego”

Piotr Rzepecki
0
Zwrot w sprawie przyszłości Barcelony. „To nie jest ostatnie El Clasico Xaviego”

Inne sporty

Komentarze

13 komentarzy

Loading...