„Dlaczego nie my?” – to pytanie, które Mauricio Pochettino postawił przed mundialem reprezentantom USA, wskazując na przykłady Korei Południowej z 2002 roku czy Maroka z 2022 roku. Skoro underdog może zajść tak daleko, to „dlaczego nie my”? To pytanie ma coraz więcej sensu, zwłaszcza że Stany Zjednoczone mają niewiele wspólnego z typowym underdogiem.
***
Mundiary to nasz pamiętniczek, cykl codziennych tekstów komentujących to, co wydarzyło się na Mistrzostwach Świata 2026.
***
Nie dlatego, że ktokolwiek stawia USA w roli jednego z faworytów mistrzostw świata. Chodzi o styl, jaki Mauricio Pochettino zaszczepił drużynie narodowej. Stany Zjednoczone grają piłkarskiego rock’n’rolla, świetnie czują się z piłką przy nodze, doskonale wyprowadzają kontrataki i konsekwentnie wytrącają rywala z równowagi.
Fakt, że w gronie rywali Amerykanów nie znalazła się jeszcze żadna poważna przeszkoda, więc stosunkowo łatwo było podchodzić do kolejnych spotkań z głową uniesioną bardzo wysoko. Tak, ale trzeba też pamiętać, że poziom, z którego startowała kadra USA, sugerował, że zaszczepienie w tym zespole takiej mentalności nie będzie łatwym zadaniem.
Mistrzostwa Świata 2026. USA wreszcie naprawdę robi progres
Mauricio Pochettino zaczął przecież pracę z drużyną, która na poprzednich wielkich turniejach kompletnie zawiodła. Nie mówimy o mundialach, lecz o kontynentalnych turniejach:
- 2023 – porażka w półfinale Złotego Pucharu CONCACAF była najgorszym wynikiem od niespełna dekady;
- 2024 – odpadnięcie w fazie grupowej Copa America z jednym tylko zwycięstwem na koncie.
W obydwu przypadkach Amerykanów pognębiła Panama, co tylko potęgowało wrażenie, że na chwilę przed domowym mundialem Stany Zjednoczone zaliczyły ogromny regres. Złączmy to z mieszanką rozczarowań, jakim były mundiale – „New York Times” słusznie zauważa, że były one probierzem dla amerykańskiego futbolu, zderzeniem opowieści o nim z rzeczywistością. Zderzeniem przykrym, bo w USA co cztery lata snuto tezy o postępie, jaki zrobiła drużyna narodowa, tymczasem najlepszym wynikiem kadry na mistrzostwach globu był ćwierćfinał z 2002 roku, po zwycięstwie z Meksykiem.
Jakoś tak się składało, że gdy Amerykanie na mundialach mierzyli się z kimś spoza własnej bańki, byli głównie sprowadzani do parteru. Można było chełpić się zwycięskimi remisami (z Anglią w 2022 roku czy z Portugalią w 2014). Można było mówić, że w fazach pucharowych Belgowie i Ghańczycy potrzebowali dogrywki, żeby uporać się z USA. Na końcu wciąż jednak mówimy o kulturze pięknych porażek.
Stany Zjednoczone na domowym mundialu wygrały trzy mecze. I wiele mówi o nich to, że nigdy dotąd na mistrzostwach świata nie zaliczyli tylu zwycięstw na jednym turnieju. Ba, to wynik, który sprawia, że USA na przestrzeni kilku tygodni wyrównało łączną liczbę wygranych na mundialach od 2006 do 2022 roku.
Nic dziwnego, że media i kibice zaczęli stawiać tezę o najsilniejszej, najlepszej drużynie narodowej w historii.
Mistrzowie kontrpressingu. Intensywność to broń USA na mundialu
Nie tylko z powodu wyników, lecz przede wszystkim z uwagi na styl gry. To, co USA zrobiło na inaugurację z Paragwajem, było elektryzujące i ekscytujące. Sposób dominacji nad przeciwnikiem, który uchodził za twardy, trudny zespół w obronie – i który jak się później okazało stać było na wyeliminowanie Niemców – kazał myśleć, że to będzie ich turniej. Juergen Klinsmann rozpływał się nad grą drużyny Mauricio Pochettino w rozmowie z The Athletic.
– Dla trenerów imponujące było to, jak wysoko ustawili poprzeczkę. Zwłaszcza pierwszą połową meczu z Paragwajem. Kontrpressing USA jest bardzo logiczny. Kiedy tracą piłkę, wiedzą, że to sygnał, żeby nacisnąć rywala i ją odzyskać. To wszystko dzieje się na małej przestrzeni i jest to fascynujące. Ubiegłoroczny mecz Bayernu z PSG w Atlancie był demonstracją tego, jak grać skuteczny kontpressing aż do wyczerpania. USA jest w stanie to zrobić. To daje dużo pewności siebie i tak powinni to wykorzystać: wiedzieć, że są w stanie zranić każdego rywala, jeśli zagrają z takim rytmem, agresją i zawzięciem.
Dane departamentu taktyczno-naukowego FIFA, który w trakcie mundiali serwuje nam obszerne podsumowanie meczów oraz formy poszczególnych drużyn nie pozostawiają wątpliwości. Żaden zespół nie spędził w fazie kontrpressingu tyle czasu, ile USA. Ciekawe, że na drugim miejscu jest współgospodarz imprezy, ale tu warto podkreślić to, o czym mówiłem już w przypadku Amerykanów – wpływ na to ma także jakość rywali, która w obydwu przypadkach była raczej kiepska.

Niemniej kadra USA bardzo sprawnie opanowała kontrpressing i pressing w ogóle. Przynosi on wyraźne korzyści, Amerykanie wiele akcji zakończonych bramką lub przynajmniej strzałem zaczynają właśnie poprzez odzyskanie piłki na połowie rywala albo zamknięcie linii podań w taki sposób, że wymusza to oddanie im futbolówki poprzez dalekie podanie przeciwnika.
Nieoceniony Weston McKennie zbiera wtedy wszystko jak odkurzacz i od razu rusza do szybkiej ofensywy – w meczu z Bośnią i Hercegowiną zaliczył rekord podań łamiących linię obrony rywala.
Jak Mauricio Pochettino odmienił kadrę Stanów Zjednoczonych?
Gdy Mauricio Pochettino zaczynał pracę z kadrą Stanów Zjednoczonych, był zaskoczony tym, co zastał. Mówił, że jako jeden z nielicznych czuł, że dosłownie za pstryknięciem palca drużyna narodowa znajdzie się na imprezie życia – domowym mundialu. Postawił sobie za cel zaszczepienie tej mentalności, takiego podejścia w całym składzie. Argentyńczyk generalnie jest wielkim zwolennikiem pracy nad mentalem, podejściem, czy – jak to on nazywa – energią w zespole.
Selekcjoner zebrał tego owoce w meczu z Bośnią i Hercegowiną. USA wpadło w tarapaty po czerwonej kartce dla Folarina Baloguna – gra w dziesiątkę w fazie pucharowej mundialu to nigdy nic przyjemnego. Zespół nie tylko utrzymał prowadzenie: podwyższył je. Wykorzystał do tego kolejną broń, nad którą Mauricio Pochettino długo pracował – stałe fragmenty gry. Żadna drużyna, która bierze udział w turnieju, nie strzeliła większej liczby goli po SFG. Amerykanie zrobili to cztery razy.
