Marek Papszun złodziejem czasu? Moda na „urazy” bramkarzy

Antoni Figlewicz

23 kwietnia 2026, 15:58 • 7 min czytania 15

Reklama
Marek Papszun złodziejem czasu? Moda na „urazy” bramkarzy

Kradzież czasu. Można pomyśleć, że Marek Papszun regularnie łamie siódme przykazanie i jeszcze wciąga w to biednych bramkarzy. Nie jest oczywiście jedynym trenerem w ekstraklasowej stawce, który dopuszcza się tej cwanej machlojki z udawanymi urazami golkiperów, ale na polskiej ziemi to zdecydowany prekursor w tej materii. Na jego przykładzie inni postanowili wejść w tę szarą strefę przepisów i znormalizowaliśmy w ten sposób branie „czasu” w trakcie spotkań. Jakim kosztem?

Reklama

Niczego nie ma za darmo, więc i dla krótkiej narady ze swoimi zawodnikami, chwili rozmowy w sytuacji kryzysowej, trenerzy poświęcają to, co najcenniejsze. Czas. Teoretycznie wszystko to potem zostaje doliczone przez arbitra, ale to tylko teoria, niektóre utracone minuty umykają bezpowrotnie. Zresztą powiedzmy sobie szczerze – jeśli na najwyższych szczeblach kombinuje się już, jak zapobiec tej praktyce, to znaczy, że nie jest ona ogólnie pożądana.

Nic dziwnego – my też nie za bardzo chcemy oglądać bramkarzy puszczających oczko do fizjoterapeutów, gdy ci podbiegają z pomocą…

Ile czasu ukradł Marek Papszun i jego bramkarze?

A tak zrobił ostatnio bez cienia krępacji Otto Hindrich, który w meczu Legii Warszawa z Zagłębiem Lubin już nawet niespecjalnie się krył z blagą, jaką odstawia i on, i ekipa medyczna. Nagły, nieco teatralny siad na murawie, sędzia zauważający problem i… i mieliśmy czas na żądanie dla Marka Papszuna, jego sztabu i zawodników. Uporządkujmy wydarzenia:

  • 7:06 – gra przerwana,
  • 7:10 – Rafał Augustyniak zaprasza drużynę do Marka Papszuna,
  • 7:36 – Otto Hindrich puszcza oczko do fizjoterapeutów,
  • 8:20 –  piłkarze odchodzą od ławki rezerwowych,
  • 8:32 – gra wznowiona.

Cała przerwa na niemal półtorej minuty – dokładnie 86 sekund. Sama „odprawa” trenera trwała 70 sekund. I nie była jedynym nadprogramowym zebraniem zespołu w tym meczu, bowiem sztab Legii skorzystał z tego przywileju jeszcze dwukrotnie. Raz przy drobnym wsparciu piłkarza Zagłębia. Raz z ponownym wykorzystaniem umiejętności aktorskich Hindricha. Pierwszy przykład:

Reklama
  • 33:00 – pomoc udzielana piłkarzowi Zagłębia, Legia zaczyna naradę,
  • 33:35 – koniec narady,
  • 33:56 – wznowienie gry.

I od razu drugi, już z drugiej połowy:

  • 78:22 – Hindrich teatralnie kładzie się na murawie,
  • w międzyczasie: dwie zmiany, narada zespołu przy linii, Kacper Tobiasz w rozgrzewce,
  • 80:18 – gra wznowiona.

Zabawne jest też to, że arbiter do pierwszej części meczu doliczył w sumie tylko dwie minuty. To mniej, niż zabrały nam jedynie te dwie wskazane przerwy w grze, ale nie będziemy otwierać kolejnej puszki Pandory, jedna wystarczy.

Nowa plaga coraz bardziej popularna, ale jeszcze nie tak groźna

Przejrzałem mecze ligowe samej Legii, żeby sprawdzić, jak często Marek Papszun wykonuje ten na wskroś papszunowski manewr. Bo to trener Wojskowych kojarzy nam się z tą niezbyt elegancką zabawą w udawanie urazów – robił to wcześniej jego Raków, robi to jego Legia. Robią to też jednak naśladowcy, których znajdujemy z czasem coraz więcej i pewnie trend ten w końcu na dobre opanuje naszą piłkę. Jeśli już nie opanował.

Reklama

Trochę jak jakaś zaraza. Nowa i dla kibiców niezbyt fajna w odbiorze, choć przyznać wypada, że to nie tak, że Hindrich, Tobiasz czy ktokolwiek inny średnio raz na kwadrans udają, że coś im dolega. Zaraz wszystko dokładnie przedstawimy, aż tak powszechna i upierdliwa to ta praktyka nie jest.

Niech Legia Papszuna służy nam za przykład.

Legia – Górnik

  • 90:30 – leży Hindrich,
  • 90:52 – gra wznowiona, narady nie było.

Pogoń – Legia

Reklama
  • brak, Legia miała mecz pod kontrolą

Legia – Raków

  • 21:27 – tym razem leży Zych, był nawet nawoływany do położenia się przez trenera bramkarzy Rakowa,
  • 21:40 – obie drużyny już u swoich trenerów, Canal+ zrobił nawet podzielony ekran, żeby pokazać obie narady,
  • 22:57 – gra wznowiona.

Radomiak – Legia

  • 68:38 – Hindrich leży, choć nie bez kontaktu z rywalem, blisko niego był Grzesik,
  • pojedyncze konsultacje piłkarzy Legii przy ławce,
  • 69:41 – gra wznowiona.

Legia – Cracovia

  • 10:34 – Hindrich się kładzie (ale tym razem zderzył się z rywalem),
  • 11:03 – wznowiona gra, narady brak.
  • 19:05 – tym razem w roli siadającego na murawie Colak, przerwa będzie okazją dla sztabu do rozpisania czegoś na tablicy,
  • 19:30 – drużyna już przy ławce,
  • 21:00 – wznawiamy grę.

Jagiellonia – Legia

Reklama
  • 37:18 – fizjoterapeuci podbiegają do bramkarza Jagiellonii,
  • w tym czasie narada w Legii, ale trudno wskazać konkretne minuty, realizator jej nie pokazuje,
  • 39:22 – gra wznowiona.

Legia – Wisła

  • 64:47 – Hindrich siada na murawie, bez kontaktu z rywalem, po prostu odprowadził piłkę po niecelnym strzale,
  • 65:36 – piłkarze Legii przy ławce rezerwowych,
  • 66:22 – Hindrich już cały i zdrowy,
  • 66:59 – gra wznowiona.

GKS – Legia

  • 27:31 – Tobiasz ubiegł Wdowiaka, ale faktycznie mogło go trochę zaboleć, bo zderzył się z nogami rywala,
  • 28:20 – piłkarze Legii odbierają kolejno instrukcje od Marka Papszuna i jego asystentów,
  • 29:50 – gra wznowiona.

Arka – Legia

  • brak

***

Reklama

Uznajmy może, że Legii wypomnimy tylko te momenty, w których wyraźnie wymusiła ona dłuższą przerwę w grze. Raz za mecz z Wisłą Płock – w sumie 2 minuty i 12 sekund. Raz z Cracovią, na 1 minutę i 55 sekund. Dwa razy z Zagłębiem, w sumie 3 minuty i 22 sekundy. Razem kombinacje Marka Papszuna i jego piłkarzy ze specjalnie wywołanymi dłuższymi przerwami na narady zabrały 7 minut i 29 sekund. W skali dziesięciu spotkań mało, prawda?

Marek Papszun

Marek Papszun wyznacza trendy. Ten omawiany, w większym natężeniu, może stać się uciążliwy. Na dziś jest tylko deczko irytujący

Narada bardzo potrzebna. „Wykorzystuję każdą przerwę”

Najbardziej poirytowany miał prawo być jednak Leszek Ojrzyński, bo i w meczu Legii z Zagłębiem natężenie „kontuzji” bramkarza było zdecydowanie za duże. – Bramkarz gospodarzy jest trzy razy kontuzjowany. To są jawne przerwy dla sztabu szkoleniowego. Powinniśmy to zmienić. Jedna – ok, ale nie trzy. Czas leci, a potem jest doliczonych sześć minut. Takie rzeczy dają do myślenia po tym spotkaniu, żeby pewne rzeczy skorygować – powiedział szkoleniowiec Miedziowych.

Reklama

Trudno się z jego pretensjami nie zgodzić, bo to zwyczajnie mogło irytować. Wychodzi jednak na to, że to jedno spotkanie było aż nadto wyraźnym wybrykiem – zwyczajnie brakło dłuższych przerw, które i tak Papszun i jego sztab wykorzystują przy innych okazjach. Zadymienie boiska w meczu z Jagiellonią było świetną szansą na zorganizowanie narady. Podobnie kontuzje – zmyślone i niezmyślone – rywali. Obserwowaliśmy coś takiego choćby w meczu z Rakowem, gdy trener Tomczyk zaaranżował wejście fizjoterapeutów na boisko, wymuszając na Zychu położenie się na placu.

Cała ta farsa zabrała półtorej minuty, ale w Canal+ wiedzieli, co w tym czasie pokazywać. Podzielili ekran i relacjonowali „czasy” wzięte przez oba zespoły. Może trochę śmieszne, ale coraz bardziej powszechne.

– Zawsze wykorzystuję każdą przerwę. Jak ktoś obserwuje te mecze, to czy to jest kontuzja bramkarza, czy kogoś innego, czy padają bramki, to często zawodnicy przybiegają do ławki. Tak zarządzamy meczem po prostu. Wykorzystujemy każdy slot na to, żeby dać zespołowi jakieś wskazówki. Jeżeli przepisy zostaną zmienione, to będziemy się do nich stosować i piłkarze nie będą wtedy przybiegali. Dla mnie nie ma żadnego problemu. Poradzimy sobie w inny sposób z przygotowaniem – tłumaczył trener Legii po meczu z Zagłębiem.

Reklama

Leżakujący Otto Hindrich. Mamy nadzieję, że nie śni się po nocach Leszkowi Ojrzyńskiemu…

Zakazać? Karać? To takie złe?

Przyznać mu trzeba, że faktycznie wiele z narad piłkarzy ze sztabem dzieje się przy okazji, a nie po zaaranżowaniu odpowiednich warunków. W dziesięciu ostatnich spotkaniach Legii naliczyłem takich grupowych zbiórek 12. Do tego jakieś pojedyncze rozmowy z jednym czy drugim piłkarzem, obraz całkiem normalny, ich w rachubę nie brałem. Okazji do rozmowy z drużyną inspirowanych bezpośrednio przez sztab zauważyłem wcześniej cztery, to nawet nie połowa wszystkich tych odpraw. Bramkarze odpowiadali za trzy z nich. Przypomnijmy – w dziesięciu meczach.

Skala nie jest przerażająca, a i tak wzbudziła zainteresowanie ludzi odpowiedzialnych za przepisy. – My dostrzegamy ten problem. Na naszym spotkaniu w sierpniu mówiliśmy, że sygnalizujemy ten problem. Wiem, że FIFA też bada ten wątek i zwracają na to uwagę – mówił szef Kolegium Sędziów PZPN Marcin Szulc w Cafe Futbol. – Nie wiem, w którym kierunku to pójdzie. Niemniej nasi sąsiedzi poradzili sobie tak, że wpisali do regulaminu rozgrywek, że jeśli taka sytuacja następuje i nie mamy dowodów na to, czy ten bramkarz jest kontuzjowany, ale widzimy, że przy linii przygotowany jest tablet i tablica, to wówczas żółtą kartką zostaje ukarany główny trener danego zespołu – dodał.

Jest to jakiś pomysł, może w ten sposób uda się ograniczyć liczbę takich wymuszonych przerw na naradę do jednej, szczególnie jeśli kara zostanie przyznana dopiero po zakończeniu zwołanej narady. Jedna żółta kartka dla trenera katastrofą nie będzie, ale powinna go skutecznie powstrzymać przed namawianiem bramkarza do odstawienia kolejnej szopki. Kiedy jednak uznawać, że bramkarz udaje, a kiedy można mieć pewność, że naprawdę coś mu jest? Trudna sprawa, lecz na ten moment skala problemu chyba nie jest mimo wszystko tak duża, żebyśmy się nią już poważnie zajęli. O ile takich meczów jak ten Legii z Zagłębiem nie będzie w najbliższych tygodniach więcej…

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKIEJ LIDZE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

15 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Kowal miażdży grę Widzewa Łódź! Czy Górnik zdobędzie dublet? | Kowal Supersubiektywnie

Wojtek Kowalczyk
7
Kowal miażdży grę Widzewa Łódź! Czy Górnik zdobędzie dublet? | Kowal Supersubiektywnie