Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Blamaż i co dalej? Klęski reprezentacji Polski i ich następstwa

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

09 czerwca 2022, 18:37 • 23 min czytania 73 komentarzy

Klęska 1:6 z Belgią w Lidze Narodów nie jest rezultatem, obok którego można przejść obojętnie, kwitując go tylko ponurym stwierdzeniem o różnicy klas, albo komplementami na temat belgijskiego systemu szkolenia. Zebraliśmy straszliwe baty – mówimy o jednej z najwyższych porażek w całych dziejach naszej kadry, a już zwłaszcza jednej z najboleśniejszych w ostatnim czasie. Wybraliśmy piętnaście meczów z ostatnich lat, gdy reprezentacja Polski przegrała co najmniej trzema bramkami. Nie tylko po to, by zadręczać was przykrym wspomnieniem boiskowych wydarzeń, ale również dlatego, by przypomnieć następstwa tych wstydliwych wpadek biało-czerwonych.

Blamaż i co dalej? Klęski reprezentacji Polski i ich następstwa

A te często były poważne i daleko idące. Trenerzy po zebraniu tęgiego manta rezygnowali niekiedy z dalszego powoływania poszczególnych zawodników, dokonywali gwałtownych korekt taktycznych, a zdarzało się, że po prostu wylatywali z roboty.

NAJWYŻSZE PORAŻKI REPREZENTACJI POLSKI OD 1992 ROKU

Szwecja 5:0 Polska (selekcjoner: Andrzej Strejlau)

07.05.1992; mecz towarzyski

Na początku lat 90. biało-czerwoni w sumie przyzwyczaili kibiców, że zdarza im się straszliwie przerżnąć spotkania sparingowe, często organizowane przez federację na totalnie wariackich papierach. Można wspomnieć choćby baty zebrane w 1991 roku od Czechosłowacji (0:4), Francji (1:5), a nawet Egiptu (0:4). Co wcale nie oznacza, że fani gładko przełknęli również katastrofalny występ podopiecznych Andrzeja Strejlaua przeciwko Szwecji. Wiosną 1992 roku reprezentacja Polski przyjęła od skandynawskiej ekipy aż pięć sztuk, co stanowiło naprawdę kiepski prognostyk przed zbliżającymi się eliminacjami do mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych. Natomiast Szwedzi naładowali się pozytywną energią, mając w perspektywie występ na Euro 1992, którego byli zresztą gospodarzami.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

“Szansa… Aj Jezus Maria. Opowieść o reprezentacji Andrzeja Strejlaua”

Kompromitująca postawa kadry spotęgowała wątpliwości wokół selekcjonera. Strejlauowi wybaczono wprawdzie zakończone niepowodzeniem eliminacje do mistrzostw Europy, ale trudno było nie zauważyć, że zanosi się też na klapę biało-czerwonych w walce o mundial. Tymczasem niejako równolegle w kadrze olimpijskiej coraz większą furorę robił Janusz Wójcik i już wkrótce na tapecie znalazło się hasło: “zmieniamy szyld i jedziemy dalej”

Szwecja 5:0 Polska (1992)

Sam Strejlau na łamach “Piłki Nożnej” skrytykował swoich podopiecznych za brak ambicji: – Najlepsi zawodnicy polskiej ekstraklasy powinni pomagać klubowym trenerom w stałym podnoszeniu poprzeczki wymagań, a nie jedynie zadowalać się statusem lokalnych, krajowych gwiazdeczek.

Widać było, że trener coraz gorzej radzi sobie z generalnym dziadostwem i brakiem profesjonalizmu w reprezentacji Polski. Janusz Basałaj opowiadał na naszych łamach: – Andrzej był logicznym kontynuatorem po Górskim, po Gmochu – mówi się, że dostał tę kadrę wręcz za późno. Miał mnóstwo obiektywnych przeszkód. Ani go nie rozgrzeszam, ani go nie ganię, ale zmierzył się z bardzo trudnym zadaniem. Przejął reprezentację na zakręcie ustrojowym, gospodarczym, cywilizacyjnym. Na wiele rzeczy Polski nie było stać, w tym na nowoczesny sport. Zawodnicy grający w klubach zagranicznych, przyzwyczajeni do innych standardów, innego świata, przyjeżdżali i spotykali się z szokiem. Począwszy od warunków zgrupowania, przez stroje, po taki ogólny klimat. […] Kadra do Ołomuńca na mecz z Czechosłowacją jechała rozklekotanym autokarem. Świat się zmieniał, a pewne rzeczy w związku trwały na niewzruszonych pozycjach.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

– Tutaj nie nadążaliśmy. Były pierwsze próby zarobienia na sprzedaży praw telewizyjnych, ale to było w powijakach. Wszystko troszkę po partyzancku. Nie mam wprost pretensji do ludzi, którzy tam pracowali, nie potrafili się przestawić, inaczej tym zarządzać, ale reprezentacja to nie tak, że skrzykniemy ludzi, rzucimy im piłkę i koniec. Trzeba stworzyć im warunki do pracy – dodał były dyrektor Departamentu Komunikacji i Mediów PZPN.

