Reprezentacja Kanady po raz trzeci w dziejach zagra na mistrzostwach świata. Michael Klukowski, który w koszulce z klonowym liściem wystąpił 36 razy, uważa, że ten turniej może być przełomowy. Rozmawiamy o tym, co przemawia za tym, że Kanadyjczycy tym razem dadzą radę.
Były piłkarz Club Brugge opowiada także o niemającej jeszcze nawet dekady kanadyjskiej ekstraklasie, kwestiach organizacyjnych związanych z mundialem, które chyba wszystkich nurtują oraz wraca do początków, gdy jego rodzina wyjechała z kraju za lepszym życiem. Ta historia zatoczyła koło, bo Klukowski od kilku lat mieszka w Polsce. Zapraszamy.
*
Gdy jest się gospodarzem czy współgospodarzem mundialu, oczekiwania zawsze są nieco większe niż normalnie. Czego więc po swojej reprezentacji oczekują Kanadyjczycy?
Myślę, że całkiem sporo, ale bardziej dlatego, że Kanada po prostu doczekała się mocnego składu, a nie dlatego, że część meczów MŚ odbędzie się na jej stadionach. Jakość tej drużyny jest na tyle wysoka, że powinna co najmniej wyjść z grupy. Zestaw z Bośnią, Katarem i Szwajcarią na papierze wygląda na jeden z najłatwiejszych. Liderzy Kanady są w zasadzie ci sami, co na poprzednim mundialu, ale mają już znacznie więcej ogrania i obycia. Nadszedł moment, żeby pokazać coś więcej, nawet jeśli w pierwszym meczu zabraknie Alphonso Daviesa, który walczy z kontuzją.
Ma pan jakieś uwagi do powołań?
Raczej nie, wydaje się, że Jesse Marsch wybrał wszystkich najlepszych. Szkoda mi tylko skrzydłowego Marcelo Floresa z meksykańskiego Tigres, który został powołany na turniej, ale w ostatnim meczu w klubie doznał poważnej kontuzji. Zastąpił go Jayden Nelson z Austin FC. Już zdążył się pokazać, strzelając gola w sparingu z Uzbekistanem.
Michael Klukowski: Ismael Kone może być odkryciem mundialu w reprezentacji Kanady
Na kogo z postaci nieoczywistych warto zwrócić uwagę w Kanadzie?
Od razu przychodzi mi na myśl środkowy pomocnik Nathan-Dylan Saliba z Anderlechtu. Duży talent, pierwszy sezon w Belgii miał całkiem udany. Bardzo ciekawym piłkarzem jest też Ali Ahmed z Norwich. Dobrze wprowadził się do Championship po transferze z Vancouver Whitecaps. Z piłkarzy w większym stopniu defensywnych jestem ciekawy Niko Sigura z Hajduka Split. Mógł też reprezentować Chorwację. Raczej nie będzie grał w podstawowym składzie, ale jak już wejdzie, powinien dać jakość.
Z nieco bardziej znanych zawodników – Ismael Kone zaliczył świetny sezon w Sassuolo. Odbił się po niepowodzeniu we Francji i liczę, że zaprezentuje nam coś specjalnego. Potencjał ma ogromny. Oby tylko trzymał nerwy na wodzy, bo czasami jest wybuchowy na boisku. Jeśli ktoś z Kanady wybije się do dużego klubu poprzez mundial, to najprędzej on.

Jak pan ocenia to, co Kanadyjczycy dotychczas grają pod wodzą Jesse Marscha?
Podoba mi się odwaga, którą zaszczepia piłkarzom. Naprawdę sądzę, że Kanada może dziś powalczyć z każdym, nawet z największymi faworytami. Zespół na pewno został bardzo dobrze przygotowany fizycznie i jest gotowy na intensywną grę. Marsch to szkoła Red Bulla – często stosuje wysoki pressing i kładzie nacisk na szybkie rozegranie do przodu po odbiorze. Co ważne, charakterystyka piłkarzy pod kątem siły i szybkości pasuje do takiego stylu. Raczej więc nie zobaczymy Kanady nastawionej na posiadanie piłki i mozolne budowanie akcji.
