Niels Frederiksen z upokarzania Legii Warszawa zrobił sobie nowe hobby. W poprzednim sezonie wrzucił Legii piątkę, teraz czwórkę. Dystans pomiędzy wielkimi rywalami rozjeżdża się coraz bardziej – dla Lecha Poznań to może być kopniak energii przed kluczowymi meczami o mistrzostwo Polski. W stolicy mogą się obawiać, czy to nie wstęp do stypy, bo strefa spadkowa znów wyciąga ręce po Marka Papszuna i spółkę.
Głupio byłoby robić z wyniku pojedynczego spotkania większy obrazek. Sęk w tym, że to nie pierwszy raz, gdy drużyna Nielsa Frederiksena spuszcza komuś łomot. Lech na przestrzeni tych niespełna dwóch lat tylko w lidze spektakularnie rozbił:
- Bruk-Bet Termalikę (4:1),
- Radomiaka (4:1),
- Puszczę Niepołomice (8:1),
- Widzew Łódź (4:1),
- Jagiellonię (5:0).
Najcenniejsze skalpy zerwał jednak z warszawskich głów. Pięć do dwóch przed rokiem było upokarzające, ale jednak rywal jakoś się odgryzł. Tym razem nie było złudzeń. Powiedziałbym, że nie było też litości, ale brak goli po przerwie trzeba chyba uznać za zdjęcie nogi z gazu.
Nie zmienia to jednak faktu, że takie łomoty w połączeniu z rosnącą różnicą w tabeli sprawiają, że można wysunąć wniosek o Lechu, który Legii po prostu błyskawicznie odjeżdża.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Lech Poznań odjeżdża Legii Warszawa. Wyniki bezpośrednich meczów tylko to potwierdzają
Gdy ktoś wspomni kadencję Nielsa Frederiksena przez pryzmat klasyków, będzie mógł się tylko szeroko uśmiechnąć. Chyba że pochodzi z Warszawy. Konia z rzędem temu, kto powiedziałby, że rok temu kadra Legii, która zebrała potężne lanie w Poznaniu, zarabiała więcej niż ci, którzy Legię wybatożyli. Bardziej przeraża jednak to, że po dofinansowaniu tej drużyny kolejnymi trzydziestoma milionami złotych na pensje oraz wielkimi transferami, Legia wyglądała tylko gorzej.
To tylko dowód na to, w jakim miejscu znajdują się obydwa kluby. Lech Poznań długo był wyśmiewany za węża w kieszeni. Słusznie, zasłużenie. Na koniec dnia strategia obrana w Wielkopolsce okazała się zdecydowanie skuteczniejsza od stylu zarządzania preferowanego w Warszawie. I pal licho zmiany właścicielskie, które nastąpiły w Legii Warszawa. Nie wyobrażam sobie, że bez nich wyglądałoby to inaczej, bo rozrzucanie pieniędzy po prostu się w piłce nie sprawdza.
Nie rozmawiamy przecież tylko o wyniku jednego czy dwóch meczów. Rozmawiamy o tym, że gdy Lech zmierza po drugie mistrzostwo Polski z rzędu, Legia drży o utrzymanie bardziej niż Motor, Radomiak, Korona i kilka innych drużyn. Lech ma szansę na trzeci tytuł na przestrzeni pięciu ostatnich sezonów. Niewyobrażalne wydaje się, że nie będzie to czwarty sezon na podium. W tym samym czasie Legia nie zdobyła żadnego mistrzostwa, dwa razy zawiesiła na szyi jakiś medal (srebro, brąz) i prawdopodobnie drugi raz skończy rozgrywki w dolnej części stawki.
Wyniki ostatnich bezpośrednich spotkań w Poznaniu nie są tylko ciekawostką, to po prostu wycinek pełnego obrazu, który z perspektywy Legii wygląda dramatycznie, natomiast dla Lecha stanowi dzieło porównywalne z tymi wystawianymi w poznańskim Muzeum Narodowym.

Niels Frederiksen to mistrz w budowaniu piłkarzy
Było to także podkreślenie jakości Lecha Poznań i mistrzowskich predyspozycji tego zespołu. Przyszło nam trochę poczekać na demonstrację siły pełnej bandy. Pełnej, czyli takiej, w której w ofensywie można wystawić Luisa Palmę, Patrika Walemarka, Alego Gholizadeha, Mikaela Ishaka, Pablo Rodrigueza… Jasne, tego ostatniego zabrakło z powodów dyscyplinarnych, pierwszy usiadł na ławce, ale to dlatego, że gdy zdrowa jest zdecydowana większość zespołu, to jakość sprawia, że można sobie pozwolić na przytrzymanie dowolnego magika na deser.
