Powrót z dalekiej podróży. Timothy Ouma podniósł się po zimie

Aleksander Rachwał

27 kwietnia 2026, 19:25 • 7 min czytania 6

Reklama
Powrót z dalekiej podróży. Timothy Ouma podniósł się po zimie

Timothy Ouma jesienią pracował mocno na opinię sporego niewypału transferowego Lecha Poznań. Kenijczyk pokazał się z dobrej strony w debiucie, natomiast im dalej w sezon, tym na boisku coraz bardziej rozczarowywał. Gdy zimą doszły do tego problemy natury dyscyplinarnej, można było się zastanawiać, czy pomocnik odegra w tym sezonie jeszcze istotną rolę w drużynie Kolejorza. Ouma jednak wziął się w garść i wykorzystał drugą szansę, jaką otrzymał od Nielsa Frederiksena.

Reklama

Mówi się, że dobre pierwsze wrażenie robi się tylko raz, natomiast w przypadku piłki nożnej można niezwykle szybko je zatrzeć. Ouma początkową opinią kozaka cieszył się przez zaledwie kilka dni – od meczu z Breidablikiem w eliminacjach Ligi Mistrzów do ligowego meczu z Lechią w Gdańsku.

Timothy Ouma wrócił z dalekiej podróży. Kenijczyk podniósł się po zsyłce do rezerw 

Dobre 45. minut przeciwko słabiutkim i na dodatek grającym w dziesięciu Islandczykom okazało się niepełnym obrazem nowego nabytku Lecha. Kenijczyk pokazał, że co nieco potrafi, umie posłać ciekawą piłkę, natomiast szybko wyszło, że jego najmocniejszą stroną nie jest odpowiedzialność. W swoim debiucie ligowym zaliczył zjazd do bazy już po około pół godziny gry – w tym czasie zdążył zarobić żółtą kartkę, zanotował mnóstwo strat i był absolutnie najgorszym zawodnikiem na boisku.

To pełne skrajności oblicze ukazywał nam przez resztę rundy. Często kończyło się to bez poważniejszych konsekwencji, ale czasami skutki były opłakane, jak w starciu z Arką, gdy w ciągu kilku minut zarobił dwie żółte kartki i osłabił swój zespół, co Lech przypłacił porażką.

Ta niefrasobliwość na boisku okazała się jednak nie jedynym problemem z Kenijczykiem.

Reklama

W listopadzie Ouma z opóźnieniem wrócił do klubu po przerwie reprezentacyjnej. Piłkarz tłumaczył się wówczas problemami rodzinnymi, a że był w stanie przedstawić twardy dowód potwierdzający jego wersję, na sprawę przymknięto oko. Po przerwie zimowej Kenijczyk jednak spóźnił się ponownie i tym razem nie miał nic na swoje usprawiedliwienie.

W klubie byli na pomocnika wściekli. Zachowanie Kenijczyka rozzłościło nie tylko sztab, ale też pozostałych zawodników oraz kierownictwo Lecha. Konsekwencje tej niesubordynacji były nieuniknione. Brak reakcji byłby nie fair wobec innych piłkarzy, więc trener podjął więc decyzję, aby nie zabierać pomocnika na obóz przygotowawczy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kenijczyk został w Polsce, by trenować z zespołem rezerw.

Duńczyk nie zatrzasnął jednak Oumie drzwi do powrotu. Przekaz był jasny: przemyśl swoje zachowanie, wyciągnij wnioski, pracuj, a dostaniesz kolejną szansę.

Reklama

Kara podziałała. Gdy pierwszy zespół szlifował formę w słonecznym Abu Zabi, reprezentant Kenii zasuwał na treningach drużyny rezerw w mroźnych Wronkach. Do klubu płynęły sygnały, że pomocnik rzeczywiście się stara – jest punktualny, mocno pracuje i daje swoim nastawieniem odpowiedni przykład młodszym zawodnikom.

Frederiksen dotrzymał więc słowa. Na początku lutego Ouma wrócił do treningów z zespołem.

– Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i od czasu do czasu popełniamy błędy. Czasami trzeba też dać komuś drugą szansę. Timothy musi teraz udowodnić na treningach, że nadal chce być częścią tego zespołu, że pozostali zawodnicy mogą mu ufać i że potrafi dostosować się do zasad, które panują w klubie. Jestem przekonany, że będzie ciężko pracował, a wówczas podejmę decyzję o tym, czy będzie brany pod uwagę przy ustalaniu kadry meczowej na następne spotkania – tłumaczył Duńczyk.

Pomocnik opuścił łącznie trzy spotkania – z Lechią, zaległy z Piastem oraz z Górnikiem. Kara oficjalnie dobiegła końca podczas domowego spotkania z Gliwiczanami. Ouma wszedł z ławki i dostał około pół godziny gry.

Reklama

Timothy Ouma

Lech – Legia. Timothy Ouma zagrał swój najlepszy mecz w tym sezonie

Odtąd Kenijczyk pojawiał się na boisku siedmiokrotnie i – jak to on – przeplatał lepsze momenty z gorszymi. W meczu z Szachterem w Poznaniu zanotował kilka niezłych zagrań, ale też zdarzyło mu się zagrać wprost do rywala. W starciu z Widzewem, choć zdarzały mu się błędy, błysnął piękną asystą do Gisliego Thordarsona. W niedzielnym meczu z Legią również nie wszystko mu wychodziło, ale i tak nie ma wątpliwości – to był zdecydowanie jego najlepszy mecz odkąd trafił do Lecha.

Choć od razu podkreślimy – Ouma nadal był w tym meczu Oumą, po prostu tym razem okoliczności i rywal sprawiły, że jego pomyłki nie miały konsekwencji. Już w pierwszej połowie Kenijczyk zaliczył kompletnie nieodpowiedzialne podanie wszerz boiska, które trafiło do Pawła Wszołka. Niedługo później zagrał też niedokładnie na środek pola i piłki o mało co nie przejął Elitim. Nie był też bezbłędny w licznych pojedynkach z Miletą Rajoviciem. Był to jednak mecz, w którym rywal był kompletnie bezzębny, a cały Lech funkcjonował na tyle dobrze, na tyle dominował, że wszelkie drobne niedociągnięcia były szybko naprawiane.

– Myślę, że to były dwie bardzo dobre decyzje, które podjąłem – stwierdził po meczu Niels Frederiksen, pytany o to dlaczego postawił właśnie na Oumę w środku pola oraz na Roberta Gumnego na środku obrony.

Reklama

W kontekście Kenijczyka przyznał, że chodziło mu głównie o jego walory defensywne.

– Wiemy, że jest mocny w pojedynkach, w walce o drugie piłki. Spodziewaliśmy się, że przeciwnik będzie posyłał mnóstwo podań do dwójki napastników, więc tych drugich piłek będzie dużo. Wiedzieliśmy też, że rywale będą ustawieni dość nisko i będą starali się stwarzać zagrożenie po fazach przejściowych, a Ouma jest dobry w zatrzymywaniu takich ataków. Pamiętam, że graliśmy środkiem pola Ouma – Kozubal w wyjazdowym meczu z Rakowem i wypadło to bardzo dobrze do momentu, gdy otrzymaliśmy czerwoną kartkę – wyjaśnił Duńczyk.

– Jako trener, kiedy decydujesz się na jakiegoś zawodnika, coś dostaniesz, a coś stracisz, tak to już jest – dodał.

Reklama

Akurat w przypadku Oumy Frederiksen dostał to, co chciał, a nawet więcej. Mecz ułożył się bowiem tak, że Kenijczyk mógł wyeksponować swoje atuty – kilkukrotnie dobrze odczytał zamiary rywala, notował ważne odbiory, ale też mógł zrobić użytek ze swojej ofensywnej broni, czyli prostopadłego podania.

Lech nękał Legię tym narzędziem bezlitośnie. Marek Papszun sam po meczu przyznawał, że gospodarze wjeżdżali w jego defensywę jak w masło. Padły tak dwa gole – jeden to znakomite dogranie Pereiry, które na gola zamienił Ishak, drugie to kapitalna piłka Oumy, który stworzył sytuację sam na sam Walemarkowi (strzał Szweda obronił bramkarz, ale uderzenie dobił Gurgul).

Frederiksen wzorowo to rozegrał

Duńczyk może sam sobie pogratulować – nie tylko wyboru na to konkretne spotkanie, ale tego, w jaki sposób zarządził sytuacją z zimy. Można powiedzieć, że zrobił to wzorowo – wyegzekwował dyscyplinę, jednocześnie nie zakopał zawodnika w rezerwach czy na ławce. A ten we właściwym momencie pokazał, że trener się nie pomylił.

Wypada to docenić, bo strata Kenijczyka, przy wszystkich jego wadach, byłaby dla Lecha sporym problemem. Przy przedłużającej się absencji Murawskiego i problemach zdrowotnych Thordarsona, Kolejorz bez Oumy mocno ograniczyłby sobie pole manewru, jeśli chodzi o środek pola.

Reklama

W klubie nie kryli zimą, że rozglądają się za zawodnikiem na pozycję numer sześć, ale tak naprawdę Lech miał niewielki wybór. Opcje były w zasadzie dwie. Pierwsza to awaryjne wypożyczenie na pół roku zawodnika, którego w normalnych okolicznościach Lech by nie sprowadził. Mówiąc brzydko, ale wprost: wzięcie kogoś z braku laku. Opcją drugą było ściągnięcie zawodnika, do którego Lech byłby przekonany już z myślą o przyszłym sezonie, co wiązałoby się z większym wydatkiem. Zrobienie tego zimą jest jednak o wiele trudniejsze niż latem i w tym przypadku taka opcja nie spadła Lechowi z nieba.

Powiedzenie, że w tej sytuacji Lech był skazany na Oumę byłoby przesadą, natomiast Kolejorz po prostu ocenił sytuację racjonalnie – bardziej opłacało się tak rozwiązać sytuację, by Kenijczyk jednak mógł pomóc drużynie do końca sezonu niż wykonywać desperackie ruchy. W klubie mocno liczyli, że środki podjęte, by zdyscyplinować pomocnika przyniosą efekt. I tak się stało.

Zresztą, jemu samemu najbardziej powinno zależeć, by w Lechu pokazać się z jak najlepszej strony. Wiadomo już, że wróci po sezonie do Slavii Praga, z której prawdopodobnie ponownie zostanie wypożyczony lub odejdzie na stałe. Musi więc mieć świadomość, że to, jak teraz wypadnie, może mieć ogromny wpływ na jego przyszłość.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Reklama
6 komentarzy
Aleksander Rachwał

Zainteresowany futbolem od kiedy jako 10-latek wziął wolne w szkole żeby zobaczyć pierwszy w życiu mecz reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Na szczęście później zobaczył też Ronaldo wygrywającego mundial, bo mógłby nie zapałać uczuciem do piłki. Niegdyś kibic ligi hiszpańskiej i angielskiej, dziś miłośnik Ekstraklasy i to takiej z gatunku Stal Mielec – Piast Gliwice w poniedziałkowy wieczór.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Bundesliga

Tragedia na stadionie Schalke. Zwłoki mężczyzny w toalecie

Jan Broda
2
Tragedia na stadionie Schalke. Zwłoki mężczyzny w toalecie

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Raków zastąpił kontrowersyjnego sponsora lokalną firmą. Znamy szczegóły

Szymon Janczyk
12
Raków zastąpił kontrowersyjnego sponsora lokalną firmą. Znamy szczegóły
Ekstraklasa

Lech już mistrzem, Górnik w Lidze Mistrzów, GKS w Lidze Konferencji?

AbsurDB
41
Lech już mistrzem, Górnik w Lidze Mistrzów, GKS w Lidze Konferencji?