Czego spodziewa się pan po tym mundialu jeśli chodzi o jego poziom i skalę emocji?
Sądzę, że będzie dużo niespodzianek. Może nawet Bośnia i Hercegowina z kanadyjskiej grupy okaże się pozytywnym zaskoczeniem. Takie mam przeczucie. Mundiale są coraz bardziej wyrównane, nawet jeśli koniec końców w decydujących fazach widzimy przeważnie największe ekipy. Wiele spodziewam się po Chorwacji, która tym turniejem zamyka pewien rozdział w swojej piłce i od lat ma tego samego selekcjonera. Może nawet dojdzie do finału. Kanadę na pewno będę oglądał. Niewykluczone, że tam polecę.
Michael Klukowski: Branża hotelarska w Kanadzie jest rozczarowana
Z tego, co pan czyta i słyszy, jest jakiś wzmożony entuzjazm wśród Kanadyjczyków na starcie mundialu, czy traktują go trochę tak, jak my mistrzostwa świata w siatkówce? Niby fajnie, ale cały kraj nie żyje nimi przez kilka tygodni.
Wiadomo, piłka nożna nigdy nie była wiodącym sportem w Kanadzie, ale w ostatniej dekadzie jej popularność cały czas rosła. Kanadyjski futbol idzie do przodu. Siedem lat temu wystartowała w końcu liga zawodowa.
W Kanadzie jest mało takich zatwardziałych kibiców, że tak to ujmę. Sporo ludzi pewnie się teraz zainteresuje, obejrzy mecz albo na niego pójdzie. Może nawet ze względu na rangę wydarzenia pojawią się osoby, które do tej pory w ogóle nie miały styczności z piłką. Dla wielu będzie to bardziej rodzaj imprezy, dużego eventu, na który wybierasz się dla zabawy i poczucia atmosfery całej otoczki.

A jak to wygląda jeśli chodzi o kibiców przyjezdnych?
Mój brat pracuje w hotelarstwie i mówi, że branża jest trochę rozczarowana. Nie ma pełnego obłożenia, oczekiwania były znacznie większe. Jeśli się wybieracie, nie będziecie musieli walczyć o nocleg, miejsc nie brakuje. To samo w USA. Obawiam się, że na niektórych meczach puste krzesełka na trybunach mogą bić po oczach.
Ludzi pewnie odstraszają ceny biletów, noclegów i przejazdów. Dużo się o tym mówi.
Różne rzeczy się słyszało o sytuacji w Stanach. Na przykład, że przed stadionem wyznaczonym do finału jest ogromny parking na kilka tysięcy samochodów, który nie będzie dostępny. Do wyboru będą tylko prywatne parkingi za jakieś 250 dolarów. I to położone dalej, kilka kilometrów od obiektu. Pozostanie dopłacić kolejne pieniądze za busa albo iść pieszo. Kto może, wykorzystuje sytuację. Tak to działa. Każdy chce zarobić. To poniekąd normalne przy tak ogromnym wydarzeniu, ale na pewno miejscami dochodzi do przesady. Gdyby ktoś chciał się wybrać z rodziną z Europy, robi się wyprawa na 15-20 tys. dolarów przy trzech meczach i wcale nie mam na myśli stref vipowskich. Nie mówimy o imprezie na przeciętną kieszeń. A wydaje mi się, że powinna być dostępna dla większości chętnych.
Obawia się pan o kwestie bezpieczeństwa?
Cieszę się, że jestem w Polsce, tu jest naprawdę bezpiecznie. W tym względzie w wielu miejscach na świecie panuje spora niepewność. Pewnie niektórzy zrezygnowali z wyjazdu ze względu na wojnę USA z Iranem i inne wydarzenia. Meksyk to jeszcze inny temat. To nigdy nie było najbezpieczniejsze miejsce, nawet dla turystów. Pewne obawy są. Oby nic złego się nie wydarzyło.
