Reklama

„Awans do 1. ligi podtrzymałby Wigry Suwałki przy życiu, ale nie uratowałby klubu”

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

27 czerwca 2022, 12:26 • 13 min czytania 8 komentarzy

Wigry Suwałki spędziły kilka lat na zapleczu Ekstraklasy, walczyły nawet o awans. Wygrywały Pro Junior System, były rozpoznawalną marką w kraju. Po spadku klub dwa razy odpadał w gry o powrót do pierwszej ligi w barażach, a teraz wycofał się z rozgrywek. Dlaczego tak się stało? W jakich warunkach funkcjonował klub? Opowiada nam o tym Mateusz Mazur, który pełnił w nim rolę dyrektora sportowego.

„Awans do 1. ligi podtrzymałby Wigry Suwałki przy życiu, ale nie uratowałby klubu”

Pierwsze pytanie jest oczywiste — dlaczego Wigry Suwałki wycofały się z rozgrywek?

Z mojej perspektywy stało się tak dlatego, że środowisko w Suwałkach jest bardzo specyficzne pod kątem zaangażowania w lokalną piłkę. Obserwując to z bliska, zapowiadało się na to od kilku lat, od spadku z pierwszej ligi. Gra w niej daje spore środki finansowe w postaci pieniędzy od sponsorów i telewizji. W drugiej lidze tego brakuje, budżet jest zdecydowanie mniejszy. W klubie takim jak Wigry, gdzie ten budżet i tak jest niewielki, to bardzo dużo. Zmniejszają się kwoty sponsorskie, mniejsze jest finansowanie ze strony miasta. W Wigrach było niewielu sponsorów, kwoty od nich są niewielkie, ludzie nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Włączając mecz w „TVP Sport” wyglądało to fajnie: sporo logotypów, większe firmy. Natomiast te kwoty były naprawdę niewielkie. Zarząd dość mocno działał, szczególnie przez ostatnie pół roku, szukał dodatkowego finansowania. Było wiele rozmów z miastem, ze sponsorami. Sam pamiętam, że jak zaczynała się runda, że razem z trenerem byłem na spotkaniu z większościowymi udziałowcami, sponsorami i władzami miasta. Mieliśmy przedstawić prezentację o tym, jak jesteśmy sportowo przygotowani do rundy wiosennej i jak poukładaliśmy zespół finansowo pod kątem pierwszej drużyny.

Takie rozmowy toczyły się miesiącami. Nie ukrywam, że sama decyzja mnie mocno zszokowała, bo rozstałem się z klubem, wiedząc, że budżet będzie jeszcze mniejszy niż był i nie będzie łatwo poukładać drużynę, żeby zaliczyła podobny sezon co obecny. Byłem jednak w kontakcie z trenerem Grzegorzem Mokrym, którego sam do Suwałk sprowadzałem, starałem się w jakiś sposób mu doradzać. Wiedziałem, że byli zawodnicy, którzy przyszli do klubu, podpisali umowy. Po rozmowach z ludźmi z zarządu uważam, że mimo wszystko była to decyzja odpowiedzialna i bardzo świadoma. Nikt nie chciał doprowadzić do tego, żeby były zadłużenia, żeby tworzyć patologię, bo w listopadzie czy grudniu nie będzie pieniędzy na dokończenie sezonu i stworzą się zadłużenia. Oszukuje się w ten sposób kibiców, trenerów, piłkarzy, to nie prowadzi do niczego dobrego.

Dlaczego Wigry Suwałki wycofały się z 2. ligi?

Reklama

Czym spowodowana była twoja rezygnacja?

To rozbudowany, skomplikowany temat. Jestem z Suwałk, z Wigrami związany byłem od dziecka. Mój tata był wieloletnim prezesem klubu, ja byłem związany ze środowiskiem i widziałem dużo minusów. W pewien sposób chciałem się od Wigier odłączyć, żebym nie był całe życie z nimi łączony, bo szkolę się, żeby pracować w piłce w roli dyrektora sportowego czy też roli zbliżonej do takiej funkcji. Uznałem, że nigdy nie będzie lepszego momentu, żeby odejść. Zarząd przedstawił mi budżet na wynagrodzenia na przyszły sezon, był on prawie o połowę mniejszy niż ten, który miałem wiosną. Już tamten budżet był niewielki, dopiero teraz uświadamiam ludzi w rozmowach, że taki budżet miały zespoły, które walczyły o utrzymanie czy środek tabeli.