Niels Frederiksen. To on to wszystko zagwarantował. Lech nie spuścił łomotu rywalowi dlatego, że ten grał przez większość meczu w dziesiątkę. Były dziesiątki sytuacji, które w tym wszystkim pomogły. Znakomicie wyglądały ofensywne wejścia Michała Gurgula, które przełożyły się na dwa konkrety – gola oraz asystę. Wspaniale w roli szóstko-ósemki wyglądał Timothy Ouma, którego trzy czwarte z nas widziałoby na ławce, w odróżnieniu od Filipa Jagiełły.
Tymczasem Ouma, ten sam Ouma, który zimą był na wylocie i nie załapał się nawet na obóz, bo Frederiksen miał dość jego lekceważących zachowań, zagrał w polskim klasyku wprost znakomicie, był czołową postacią zespołu. Bo Duńczyk co prawda go przykładnie ukarał, ale potem, widząc, że się zmienił i zawalczył o samego siebie, potrafił go odbudować i na powrót wprowadzić do zespołu z tak świetnym efektem.
To nie przypadek, to kolejny dowód na to, że Frederiksen wraz ze sztabem potrafią pracować z zawodnikami i wyciągać ich z głębokiego dołka. W tym samym meczu liczbę zanotował w końcu obdarzony zaufaniem Patrik Walemark. To może być pojedynczy promyk, ale może Walemark zacznie błyszczeć tak, jak zaczął błyszczeć Pablo Rodriguez? Mało kto pamięta, jak głęboko zakopany piłkarsko i mentalnie był ten gość kilka miesięcy temu. Mało kto, bo trener w kluczowym momencie poprowadził go wręcz wzorowo.
Kolejny raz powiemy: Niels Frederiksen to trener, który potrafi wyciągać wnioski, być elastycznym.
Mistrzowska jakość Lecha Poznań i znakomita odpowiedź na pogoń za Górnikiem Zabrze
Lech miał w tym momencie momenty gorsze, trudne. Przegrane istotne mecze, bolesne łomoty w Europie (eliminacje plus Lincoln Red Imps), odpadnięcie z Pucharu Polski. Są też piłkarze, których zbudować jeszcze się nie udało – przykładem nawet Mateusz Skrzypczak, którego sezon nie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Natomiast wciąż rozmawiamy o zespole, który:
- pokazał, że potrafi wyciągnąć wnioski, zmienić podejście i styl po problemach na starcie sezonu;
- połączył grę w pucharach do wiosny z walką o mistrzostwo Polski;
- przegrał w tym sezonie najmniej spotkań, o dwa mniej niż w przypadku drugiego w zestawieniu zespołu;
- strzelił niemal najwięcej bramek, tylko o dwa mniej niż zachwycająca nas ofensywnym rozmachem Lechia.
Ba, podkreślmy – w obecnym roku Lech Poznań to najlepiej punktujący zespół Ekstraklasy (2,00) i najskuteczniejsza drużyna w stawce (26).
Sporo w tym komplementów dla drużyny, ale też sztabu i pionu sportowego. Może za kilka tygodni okaże się, że to pochwały dla wicemistrza, nie mistrza Polski, ale… Wynik, styl i energia z meczu z Legią Warszawa sugerują, że było to potwierdzenie mistrzowskiej jakości. Znakomita odpowiedź na to, że za plecami Lecha wciąż ktoś się czai, że rozkręca się Górnik Zabrze. W takim momencie zagrać w taki sposób – to wiele znaczy, to ważny sygnał.
Złośliwi powiedzą, że Lech rozbił tylko zespół walczący o utrzymanie. Fakty są jednak takie, że Lech rozbił zespół, który nie przegrał żadnego z dziesięciu ostatnich spotkań. I to w czterdzieści pięć minut. Nie da się tego nie docenić.
CZYTAJ WIĘCEJ O MECZU LECH – LEGIA NA WESZŁO:
- Lech zdemolował Legię. I napisał czarną kartę w jej historii
- Augustyniak z czerwoną kartką. Kontrowersja w hicie Ekstraklasy [WIDEO]
- Nokaut? Mało powiedziane. Lech upokorzył Legię w Poznaniu
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix, FotoPyK