Michael Klukowski: Liga kanadyjska potrzebuje przełomu w ciągu 2-3 lat
Co możemy powiedzieć o lidze kanadyjskiej? To chyba nadal rozgrywki półzawodowe.
Liga wystartowała w 2019 roku. Została stworzona, żeby młodzi zawodnicy mieli gdzie rywalizować. Wcześniej pozostawało ci tylko iść do MLS, gdzie rywalizują CF Montreal, Toronto FC i Vancouver Whitecaps, albo szukać szczęścia w Europie. To mocno ograniczało pole manewru, dla wielu nie wystarczało miejsc.
Canadian Premier League na razie liczy osiem drużyn. Są plany, żeby ją powiększyć. Liczono, że mundial trochę napędzi jej rozwój. Budżety płacowe klubów zamykają się w granicach miliona dolarów rocznie. Siłą rzeczy poziom nie jest najwyższy i trudno zakładać, żeby w obecnych realiach do reprezentacji trafił ktoś prosto z kanadyjskiej ekstraklasy. Może kiedyś się uda, ale potrzeba czasu.
Zainteresowanie ligą i tak uważam za całkiem przyzwoite. Na najciekawszych meczach frekwencja wynosi nawet kilkanaście tysięcy widzów. Nie jest łatwo ogarnąć to wszystko logistycznie w tak dużym kraju jak Kanada. Taki Halifax Wanderers mając wyjazd do Vancouver musi pokonać 4,5 tys. kilometrów w jedną stronę. Koszty samych podróży bywają znaczące. Moim zdaniem w ciągu 2-3 lat musi nastąpić jakiś przełom. Inaczej trudno będzie kontynuować ten projekt z dotychczasowymi założeniami.

Radość piłkarzy Atletico Ottawa – czołowego zespołu kanadyjskiej ekstraklasy.
Jak dziś rozkładają się ośrodki życiowe w pana rodzinie? Wspominał pan o bracie w Kanadzie.
Brat został w Kanadzie, tam ma rodzinę. Szkołę hotelarską skończył w Polsce w 1996 roku. W kraju był przez 2-3 lata, ale postanowił wrócić do Kanady. I tak już zostało. Ja od kilku lat mieszkam w Płońsku z żoną Justyną. W piłkę gra nie tylko Antoni [ostatnio na wypożyczeniu z Widzewa Łódź do Polonii Warszawa, PM], ale także córka Antonia. Trenuje w UKS SMS Łódź.
Jak wyglądała droga pana rodziny, że znalazła się aż w Kanadzie?
Zaczęło się od wyjazdu z Polski w stanie wojennym. Najpierw na krótko do Austrii, gdzie się urodziłem. Gdy miałem kilka miesięcy i nadawałem się już do podróży samolotem, wylecieliśmy do Kanady, w której mieszałem do siedemnastego roku życia. Wtedy wróciłem do Europy, żeby szukać szczęścia w piłce. Zacząłem od juniorów Dijon i dalej jakoś poszło.
Michael Klukowski: Nie żałowałem, że grałem dla Kanady
Miał pan typowe dla takich historii rozterki tożsamościowe?
Dysponowałem polskim i kanadyjskim paszportem, ale w tamtych czasach nie było takiego przepływu informacji jak dziś. PZPN długo nie był świadomy, że gdzieś w Kanadzie jest jakiś Michael Klukowski. Jak już grałem w rezerwach Lille, w pewnym momencie udało się potrenować w Nadarzynie pod okiem Lesława Ćmikiewicza z polską kadrą olimpijską. Kanada jednak pierwsza mnie powołała – pojechałem na mistrzostwa świata U-20 – a nie ukrywam, że piłkarsko wtedy bardziej czułem się Kanadyjczykiem. Tam się wychowałem i dorastałem. Dość szybko zadebiutowałem w dorosłej reprezentacji i odwrotu już nie było. Ale byłem zadowolony z tego wyboru, nie żałowałem.