Anglia 3:0 Polska (selekcjoner: Andrzej Strejlau)

08.09.1993; eliminacje do mistrzostw świata 1994

Mimo sparingowych wpadek, często zawstydzających, polska kadra eliminacje do mundialu zaczęła co najmniej przyzwoicie. Dość powiedzieć, że wyjazdowy remis 2:2 z Holandią stanowił źródło niedosytu, ponieważ biało-czerwoni po dwudziestu minutach gry prowadzili w Rotterdamie 2:0. Potem nadeszły dość żenujące męczarnie w dwumeczu z San Marino, ale na odtrutkę – kolejny remis, tym razem z Anglią (“aj… Jezus Maria”). Można było odnieść wrażenie, że ekipie Strejlaua w sumie brakuje naprawdę niewiele, by huknąć wreszcie jakiegoś oponenta z górnej półki, złapać wiatr w żagle i osiągnąć coś wielkiego.

Tego rodzaju wrażenia rozwiali Les Ferdinand, Paul Gascoigne i Stuart Pearce. 8 września 1993 roku Polacy polegli bowiem na Wembley 0:3.

Anglia 3:0 Polska (1993)

Był to przedostatni mecz Strejlaua w roli selekcjonera drużyny narodowej. Dwa tygodnie później Polska przegrała 0:1 z rewelacją całych eliminacji, Norwegią, zatem marzenia o awansie na mistrzostwa świata można było odłożyć między bajki. – Mogło się zdarzyć każdemu, lecz na ogół zdarza się jemu – kpił z trenera Paweł Zarzeczny. Nasi pogromcy finalnie też nie pojechali do Stanów Zjednoczonych, zajęli dopiero trzecie miejsce w grupie eliminacyjnej.

Słowacja 4:1 Polska (selekcjoner: Henryk Apostel)

11.10.1995; eliminacje do mistrzostw Europy 1996

Po katastrofalnym finiszu mundialowych eliminacji w przestrzeni publicznej często przypominano o konieczności “zmiany szyldu”, ale wiecznie skonfliktowany z władzami PZPN-u Janusz Wójcik także i tym razem musiał obejść się smakiem – selekcjonerem kadry został więc koniec końców stateczny Henryk Apostel. Nowemu szkoleniowcowi, delikatnie rzecz ujmując, nie udało się okiełznać rozbrykanej ferajny. – Ta kadra była uwielbiana przez piłkarzy. Przyjeżdżałem na zgrupowania różnych selekcjonerów i nie pamiętam takiej sympatii do zgrupowań, do przebywania ze sobą w grupie, do spotykania się. Było to związane z luzem, który wprowadził Apostel. Nie było jakiejś wielkiej dyscypliny, wielkich kar, restrykcji. Oczywiście był regulamin, natomiast regularnie się go łamało, a wszystkie wyskoki były tuszowano. Mówię oczywiście o sprawach pozaboiskowych – opowiadał nam Tomasz Łapiński.

– Apostel miał do tych piłkarzy za dobre serce – ocenił zaś Michał Listkiewicz.

Wesoła ferajna Apostela. Czy mogliśmy pojechać na Euro 1996?

Wyniki kadry za kadencji Apostela mimo wszystko nie były takie zupełnie najgorsze, można zwrócić uwagę choćby na dwa remisy z reprezentacją Francji. Biało-czerwoni summa summarum dość długo utrzymywali się w grze o awans na mistrzostwa Europy. Ale jak już nasze szanse na wyjazd wyraźnie zmalały, doszło do wyjątkowego blamażu. 11 października 1995 roku Polacy przegrali 1:4 ze Słowacją. Tą samą Słowacją, którą w pierwszym spotkaniu ogolili piątką.

Słowacja 4:1 Polska (1995)

Opowiadaliśmy na Weszło: “Nasz występ ze Słowacją to już jedna wielka frustracja, tak jakby nad boiskiem unosił się duch niewykorzystanej szansy. Kosecki zdejmujący koszulkę przed zmianą? Świerczewski ironicznie klaszczący sędziemu po krzywdzącej Polaków decyzji? Dwie tak niecodzienne czerwone kartki w jednym meczu nie są przypadkiem. “Świr” wspomina: – Romek w formie protestu, że jest zmieniany, zdjął koszulkę i położył ją za linię. Za to dostał żółtą kartę, a że miał już jedną wcześniej, to zobaczył czerwoną. Ja dostałem za to, że stałem w murze i klaskałem. Z dziewięciu metrów zrobiło się dwanaście, zacząłem się arbitrowi kłaniać, bić mu brawo za decyzje, a on za moją ironię dał mi dwie żółte kartki”.

Kosecki tak tłumaczył swoje kontrowersyjne zachowanie: – Zdjąłem koszulkę, pocałowałem orzełka, położyłem ją z boku za linią i zszedłem do szatni. Wiedząc, że to już mój ostatni mecz w reprezentacji. Widziałem, co się dzieje w zespole, panowała ogólna frustracja. Złe eliminacje, byliśmy zależni od wyniku innego meczu i wiedzieliśmy, że Francuzi wygrywają z Rumunami. Ogólnie – jedno wielkie niezadowolenie.

Te bęcki od Słowaków to jeden z symboli całej dekady dla reprezentacji Polski.

Polska 0:5 Japonia (selekcjoner: Władysław Stachurski)

19.02.1996; mecz towarzyski w Hongkongu

Opowiadaliśmy na Weszło: “Wydawało się właściwie pewne, że Antoni Piechniczek rzuci się kadrze na ratunek i obejmie ją po Apostelu. Jednak trener finalnie odmówił prezesowi Marianowi Dziurowiczowi. Przyjął dyrektorską posadę w PZPN, a selekcjonerem został (za jego aprobatą) Władysław Stachurski.

Kuriozalna to była kadencja. Były szkoleniowiec Legii Warszawa i Widzewa Łódź zaczął od towarzyskiej kompromitacji w starciu z Japonią. Biało-czerwoni polecieli na sparing do Hongkongu w dość eksperymentalnym składzie i przerżnęli tam aż 0:5. Opinia publiczna nie pozostawiła na nowo mianowanym trenerze suchej nitki, choć, umówmy się, można sobie wyobrazić rozsądniej zaplanowany debiut niż towarzyskie starcie z Japonią w Hongkongu (sic!). Na dodatek w terminie, który wykluczał powołanie wielu istotnych zawodników. Potem ekipa Stachurskiego przegrała też z silną Chorwacją, a następnie zremisowała ze Słowenią oraz Białorusią.

Polska 0:5 Japonia (1996)

Za jedyny sukces Stachurskiego na stanowisku selekcjonera drużyny narodowej należy uznać pokonanie 1:0 reprezentacji ligi hongkońskiej. Trener został zdymisjonowany, zanim prowadzony przezeń zespół rozegrał choćby jedno spotkanie o stawkę. Co więcej mówi o ówczesnym PZPN-ie, niż o samym Stachurskim.

Włochy 3:0 Polska (selekcjoner: Antoni Piechniczek)

30.04.1997; eliminacje do mistrzostw świata 1998

Długo wyczekiwany powrót Piechniczka na selekcjonerski stołek nastąpił ostatecznie wiosną 1996 roku, na krótko przed startem kolejnej kampanii eliminacyjnej. Bohater mistrzostw świata z Hiszpanii szybko popadł w konflikt z kilkoma istotnymi kadrowiczami, znalazł się również w centrum dość ostrej medialnej wojenki. Generalnie – drużyna narodowa po jego powrocie szybko przeobraziła się w oblężoną twierdzę. Aczkolwiek biało-czerwoni rywalizację o wyjazd na mundial do Francji rozpoczęli od naprawdę obiecującego, choć przegranego starcia z Anglią. Potem wymęczyli zwycięstwo z Mołdawią i po wyrównanym meczu zremisowali z Włochami. W czwartej serii spotkań czekała zaś podopiecznych Piechniczka wyjazdowa konfrontacja ze Squadra Azzurra.

Klasyczny mecz z kategorii – wóz albo przewóz. Zwycięstwo mogło popchnąć Polaków w kierunku długo wyczekiwanego sukcesu i definitywnie zamknąć usta krytykom selekcjonera. No ale Włosi zatriumfowali 3:0 i dobitnie wskazali Polsce jej miejsce w szeregu.

Włochy 3:0 Polska (1997)

W maju 1997 roku reprezentacja Polski osunęła się na 57. miejsce w rankingu FIFA. Rozgoryczony Piechniczek totalnie rozwalcował zespół po batach od Włochów. – Był to mecz bardzo trudny z przeciwnikiem zdecydowanie lepszym we wszystkich arkanach – orzekł. – Można ustalać nawet najbardziej genialną taktykę, opracowaną w detalach. Jeśli jednak przeciwnik jest lepszy piłkarsko i fizycznie, to możemy grać tylko to, co potrafimy – przeszkadzać. Nie chcę tutaj wymieniać całej litanii błędów. Byliśmy tłem dla Włochów. Jeśli wyciągniemy wnioski, to może uda nam się nawiązać walkę z Anglikami – grzmiał dalej „Piechnik”. – Odpowiadam za zwycięstwa, odpowiadam za porażki. Czuję się współwinnym tego wyniku. […] Ale trzeba też powiedzieć, że wielu piłkarzy, na których liczymy, mamy w bardzo słabej formie. I zgrupowania tej formy nie zbudują. Jeśli ktoś ma formę złamaną, to jej nie odzyska na kadrze.

„Piechniczek na Księżyc!”, czyli historia nieudanego powrotu

Cóż, atmosfera wokół drużyny stała się nieznośnie toksyczna. Po porażce z Włochami dni Piechniczka były policzone.

Gruzja 3:0 Polska (selekcjoner: Janusz Wójcik)

11.10.1997; eliminacje do mistrzostw świata 1998

Przywoływany tu już wielokrotnie Janusz Wójcik musiał się porządnie naczekać, zanim działacze federacji – niewykluczone, że pod naciskiem polityków, z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele – zaoferowali mu wreszcie stanowisko trenera pierwszej reprezentacji. PZPN dał tym samym kolejny dowód na prawdziwość teorii, że w Polsce selekcjonerów mianuje się prawie zawsze w niewłaściwym momencie. Czyli na ogół – za późno. O ile kilka lat wcześniej “Wujo” faktycznie był naturalnym kandydatem do przejęcia sterów w kadrze, tak w końcówce lat 90. znajdował się on już ewidentnie na fali opadającej.

– To już nie było to samo, nie ten czas – mówił ostatnio Marek Koźmiński w “Hejt Parku”.

Srebrny medalista olimpijski z Barcelony już w czwartym meczu został sprowadzony do parteru. Jego podopieczni na zakończenie dawno przegranych eliminacji do mistrzostw świata we Francji polegli z naprawdę niebezpieczną wówczas Gruzją 0:3. Magia “Wójta” ewidentnie nie zadziałała.

Gruzja 3:0 Polska (1997)

– Mógłbym się wykręcić. Powiedzieć, że nie za bardzo pamiętam spotkania w Tbilisi, w końcu tyle meczów w życiu się grało. Ale nie będę ściemniał. Pamiętam i trochę kłuje mnie w dołku nawet dzisiaj. Nie wolno tak przegrywać. Obciach i tyle – wspominał Tomasz Iwan w rozmowie z Przeglądem Sportowym – Fruwaliśmy, a oni ściągnęli nas na ziemię. Zderzenie bolało jak diabli. Byliśmy bardzo pewni siebie. Nie docierało do nas, że Gruzini to nie są kelnerzy. Łatwo poszło z Mołdawią, więc tak samo miało pójść w Tbilisi. Logiki w tym nie było za grosz, no ale właśnie tak chyba każdy z nas myślał. Pewnie trener Wójcik rzucił nam w szatni jedno ze swoich kultowych haseł i takie paliwo miało wystarczyć. Może i powinno, ale tak się nie stało. Nie tym razem.

Cóż, najwyraźniej czym innym było podkręcanie motywacji u chłopaczków z kadry olimpijskiej, a czym innym przygotowywanie do meczu ukształtowanych piłkarzy, doświadczonych kadrowiczów. Wójcik z siedemnastu pierwszych meczów na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski wygrał aż dwanaście, ale czas pokazał, że beznadziejny występ w Tbilisi nie był po prostu potknięciem, wypadkiem przy pracy. To był zwiastun kłopotów.

Hiszpania 3:0 Polska (selekcjoner: Jerzy Engel)

26.01.2000; mecz towarzyski

Bałagan pozostawiony w kadrze przez Wójcika przyszło posprzątać Jerzemu Engelowi, którego zresztą sam “Wujo” szczerze nienawidził i całymi latami zajadle atakował, doklejając doń przydomek “handlarza cytrusów”. Pod wieloma względami mieliśmy więc do czynienia ze zmianą o 180 stopni, ostatecznie Engel miał zupełnie inny wizerunek niż Wójcik. Aczkolwiek dało się zauważyć, że obaj – na swój sposób – dążą do długo wyczekiwanego sprofesjonalizowania reprezentacji Polski. “Wójt” dbał na przykład, by piłkarze podczas zgrupowań nie musieli się dłużej martwić o to, że w ich hotelowym pokoju rezydują szczury czy karaluchy. Natomiast kadencja Engela nie rozpoczęła się od zwyczajowej, egzotycznej wyprawy do Ameryki Południowej lub Azji, tylko od serii mniej lub bardziej wartościowych sparingów w Europie. Biało-czerwoni przed startem eliminacji do mundialu zmierzyli się z Hiszpanią, Francją, Węgrami, Finlandią i Rumunią.

Były to trudne mecze. Kadra Engela nie wygrała żadnego z nich, dziennikarze złośliwie wyliczali selekcjonerowi liczbę minut bez strzelonego gola. Ten trzymał się jednak swoich założeń taktycznych, mimo że już na starcie kadencji przyjął trzy sztuki od rozpędzonych Hiszpanów.

Hiszpania 3:0 Polska (2000)

– To był przedziwny mecz – opowiadał Engel na łamach Sportowych Faktów. – Debiutowałem selekcją krajową. Nikt nie zwolnił piłkarzy z zagranicy, bo nie był to oficjalny termin. W związku z tym mogłem mieć tylko selekcję krajową. Do tego mecz odbywał się w połowie stycznia, gdy w Polsce się w piłkę nie gra, a Hiszpanie są w środku sezonu. Przegraliśmy 0:3, ale uważam, że tamten wynik, z tą drużyną którą miałem to był naprawdę niezły wynik biorąc pod uwagę fakt, że myśmy dopiero zaczynali przygotowania zimowe, a Hiszpanie byli w środku sezonu. Mam wielki szacunek do całej drużyny, która wówczas zagrała.

Snajper Olisadebe, genialna interwencja Kłosa. 22 lata od zwycięstwa 3:1 z Ukrainą w Kijowie

Jeśli można mówić o przypadku, gdy niepowodzenie – a w zasadzie kolejne niepowodzenia – zaprocentowały w przyszłości, to chyba właśnie tutaj. Engel zaczął słabiutko, fakt, ale trochę niepostrzeżenie ulepił zespół gotowy do eksplozji w meczach o punkty. – Zazwyczaj na odprawach trenerzy krzyczeli do nas, że jesteśmy lepsi albo że musimy ich rozpieprzyć. A tu zupełnie inny poziom. Cisza, spokój. Pełne kompetencje. Engel po prostu wykładał każdemu jego zadania boiskowe i dzięki nowoczesnemu podejściu dawał swoim piłkarzom kompleksowy materiał dotyczący rywala. Merytorycznie zrobiliśmy ogromy krok naprzód. Znaliśmy wszystkie słabe i mocne strony przeciwników – wspominał Radosław Kałużny w swojej autobiografii.

Sam selekcjoner przyznaje, że pierwsze miesiące pracy z reprezentacją pozwoliły mu zrozumieć, co będzie miało kluczowe znaczenie w walce o awans na mundial. – Selekcja. Oraz stworzenie klimatu zespołu, żeby piłkarze szanowali się wzajemnie, umieli poświęcić dla kadry. To są najtrudniejsze kwestie. Wszystkie sprawy taktyczne, wyjście zespołu na plac – to są sprawy techniczne. Każdy trener ma przed meczem plan, wie jak wygrać mecz, natomiast stworzenie odpowiedniego klimatu i przekonanie zawodników do tego planu, wzbudzenie dodatkowych pokładów poświęcenia – to sztuka.

Portugalia 4:0 Polska (selekcjoner: Jerzy Engel)

10.06.2002; faza grupowa mistrzostw świata 2002

Naiwność kibica jest chorobą nieuleczalną. Po porażce 0:2 z Koreą Południową w pierwszym występie na mistrzostwach świata było już raczej pewne, że buńczuczne opowieści selekcjonera i kadrowiczów o złotym medalu należy czym prędzej wyrzucić do śmietnika. Ale z drugiej strony, fani reprezentacji Polski byli tak stęsknieni turniejowych emocji po szesnastu latach nieobecności biało-czerwonych na wielkich imprezach, że gdzieś tam tliła się w nich jeszcze nadzieja, iż zespół podźwignie się z kolan i odkuje w konfrontacji z Portugalią. Pauleta szybko wybił jednak Polakom z głowy resztki optymizmu.

Oczywiście dwie dekady temu futbol wyglądał trochę inaczej, dyscyplina taktyczna w grze obronnej nie stała na tak wysokim poziomie, jak to jest obecnie. Podopieczni Jerzego Engela skompromitowali się jednak w defensywie nawet jak na ówczesne standardy.

Portugalia 4:0 Polska (2002)

Engel do dziś wspomina sytuację z nieuznanym golem Pawła Kryszałowicza i zapewnia, że gdyby wtedy arbiter podjął właściwą decyzję, historia światowego futbolu potoczyłaby się zupełnie inaczej. Ale to kompletne bajdurzenie, bo Polacy byli od Portugalczyków gorsi nie o klasę, tylko o pięć klas. Przepaść. – Drugi mecz, mimo najwyższej porażki 0:4, był dobrym meczem. Ja lubię ten mecz – upiera się jednak były selekcjoner. Trudno powiedzieć, może to kwestia sentymentu. Ostatecznie mówimy o przedostatnim spotkaniu Engela na ławce trenerskiej kadry. Klęska na mundialu go pogrążyła.

“Zlekceważyliśmy Koreańczyków. Nie byliśmy przygotowani, by podjąć walkę”

– Pyzaty niuniuś idzie na dno – skwitował złośliwie Wójcik.

Szwecja 3:0 Polska (selekcjoner: Paweł Janas)

11.06.2003; eliminacje do mistrzostw Europy 2004

Z dzisiejszej perspektywy można się oczywiście zastanawiać, czy rozstanie z Engelem było rozsądnym posunięciem PZPN-u. Wtedy trudno było o inną decyzję, kadra stała się bowiem obiektem drwin, a sam selekcjoner stracił społeczne zaufanie, więc pozostawienie go na stanowisku byłoby ruchem skrajnie niepopularnym. Aczkolwiek opinia publiczna, niepotrzebne nakręcona przez samych kadrowiczów, nie potrafiła chyba właściwie ocenić realnych możliwości biało-czerwonych. Prawda jest taka, że sam awans na mistrzostwa świata po latach eliminacyjnych wpadek był dla nas sukcesem. Zresztą zatęsknić za Engelem można było dość szybko, ponieważ jego następca, Zbigniew Boniek, kompletnie zawalił początek rywalizacji o wyjazd na Euro 2004, po czym zmył się z kadry z powodów osobistych.

Wówczas do akcji wkroczył Paweł Janas. Byłemu szkoleniowcowi Legii Warszawa nie udało się jednak wyratować kadry z opresji. Między innymi z uwagi na sromotnie przegrany dwumecz z reprezentacją Szwecji. W pierwszym spotkaniu nieznośni Skandynawowie ogolili nas aż 3:0.

Szwecja 3:0 Polska (2003)

Janas był jeszcze na etapie uczenia się kadry i to widać po jedenastce, jaką oddelegował na boisko w Solnej. Znalazło się w niej miejsce dla Artura Wichniarka, Tomasza Dawidowskiego, Tomasza Zdebela czy Macieja Stolarczyka. Żaden z nich nie odegrał pierwszoplanowej roli później, w eliminacjach do mundialu.

Tak czy owak, media zmasakrowały reprezentację Polski. – Żaden z piłkarzy występujących w środowy wieczór na Rasundzie nie pokazał nic, co można byłoby zaliczyć do plusów. Po raz kolejny skompromitował się Dudek, obrońcy nie radzili sobie z atakami gospodarzy, pomocnicy podawali niecelnie i do tyłu, a napastnicy… to znaczy napastnik musiał się wracać po piłki do linii pomocy. […] Zgromadzeni na Rasundzie kibice pożegnali reprezentację ironicznym: “dziękujemy, dziękujemy”. Tak, tak. Takiej reprezentacji, już dziękujemy – pisała “Gazeta Wyborcza”.

Polska 1:5 Dania (selekcjoner: Paweł Janas)

18.08.2004; mecz towarzyski

Ależ to był lodowaty prysznic. Podopieczni Pawła Janasa po nieudanym pościgu za reprezentacją Łotwy w eliminacjach do mistrzostw Europy zanotowali kilka naprawdę obiecujących występów w sparingach, żeby wspomnieć triumf nad Włochami, Serbią i Czarnogórą czy Grecją. Jednak im bardziej zbliżał się początek batalii o wyjazd na mundial do Niemiec, tym gorzej wyglądała gra biało-czerwonych. Szczytem wszystkiego był występ w próbie generalnej przed startem kolejnej kampanii eliminacyjnej. 18 sierpnia 2004 roku Polacy przerżnęli 1:5 z reprezentacją Danii.

Przyszłość Janasa na selekcjonerskim stołku stanęła pod olbrzymim znakiem zapytania.

Polska 1:5 Dania (2004)

Jesienią “Janosik” obronił się wynikami w meczach o punkty. Kadra wygrała aż trzy spotkania, potknęła się tylko w starciu z Anglikami, co było niejako wliczone w koszta. Gdyby jednak nie udało się nam otworzyć eliminacji wyjazdowym zwycięstwem z Irlandią Północną, byłoby cholernie gorąco.

Janas mógł w ekspresowym tempie roztrwonić całe zaufanie, jakie wcześniej mozolnie zgromadził.

Słowenia 3:0 Polska (selekcjoner: Leo Beenhakker)

09.09.2009; eliminacje do mistrzostw świata 2010

Nieudany występ na mistrzostwach Europy. Nieustanne burze medialne i konflikty z działaczami federacji. Gasnące zaangażowanie, zauważalna frustracja. Porażki w eliminacyjnych meczach ze Słowacją i Irlandią Północną. Fatalne błędy Artura Boruca, katastrofalna postawa całej defensywy. A na koniec TEN mecz, do dziś wybrzmiewający w pamięci kibiców reprezentacji Polski niczym marsz żałobny. 9 września 2009 roku, 0:3 ze Słowenią w Mariborze.

Żałosny koniec Leo Beenhakkera w roli selekcjonera polskiej kadry.

Słowenia 3:0 Polska (2009)

Czy powstrzymamy się przed zacytowaniem mowy pogrzebowej, jaką wygłosił wówczas Dariusz Szpakowski? Oczywiście, że nie.

– Całe nieszczęście zaczęło się w momencie, kiedy nie wpisano w klauzulę przedłużenia umowy z Leo Beenhakkerem jednego zastrzeżenia – jeśli nie wyjdziecie z grupy, tego pan nam nie zagwarantuje, kończymy kontrakt – smęcił komentator Telewizji Polskiej. – Takiej klauzuli nie było i Leo Beenhakker kontynuował związek, który się już chyba wypalił, gdzieś to małżeństwo trwało nie z rozsądku, a z musu. Im gorzej, im dłużej tym gorzej.

Lato, Leo, monolog Szpakowskiego i 0:3. Tragifarsa z Mariboru

– Zaczęliśmy od remisu ze Słowenią, grając bojaźliwie, w dodatku jednym napastnikiem – kontynuował “Szpak”. – Pojechaliśmy do San Marino i kto wie Andrzej co by było, gdyby Fabiański nie obronił rzutu karnego. W marnym stylu wygraliśmy pierwsze wyjazdowe spotkanie. […] Potem nastąpiło przebudzenie i przywrócenie nam wiary po ładnym meczu, ale ze słabo grającymi Czechami. Troszkę była to zasłona dymna, wierzyliśmy, że można. Później fatalne błędy Boruca w wygranym meczu w Bratysławie sprawiły, że szansa awansu oddaliła się, a kiedy Boruc wpuścił piłkę, fatalnie interweniując gdzieś stremowany występem w Belfaście, te nasze szanse na awans zmalały do minimum. Nie chciałem żeby tak było, choć nie wierzyłem, że coś się zmieni. Zespół się nie przebudził, nie było zespołu. Nie było woli walki, dynamiki, szybkości, nie było drużyny takiej, jaką pamiętamy z eliminacji mistrzostw Europy. […] W Mariborze, po krajobrazie trudno powiedzieć że po bitwie – po bezradności, nicości żegnają państwa Andrzej Juskowiak i Dariusz Szpakowski.

Jak gdyby mało było powodów do zgryzot, durnia zrobił z siebie Grzegorz Lato. Ówczesny prezes PZPN-u w pomeczowej rozmówce z dziennikarzami… wypieprzył Beenhakkera z pracy. Oczywiście samego Holendra o tym nie poinformował. Szkoleniowiec w rewanżu zarzucił Lacie działanie pod wpływem emocji i alkoholu.

Co za czasy.

Hiszpania 6:0 Polska (selekcjoner: Franciszek Smuda)

08.06.2010; mecz towarzyski

Jaka retoryka towarzyszyła mianowaniu Franciszka Smudy na selekcjonera reprezentacji Polski? Mniej więcej taka – Franz jest jaki jest, czasem pomyli Rosję ze Związkiem Radzieckim, innym razem śmiesznie przekręci jakieś staropolskie powiedzonko, ale jednego odmówić mu nie można – odwagi. Bo kto jak kto, ale akurat Smuda nie pęka przed teoretycznie mocniejszymi oponentami. Nie boi się zagrać w otwarte karty z rywalem znacznie potężniejszym na papierze.

Okazję do potwierdzenia tego rodzaju opinii selekcjoner otrzymał w czerwcu 2010 roku, gdy jego podopieczni zmierzyli się z reprezentacją Hiszpanii. Znajdującą się u szczytu potęgi, naszpikowaną gwiazdami, szlifującą akurat formę przed mistrzostwami świata w Republice Południowej Afryki. I rzeczywiście, biało-czerwoni zaczęli spotkanie z ekipą z Półwyspu Iberyjskiego dość odważnie, na dwóch napastników. Nie było mowy o głębokiej defensywie, murowaniu dostępu do własnej bramki. Problem w tym, że za odważnym ustawieniem nie poszły żadne konkrety. W efekcie Hiszpania stłukła ekipę Smudy na kwaśne jabłko. Tamtego dnia kibice polskiej kadry mogli się poczuć tak, jak zazwyczaj czują się sympatycy reprezentacji San Marino, Wysp Owczych czy Malty.