Wynik sportowy był zrobiony ponad stan, a oczekiwania kibiców będą bardzo duże, bo dwa lata z rzędu walczyliśmy o powrót do 1. ligi i odpadały w barażach. Wiedziałem też, że dlatego, że jestem stąd i jestem kojarzony z Wigrami, poprzeczkę będą miał zawieszoną jeszcze wyżej. Zacząłem też dostawać telefony z innych klubów i zawodowo czy życiowo podjęcie takiej decyzji było odpowiednie.

Rozwińmy tematy finansowe o konkrety. Co to znaczy, że budżet byłby mniejszy?

Budżet na wynagrodzenia całego działu sportowego pierwszego zespołu — mam na myśli kadrę piłkarzy, sztab szkoleniowy, kierownika drużyny czy fizjoterapeutę — to było lekko ponad 200 tysięcy zł brutto miesięcznie. Nie były to duże pieniądze, bo to trzeba podzielić na — nie chcę skłamać, ale plus minus – 30 osób. Mam świadomość, jakie budżety mają inne kluby, też te, z którymi rywalizowaliśmy o awans. Kwoty, które oferowałem zawodnikom zimą, były bardzo małe, mieliśmy w tym dużo szczęścia, bo udało się złapać wartościowych piłkarzy. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak niewielki jest nasz budżet. Dużo psuje to, co jest podawane w „Skarbach Kibica”. Widywałem tam nas w TOP 3 czy TOP 4 pod względem budżetu. Nie wiem, jak podają go inne kluby, ale mam znajomych i wiem, że drugiej lidze pieniądze, które kręcą się wokół innych drużyn, są większe.

Jak duże różnice były między wami a innymi klubami z TOP 6?

Reklama

Ciężko mi dokładnie powiedzieć, ale ja miałem w swojej drużynie dwóch zawodników, którzy zarabiali więcej niż 10 tysięcy złotych. Mówimy o kwotach brutto. Cała reszta przychodziła tutaj grać za kilka tysięcy, to w dzisiejszych realiach nie są duże pieniądze. Bazowaliśmy na tym, że ja, trener Mokry czy wcześniej trener Szulczek, mieliśmy kontakty w klubach Ekstraklasy i udało nam się wypożyczać fajnych zawodników. Udawało nam się podpisać piłkarzy, którzy rozwiązując umowy w poprzednich klubach otrzymali odszkodowania i zdecydowali się do nas przyjść za mniejsze pieniądze. Nie chcę strzelać kwotami, bo nie chcę skłamać, ale kluby, które rywalizowały z nami o awans, płaciły dużo większe pieniądze.

Liga od Kuźni: Wigry Suwałki

A jeśli chodzi o różnicę finansową między 1. a 2. ligą, to o jakich pieniądzach mówimy?

Wiem, jak wyglądało to, gdy Wigry spadały, bo mój tata był wtedy prezesem. Z tego co mi się wydaje, teraz awans wiązałby się z dodatkowym przychodem w wysokości 800-900 tysięcy złotych. To dużo, także ze względu na to, że w klubie bardzo brakowało gotówki w kasie klubu. Miasto przekazywało stypendia, które były przekazywane prosto do trenerów i zawodników, ale brakowało gotówki do obrotu, którą można byłoby wydać na wyjazdy, hotele, boiska czy wypłaty dla pracowników. Te kilkaset tysięcy złotych dałoby bardzo dużo. Zimą zdecydowałem się wejść do klubu, bo zależało mi na tym, żeby powalczyć o awans. Nie było to łatwe, bo po jesieni Wigry zajmowały dziewiąte miejsce. Wierzyłem, że mimo mniejszego budżetu jesteśmy w stanie to zrobić, ale taka jest piłka — w barażach byliśmy dużo słabsi i nie udało nam się wywalczyć awansu.

W tekście, w którym opisywaliśmy sytuację klubu, przewijał się także temat inflacji i rosnących cen.

Wszystko idzie do góry: paliwo, hotele, boiska. Tylko nie przychody do klubu, bo one nawet nie tyle stały w miejscu, ile spadały. Miejscowi przedsiębiorcy mocno odczuwali inflację i zmiany na rynku. Pojedyncze firmy wycofywały się ze sponsoringu albo pomniejszały kwoty, którymi wspierały klub. Niestety, ale to zadecydowało o tym, że Wigry do drugiej ligi nie przystąpiły.

Czy wpływ na to miała też sytuacja na granicy z Białorusią? Jesteście klubem z takiego regionu, że pewnie lokalne firmy udzielały się i tam i w Rosji.

Bardzo możliwe, bo słyszałem od wiceprezesów o rozmowach, w których pojedyncze firmy odwoływały się do tej sytuacji i strat, jakie ponosiły. Natomiast dokładnych informacji nie mam.

Z czego składał się budżet Wigier? Jak moglibyśmy to zobrazować kibicom?

Większościowym udziałowcem klubu było miasto, największe pieniądze pochodziły z tego źródła. Problem był w sponsorach, firmach zewnętrznych, ciężko było je zachęcić do finansowania Wigier. Inna sprawa, że w Suwałkach zainteresowanie piłką nie jest duże. Siedzieliśmy z piłkarzami i trenerami, czemu jest tak, że wygrywamy mecze, gramy atrakcyjnie, pada sporo bramek, a na stadionie ciągle jest 200-250 osób. Ludzi zainteresowanych bieżącą sytuacją klubu było bardzo mało, brakowało pasjonatów. Z mniejszych miast wiele osób wyjeżdża, społeczeństwo to głównie osoby starsze. Potrzebny jest taki pasjonat, jakim swego czasu był mój tata, który poświęcał sprawy zawodowe czy rodzinne, żeby Wigry funkcjonowały. Sprawiało mu to radość.

Teraz brakuje takiej osoby, bądź kilku takich osób, które miałyby swoje firmy i chciały — nawet łącząc siły — wyłożyć jakąś kwotę, żeby ten klub funkcjonował na poziomie centralnym. Pewnego poziomu tutaj się nigdy nie przeskoczy. Jeszcze za mojego taty Wigry prawie do końca walczyły o awans do Ekstraklasy, ale nie ma co się oszukiwać: to byłoby mocno na wyrost. Uważam jednak, że ten klub i miasto ma warunki pierwszoligowe. Sprowadzając piłkarzy do drugiej ligi, nawet z lepszych klubów, widziałem, że każdy był zakochany w warunkach, jakie tu były. Dwa boiska trawiaste, boisko sztuczne, kameralny stadion z dobrą płytą, siłownia i odnowa na obiekcie, zero zaległości finansowych, spokojne miasto, latem super widoki, jeziora.

Mamy dobrą opinię, wielu młodych piłkarzy występowało w Wigrach, a potem zagrało w Ekstraklasie czy nawet wyjechało z kraju jak Damian Kądzior i Patryk Klimala. Przewinęło się bardzo dużo takich zawodników i każdy z nich przeżywa to, co dzieje się z klubem, bo mają stąd świetne wspomnienia i uważają, że gra w Wigrach wiele im dała. To było bardzo fajne miejsce dla młodych piłkarzy, trenerów czy dyrektorów, żeby się rozwijać. Przydatne miejsce.

Jak upadały polskie kluby w ostatniej dekadzie?

To, co przekazywało miasto klubowi, to stypendia w wysokości 110 tysięcy zł miesięcznie, czy było jeszcze coś?

To było to, mówimy o kwocie brutto. Reszta pochodziła od sponsorów i z oszczędności, które spółka miała, bo w międzyczasie były transfery, przejścia zagraniczne i nawet po kilku latach wpływały pieniądze z opłat solidarnościowych czy ekwiwalentów. Wcześniej dużą robotę robił Pro Junior System, niestety w tym roku, już po jesieni przeliczyliśmy wszystko i było na tyle słabo, że nie mieliśmy szans, żeby walczyć o premię z PJS. Dlatego od początku obraliśmy drogę przebudowania drużyny w taki sposób, żeby powalczyć o awans. Żeby zdobyć premię, musielibyśmy grać chyba całą drużyną młodzieżowców, a byliśmy na dziewiątym miejscu z niewielką przewagą nad strefą spadkową.

Może to był błąd? Że nie założyliście walki o PJS na początku sezonu? Domyślam się, że braliście pod uwagę dwuletni plan powrotu do 1. ligi.

Oficjalnie zostałem dyrektorem sportowym w styczniu, więc nie chciałbym się wypowiadać o tym, jak drużyna była budowana latem, ale myśląc w listopadzie o przebudowie — bo zdecydował się na podjęcie tej funkcji w momencie zmiany trenera — wydaje mi się, że klub miał plan, żeby zaatakować Pro Junior System. Nie udało się po prostu dobrać piłkarzy na tyle dobrze, żeby liczyć się w klasyfikacji. W kadrze w rundzie jesiennej nie brakowało młodzieżowców, zimą z wieloma z nich się pożegnaliśmy, bo grali zbyt mało, żeby miejsce Wigier było zbliżone do strefy premiowanej bonusami.

Kto w 1. lidze zarabiał najwięcej na PJS? Wigry w czołówce

Część osób może pomyśleć, że mieliście skład pełen weteranów, ale mimo tego, że premii za PJS nie było, był to młody skład, pełen piłkarzy z rocznika 2000 i nieco starszych.

Z trenerem Grzegorzem Mokrym rozmawialiśmy o tym, że chcemy ściągać piłkarzy, którzy są już po wieku młodzieżowca, ale nadal nie są „starzy”. Celowaliśmy w nich, bo to najlepsza grupa zawodników, jaką możemy pozyskać z naszymi możliwościami finansowymi. Mają za sobą „złote lata”, wiek młodzieżowca, gdy młodym chłopakom gra jest często dawana na wyrost; byli w kilku klubach, swoje przeżyli, mają doświadczenie, ale nadal mają sporo do pokazania.

Transfer Mateusza Lewandowskiego, który był najlepszym strzelcem rundy wiosennej: to był idealny ruch, który wpisywał się w nasze kryteria. Podobał mi się pod kątem walorów: bardzo silny napastnik, motorycznie przygotowany bardzo dobrze. Miał dużo atutów na ten poziom rozgrywek, trener też to widział. Schodząc do drugiej ligi musiał coś udowodnić, wiedział, że to dla niego jeden z ostatnich dzwonków, żeby grać na poważnym poziomie. Powiedział mi to samo w jednej z pierwszych rozmów.

Mimo małych środków finansowych udało nam się zbudować fajny zespół. Wiosną graliśmy atrakcyjną piłkę, strzelaliśmy dużo bramek. Potrafiliśmy wygrać w końcówce, ale też zgubić wtedy punkty, bo graliśmy bardzo otwartą piłkę. Wielu młodych chłopaków w Wigrach wypromowaliśmy — Kacper Michalski jest w Ruchu Chorzów, Mikołaj Łabojko w Odrze Opole, jest dużo klubów, które chce Mateusza Lewandowskiego, a Michał Żebrakowski jest w mocnym, drugoligowym Motorze Lublin. Drugi trener, Arek Szczerbowski, rodowity suwalczanin, trafił do ekstraklasowej Warty Poznań, więc kolejne grono nazwisk wypłynęło.

W Wigrach można było się też nauczyć szacunku do pieniądza. Czasami widzę, jak na pierwszoligowym czy drugoligowym poziomie kluby przepłacają piłkarzy czy wydają pieniądze w niewłaściwy sposób. Poleciłbym takim osobom popracować w warunkach, jakie mieliśmy w Suwałkach.

Doprecyzujmy jeszcze to, z czego wynikałoby zmniejszenie budżetu. Miasto zabrało część pieniędzy czy to kwestia sponsorów?

To kwestie zależne od sponsorów. Nie chcę mówić za dużo, bo nie wiem tego na sto procent, ale kwota stypendiów byłaby albo taka sama, albo zbliżona do tej z poprzedniego sezonu. Z tego co widziałem i o czym rozmawiałem z wiceprezesami, wynikało, że miasto miałoby zostawić finansowanie na podobnym poziomie. Pojawiają się komentarze, że ktoś w Wigrach nie potrafił szukać sponsorów – z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że ludzie z zarządu robili wszystko, żeby te dodatkowe środki pozyskać.

Funkcje prezesa, wiceprezesa, członka zarządu w takich Wigrach to nie jest nic przyjemnego, bo trzeba chodzić i prosić o pieniądze. To wiąże się ze stresem, odpowiedzialnością. Ludziom się wydaje, że takie osoby mają olbrzymie gratyfikacje finansowe, ale tak nie jest. Odpowiedziałem nawet na wigierskim Facebooku na jeden komentarz, choć rzadko wdaję się w takie dyskusje, ale chciałem uciąć spekulacje: funkcja, którą pełniłem, była charytatywna. Wiedziałem, że chcę w takiej roli pracować, miałem zaplecze finansowe z poprzedniej działalności i przez pół roku mogłem sobie na to pozwolić.

Sytuację klubu mocno zasłania wynik sportowy, bo nagle klub, który dwa lata z rzędu był w barażach, wycofuje się z ligi. To były wyniki mocno na wyrost.

Suwalskie ślady dyrektora sportowego Legii. Jak zaczynał Jacek Zieliński

Czy jakiś wpływ na sytuację Wigier miał sukces Ślepska Suwałki, który przyciągnął sponsorów i pieniądze miejsce, grając w siatkarskiej ekstraklasie?

Tego w stu procentach nie wiem, natomiast nawet jeżeli tak było, to jest to normalne. Ekstraklasa siatkówki to najwyższy możliwy poziom. Siatkówką się nie interesuję, ale wiem, że każdy mecz jest transmitowany, to uznany sport w naszym kraju. Nie dziwię się, jeśli część sponsorów czy miasto większe pieniądze kładło na Ślepsk, skoro ten klub dotarł do najwyższej ligi i w niej występuje.

Awans do 1. ligi uratowałby Wigry Suwałki czy tylko odłożył nieuniknione?

Wydaje mi się, że ten awans podtrzymałby klub przy życiu, ale na pewno nie uratował. Mocno zależało mi na zrobieniu awansu, bo przez ten rok można znaleźć sponsora, wygrać Pro Junior System w 1. lidze i się utrzymać, jak np. Skra Częstochowa. Może wydarzyć się dużo rzeczy.

Z perspektywy osoby, która nie jest związana z Wigrami: czemu taka osoba miałaby żałować, że tego klubu w lidze nie będzie?

Warto popatrzeć na statystyki i fakty. Jeżeli przeanalizujemy ilu piłkarzy, którzy występowali w Wigrach, gra na poziomie Ekstraklasy i 1. ligi, to jest ich na tyle dużo, że Wigry to strata dla polskiej piłki. Nie pamiętam też sytuacji, w której trener z drugiej ligi trafił do Ekstraklasy, utrzymał drużynę typowaną do spadku i został nominowany do grona najlepszych trenerów sezonu — mowa tu oczywiście o Dawidzie Szulczku. Od wielu lat Wigry kojarzyły się przede wszystkim z rozwojem. Był tu duży komfort pracy, nie było presji. Mieliśmy bardzo fajną atmosferę, z trenerem i piłkarzami chodziliśmy pograć w teqballa, często się spotykaliśmy… Suche fakty najlepiej podkreślają, dlaczego można żałować Wigier. Pozostaje mi trzymać kciuki, żeby ten klub jak najszybciej wrócił na ten poziom.

Jak długo taki powrót może potrwać?

To ciężkie pytanie. Mamy wiele przypadków klubów, które po takich degradacjach mają problemy z powrotem na poziom centralny. Są potężne marki, które się z tym męczyły. Z drugiej strony podlaska piłka jest na tyle „biedna” jeśli chodzi o możliwości finansowe, że wydostanie się z czwartej ligi nie jest wielkim wyzwaniem. Wiadomo, potem jest trzecia, gdzie są już rezerwy Legii czy Jagiellonii, więc ciężko powiedzieć, ile to zajmie. Nie będzie to jednak łatwe wyzwanie, trzeba dać sobie kilka lat, a nie liczyć na awanse rok po roku. Z drugiej strony: nie ma rzeczy niemożliwych, oby to nastąpiło jak najszybciej.

WIĘCEJ O 1. LIDZE:

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Felietony i blogi

Ekstraklasa

Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Jakub Białek
4
Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Komentarze

8 komentarzy

Loading...