Każdy, kto posiada dwa paszporty, staje przed dużym dylematem. Patrzysz i na uczucia, i na rozwój kariery. Wiedziałem, że jeśli będę grał w Europie, to czekają mnie regularnie długie loty do Kanady. Ze zgrupowań kadry zawsze wracałem przemęczony, co nie pomagało mi w klubie. Łatwiej wtedy o kontuzje. Wiadomo też, że w takich sytuacjach trudno wystąpić od początku w pierwszym meczu po przerwie reprezentacyjnej. Jeśli jednak spojrzymy na reprezentację Kanady, prawie każdy ma podwójny paszport i mógł wybierać. W porównaniu do moich czasów, kanadyjskiej federacji znacznie łatwiej przekonać danego zawodnika, żeby zagrał dla niej. Federacja ciągle monitoruje możliwości w tym zakresie. Jakość w drużynie rośnie, występy na mundialach zaczynają być oczywistością.
Czuł się pan trochę zlekceważony przez PZPN?
To zdecydowanie za duże słowo. Po prostu po tych treningach nie było żadnego ciągu dalszego, nikt się nie odzywał. Kanada natomiast nie zwlekała i znacznie bardziej jej zależało. Ale jak mówię, do nikogo nie miałem pretensji.

Michael Klukowski w meczu Club Brugge z Lechem Poznań.
W domu chyba dobrze zadbano, by nie zapomniał pan o korzeniach. Dziś rozmawiając z panem naprawdę trudno byłoby się zorientować, że chodzi o kogoś, kto do siedemnastego roku życia mieszkał w Kanadzie.
W domu rozmawiałem po polsku, a w weekendy chodziłem z bratem do polskiej szkoły. Warto było. Znam takich, którzy nawet po kilku latach nie chcą już rozmawiać po polsku, albo mieszają go z angielskim.
Michael Klukowski: Piłka w Kanadzie jest bardzo popularna, ale jako sport amatorski
Jak wsiąknął pan w świat piłki, skoro w Kanadzie to była dyscyplina niszowa?
Piłka była niszowa w wymiarze sportu zawodowego, ale jako gra dla amatorów, którzy wychodzili na boisko po godzinach czy grali na salach, już wtedy cieszyła się dużą popularnością. Za piłką miałem więc gdzie i z kim biegać. Brakowało jedynie struktur dających szanse przejścia zawodowstwo. Mogłem iść też w hokej czy bieganie, ale mimo to wybrałem piłkę. Czas pokazał, że dobrze zrobiłem. Dostać się do reprezentacji Kanady było łatwiej, bo nie było takiej konkurencji jak dziś. Ogromna różnica.
Mistrzostwo Belgii z Club Brugge. Mistrzostwo Cypru z APOEL-em Nikozja. Występy w tureckiej ekstraklasie. 37 meczów dla reprezentacji Kanady. Wycisnął pan maksimum ze swojej kariery?
Jestem zadowolony z całokształtu, ale na pewno nie wyciągnąłem maksimum. Teraz są znacznie większe możliwości w doskonaleniu się na wielu polach. Patrząc wstecz, mogłem dać z siebie więcej, jeszcze więcej pracować. Nie chodzi o to, że chodziłem na imprezy, ale o rzeczy dodatkowe, które robią różnicę. Bez nich pewnego pułapu nie przeskoczysz. Nie ma przypadku w tym, że tak wysoko zaszedł Ivan Perisić, z którym grałem w Brugii. Trenuje na innym poziomie niż większość piłkarzy, to inna skala poświęcenia i zaangażowania. Ma swoich prywatnych trenerów, fizjoterapeutów, dietetyków. W efekcie mając 37 lat zaliczy właśnie czwarty mundial w życiu. A i tak uważam, że trochę brakowało mu szczęścia, bo powinien mieć w CV etap z Barceloną czy Realem Madryt.
Czyli krótko mówiąc, mógł pan być jeszcze bardziej świadomy w prowadzeniu się?
Ja byłem bardzo profesjonalny jak na tamte czasy, ale widzę, że mając dzisiejsze narzędzia do rozwoju poza klubem, mógłbym bez problemu trafić do Premier League czy Bundesligi.
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. FotoPyK/Newspix