Kiedy USA w rezerwowym składzie przegrała z Turcją, Pochettino kontrował defetyzm płynący z mediów. Przypominał, że Stany Zjednoczone wygrały grupę, rozdają karty. Mógł sobie na to pozwolić, bo – jak zauważył Roberto Martinez – na mundialu niekoniecznie chodzi o to, żeby zwyciężyć każdy mecz. Chodzi o to, żeby dojść jak najdalej. USA miała pewne pierwsze miejsce w grupie, co było kluczowym celem do osiągnięcia. Nie z powodu prestiżu, lecz dlatego, że pierwsze miejsce gwarantowało lepszą logistykę spotkań w kolejnych rundach.
Stany Zjednoczone uniknęły godzin w samolocie, w podróży, bo FIFA przed mundialem ułożyła drabinkę tak, żeby premiować zwycięzców grup. Gospodarze mają więc duży komfort, idealną bazę i mnóstwo czasu na odpoczynek, który przyda się, żeby grać futbol narzucony przez wymagania Pochettino. Futbol, który zdaniem obserwatorów bardzo dobrze pasuje do grupy piłkarzy, z którą pracuje Argentyńczyk. Eksperci z FIFA mówili o taktyce USA tak:
– Amerykanie mają zawodników o profilu motorycznych i fizycznym, który pozwala na taką grę. Pozwala to także na utrzymanie właściwej formacji za linią piłki, która sprawia, że nie jesteś narażony na kontrataki i możesz stosować „rest defence”, żeby potem samemu nałożyć agresywny pressing.

Ciekawe, że FIFA odnotowuje wpływ grania przed własną publicznością na takie podejście. Amerykański szał na futbol, pełne trybuny, ich entuzjazm, motywuje do odważnej gry. Ricardo Kaka też stwierdził, że bycie gospodarzem będzie dużym atutem USA na tym turnieju. Nie ma w tym przypadku, Amerykanie grają to, czego oczekuje od nich publika i zbierają nagrodę w postaci jej reakcji, która napędza drużynę i pozwala poradzić sobie z największą zmorą tego mundialu, nawet dla wyraźnych faworytów: łamaniem głęboko ustawionej linii obrony.
USA i piłkarska gorączka. To początek boomu na futbol?
Coś, co przeżywają właśnie Stany Zjednoczone, może mieć ogromny wpływ na dalszy rozwój futbolu w tym kraju. Nie, nie przebije on popularności najważniejszych sportów amerykańskich. Pora przestać się tym łudzić. Niemniej boom na soccer to fakt. Tyler Adams, reprezentant kraju, mówił, że liczy na to, że udany mundial napędzi rozwój i zainteresowanie piłką nożną w jego ojczyźnie.
Eksperci zwracają uwagę na to, że USA w zasadzie pierwszy raz naprawdę przeżywa taki piłkarski sukces. Ćwierćfinał w 2002 roku to wynik lepszy, ale też wynik, który osiągnięto w okolicznościach, które niekoniecznie sprzyjały narodowej euforii:
- mistrzostwa świata odbywały się na drugiej stronie globu, Amerykanie pokonali Meksyk w środku nocy;
- nie istniały social media, wieść o sukcesie USA nie była od razu „konsumowana” i „pompowana” na każdy możliwy sposób.
W „New York Times” czytamy, że większość Amerykanów obudziła się w poniedziałkowy poranek i nie miała nawet pojęcia, że kadra USA właśnie zameldowała się w ćwierćfinale mundialu. Teraz natomiast cały kraj zbiera się w wielkich grupach, żeby wspólnie celebrować zwycięstwa i kapitalną grę drużyny.
Mistrzostwa Świata w 1994 roku zdecydowanie bardziej przysłużyły się wszystkim innym, nie samym Stanom Zjednoczonym. To turniej, który pozwolił rozwinąć się marketingowo i biznesowo organizacji FIFA, ale nie sprawił, że Ameryka oszalała na punkcie tego sportu. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Trybiki machiny zostały uruchomione, rozpędzone i gnają w kierunku popularyzacji piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych.
Dokąd nas to zaprowadzi? Tak się składa, że po transferze Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire będzie nam dane obserwować to z „bliska”.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix