„Zaufajcie mi. Będzie duża rozrywka na boisku”. Tak mówił na konferencji przedmeczowej Carlos Queiroz. Szkoleniowiec Ghany perfidnie nas jednak oszukał. Jego reprezentacja nie była ani trochę zainteresowana grą w piłkę. To w połączeniu z bezproduktywnymi Anglikami dało nam katastrofalne widowisko.
Gdzie się podziała Anglia z meczu z Chorwacją?
Wtorkowy mecz z Ghaną to pokaz bezsilności i zbyt statycznej gry Anglików. Niewidoczny był Kane, mizernie wyglądał Bellingham, a Madueke i Gordon nie wygrywali pojedynków na skrzydłach. Szczególnie słabo zagrał nowy nabytek FC Barcelony, który nie dawał nic z przodu, a i z tyłu zawalił, kiedy to zgubił krycie Senayi w drugiej połowie. Na szczęście dla Anglików prawego obrońcę Ghany skutecznie zablokował Djed Spence.
Na tym ofensywne wypady afrykańskiej ekipy na dłuższy czas się skończyły. Ghana skupiła się wyłącznie na obronie dostępu do własnej bramki. Szczególnie było to widoczne w pierwszych trzydziestu minutach. Strzały celne? Zero. Strzały? Zero. Liczba podań? Średnio mniej niż jedno na minutę. Podopieczni Queiroza wyszli na to spotkanie z jednym zadaniem: doprowadzić rywala do frustracji. I to się udało.
Anglicy mieli olbrzymie problemy ze stworzeniem jakiejkolwiek godnej odnotowania sytuacji. Pierwszą połowę zakończyli, oddając zaledwie sześć strzałów. Wszystkie oczywiście niecelne.
W drugiej części meczu Asare w końcu został zatrudniony, ale i tak było to wyjątkowo spokojne amerykańskie popołudnie dla ghańskiego golkipera. Duża w tym zasługa Mensaha i Senayi, którzy wygrywali pojedynki na bokach, oraz górującego w powietrzu stopera Opoku. Z bólem serca trzeba także pochwalić Parteya, który zanotował kilka ważnych interwencji w okolicach własnej szesnastki.
Ghana o krok od zwycięstwa… Anglia w sumie też
Tuchel widział, że jego podopieczni grają totalną kaszanę. Próbował zmieniać – wpuścił Sakę, Eze, Rashforda, Rogersa… i na nic się to zdało. Ba, to Ghana była bliżej bramki, kiedy to po błędzie Eze zawodnicy Queiroza ruszyli do kontry jak do pożaru. Oko w oko z Pickfordem stanął Adu. Starał się go powstrzymać Konsa, ale upadając, Ghańczyk oddał strzał, po którym piłka leciała w światło bramki. Zablokował go jednak… Semenyo.
Angielscy skrzydłowi grali słabo, ale równie mizernie prezentowali się Semenyo oraz Williams. Taki to był mecz, że nikt z ofensywnych graczy obu drużyn nie zasłużył nawet na notę wyjściową.
Na tym relacja mogłaby się zakończyć, jednak słowa te pisaliśmy w 85. minucie. Wtedy Anglia się rozkręciła – najpierw Saka sprawdził Asare, a chwilę później w poprzeczkę trafił O’Reilly, natomiast Kane wystrzelił dobitkę w kosmos. W doliczonym czasie swój świetny występ golem mógł zwieńczyć Guehi, ale piłkę po jego strzale wybito z linii bramkowej.
Jakim cudem tu nie padł gol? pic.twitter.com/6doiiLIAbD
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 23, 2026
Barcelono, w co się wpakowałaś…
80 milionów euro. Tyle zapłaciła Duma Katalonii za Anthony’ego Gordona, który na mistrzostwach świata prezentuje się koszmarnie. Mało wygranych pojedynków, mało dynamiki, sporo prostych błędów… nie broni się wystawianie go od pierwszej minuty – niezależnie od jego zdolności do pressingu itd.
I tak można byłoby narzekać na każdego ofensywnego angielskiego piłkarza praktycznie do samej końcówki, kiedy to podopieczni Tuchela zaczęli grać bardziej bezpośrednio, zamiast wymieniać bezproduktywnie kilkadziesiąt podań wszerz boiska. Podczas oglądania starcia z Ghaną mogły się przypomnieć najgorsze występy Anglików na wielkich turniejach za kadencji Garetha Southgate’a.
No i brawa dla Ghańczyków. Drugie czyste konto, cztery punkty po dwóch meczach, a wszystko to z trzema celnymi strzałami. Gratulacje.
Choć oczy bolą.
Ocena atrakcyjności meczu: 1,5/6
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix