W tym mieście jest więcej stadionów niż autobusów. Zorganizowało mundial

Jakub Białek

17 czerwca 2026, 10:45 • 5 min czytania 11

Reklama
W tym mieście jest więcej stadionów niż autobusów. Zorganizowało mundial

Czy można zorganizować mundial w mieście, w którym nie ma… żadnej komunikacji miejskiej? W Arlington, gdzie odbędzie się dziewięć meczów turnieju, w tym rozegrane już starcie Japonii z Holandią, przeżyłem większy szok kulturowy niż przez kilka dni mojej obecności w Meksyku. Nie zobaczyłem w tym mieście żadnego tramwaju, żadnego metra, żadnej kolejki miejskiej i żadnego przystanku. Zobaczyłem typową Amerykę. I autokary, ale tylko dlatego, że na dni meczowe podstawiły je lokalne władze, by umożliwić kibicom dojazd na mecz.   

Reklama

Arlington to miasto położone pomiędzy Dallas i Fort Worth. Na jego terenie położony jest stadion AT&T, choć na czas mundialu – żeby brzmiało bardziej światowo – nazwano go „Stadionem Dallas”. Według danych z 2025 roku, Arlington liczy ponad 402 tysiące mieszkańców. To największe miasto w Stanach Zjednoczonych – a może i nawet na świecie? – bez jakiejkolwiek komunikacji miejskiej. Wyobrażacie sobie życie w Białymstoku, Szczecinie, Lublinie czy Katowicach bez dostępu do autobusów i tramwajów?

Mundial w mieście bez komunikacji miejskiej

Miasto wygląda jak typowa Ameryka. Każdy budynek posiada parking na kilkanaście miejsc. Jeśli ktoś spaceruje po chodniku, to albo reprezentant nizin społecznych, albo turysta z Europy bądź Azji. Bez samochodu ani rusz. Spotkanie człowieka na mieście, który przechadza się w innym celu niż z auta bądź do auta, graniczy z cudem.

Mieszkańcy nie traktują braku transportu publicznego jako problemu. To nie jest historia o mieście, które zostało zapomniane przez władze federalne albo którego nie stać na budowę sieci autobusów. W powojennej Ameryce obserwowano prawdziwy boom samochodowy. Kraj ten budował swoje miasta zakładając, że każdy będzie posiadał własny samochód. Ludzie osiedlali się na przedmieściach w przekonaniu, że wszędzie dojadą autem. I właśnie w takim duchu rozwijało się Arlington. Ludzie przyzwyczaili się do dojazdów samochodami do tego stopnia, że… konsekwentnie odrzucali wszelkie pomysły stworzenia transportu publicznego.

A takie padały w referendach w latach 1980, 1995 i 2002. Za każdym razem jednak ludzie głosowali na „nie”,  w większości sądząc, że inwestycja pochłonie zbyt duże środki i lepiej przeznaczyć pieniądze na inne cele. Niektórzy obawiali się też wzrostu przestępczości lub napływu niepożądanych mieszkańców z innych części metropolii. Trudno ocenić, na ile były to realne obawy, a na ile polityczne hasła. Faktem jest jednak, że Arlington pozostało komunikacyjną pustynią.

Reklama

W 2013 roku uruchomiono na próbę pojedynczą linię autobusową łączącą trzy kluczowe punkty – centrum, uniwersytet oraz stację kolejową przy lotnisku. Projekt miał pokazać mieszkańcom, że transport publiczny może działać, tymczasem okazał się wielką klapą. W pierwszym roku autobus przewoził zaledwie 175 osób dziennie, a po czterech latach linię zamknięto ze względu na zbyt niskie zainteresowanie.

Historia Arlington jest w pewnym sensie historią całych Stanów Zjednoczonych. Według analiz organizacji Transport for America, amerykańskie miasta dysponują średnio około 27 pojazdami transportu publicznego na 100 tysięcy mieszkańców. W światowych metropoliach uznawanych za wzór komunikacji wskaźnik wynosi około 130 pojazdów na 100 tysięcy osób. To przepaść dla każdego przyzwyczajonego do europejskiego standardu. Eksperci szacują, że doprowadzenie amerykańskiego transportu publicznego do poziomu największych światowych liderów kosztowałoby około 4,6 biliona dolarów w ciągu dwóch dekad.

Jak radzą sobie tutejsi mieszkańcy? W Arlington popularność zyskała idea współdzielonych pojazdów. Małe busy, zamawiane przez aplikację, wiozą pasażerów w wybrane przez nich miejsca. Rozwiązanie jest tanie i wygodne, ale ma jeden poważny minus – nigdy nie wiesz, kto zamówi przejazd po tobie i jak dużą trasę będziesz musiał wykonać, zanim dotrzesz w swoje miejsce.

Mundial przy autostradzie

Pobyt w Arlington świetnie pokazuje problem, który może zaskoczyć wielu kibiców podczas mistrzostw świata. W Europie stadion najczęściej znajduje się przy stacji kolejowej, linii metra albo dużym węźle komunikacyjnym. W Stanach Zjednoczonych bardzo często stoi przy autostradzie.

Reklama

AT&T Stadium – jak każda inna amerykańska arena mistrzostw – otoczony jest ogromnymi parkingami. Sam obiekt dysponuje około 12 tysiącami miejsc parkingowych. W czasie największych wydarzeń można wykorzystać kolejne 12 tysięcy miejsc w sąsiedztwie kompleksu. Łącznie daje to blisko 24 tysiące miejsc postojowych. Rekordzistą pod tym względem jest stadion w San Francisco, wokół którego jest… ponad 31 tysięcy miejsc parkingowych.

Nie każdy jednak dojedzie na stadion samochodem, zwłaszcza że owe miejsca postojowe FIFA sprzedaje po gigantycznych cenach. Ceny wjazdu na parking pod AT&T Stadium na czas meczu zaczynały się od 125 dolarów. FIFA sprzedawała nie tylko miejsca pod samą areną, ale też w jej dalszym otoczeniu. Chwilę przed rozpoczęciem meczu widziałem dużą liczbę niesprzedanych miejsc parkingowych. Trudno się dziwić – nawet Amerykanie przyzwyczajeni do tego, że za parking podczas wydarzenia sportowego trzeba zapłacić, narzekali, że ceny są wzięte z kosmosu.

Drożej niż na Super Bowl – pożaliła się nam jedna Amerykanka.

Miasto nie zostawiło jednak kibiców na lodzie. Na mecz Japonii z Holandią – ale także każdy inny, który się tu odbędzie – dojechali darmowymi autobusami wahadłowymi. Lokalne władze podstawiły aż 125 takich pojazdów specjalnie na turniej. Dla Arlington to sytuacja niemal historyczna, bo prawdopodobnie nigdy w dziejach tego miasta nie było tam w jednym momencie tyle jeżdżących autobusów. Co więcej, specjalnie na mundial przygotowano nawet bus pasy oraz specjalne oznakowania na sygnalizacjach świetlnych, dzięki którym autobusy uzyskiwały priorytet na skrzyżowaniach.

Reklama

Można zorganizować mundial w mieście bez komunikacji? Można.

Z kolei prywatny przewoźnik życzył sobie za dowiezienie na stadion sto dolarów. Odległość – zaledwie pięć mil. Całkiem drogo jak na takie atrakcje. Mimo to znaleźli się śmiałkowie, którzy zechcieli skorzystać z tej opcji.

Reklama
11 komentarzy
Jakub Białek

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mistrzostwa Świata 2026

Reklama