Hiszpania 6:0 Polska (2010)

Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniły scenki pomeczowe. Polacy za wszelką cenę usiłowali wyłudzić od Hiszpanów jak najwięcej pamiątkowych koszulek. Brylował w tym Artur Sobiech, który już przed meczem opowiadał, że jest wielkim miłośnikiem hiszpańskiego futbolu. – To oczywiście wcale nie znaczy, że 8 czerwca będę miał jakieś sentymenty – uspokajał. – Jeśli tylko dostanę szansę występu w Murcji, żadnej taryfy ulgowej dla Hiszpanii nie będzie. Nawet wobec mojego ulubionego hiszpańskiego piłkarza, Fernando Torresa. Zresztą tam jest cała plejada świetnych zawodników.

No i trochę tak to wyglądało. Starcie profesjonalnego zespołu z grupą piłkarzy-hobbystów, którzy szansę występu w Murcji wygrali w chipsach. Żarty jednak żartami, lecz nie ma co ukrywać, że ten blamaż odcisnął piętno na psychice selekcjonera. Franciszek Smuda porzucił marzenia o hurra-ofensywnym futbolu. Choć bezpośrednio po meczu przekonywał, że doskonale przygotowani Hiszpanie zagrali na haju, a jego zespół odczuwał jeszcze trudy gry na grząskim boisku w Serbii.

Takie tam banialuki. Czar Franza definitywnie prysł.

Dania 4:0 Polska (selekcjoner: Adam Nawałka)

01.09.2017; eliminacje do mistrzostw świata 2018

To były dziwne eliminacje. Niby wynikowo wszystko się zgadzało, może poza nie najlepszym startem w meczu z Kazachstanem. Wygraliśmy dwukrotnie z Rumunią, pokonaliśmy też Czarnogórę i Armenię, wreszcie zgarnęliśmy trzy punkty po zwycięstwie 3:2 z Danią. Żyć nie umierać. Ale prawie w każdym z wymienionych spotkań podopieczni Adama Nawałki mieli jakieś kłopoty. Raz większe, czasem mniejsze, ale notorycznie coś w ekipie biało-czerwonych zgrzytało. Aż w końcu doszło do bardzo poważnej awarii – 1 września 2007 roku reprezentacja Danii zmasakrowała Polaków aż 4:0.

Nie było czego zbierać.

“Ostatni raz tak niskie noty po meczu reprezentacji przyznawaliśmy sto lat temu, w czasach ciemnych, kiedy Adam Nawałka trenował jeszcze zespół w Ekstraklasie. Niestety, dziś wpakowaliśmy się do wehikułu czasu i zobaczyliśmy kadrę jak za Smudy czy Fornalika. Pewnie stało się to pierwszy i ostatni raz w tych eliminacjach, ale, cholera, boli” – pisaliśmy w jednym z pomeczowych podsumowań.

Dania 4:0 Polska (2017)

O dziwo, to co najgorsze nie wydarzyło się na boisku, lecz podczas pomeczowej konferencji prasowej. – Polska jest bardzo dobra w obronie. Lubi zmuszać rywala do gry jedną stroną boiska. Następnie odbiera piłkę i wyprowadza kontry. Dlatego dzisiaj postanowiliśmy wypowiedzieć Polakom wojnę w powietrzu. Graliśmy długie piłki, chcieliśmy wygrywać wszystkie tego rodzaju sytuacje. Chcieliśmy, by to była bitwa, by na boisku zapanował chaos. Widzieliśmy Polskę w meczu z Czarnogórą i zauważyliśmy, że nie radzi sobie w takich sytuacjach. Polska lubi kontrolować defensywny aspekt meczu, a my zdołaliśmy pozbawić ją tego atutu – podsumował selekcjoner duńskiej ekipy, Age Hareide. Potrzebował pół minuty, by scharakteryzować taktycznie polski zespół. Już przed spotkaniem zapowiadał, że biało-czerwoni może i dotarli do ćwierćfinału mistrzostw Europy, ale pozostają ekipą łatwą do rozpracowania. No i nie rzucał słów na wiatr.

Dla Nawałki to było jak cios obuchem w głowę. Reprezentacja Polski z drużyny ustabilizowanej przekształciła się wkrótce w poligon doświadczalny, a przygotowania do mistrzostw świata w Rosji upłynęły pod znakiem taktycznych eksperymentów z grą na trzech stoperów i wahadła.

Skutki były opłakane.

Polska 0:3 Kolumbia (selekcjoner: Adam Nawałka)

24.06.2018; faza grupowa mistrzostw świata 2018

O ile po pierwszym meczu mundialu w Rosji mogliśmy się jeszcze łudzić, że biało-czerwoni mają szanse na wyjście z grupy, tak drugie spotkanie rozwiało wszelkie wątpliwości. W grze podopiecznych Nawałki nie zgadzało się już nic. Kolumbijczycy bezlitośnie wypunktowali polską ekipę.

– Nic w tej katastrofie nie było pięknego, nie ma też nic, co mogłoby zmniejszyć gorycz porażki. No, może poza tym, że była to katastrofa od pewnego momentu łatwa do przewidzenia, a więc jeśli ktoś chciał zarobić trochę pieniędzy u bukmachera – zarobił – pisał Krzysztof Stanowski w pomeczowym felietonie. – Nie spodziewałem się, że mecze przegrywać będziemy w takim stylu i że zapamiętani zostaniemy jako jedna z najgorszych drużyn mundialu. Uważałem, że z Senegalem przegramy, ponieważ Senegal ma wielu niezłych piłkarzy i że tym bardziej z tego powodu przegramy z Kolumbią. Ale po walce. Tymczasem robiliśmy za statyczne tło. Mówiąc krótko – skompromitowaliśmy się. Tę zbliżającą się katastrofę było widać, zwłaszcza że selekcjoner lekceważył wszystkie sygnały ostrzegawcze. Przewidywalny i konsekwentny wcześniej Nawałka nagle przeobraził się w króla chaosu. Pogrążył w tym chaosie siebie i drużynę.

Polska 0:3 Kolumbia (2018)

Co tu kryć, kadra Nawałki swego czasu dostarczyła kibicom mnóstwa frajdy, ale upadek tej ekipy był naprawdę bolesny i przyky. Choć dziś już wiemy, że prezes Zbigniew Boniek widział w selekcjonerze odpowiedniego człowieka, by dalej pociągnąć ten wózek. Ochoty na to nie miał jednak sam Nawałka. Mający zapewne świadomość, że brak mu świeżego i optymalnego pomysłu na reprezentację, czego dowiodły zresztą najlepiej taktyczne kombinacje sprzed rosyjskiego turnieju.

Belgia 6:1 Polska (selekcjoner: Czesław Michniewicz)

08.06.2022; mecz grupowy Dywizji A w ramach Ligi Narodów

No i wreszcie – najświeższa, jeszcze niezabliźniona rana. Wprawdzie Polacy zdołali wyjść na prowadzenie w wyjazdowym starciu z Belgią, wprawdzie do pewnego momentu gra układa im się przyzwoicie, ale koniec końców zostali zmasakrowani. Zdemolowani. Zdeklasowani.

Belgia 6:1 Polska (2022)

Jakie będą następstwa tej kompromitacji? Na razie – trudno powiedzieć, aczkolwiek coś zdecydowanie musi się zmienić. Czesław Michniewicz musi wyciągnąć te mityczne wnioski zarówno w obszarze selekcji, jak i taktyki. No i przede wszystkim musi zadbać, by tego rodzaju blamaż już nigdy się powtórzył.

Tymczasem przed biało-czerwonymi kolejne niełatwe spotkania w Lidze Narodów.

POZOSTAŁE WYSOKIE PORAŻKI REPREZENTACJI POLSKI W LATACH 1992-2022

Jak wspominaliśmy na początku, niektórym spotkaniom nie poświęciliśmy wiele uwagi, ponieważ nie miały one tak znaczących konsekwencji dla reprezentacji Polski, jak mecze wyliczone przez nas powyżej. Dla porządku wypada jednak wymienić pozostałe dotkliwe klęski z omawianego okresu:

  • Polska 0:3 Norwegia (13.10.1993; el. MŚ / selekcjoner: Lesław Ćmikiewicz)
  • Paragwaj 4:0 Polska (08.02.1998; mecz towarzyski / selekcjoner: Janusz Wójcik)
  • Chorwacja 4:1 Polska (22.04.1998; mecz towarzyski / selekcjoner: Janusz Wójcik)
  • Białoruś 4:1 Polska (05.09.2001; el. MŚ / selekcjoner: Jerzy Engel)
  • Polska 0:3 Kamerun (11.08.2010; mecz towarzyski / selekcjoner: Franciszek Smuda)
  • Polska 0:3 USA (26.03.2008; mecz towarzyski / selekcjoner: Leo Beenhakker)

Sporo tu meczów towarzyskich, choć załapały się też dwa spotkania o punkty. O laniu zebranym od Białorusi w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii nie ma co zbyt wiele opowiadać – podopieczni Jerzego Engela mieli już zapewniony awans na turniej i nie podeszli do starcia z Białorusinami z należytą koncentracją. Do odwrotnej sytuacji doszło natomiast w 1993 roku. Wówczas biało-czerwoni marzenia o wyjeździe na mundial mogli już odłożyć między bajki. Z drużyny kompletnie uszło powietrze, no i w efekcie Norwegowie zrobili z ekipy Lesława Ćmikiewicza marmoladę. Dla dotychczasowego asystenta Andrzeja Strejlaua był to debiut w roli pierwszego trenera kadry, a mimo to i tak po końcowym gwizdku podał się on do dymisji. Rezygnacja nie została jednak przyjęta. Reprezentacja dokończyła kampanię eliminacyjną pod wodzą Ćmikiewicza, przegrywając jeszcze na dokładkę z Turcją oraz Holandią.

NAJWYŻSZE PORAŻKI REPREZENTACJI POLSKI W HISTORII

Na zakończenie zerknijmy, na którym miejscu w rankingu największych oklepów wszech czasów plasuje się klęska z Belgią:

  • 0:8 – Dania – 26.06.1948; mecz towarzyski
  • 0:6 – Węgry – 27.05.1951; mecz towarzyski
  • 0:6 – Hiszpania – 08.06.2010; mecz towarzyski
  • 1:7 – Jugosławia – 19.10.1947; mecz towarzyski
  • 1:7 – ZSRR – 19.05.1960; mecz towarzyski
  • 2:8 – Węgry – 10.05.1949; mecz towarzyski
  • 3:9 – Jugosławia – 06.09.1936; mecz towarzyski
  • 0:5 – Węgry – 26.05.1924; igrzyska olimpijskie
  • 0:5 – Meksyk – 05.02.1985; mecz towarzyski
  • 0:5 – Szwecja – 07.05.1992; mecz towarzyski
  • 0:5 – Japonia – 19.02.1996; mecz towarzyski
  • 1:6 – Włochy – 01.11.1965; el. MŚ 1966
  • 1:6 – Belgia – 08.06.2022; Liga Narodów

Całkiem wysoka pozycja w rankingu wstydu. Niestety.

CZYTAJ WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI:

fot. NewsPix.pl

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

73 komentarzy

Loading...